Leaderboard


Popular Content

Showing most liked content since 20.12.2016 in all areas

  1. Jak już wcześniej napisał JC, na Beskid Sport Arena dziś spotkaliśmy się w nieco większym gronie. Odwiedził mnie Mariusz, popularnie zwany Marboru i na dzień dzisiejszy zaplanowaliśmy odwiedziny w BSA. Nie byłbym sobą, jakbym nie przetestował takiego rodzynka w mojej okolicy! Dziś BSA miała ruszyć o godz. 10.00, więc tak zaplanowaliśmy wyjazd, żeby być na właśnie o tej porze pod wyciągiem. Niestety, jak to czasem bywa, była mała obsuwa i wyjechaliśmy nieco później niż trzeba. Na drogach pusto, ale nieco takiego szronu czy lodu było, więc sprawnie, ale ostrożnie. Na miejsce docieramy w okolicach 10.30 i niestety na parkingach samochodów już sporo. Zostaliśmy skierowani na jeden nieco dalszy,bo pod samym ośrodkiem miejsca już nie było. Mało optymistyczny prognostyk, ale tu od razu rzuciła mi się w oczy świetna organizacja parkingów. Panowie precyzyjnie "układają" samochody, a parkingi są bezpłatne, jak przystało na porządny ośrodek. Trzeba kawałeczek podejść i już jesteśmy przy kasach. Kolejek tu brak. Są też odpowiednio umiejscowione stojaki na sprzęt narciarski i snowboardowy. Kupuję karnet na 4 godzinki za 69 zł - czy drogo? Kilka złotych więcej niż np. w COS czy SON, ale tam zazwyczaj musiałem płacić za parking. Wlał - wylał w tym przypadku. Karnet zakupiony, czas ruszać na stok. Na zdjęciu widać schody... Mi one nie przeszkadzają, ale jeśli ktoś jest wygodny, to po prawej stronie ma windę. To ta wnęka po prawej stronie, gdzie widać tabliczkę nad drzwiami. Ja sobie później skorzystałem. Wychodzimy z budynku i wychodzimy na taras przed restauracją, z którego już na nartach wjeżdżamy/wchodzimy po wyciąg. Według mnie dobre rozwiązanie. Pozostaje włączyć się do kolejki z już jeżdżącymi, których dziś umiarkowana ilość i do bramek. Te oczywiście bezdotykowe, a kiedy po raz pierwszy przez nie przechodzimy, robią nam zdjęcie. Uśmiechnijcie się! To zapewne monitoring skipassów. Jak zrobicie głupią minę, to za każdym przejściem będzie to widać na monitorach... Wsiadamy na krzesełko, a w zasadzie na kanapę. Ponoć tu coś było nie tak... Może był, ale już nie jest. Wsiada się normalnie, jak na każdą normalną, wyprzęganą kanapę. Żeby nie było, że coś koloryzuję, macie filmik. Ja nie mam żadnych zastrzeżeń. Samo krzesło dobrze się prezentuje i działa jak należy. Jedyny drobny minus jest podobny do tego, który spotykam dość często i dotyczy rosłych osób z długimi nogami: noga ledwie mi się mieści między podnóżkiem a pałąkiem zabezpieczającym. Mam wrażenie, że kanapa nie jedzie z pełną możliwą prędkością, ale może chodzi o przepustowość tras - czarna jeszcze nie jest czynna, a to oznacza większe oblężenie pozostałych. Wysiadanie - tu też ponoć coś nie do końca było nie tak. Ja nie dostrzegłem niczego nienormalnego. Może brak obycia przeciętnego polskiego narciarza z kanapami... Gość u góry ciągle podpowiada, żeby wysiadać, kiedy dojedziemy do czerwonej linii, ale czasem bezskutecznie. Mimo tego ani razu nie zauważyłem, żeby ktoś tam miał problemy. Może coś tam było niedopracowane, ale problem już nie istnieje. Wsiada - wysiada się jak na każdej znanej mi dobrej, wyprzęganej kanapie. No to ruszam na stok, który w sumie już znam. Ale teraz jest szerzej i jest wyraźny podział na trasę czerwoną i niebieską. Tylko środkowa część jest wspólna. Zacząłem od czerwonej, tak po prostu, bo tu mniej ludzi. Początek to fajna, dość szeroka ścianka, obok której jest jeszcze orczyk, jakby ktoś chciał się tylko tutaj kręcić. Później wspólna część obu tras i to miejsce gdzie trzeba nieco zwolnić ze względu na "gęstość zaludnienia", po czym znowu można sobie popuścić do końca trasy. Podoba mi się, choć chciałoby się dłużej... Jeszcze filmik... Czerwona przetestowana, ruszam więc na niebieską. Również fajna trasa! Jak pojedziemy max po lewej, przy kraju, jest nawet dość długa! Do tego pierwszy odcinek jest fajnie szeroki i da się pojechać gigantowo. Szkoda tyko, że ten odcinek nie jest dłuższy... Ale po wspólnym odcinku wjeżdżamy do tunelu - dość nietypowe w naszych warunkach rozwiązanie - i dalej można naparzać! Wszystko to robi wrażenie. Jeszcze filmik na dokładkę... Warunki narciarskie - to pewnie interesuję wielu. Jak dla mnie, były super! Widać, że napracowali się mocno, bo normalnie po godzinie byłoby tylko lodowisko. Jak wcześniej w SON... Tymczasem my zaczęliśmy jazdę o 10.40, czyli 40 min. po rozpoczęciu działania i po dwóch godzinach ciągle trudno było się do czegoś przyczepić! Owszem, sztruksu już się nie zobaczy, ale ciągle lodu niewiele. Chyba mocno starali się skruszyć lodowy podkład i go ubić, żeby możliwie długo to wszystko wytrzymało. Przy takim oblężeniu uważam, że spisali się na medal. Nikt jeszcze nie wymyślił śniegu, który po każdym przejeździe układa się w sztruks... Gródek lodu nie zobaczyłem i to kolejny dowód na dobrą robotę BSA! Czas przetestować restaurację. Jedzonko pachnie znakomicie i czujemy to przed bramkami wejściowymi do wyciągu... Człowiek głodnieje tak przed każdym kolejnym wjazdem, więc kusi. Ciągnięci zapachami próbujemy. Wybieramy sobie sami - jedzonko na wagę, które nakładamy sobie sami. Przy okazji pomaga nam miła, uśmiechnięta pani.Ponoć niedługo będzie też włoska restauracja u góry dolnej stacji. Dla mnie to kolejny atut tej stacji. Dodam jeszcze, że toalety czyste, darmowe i na wysokim poziomie, jak w Alpach. Czasem gorzej z kulturą korzystających... Co jeszcze? Można zobaczyć Babią Górę: Po prawej stronie widać fajny park zabaw dla dzieci W restauracji sobie oglądamy... Mapka ośrodka Parę fotek na koniec - tu początek niebieskiej trasy Restauracja wyciąg... U góry też jest fajna knajpka i też ładne zapachy czuć... Orczyk przy górnej części trasy Było fajnie i wiem, że tu jeszcze wrócę! BSA zdała egzamin. Włożyli mnóstwo pracy i to widać. Zasługują na moje uznanie! Oby więcej takich inwestycji w okolicy! Pozdrawiam, Johnny
    45 likes
  2. Beskid Sport Arena – Nowy Rok 2017 Wstaliśmy wyspani (przynajmniej ja z Paulą) i po śniadaniu kontynuujemy naszą szczyrkowską przygodę. Niestety nie będzie z nami w tym dniu Izy, która niestety źle się czuje i rezygnuje z nart Jedziemy na BSA. Po drodze dzwonimy do JC i wiemy, że za chwilę się spotkamy. Podjeżdżamy na parking przy ośrodku – jeden, drugi jest już pełny samochodów, jesteśmy skierowani na parking numer 3. Za przyjemność parkowania nie płacimy nic, przy każdym z wydzielonych miejsc są pracownicy, którzy sprawnie kierują auta do wolnych miejsc. Przebieramy się i podjeżdża Jacek. Witamy się serdecznie i podążamy w stronę kas. Kupujemy karnet 4 godzinny za 68 zł. Nie płacimy kaucji, sam bilet jest w formie kartonowej. Idziemy do bramek – ludzi umiarkowana ilość. Już na wstępie spotykamy ponownie Grzegorza, poznajemy również Andrzeja, który nas rozpoznaje i mamy przyjemność poznać kolejnego z Forumowiczy. Świetnie – „grupa wzajemnej adoracji się powiększa” Nowy Kolega okazuje się nie tylko świetnym narciarzem, ale również bardzo miłym, sympatycznym i komunikatywnym, równym facetem. No i jest oczywiście kolejnym tubylcem – tym razem z Bielska. Grono naszych Przyjaciół się powiększa a my z tego bardzo, bardzo się cieszymy! Super Andrzeju, że podszedłeś do nas, że się poznaliśmy i mam nadzieję, że jeszcze nie raz razem będzie dane nam pojeździć i na nartach, i na kanapie – pogadać, pośmiać się , wymienić doświadczenia. Teraz może o ośrodku trochę. Po bardzo dobrej recenzji Johnnego – bardzo podobne spojrzenie narciarza nizinnego. BSA – topowy Ośrodek Narciarski pod względem infrastruktury, jakości obsługi, zaplecza i podejścia do klienta. Posiada w tej chwili dwie trasy – łatwiejszą niebieską i nieco trudniejszą, czerwoną. Obie bardzo przypadły nam do gustu. W trakcie budowania, pod krzesłem, jest trasa czarna, której poniekąd parametry techniczne będą podobne jak górny fragment trasy czerwonej, ścianki przy orczyku. Jak ta trasa powstanie – ośrodek będzie kompletny i nie będzie z całą pewnością problemu „korkowania” na wąskim gardle części wspólnej trasy czerwonej i niebieskiej – ruch narciarzy się rozłoży. W tym momencie, w dniu wolnym od pracy i przy dużym natężeniu odwiedzających niestety jest fragment trasy gdzie należy jechać ostrożnie a oczy mieć dookoła głowy z powodu sporej ilości ludzi – problem pewnie nie jest istotny przy mniejszej liczbie gości w ośrodku. Swoją drogą – oprócz krzesła jest tutaj dwa orczyki w górnej części – na polanie szczytowej: łagodny stok dla uczących się, ścianka: orczyk, który idealnie wpasowałby się na potrzeby np. imprezy sportowej i ustawionego na trasie krótkiego slalomu. Wystarczy wydzielić i zamknąć połowę tej części ośrodka i można zorganizować świetne ściganie na nartach. Mam nadzieję, że może w przyszłości coś podobnego się tutaj urodzi… kto wie? W dolnej części ośrodka jest krótka łączka do nauki jazdy dla dzieci, z taśmą i tunelem chroniącym przed opadami śniegu. Bardzo fajne, kolorowe miejsce. Trasy w BSA może nie są imponujące pod względem długości, ale bardzo przyjemne pod względem przewyższenia – można tutaj zmęczyć nogi porządnie. Problemy z wyciągiem opisywane przez innych narciarzy, którzy jeździli po BSA są wg mojej opinii wyimaginowane – ludzie naprawdę nie mają się czego czepić, to czepiają się bez sensu. Myślę, że Ci krytykanci zwyczajnie nie mają doświadczenia i objeżdżenia na nartach skoro wymyślają jakieś niestworzone historie. Sorry może zabrzmiało to nieco ostro – ale taka jest brutalna rzeczywistość. Co do samego przygotowania tras – byliśmy prawie godzinę po otwarciu i kilka pierwszych zjazdów zaliczyliśmy w bardzo dobrych warunkach. Później – niestety zaczął przebijać się lód, zaczęły się robić odsypy. To nie wina włodarzy ośrodka, ale niestety pogody jaka była tuż przed naszym przyjazdem – odwilż, a potem mróz. Powstały beton i lód na trasach… ale przecież nie tylko w Szczyrku, ale również w ośrodkach świętokrzyskich, czy lubelskich - to niestety efekt pogodowy dotyczący całej Polski. W takich warunkach niestety na części trasy pojawiły się małe kamyczki – i tutaj olbrzymi plus dla właścicieli ośrodka, pojawili się ludzie, którzy zbierali te kamyczki i wynosili ze stoku. W naszym pięknym kraju tylko tutaj widziałem tą dobrą praktykę. Co do knajpki i atmosfery w BSA, to mega alpejsko. Świetnie! Mija ponad godzina i na stoku pojawia się ponownie Góral. Tym razem bez nart, ale za to ze śliczną i piękną narciarką, żoną Iwonką. Iwonkę mieliśmy przyjemność poznać na szlaku na Babią Górę, w trakcie zdobywania przez nas Korony Gór Polski. Strasznie się ucieszyliśmy z ponownego spotkania, bardzo miło było porozmawiać i popodziwiać nowy sprzęt: narty i świetny strój narciarski Góralki spod Skrzycznego. Od tego momentu jeździmy całą ekipą aż do przerwy kawowej, gdzie wszyscy zasiadamy do stołu i w bardzo miłej i przyjemnej atmosferze rozmawiamy. Słuchajcie – to cudowne, że nasza narciarska ekipa Skionlinowa stale się powiększa, a większość z nas poznaje się osobiście. Okazuje się bowiem, że wspólna pasja bardzo łączy i otwiera przed nami nowe możliwości towarzyskie. Bo przecież oprócz nart, w narciarstwie również ważne jest wspólne towarzystwo i miłe spędzanie czasu. Telefon JC robi zdjęcie grupowe, a po kilku chwilach Grzesio i Andrzej opuszczają nas. Chłopaki – jeszcze raz: bardzo z Paulą się cieszymy, że Was poznaliśmy. Pamiętajcie jednak, że od teraz będziecie postrzegani jako „wzajemne kółko adoracji” Dojeżdżamy karnet do końca. Darek z Żoną czekają na nas w restauracji, po to, by wspólnie posiedzieć i potowarzyszyć nam do końca naszej szczyrkowskiej „wyrypy” – jesteście cudowni i już nie możemy się doczekać kolejnego spotkania. Żegnamy się ciepło i jedziemy do Izy, do Maćka. Tutaj wypijamy wspólną kawę, pakujemy się i umawiamy na kolejne spotkanie – tym razem w naszych okolicach. Dziękujemy Wam - Maćku i Izo, dziękujemy za wspaniałe, ciepłe i rodzinne przyjęcie. Jesteście dla nas jak rodzina i gościć u Was, to zawsze dla nas olbrzymi zaszczyt. Jesteście mega, mega super! Na koniec również podziękowania dla JC – Jacka. Skionline nas łączy, Ty i dzięki Tobie, to wszystko się dzieje – to jest świetne, że Ty w tym życiu forum uczestniczysz za każdym razem, kiedy tylko możesz. Tak pozytywnego i uśmiechniętego, otwartego na ludzi „Wodza” dał nam Internet I chwała mu za to! Do zobaczenia na szlaku. Pozdrawiamy: marboru i Paula.
    37 likes
  3. Szczyrkowski Ośrodek Narciarski 31.12.2016 Od dosyć dawna planowałem, wraz z Pauliną wyjazd do Szczyrku – w miniony weekend, udało się. Udało dzięki temu, że nie mieliśmy żadnych planów sylwestrowych w tym roku, udało się dzięki forum i Johnnemu Narciarzowi, który zamieścił gdzieś wpis, że planuje spędzić „północną” imprezę gdzieś na stoku. Udało się po dwukroć, bo w trakcie telefonu do Maćka uzyskaliśmy zaproszenie do odwiedzin Bestwiny i spędzenia wspólnie z nim tego czasu - Iza dla Ciebie, naszej Gospodyni, szczególne podziękowania już tutaj, na wstępie tej relacji za tą wspaniałą gościnę. Wyjechaliśmy w piątek po pracy i na miejscu, pod Bielskiem jesteśmy wieczorem. Miłe przywitanie, symboliczna lampka winka i plany. Rano zdecydowaliśmy się na odwiedziny SON, krótka informacja dla Piotra_67 i Górala spod Skrzycznego gdzie i o której będziemy (od początku i po kilku moich wpisach na forum wyrażali chęć wspólnego spotkania a my mieliśmy nadzieję, że się spotkamy). O swoich planach poinformowaliśmy również JC, który to zawsze podkreśla, że koniecznie trzeba dawać mu znać o tego typu forumowych przedsięwzięciach. Pobudka z samego rana i niestety, mimo, że się śpieszymy, to na stoku, pod Golgotą jesteśmy z małym poślizgiem czasowym. Kupujemy karnet 4 godzinny (60 zł + 10 zł + 1 zł za toaletę na dole) i zdzwaniamy się z Piotrem. On, wraz z towarzystwem zięcia, są już i jeżdżą. Łapiemy ich i spotykamy się w miejscu dla nas, nizinnych narciarzy egzotycznym – na Julianach. Pogodę mamy wyśmienitą, jest niewielki mróz, na niebie praktycznie zero chmur, a słoneczko wstaje szybko i zaczyna intensywnie świecić. Zaczynamy jeździć. Na trasach, rano warunki są w miarę ok. Im dłużej szusujemy, to z spod cienkiej warstwy sypkiego śniegu zaczynają wystawać coraz większe pola litego lodu. Cóż? Niedawna odwilż sprawiła, że warunki są takie, a nie inne. To nie jest ważne. Ważne jest towarzystwo - bardzo się cieszymy, że ponownie wspólnie się spotykamy. Po kilkunastu minutach niespodzianka na trasie – poznaje nas jeden z forumowiczów, który będzie z nami jeździł już do końca – Gregor. Grzegorz, jak to podsumowała Paulina, to kolejny bardzo miły, uśmiechnięty i bardzo fajny człowiek zakręcony na punkcie nart, którego dzięki internetowi poznajemy osobiście Podzielam tą opinię – kolejny „Tubylec” kochający narciarstwo. Bardzo ciekawy, uprzejmy, otwarty i sympatyczny Kolega! Podobnie jak ja ze śnieżnymi włosami na głowie Pozdrawiamy Grzesiu serdecznie Dla nas jesteś kolejną osobą, poznaną dzięki Skionline, którą strasznie polubiliśmy. Super, że się do nas odezwałeś, postanowiłeś zmienić swoje plany i towarzyszyć nam na nartach dwa dni. Szacun! Jeździmy... Piotr przed zjazdem: Trasa: Po kliku zjazdach dostaję telefon… …mówi Darek, Góral spod Skrzycznego. Krótka informacja: jestem u Was za chwilę z nartami. Umawiamy się w tutejszej knajpce „Iglo”. Jesteśmy w szoku, bo jak wiecie Darek przebywał nie tak dawno, przebywa w dalszym ciągu dosyć poważną chorobę serca. Chęć spotkania z nami wyciągnęła go z domu Jeszcze nie zdążyliśmy zjeść pysznych zapiekanek, poleconych w tym miejscu przez Grzegorza i zjawia się na stoku nasz „Twardziel”. Jesteśmy w szoku, jednocześnie bardzo się cieszymy z towarzystwa Przyjaciela, z drugiej strony martwimy – bo Darek nie wygląda dobrze. Widać, że jest chory, słaby i niestety bardzo bladziutki na twarzy. Serce się kraje, jak człowiek patrzy na Przyjaciela, który kocha Góry zimą, jest niezwykle towarzyski, uśmiechnięty, sympatyczny i niestety tak bardzo się męczy i nie może normalnie pośmigać na nartach w naszym tempie. Po wspólnym małym piwie i po jedzonku, wciągamy się na samą górę, zjeżdżamy Golgotą na dół i przedzieramy w stronę Małego Skrzycznego. Darek postanawia zostać przy leżaczkach i poczekać jak nam się skończą karnety czasowe. My śmigamy nadal w grupie poznając trasa, po trasie cały ośrodek. Niestety część tras jest zamknięta. Z ust Pauliny padają niezwykłe komplementy… ktoś, kto ją zna wie, że to, w jej wydaniu bardzo ciepłe i bardzo pozytywne, aczkolwiek niecodzienne pozytywne sformułowania. A wyraziła się następująco: „nawet fajne te pagórki…”, „tu jest prawie jak w Alpach…”, „…stado orczyków mi nie przeszkadza”. Po tym jak dotarliśmy na górną stację orczyka wykonaliśmy krótkie podejście. Wychodzimy kilkanaście metrów z drugiej strony góry, po to, by zaobserwować piękny widok na Tatry. Chwilę pokontemplowaliśmy piękno gór, po czym ponowny zachwyt nad widokiem po drugiej stronie. Tego dnia była inwersja i przestrzeń, przejrzystość powietrza była niezwykła. Gdzieś na wprost, z odchyleniem w lewo, na linii horyzontu, naszym oczom pokazał się widok zaśnieżonej oddalonej o bardzo, bardzo dużo kilometrów góry. Co to za szczyt, co to za masyw? Zbliżenie zrobił Johnny swoim aparatem i długo potem rozmawialiśmy, co to może być? Podejrzenie padło na masyw Śnieżnika, bądź Góry Opawskie. Analizując mapy już po powrocie, biorąc pod uwagę, że widoczny na linii horyzontu szczyt był bezdrzewny i całkowicie ośnieżony podtrzymuję nasze przypuszczenie, że był to Śnieżnik. Pięknie! Ile to kilometrów? Kilka ostatnich fotografii, ciepłe pożegnanie najpierw z Piotrem, a potem z Grzegorzem i przystajemy na propozycję Darka i obiad u niego w domu. Paula: Marboru To niezwykłe zaproszenie i olbrzymim nietaktem byłoby odmówić. Jest cudownie, nasz Gospodarz nie tylko niezwykle gotuje – jego pizza z boczkiem jest wyśmienita, to jeszcze serwuje swoim gościom (poza kierowcą) wyśmienite trunki. Rozmowa jest ciepła i rodzinna. Czujemy się mega wyróżnieni, i jest nam niezwykle miło. To cudowne, w jaki sposób łączy wspólna pasja i Skionline. Dziękujemy Ci Darku za wspaniałe przyjęcie i Gościnę – oczywiście ponawiamy swoje własne zaproszenie, do nas – na nizinne stoki, w nizinne klimaty naszych stron, pod nasz dach. Zbliża się 16sta i wyruszamy w dalszą trasę, do Maćka. Po drodze zabieramy Izę, jego żonę z pracy i zaczynamy z kolei gościć się u Państwa J i I narciarzy. Atmosfera ponownie – świetna, ciepła i rodzinna. Już w drodze do domu stwierdziliśmy, że nie ma sensu jechać na narty na imprezę sylwestrową, że spędzimy ten czas razem. Byliśmy na tyle zmęczeni, że takiego maratonu z pewnością byśmy nie przetrwali. Tym bardziej, że… wstyd się przyznać, że ja razem z Paulą nie wytrwaliśmy do północy – usnęliśmy, zmęczeni, jak dzieci na kanapie do rana. Wstyd! Koniec dnia pierwszego - CDN
    33 likes
  4. Sonnenkopf - Familienskigebiet & Bärenland, czyli w Klosterle na nartach. Cz.2 Teraz postanawiamy przetestować prawą stronę ośrodka. Tutaj jest wyraźnie płasko - teren przygotowany dla szkółek z dziećmi. Kilka tras płaskich, sporo dmuchanych słoników i innych potworków Ruszamy w głąb, w kierunku krzesła 4ki. Ono w tle, po lewej stronie. Od niego rozchodzą się dwie trasy: czerwona i niebieska. Widoki tutaj? Czerwona w zdjęciu czarno-białym: Po lewej niebieska prowadząca do pośredniej gondoli. Po prawej czerwona przy wyciągu. Po lewej stronie jadąc tym wyciągiem takie oto widoki: Zaliczamy wszystkie i robimy przerwę na gulażzupkę i kawę. W knajpie zero ludzi, ceny niskie i mnóstwo wolnego miejsca. Za oknem góry nas wołają... Szybko wychodzę, poganiam... trzeba jeździć! Trasy wołają!!!! Oj jak bardzo... Tylko jedna fotka moich zielonych portek... ...i testujemy jedyną w tym miejscu trasę czarną oznaczoną numerem 10. 100 metrów łagodnego zjazdu a potem bardzo wąska 400 metrowa ścianka z mocną ekspozycją. Z dołu wygląda to tak (aparat zdecydowanie wypłaszcza): I znowu na szczyt... ...i cykam najpiękniejsze zdjęcia z tego wyjazdu (wg współtowarzyszy wyprawy): Coś dla braci skiturowej... Jeździmy! Raz tu, raz tam. Testujemy trasę niebieską do samego dołu...a potem nasz najmłodszy towarzysz prosi o fotkę. Hero! Dzień mija szybko jak przebyte kilometry na trasach. Pod koniec dnia jeździmy znowu chyba tylko my. Jest chwila zna fotki - światło jest doskonałe. Marboru: Dolina w chmurze... ...chmura z bliska: Wracamy do domu - szczyty płoną! Ten dzień był wspaniały, piękny i taki o jakim marzy narciarz trasowy - doskonały! Na koniec kilka ujęć z GoPro. Rzut: Wandal: Ekipa narciarzy... ...narciarzy ekipa i samotny deskarz: Pozdrowienia od Ekipy! Wołają niecierpliwi... i wyjęli coś zimnego z lodówki - lecę! marboru
    29 likes
  5. Dzień drugi cz. 2 - Zurs. Jedziemy nowiutką gondolą do stacji, która jest "domem" trzech takich maszyn. Wygląda to imponująco... Pogoda zaczyna się robić dla nas łaskawa. Jedziemy dalej w górę. Trittkopf 2423 m npm. Jedziemy teraz trasą numer 134 w stronę "snobistycznego" miasteczka. Miejscami sama trasa jest wąska, ale ogólnie przypada nam niezwykle do gustu. Oczywiście w pewnym momencie się zatrzymujemy na kilka ujęć. Teraz sprawiamy sobie kilka zdjęć Paula: Marboru: Człowiek Mucha Zurs w całej okazałości! Cudownie piękne miejsce. Nasz powrotny wyciąg... Koloryt Zurs... Zarówno trasy po jednej jak i po drugiej stronie doliny są niesamowite i bardzo nam się podobają. Postanawiamy przetestować ich największą ilość. Jeździmy tutaj cały dzień. Nie wierzycie, że Zurs jest piękne? Spójrzcie! Niestety poniższe miejsce nie jest dostępne... wyciąg na Maldoch nie jest czynny Robimy przerwę w knajpie Seekopf. Jemy lunch, pijemy kawkę - jest pięknie, bo udaje nam się zaraz po wejściu dostać wolne miejsca. Widoczek na trasy Zurs... Po przerwie robimy tour the Zurs. Jesteśmy zachwyceni tym miejscem - nawet mamy makietę ośrodka przy jednym z krzeseł Niestety pogoda znowu się pogarsza. Przychodzi chmura, cień i niestety znowu widoczność jest dosyć kiepska. Ostatnie fotki... ...ostatnie zjazdy i kierujemy się w stronę auta. Kończymy niezwykle udany dzień drugi. Pozdrowienia od całej ekipy, która jest dosyć wyrozumiała pozwalając mi pisać niniejszą relację - po powrocie napiszę coś więcej o poszczególnych odwiedzonych miejscach. Jutro ruszamy w stronę Lech. Pozdrawiam i do jutra! marboru
    29 likes
  6. W święto Trzech Króli razem z trójką skiturowych przyjaciół ( Rafał 1 -Nurek ,Rafał 2 i Łukasz ) zdecydowaliśmy się zrobić skiturę na Halę Lipowską w Beskidzie Żywieckim ( 1324 m n.p.m) . Plan na ten dzień był trochę inny ( Ploska w Wielkiej Fatrze ) , ale aktualna pogoda ( duży mróz , a przede wszystkim prognozowany dosyć mocny wiatr ) wymusiły na nas zmianę planów i nie żałujemy . Startujemy z parkingu w Złatnej ok.7,50 przy minus 14 stopniach i zaczynamy podejście w pięknych i baaardzo zimowych okolicznościach przyrody . Im wyżej , tym zimniej , niestety nie ma inwersji . Dochodzimy do dosyć sporej i eksponowanej polany poniżej Hali L. i krajobraz zaczyna kształtować śnieg i wiatr .Niektóre zaspy mają grubo ponad 2 metry . Szron na mojej twarzy to efekt -22 stopni Celcjusza i pizgającego wiatru Na szczęście po jakimś czasie wchodzimy w las , a tam dużo spokojniej , no i zaczyna przebijać się przez chmury słoneczko . W końcu dochodzimy do schroniska , a tam na termometrze przy wejściu tylko -18 . Grzane piwo w środku smakuje wybornie . Godzinny popas , suszenie ciuchów , pogawędki z turystami , skuterowcami i pora się zbierać . Celem naszym jest dojście do najwyższego punktu powyżej nieczynnego wyciągu na Hali L. Teraz już tylko przepinka i jazda w dół . Najpierw wzdłuż wyciągu , a potem wzdłuż linii energetycznej . Zjazd to czysta poezja - super śnieg , jego ilość , nachylenie trasy , no po prostu orgazm . Dojeżdżamy do parkingu i na tym kończymy naszą turę .
    28 likes
  7. RAJ NA ZIEMI Belinda Carlisle śpiewała kiedyś „Haven is a place on Earth” – dziś nie mam wątpliwości, że chodziło jej o Tignes we Francji. Ale po kolei. Postanowiliśmy pojechać na narty na początku sezonu – tak, żeby załapać się na jakieś free ski. Początkowo mieliśmy jechać w 6 osób, później 4, a finalnie skończyło się na wyjeździe we dwoje. Jeszcze jak było nas czworo postanowiliśmy sprawdzić oferty zorganizowanych wyjazdów – stąd pojawił się nawet wątek na skinoline. Finalnie zdecydowaliśmy się na wyjazd znaleziony na portalu „nanarty.pl”. Spośród kilku opcji wybraliśmy Tignes. Wielkie podziękowania dla jednego z użytkowników Forum! Gdyby nie @fafek na pewno tak łatwo by nie było. Ale po wymienieniu kilku wiadomości wszystko było jasne. Tylko Tignes Dla mnie taka forma wyjazdu była nowością, więc pozwolę sobie po krótce opisać, jak to wyglądało, bo być może komuś przyda się taka wiedza. Cena 1590 zł za dwie osoby, w tym przejazd autokarem, zakwaterowanie i karnet (w wersji rozszerzonej Espace Killy, czyli obejmujący zarówno Tignes, jak i Val d’Isere). Mieliśmy dużo szczęścia, ponieważ zdecydowaliśmy się na ten wyjazd w ostatniej chwili i gratis otrzymaliśmy szkolenie narciarskie (ja akurat nie skorzystałem, ale moją lepszą połowę chętnie wysłałem) o wartości 300 zł – 10 godzin z instruktorem w 3-osobowej grupie. Dodatkowo musieliśmy zapłacić wakat za dwa puste miejsca w apartamencie – 300 zł, ale jako, że zdecydowaliśmy się w ostatniej chwili, to wyszło nas 200 zł za puste łóżko. Moim zdaniem cena jak najbardziej akceptowalna za 4 osobowy apartament tylko dla dwojga. Przejazd komfortowym autokarem. Zbiórka w Katowicach (gdzie dowiezieni byli uczestnicy z pozostałych miast np. Warszawy czy Gdańska) i wyjazd o 21. Po drodze jeszcze kilka przystanków (Gliwice, Opole, Wrocław, Zgorzelec). Do Tignes jechaliśmy prawie 23 godziny. Dość długo. Podróż mijała miło i spokojnie. Jedyny minus organizacyjny, to trochę za długie przerwy – przykładowo było powiedziane: „przerwa 20 minut”, a finalnie odjazd był po 30-35 minutach. Także gdyby była bardziej zdyscyplinowana ekipa, to być może udało by się z godzinę do półtorej urwać z czasu podróży. Ogólne wrażenie mimo tej jednej rzeczy pozostało dobre. Przyjazd do Tignes, rozlokowanie w dwóch hotelach – tutaj było trochę zamieszania, ale wiadomo, że tak zawsze bywa, kiedy podjeżdża 50-cio osobowa grupa. Po kilkudziesięciu minutach wszyscy byli w apartamentach, które jak to podobno we Francji jest od lat – małe, ciasne, ale przytulne i dobrze wyposażone Tyle o wyjeździe i organizacji. Tignes to miejscowość składająca się z trzech części: Tignes 1800, Tignes 2100 i Val Claret. My mieszkaliśmy w Tignes 2100 – o ile w Tignes 1800 śnieg można było spotkać tylko na trasach, o tyle w Tignes 2100 było go naprawdę sporo – jak okiem sięgnąć wszystko białe i zaspy na ulicach. Miejscowość niewielka, składa się z dwóch dużych budynków (z których każdy mieści na dole sklepy i restauracje, a u góry hotele i apartamenty) oraz wielu mniejszych pensjonatów i hotelików. Całość tworzy spójną przestrzeń, dobrze zaprojektowaną o charakterze typowo wypoczynkowym. Tignes 2100 i Val Claret oddziela niewielkie jezioro, w całości pokryte lodem. Wspomniane Val Claret to zlepek kilkunastu wysokich budynków, które w porównaniu z majestatycznymi górami wyglądają wręcz groteskowo. Zarówno z Val Claret, jak i Tignes w każdą stronę ciągną się wyciągi. W zasadzie działa to tak: wychodzimy z hotelu i wsiadamy na wyciąg, bądź zjeżdżamy kilkadziesiąt metrów i wsiadamy na inny. Owszem, jeśli ktoś mieszka na „obrzeżach” to musi liczyć się (w skrajnych przypadkach) z pokonaniem kilkuset metrów do najbliższego wyciągu. Ale i na to jest skuteczna recepta. Po Tignes 2100 krąży skibus, który po zrobieniu pętli, przejeżdża do Val Claret i zawraca. Cała trasa skibusa w jedną stronę to jakieś 8 minut Sam ośrodek narciarski wywarł na mnie piorunujące wrażenie. Na pewno miała też na to wpływ pogoda, która zdecydowanie dopisała. Trasy bardzo dobrze przygotowane, dostosowane do potrzeb wszystkich narciarzy: od bardzo prostych po wymagające. Raz jeszcze podkreślę, że mieliśmy karnet rozszerzony na cały region Espace Killy, więc mogliśmy jeździć również w Val d’Isere. Jeśli chodzi o tę drugą miejscowość, to w zasadzie nie wiem, jak wygląda, bo skupiłem się tam tylko na jeżdżeniu i to raczej trzymałem się okolic związanych z Pucharem Świata. Cały region oferował naprawdę mnóstwo atrakcji: kilka parków dla najmłodszych adeptów narciarstwa, dwa snowparki z przeszkodami o różnych rozmiarach i skali trudności, a także 10 000 hektarów off piste (!!!). A to wszystko to tylko dodatek do 300 km tras narciarskich. Oczywiście w grudniu było czynnych „zaledwie” 75% z tych 300 kilometrów, ale i tak ogrom ośrodka naprawdę powodował uśmiech na twarzy. W czasie kiedy moja lepsza połowa pobierała nauki, ja albo sobie jeździłem rozkoszując się możliwościami, jakie dawała tak duża różnorodność tras, albo atakowałem gwiazdy pucharu świata, które w większości okazały się być bardzo sympatycznymi osobami J W ciągu dwóch godzin na gigantce byłem w stanie zrobić koło 50-ciu kilometrów. Kolejek do wyciągów absolutnie nie było, na trasach ilość ludzi też znikoma – może lekka gęstwina pojawiała się tylko na początku tras w miejscach, gdzie krzyżowały się np. 4 wyciągi. A jeśli chodzi już o same wyciągi to w ośrodku jest pełen przekrój: począwszy od „kreta”, który w kilka minut tunelem wydrążonym w skale wyciąga narciarzy np. z 2100 m n.p.m. na ponad 3000 m n.p.m., przez gondole i nowe kanapy, zadaszone i osłonięte od wiatru taśmociągi na płaskich odcinkach, po archaiczne krzesła bez podnóżków, którymi wyjazd zajmuje tyle czasu, co przygotowanie jajecznicy na bekonie, zjedzenie śniadania i umycie naczyń po 6 osobach… czyli niemało jak na wyciąg. Jednakowoż piękne widoki w większości przypadków absolutnie rekompensowały tych kilka długich podróży. Zupełnie inną kwestią są ceny. Na pewno tanio nie jest. Nestea i cola w knajpie przy wyciągu to 9 euro. W restauracjach w miasteczku ceny już przyjemniejsze. Duże piwo Leffe Blonde podawane w dość oryginalny sposób, które stało się moim podstawowym napojem w Tignes kosztuje 8 euro. Wyjście na pizze dla dwóch osób to +/- 30 euro. Kawałek (nawet całkiem spory) szarlotki to 8 euro (jakoś tak ciągle trafialiśmy na tę wartość). Ceny w sklepach niewiele odbiegają od naszych, polskich, także zakupy w Carrefourze były miłym zaskoczeniem. Drogi jest też autobus do Val d’Isere – sprawdziliśmy, że przejazd w jedną stronę to 6,30 euro od osoby – drogo biorąc pod uwagę fakt, że przecież przy rozszerzonym karnecie można to zrobić za free przejeżdżając górami – dlatego korzystaliśmy tylko z tej drugiej opcji W Tignes i Val d’Isere istnieje wiele możliwości zagospodarowania wolnego czasu. Można się wybrać na przejażdżkę psim zaprzęgiem, polatać moto- lub paralotnią, zafundować sobie nurkowanie pod lodem, snow karting czy heliskiing. Dwa ostatnie bardzo mnie ciągnęły, ale finalnie nie skorzystałem. Za to z czystym sumieniem polecić mogę spacer dookoła jeziora lub wyjście do aquaparku – za okazaniem skipassu raz na dzień można wejść do „Le Lagon”. Sam obiekt nie powala, ale zawsze fajnie jest się wymoczyć w bąbelkach czy chwilę popływać po całym dniu jazdy na nartach. Spa i siłownia są dostępne za dodatkową opłatą. I to chyba tyle, jeśli chodzi o wyjazd do Tignes. Powrót był dłuższy, trwał aż 24 godziny… Ale nie miało to już żadnego znaczenia, bowiem nic nie było w stanie zaważyć na ocenie wyjazdu. Tignes w 100% sprostało naszym oczekiwaniom. Każdy dzień był udanym. Już sam widok z balkonu witając nas każdego ranka oznajmiał wszem i wobec, że będzie to narciarsko niezwykle udany dzień. Zdecydowanie polecam tę miejscówkę. A jeśli chodzi o organizatora, no cóż… Jeśli dostanę w marcu czy kwietniu tydzień urlopu, to z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę stwierdzić, że pewnie sprawdzę z nimi kolejną francuską miejscowość. Poniżej kilka zdjęć z wyjazdu. Jeśli chcecie więcej, znajdziecie w galerii w albumie Tignes-Val d'Isere. A gdyby kogoś interesowały bardziej/również zdjęcia z moich „łowów”, to znajdzie je w tym albumie lub w wątku Alpejskie Laseczki (tak sądzę ).
    27 likes
  8. Przez cały czwartek sprawdzając jednocześnie prognozy pogody zastanawiałem się, czy lepiej pojechać w góry w piątek, gdzie temperatura będzie wyższa (ok. -17 stopni) ale wiatr wiejący 5-6 m/s (oraz zachmurzenie), czy też wybrać sobotę-przy niższej temperaturze ok. -24 stopni, ale za to bez wiatru. Postawiałem jednak na z niższą temperaturą, ale bezwietrzną sobotę – wizja jazdy przy takim minusie i dodatkowo podmuchach jakoś do mnie nie przemawiała. Asiek pisała, że w święto 3 Króli korek do Szczyrku był dość duży – stąd pobudka w sobotę o 5 rano i jazda po auto na garaż. Na termometrze u mnie -27 stopni i idąc po samochód, po raz pierwszy było mi naprawdę zimno, gdy miałem na sobie ubraną moją najcieplejszą odzież narciarską. Zastanawiałem się, jak to dzisiaj na stoku damy radę wytrzymać, była myśl, czy aby nie zawrócić – ale nie –dawaj – jedziemy! Wyjazd po 6 z domu, na trasie pusto, postój na poranną kawę i śniadanie i po godz. 8 witam na parkingu w Czyrnej. Aut jeszcze mało, dobra miejscówka na postój, przebranie i do kas. Na początek chodził tylko ten orczyk przy Bieńkuli – prawa jego nitka. Krótszy orczyk z Czyrnej – niby coś tam już nim kręcili, ale bramki wejściowe do niego były jeszcze zamknięte. Jest ok. 08:30, temperatura: -25 stopnie, – dzień wstaje, widoki przepiękne – słońce przyświeca. Udaje się czynnym orczykiem na H. Skrzyczeńską (ślady pod orczykiem ubite), a dalej na Małe Skrzyczne – tu też ładnie ślady przygotowane. Trasa z Małego Skrzycznego na Halę Skrzyczeńską – super (tylko trochę zimno tu na górze :). Z Hali jadę na Czyrną – wpierw na rozgrzewkę 2 i 3 – wszędzie śniegu pod dostatkiem, ale śnieg głównie sztuczny – lodowe grudki chrupią pod nartami. Wciągam się z powrotem orczykiem przy Bieńkuli i teraz czerwona 1 – a ona super! Śniegu trochę mniej (ale bez żadnych wielkich przetarć – i cała trasa pokryta - na pierwszej górce parę trawek wystaje a na głównej – tej najbardziej stromej - też widać może kilka trawek i może parę pojedynczych, niegroźnych, małych kamyczków), ale tu śnieg o wiele lepszy niż na 2 i 3. Jak na tę 1 gwiazdkę na stronie – warunki są naprawdę super . Tu postanawiam jeździć przez dłuższy czas. Po czasie startuje prawa nitka krótszego orczyka z Czyrnej – i na niego się przenoszę, bo do niego jakoś mniej ludzi. Z początku ślady pod nim jakby nie ubite, ale po czasie narciarze sami poubijali właściwy trakt J Jeżdżę po Czyrnej, i w którymś momencie wjeżdżając na krótszym orczyku, będąc już tak w 2/3 wysokości, orczyk staje – wisimy tak przez jakiś czas, czekamy - temperatura – ok. -20 stopni, w dodatku Czyrna-cały czas cień – czekamy, co będzie dalej. Po ok. 10 minutach włączyli lewą nitkę a my dalej wisimy na prawej. Czekając tam tak zmarzłem, że wypiąłem się w końcu i przez drzewka w kierunku 1-ki (później chodziła już tylko lewa nitka). Zjechałem prosto do baru w Czyrnej (był czynny od rana, kibelki czyste, wyposażone – i co ważne – bezpłatne!!!) – i musiałem się rozgrzać, bo zmarzłem dość na tym wyciągu.! Było około południa – postanawiam przeskoczyć na Solisko. Tym razem wjeżdżam orczykiem przy Bieńkuli – chodzą już obydwie jego nitki. No i klops. Cały dzień wjeżdżałem sam i nie było problemu, ale teraz – trafiło mi się na ten stary, krótki, prosty kij pod tyłkiem – w 2 osoby jadąc jest jeszcze w miarę ok – ale teraz nawet nie wiedziałem, kiedy wysunął mi się spod tyłka – gleby żadnej nie zaliczyłem, tylko stanąłem bez orczyka pod dupą na nartach i niestety – dawaj z powrotem w dół. Jeżeli puszczają jeszcze przez ten rok orczyk przy Bieńkuli, to lepiej niech wymienią wszystkie kije na te czarne, długie wygięte – na nich wjazd w pojedynkę nawet na tym bardziej stromym nie sprawia żadnego problemu, a rozmawiałem później z 2 innymi osobami i też mówiły, że na tych starych, komunistycznych krótkich badylach poleciały jadąc w pojedynkę. Ale wciągnąłem się w końcu na Skrzyczeńską – i dalej – Małe Skrzyczne. Dobrze, że nie posłuchałem prognoz synoptyków – sobota: „zachmurzenie całkowite” – poza temperaturą, w tym przypadku na szczęście im się w ogóle nie sprawdziło – przez cały dzień super pogoda – słońce, słońce i jeszcze raz słońce! Decyzja o przeniesieniu się na stronę Soliska – przy tej temperaturze – jak najbardziej trafiona – tu non stop w słoneczku i w ogóle nie czuć żadnego mrozu. Z Małego Skrzycznego jadę do Suchego (niżej nie chce, bo z czasem odcinek Suche-Solisko zazwyczaj jest już porządnie zmęczony). Szczyt Małego Skrzycznego – na początku z lewej stronu jest już dużo wydartego lodu – ale po prawej spokojnie można aż do końca dnia bezpiecznie po śniegu zjechać. A dalej do Hali Skrzyczeńskiej – po prostu tak jak rano – super! Dalej trasą nr 4 – bajka! – dawno nie pamiętam 4 w takim stanie. Na paru odcinkach może trochę grudek sztucznego śniegu, na kilku może trochę lodu, ale na całej długości pokryta śniegiem i jedzie mi się bardzo dobrze, odnoga 4 i 4a również super. Kolejny wjazd – i zjazd tym razem 7-ką – ta też bardzo dobrze się trzyma – jedynie ostatnia górka przed Suchym standardowo obdarta do lodu, ale bywało na niej gorzej. Potem trasa nr 6 – też pięknie! Widać, że napadało śniegu i ośrodek w końcu może pokazać swoje możliwości i warianty tras! Z 6 postanawiam wrócić na 4 – przez las, na przełaj – w pewnym momencie naprawdę było „gęsto” J. 4 jeździ mi się tak super, że teraz tylko szczyt M.S. – Suche – i w tym słoneczku – po prostu miodzio! J Ale w okolicach 13-14 czuję, ze już powoli mam dosyć – siadam na Suchym, kiełbaska, oscypek, i odpoczynek – człowiek trochę wraca do sił. Do końca mojego jeżdżenia – warunki utrzymują się wspaniałe, słońce przyświeca do samego końca, praktycznie bezchmurnie – ani chwili nie żałuję, że pomimo tęgiego mrozu i zapowiadanego „zachmurzenia całkowitego” twardo obstawałem przy tym, że jednak pojadę. Kolejek również żadnych nie odnotowałem – jedynie trochę więcej ludzi atakowało do orczyka przy 7 na Suche-Skrzyczeńska, ale ten od strony 4-ki nie miał żadnych ogonków. Po godz. 15 czuję, że to już chyba ostatnie zjazdy z M.S niebieską 4-ką do Suchego. Po którymś zjeździe, za Halą Skrzyczeńską jednak odpuszczam i kieruję się na łącznik z Czyrną, zgodnie z ujrzanym nagle kierunkowskazem: „trasa nr 2 i 3” – człowiek chciałby jeszcze, ale uda już mnie przestały słuchać – twarde jak pierun – powoli zaczyna robić się to niebezpieczne. Zjeżdżam 2-3 do Czyrnej – tu tak jak rano – dużo sztucznego, grudkowego śniegu plus w dodatku –trasa została już po całym dniu dość poobdzierana, czyli – dużo lodu posypanego sztucznym śniegiem. Ok. 15:45 oddaje karnet i przyglądam się naniesionym na mapkę planom inwestycyjnym TMRu na lata 2017-2018. Na mapce gondolka, kanapa Solisko – Skrzyczeńska oraz kanapa Solisko – Golgota - z zakończeniem tego wyciągu przy dolnej stacji obecnego - nr VI na Julianach. Po całym dniu – udaje się do auta, otwieram samochód (alarm miga, centralny otwiera-myślę sobie – jest ok.), przebieram się, wsiadam do auta, przekręcam kluczyk, kontrolki zapalają się po czym …… - nic więcej – ani nawet odgłosu na milimetr ruszonego rozrusznika – pięknie! Zawsze przy kole zapasowym miałem kable – dźwigam bagażnik – nie ma – zapomniałem, że je wcześniej wyciągałem – sic! – obok mnie stoi dwóch gości z Mysłowic, kurzą cigarety, fajnie po Śląsku godają – swojskie chopy - mówię – zagadam – może oni kable mają – kabli nie mieli, ale zaoferowali się, że spróbujemy na tym parkingu z górki na pych. Trochę lodu na podjeździe – ale dobra – dawaj (oby tylko pasek nie przeskoczył:P) – za drugim razem udało się i dzięki Wam chopy za pomoc, bo tak po całym dniu głodny i zmęczony nie chciałbym tam ślęczeć na tym parkingu. Ale nie tylko ja problem miałem, bo wkrótce pojawił się żółty, mobilny warsztat samochodowy Startera – ludzie wzywali, bo im też aku padły (i po podpięciu się do niego także nie odpalili). Ja poczekałem, aż alternator podładuje mi trochę aku, bo przecież taki głodny do domu nie pojadę – kierunek: karczma w centrum Szczyrku – tu minus dla władz miasta, które wydzierżawiły teren za karczmą, na którym jeszcze nie tak dawno można było za darmo sobie wjechać i zaparkować. Teraz teren ten jest zamknięty, wydzierżawiony komuś, a znalezienie wolnego miejsca wzdłuż ulicy, gdzie głównie leżą pryzmy odgarniętego śniegu graniczy z cudem! W dodatku policja kręci się przy karczmie i poluje, czy ktoś nie łamie zakazu…. Ogólnie to był przepiękny, mroźny słoneczny dzień! Po ostatnich opadach Czyrna-Solisko dopiero pokazała, co tak naprawdę może zaoferować – warunki określiłbym od 4 – 4,5 – 5 – świetnie mi się jeździło! Tylko jedna mała prośba – wprowadźcie w końcu w SONie karnet 6 godzinny! 4 h to trochę za mało, a 8 h – przy takich warunkach do jeżdżenia – ciężko naprawdę wytrzymać J
    26 likes
  9. Dzień pierwszy - kręcąc się po St. Anton. Niestety od rana było mgliście, padał śnieg i początek naszej jazdy nie był zbyt ciekawy. Kupiliśmy karnety 7 dniowe za 300 EUR (razem z kaucją), zaparkowaliśmy auto na płatnym parkingu (7 EUR) i w górę! Kilka zjazdów, to walka o widoczność... na szybach, na goglach masa śniegu, dookoła chmury, czy mgła?... Ciężko! Przedzieramy się przez zwały śniegu, jedziemy a w zasadzie zsuwamy się z każdej trasy. Fotek robię mało, bo nie ma sensu. Po ok dwóch godzinach pokazała się nadzieja na ponartowanie... nieco poprawiły się warunki. Wciągamy się ponownie, któryś raz z kolei na górę i widzimy trasę, po której niedawno zjeżdżaliśmy. Pięknie... ...trasa 29 czerwona, w stronę miasteczka St. Anton - cudna! Jedyny deskarz z ekipy na trasie. Endriu Ok godziny 12 robimy przerwę na kawę. Odpoczywamy i ogrzewamy kończyny. Przy -15 trzeba i człowiek nie ma wyjścia jak mu zimno. Wciągamy się na górę. Na szczycie Kapall 2330 m npm pojawiają się dziwni jegomoście... Naszej ekipie przewodzi "człowiek mucha" - Michał. Ciśniemy! Jak dla mnie jest trochę za miękko i nierówno - ponieważ dobrze się nie rozgrzałem, to jeżdżę zachowawczo. Piękny widok w stronę naszej kwaterki i miasteczka... Cudowna zima! Na trasach, mimo, że jest niedziela - umiarkowana liczba. Gondola, to coś, co lubimy najbardziej! W "oczach człowieka muchy" cała nasza, narciarska ekipa. Super fota! s Jedziemy na drugą stronę ulicy St. Anton i do gondoli... ...tutaj na trasie czerwonej i czarnej, numer 5 i 6 przeżywamy pełną ekstazę! Warunki są doskonałe! Jest równo, twardo i bardzo szybko. Nareszcie! Później jedziemy w stronę freeridu i nieco archaicznych krzeseł dwuosobowych - na szczęście są one dosyć szybkie. Napotykamy tutaj dosyć ciekawe konstrukcje najazdów do wyciągów. Taras, ambona - co to jest? Znowu pogarszają się warunki.... ...na szczęście jest już dosyć późno i powoli kierujemy się w stronę naszego parkingu. Andrzej jest nieco wykończony warunkami... ...to jest jednak przewaga nart nad deską! Jeszcze krótki spacer po miasteczku między wyciągami... ...i kończymy nasz pierwszy narciarski dzień w Ski Arlberg. Wszyscy cali i zdrowi wracamy na kwaterę... ...teraz reszta ekipy czeka aż skończę relację - i idziemy właśnie na znany na całym świecie tutejszy sznycel. Jutro ciąg dalszy naszych przygód w Austrii. Pozdrowienia dla wszystkich. marboru
    25 likes
  10. Witam wszystkich. Właśnie wróciłem z trzydniówki w regionie Salzburger Lungau. Przyjazd w środę do miejscowości Sankt Michael im Lungau bez problemowy. Ruch niewielki (poza Wiedniem) więc 680km pokonane w dość dobrym tempie. Miejscówka bardzo urokliwa. Bliziutko do stacji Narciarskiej Grosseck – Speireck i niewiele dalej do Katschbergu (od strony miejscowości Sankt Margarethen im Lungau). widok z okna kwatery Karnet który mieliśmy w cenie to dwa dni więc wybieramy Katschi. W czwartek jazda na całego. Pogoda bardzo poprawna, choć nieczynny był łącznik łączący St. Margerethen z Katschberg Hohe. Katujemy więc trasy po tej stronie ośrodka. Chwalona przez Mariusza (marboru) A1 świetna, ale mnie i żonę zauroczyła czerwona 22 a jeszcze lepsza jest czarna 21 pod wyciągiem DSB Aineck. Te trasy powalają. O 12.00 uruchomili łącznik więc od razu startujemy na drugą stronę trasą 11 (piękna trasa, niestety częściowo oblodzona). Czarna 11a nieczynna. Jedyny ból to przejazd nad drogą, żona marudziła, Elektryczna kładka działa w drugą stronę. Druga strona bardzo przyjemna ze szczególnym wskazaniem czarnej 3. Następnie powrót na stronę Aineck (bo tam mamy samochód). I tak do 16.00 upłynął nam czas. I tyle w pierwszym dniu. Drugi dzień niestety załamanie pogody. Suje śniegiem aż miło????? Pada na Katschberg po raz drugi. Rano jesteśmy znów w St Margerethen, szybka akcja i jeździmy. Niestety warunki coraz trudniejsze. Kamery i aparatu nawet nie ruszyłem. Do 14.30 daliśmy radę. Więcej nie dało rady. Nogi „zmarły”. Wieczorkiem pakowanie a w sobotę rano śniadanko i „wykwaterunek” . 09.00 jesteśmy pod dolną stacją ośrodka Grosseck-Speiereck. Chcemy zakupić karnet 9-13 za 31,50E i tu miła niespodzianka. Pani w kasie informuje, że dziś całodniowy karnet za 20E. Jak nie wziąć . No to jazda. Ośrodek piękny choć niewielki (jak na Alpy). Warunki wręcz bajeczne. Do tego niezła pogoda. Tłuczemy chyba najlepszą trasę 2b-2a pod gondolą Sonnenbahn. Bajka. Później wyjeżdżamy na szczyt Speireck 2400m. Z niego trasą 4a w dół i płynnie w 2b – 2a pod gondolę. Nie wiem ile to ma długości ale przewyższenie 2400-1000 więc wychodzi 1400m. Po jednej takiej „eskapadzie” nogi są w du… znaczy się jest cudownie. Tak zjeżdżamy jeszcze dwa razy. Później na łączkę odpocząć na orczykach. I tak mija czas. Niestety trza się zbierać, prawie 680km prze de mną. 13.00 zjeżdżamy do Sankt Michael. Szybkie przebranie się w dolnej stacji Sonnenbahn i w auto. 21.00 w domu. Uuuuuch………. Dopiero dochodzę do siebie. Podsumowując: Katschberg – nie duży, ale świetny. Jest gdzie się rozpędzić. Polecam. Przy tych warunkach śniegowych – super. Szczególnie dla rodzin. Grosseck-Speiereck – jeszcze mniejszy, ale jest świetnym uzupełnieniem Katschi. Na jeden dzień bomba. A trasa łaczona 4a+2b+2a – to po prostu miód. Jazda na nim jest na wspólnym karnecie z Katschi – chyba nazwa SKILUNGO. Ale można szukać takich okazji jak nam się trafiło. Podobno są dość częste – W ten dzień był cały dzień za 20E a dzieci do 15 lat za darmo – dodam była to sobota. Pozdrawiam. PS: Zdjęć mam mało, więcej kręciłem. Jak coś zmontuję to dodam. PS2: polecam fajną knajpkę przy samym wyciągu w Sankt Margerethen - GrizzlyBar przy hotelu Grizzly. Nie wygórowane ceny a jedzenie pycha. To powinno być w innym wątku "jedzenie na stoku" ale co tam:
    24 likes
  11. Plan był na wczoraj, ale zła widoczność z rana i popołudniowe plany spowodowały, że wrociłem do wyrka. Dzisiaj już cały dzień wolny, więc zero stresu i presji czasu, a i pogoda o niebo lepsza. A niebo z rana było bezchmurne. Ok 8:30 startuję z Przełęczy Glinne, ide sam, pierwszy raz po 2 latach na turach i poza trasą - nie wiem jak kondycja po kontuzji, więc głupio było by kogoś spowalniać, a i moja jazda w lesie nie jest taka jak była kiedyś - przynajmniej na razie. Jest -16, zapinam foki i klej na jednej mi się nie podoba, ale chwytają i ruszam. Po 500m odpinam wywietrzniki w spodniach i zdejmuje kurtkę - ide w samej bieliźnie termoaktywnej i koszulce. Szlak wiedzie pasem granicznym między drzewami, które skutecznie osłaniają go od słońca ale i od wiatru. Początek bardzo płaski, tempo niezłe ( tym później) trasa idealna dla początkujących by zapoznać się z techniką chodzenia, a do tego dość malownicza. Szlak przetarty - szło kilka osób. Wszystko idzię ok, aż do ok 3km gdy puszcza mi foka na 1 narcie - dostała trochę śniegu i połowa jest przyklejona, a druga połowa sobie wisi Próby oczyszczenia i przyklejenia nic nie dają - rozważam powrót, ale już bliżej niż dalej, więc głupio tak zawrócić. Foka ładuje pod koszulką, blisko ciała, a narty pod pachą - ruszam na butach, żeby zagrzać fokę. Po 15 min i może 200m zapadania się po kolano próbuję przykleić - łapie ale coś słabo, no ale próbuje foczyć. 50m i powtórka z rozrywki. Kolejny dylemat co robić. Powtarzam manewr i mimo, że jest mi ciepło wrzucam kurtkę by dogrzać foczkę Ruszam na butach, staję w miejscach gdzie pada jakiś promień słońca by się dogrzać, ale praktycznie wszędzie cień. Idę dalej i zapadam się coraz głębiej - postanawiam, że jak zacznę się zapadać po pas to zawracam W końcu naklejam znów fokę - tym razem jakby lepiej siadła i ruszam już na nartach przez jakieś 500m jest ok i myślałem, że będzie już tak do końca. Podchodzę pod ścianke, wybieram trasę zakosów i znowu to samo... Gdyby nie to, że był fajny stromy fragment do zjazdu i coraz rzadszy las to bym zawrócił. 3 raz owijam się foką i wspinam. W końcu wypłaszczenie i słońce! Naklejam fokę i wystawiam do opalania. Śniadanko, zdjęcia i ostatnia próba. Trochę już jestem zmęczony tymi perypetiami ale jestem już pod kopułą szczytową nieco ponad 1km do celu. Słońce dobrze zrobilo foczce - do szczytu już pięknie trzyma. Na szczycie jestem po nieco ponad 4 godzinach lekko zmęczony i zmarznięty, do tego zaczyna mocno wiać i chmurzy się. Herbata, odpoczynek i jazda na dół trasą podejścia - zjazd przyjemny chociaż sporo wypłaszczeń - o dziwo całkiem fajnie mi się jedzie na otwartych przestrzeniach -- dużo lepiej niż w gęstym lesie gdzie trzeba mocno NW i śmigiem pracować. Całośc ok 5 h czyli sporo dłużej niż planowałem - MajorSki to podejście robił w 2 godziny, gdyby nie nieszczęsna foka pewnie zajęłoby mi to poniżej 3h - nie jest źle, ale trzeba trenować - momentami serce walliło jak szalone Na koniec kilka zdjęć: A tu pełna galeria: https://www.facebook.com/korbielowandiamo/photos/?tab=album&album_id=1400766696609523[/url]
    24 likes
  12. Dzisiejszy dzień postanowiłem spędzić tak jak najbardziej lubię, czyli na skitourach. Trochę mróz odstraszał, ale to mnie nie zniechęciło. Również łapiące mnie coś - drobne drapanie w gardle - też nie dało rady. Ostatecznie wybrałem się na Szyndzielnię i Klimczok, bo tu mam najbliżej i nie musiałem przebijać się przez korki... Pod Dębowcem zameldowałem się ok. 9.30. To najlepsze miejsce do startu i do tego przyzwoity, bezpłatny parking. Kiedy tu dotarłem, zająłem miejsce gdzieś na końcu, a dla skitourowców - na początku. Nie gaszę silnika, bo nawet minuta bez rękawiczek jest koszmarem dla rąk! Musi być baaardzo zimno, ale ja termometru nie mam. Ale po każdej czynności, przybliżającej mnie do startu, chowam się do auta na rozgrzewkę. Przez to gramoling trwa, ale przynajmniej na starcie nie nabawię się odmrożeń. Trochę czasu zeszło, ale w końcu ruszam na szlak. Zabrałem ze sobą Ignacego, bo samemu nudno... Miałem coś w rodzaju drobnego przeziębienia, dlatego nie miałem ostatecznie ustalonych planów. Obawiałem się, że przedwcześnie będę musiał brać odwrót. Chyba to jednak wirusy się wycofały. Na rozgrzewkę podejście pod Dębowiec. Mało wymagające, ale rozgrzewające. Szybko okazała się, że mróz nie taki straszny, a ja zacząłem szybko nabierać temperatury. Super! Przy okazji obserwuję Dębowiec, na którym jeździ może 5 osób, a stacja działa już chyba ponad godzinę! Już wiem, że wolałbym tu pośmigać, niż stać w korku np. do Wisły. Warunki dobre - trasa wyratrakowana, ale jak to wcześnie ktoś fajnie określił: tak po polsku... To jednak dla mnie tylko rozgrzewka i ruszam dalej do góry. Mijam schronisko, na którym jeszcze kręcę specjalne ujęcia do filmiku i cisnę do góry. Wahałem się tylko, czy iść tradycyjnym szlakiem czerwonym, czy może równoległy, nieco bardziej zróżnicowanym, chyba niebieskim. Ostatecznie wybieram ten czerwony, bo równomiernie nachylona trasa jest bardziej przyjazna, zwłaszcza kiedy człowiek nie w pełni sił. Niestety jest on też najbardziej uczęszczany i mimo mrozu trochu piechurów jest. Co mi tam! Ja realizuję swój własny plan, również jeśli chodzi o produkcję filmową... Czasem ludzie patrzą na mnie jak na idiotę - czemu? To wkrótce... Myślałem, że ciężko pójdzie, a tymczasem tempo całkiem dobre. Zwłaszcza jak na takie "betonowe buty". Szybko osiągam Saharę i dalej Szyndzielnię. Widoki po drodze fantastyczne! Dawno nie widziałem tak pięknej zimy w naszych górach! Śniegu po drodze mało, dopiero w okolicach Szyndzielni więcej. Ale jest przewiany - są miejsca, gdzie jest go metr, są miejsca całkowicie odkryte. Szlak dla piechurów przetarty jest do schroniska na Szyndzielni. Dalej kopny śnieg, który jednak tourowcom nie przeszkadza. Talerzyk na Szyndzielni nie działa. Niby śniegu dość, ale pewnie chodzi o brak działającej gondoli... Nie po to się tu wspinałem, więc cisnę dalej. Pokonuję trasę koło orczyka i dalej w stronę szczytu, a później Klimczoka. Dopiero od 1000 m.n.p.m. widać sporą pokrywę śnieżną. Niemal jak jakaś granica. Taka ciekawostka - w kominiarce, mimo mrozu, głowa mocno się pociła. Ale kiedy ją zdjąłem, żeby nieco wysuszyć włosy (przy temp. poniżej - 20), było idealnie przez dłuższy czas. Dopiero przy szczycie Klimczoka zacząłem odczuwać skutki mrozu... Również moja kamerka odczuła temperaturę. Do pewnego momentu, przy kręceniu różnych scen, standardowo się rozładowywała. Gdzieś od ok. 1000 m.n.p.m. nagle straciła połowę, a za chwilę całą pojemność akumulatora. Co jest grane? Mróz tak ją ściął? Mimo wskazywania wyładowanej baterii, kręcę kolejne ujęcie i wszystko wychodzi ok. Chowam ją do ciepłej kieszeni,w nadziej, że odzyska moc. Może to tylko "nieporozumienie". Na wszelki wypadek robię kilka ujęć aparatem, który zdecydowanie lepiej sobie radzi w tych warunkach. Poszło sprawnie i szybko osiągnąłem cel główny, czyli Klimczok i ku mojemu zdziwieniu, dziś działa tutejszy talerzyk! Po raz pierwszy w życiu trafiam tu na działający wyciąg! Takiej okazji nie mogłem przegapić! Sytuacją zainteresował się też inny skitourowiec, ale jakoś nie miał chęci na rozeznanie sytuacji. Może przez niemal całkowicie zamarznięte okulary? Fakt faktem, widziałem tylko jedno oko... Ja postanowiłem drążyć temat i zacząłem wypytywać. "Tak, mogę kupić karnet, ale na górze, u pana Krzysia". Na szczęście nie ma problemu i szybko się dogaduję. Niby jest tu jakiś cennik, ale raczej umowny. Dostaję godzinkę jazdy za... 10 zł! Bez zastanowienia biorę i zaczynam śmigać, po całkiem dobrze przygotowanym stoku. Ponieważ nie ma tu naśnieżania, jazda odbywa się wyłącznie po naturalnym śniegu. Nice! Razem ze mną jeździ może 6 osób. Jak to fajnie brzmi, kiedy wszędzie frekwencja mocno wykracza po za możliwości ośrodków. Ale mróz daję się we znaki! Ściągnięcie rękawiczki na dłużej niż minuta - niemożliwe! Natychmiast ręka sztywnieje i boli... Ale jakbym mógł nie zrobić parę zdjęć, czy ujęć filmowych? Ciekawostka - GoPro spędziło blisko pół godziny w ciepłej kieszeni, i ? Bateria 52%! Super! Będą ujęcia z jazdy trasą z Klimczoka! Od tej pory jednak oszczędzam kamerkę, bo widocznie -24 st. jej nie służą. Tyle ponoć pokazywały termometry na górze. Wierzę, bo dawno nie spotkałem się z takim mrozem. Ostatnim razem na Kasprowym, jakieś 5 lat temu, kiedy było -30 st... Rękawiczkę można ściągnąć na max 1 minutę. Później ból i sztywna rękawiczka... Ponowne rozgrzewanie trwa zbyt dużo czasu. Jest pięknie, ale przy takim mrozie trudno w pełni czerpać przyjemność z jazdy, czy po prostu z przebywania w górach. Wirusy, na szczęście, dawno wywiesiły białą flagę. Ponownie kilka specjalnych ujęć i kręcenie filmików z jazdy. Te ostatnie z przerwami na... rozgrzewkę kamery. Staram się oszczędzić jak najwięcej elektronów. Trzeba jeszcze coś zachować na zjazd. Ale w tym momencie żałowałem, że nie zabrałem ładowarki! Schroniska są pod ręką... Pośmigałem godzinkę i czas się zwijać. Mimo wysiłku, temperatura w butach narciarskich spada i zaczyna mnie szczypać w palce u nóg. Nie chce mi się drałować do schroniska na Klimczoku, więc cisnę na górę i w stronę Szyndzielni. Warun do jazdy fajny, ale brakuję nachylenia, żeby nie trzeba było się odpychać. Każdy zjazd w puch to jakby kotwicę rzucił... Nie ma gdzie nabrać prędkości. Nawet na Szyndzielni rozpęd jest minimalny. Najlepiej jechać po ubitym,wtedy idzie. Mimo wszystko, gdzie się da, tam w puchu. Cisnę nieco przez las, trochę szlakiem... Byle do dołu i byle się gdzieś ogrzać. Taka ciekawostka - nie zaciągnąłem czapki na całe uszy i... w pewnym momencie czuję jakby mi je mroziło. Kiedy dotknąłem palcem, było już sztywne... Trzeba reagować na bieżąco. Oczywiście nic się nie stało. Szlak pokonałem szybko i na deser pozostał Dębowiec. Rano jeździło może 5 osób, teraz frekwencja wyraźnie większa, ale bez kolejek do wyciągu. Mi to nie przeszkadza i ostatni mój odcinek pokonuję sprawnie i z ciasnymi skrętami. Warunki narciarskie tutaj, mimo pory, wciąż dobre! No, ale wszystko co dobre, szybko się kończy. Nie inaczej teraz. Dojechałem do końca i pozostało mi tylko porobić fotki i wracać... Piękny dzionek był! Będzie co wspominać! Na koniec gondolki z Szyndzielni - gdyby były w bardziej rozsądnej cenie, to sam bym sobie kupił! Pozostaje je zapamiętać i wspominać. Tak jak ten wypad. Pięknie było, choć ja nie lubię stycznia... Ale taki może być! Pozdrawiam, Johnny. PS.Filmik będzie, ale trochę inny...
    24 likes
  13. Stacja narciarska "Stok", znana też jako Kiczera, pomyślnie przeszła mój test na początku sezonu, więc postanowiłem ponownie tam zawitać. Nie miałem szans, żeby zobaczyć słoneczko, ale wieczorna jazda też jest fajna. Do tego ta frekwencja przed świętami... Dziś szybciej skończyłem pracę niż normalnie, choć to nic nie zmieniało ze względu na konfiguracje karnetów, więc tuż przed 16 wyjechałem w stronę Wisły. Zostawiłem sobie zapas czasowy i to się opłaciło.Tuż za Auchan była kolizja kilku samochodów i oczywiście natychmiast zaczął się tworzyć olbrzymi zator. Ja przejechałem to jeszcze sprawnie,ale chwilę później korek wydłużył się aż do okolic Castoramy... Ufff, odetchnąłem. Dalej bez przeszkód, zarówno na fullwypasówce, jak i Wiślance. Ostatnie 2 km już po nieco zaśnieżonej drodze. Poszło dobrze i już o 16.30 byłem na pustym parkingu niemal pod samym wyciągiem. Chwilę zbierania się, przygotowania sprzętu i po karnet. Wieczorek kosztuję 4 dyszki za jazdę od 17.00 - 21.00. Całkiem dobra cena, jak na obecne standardy w Beskidach. Ruszam pod stok, gdzie jeszcze ratrak buszuję i robi piękny sztruksik. Czeka ze mną kilku narciarzy... Trasy przygotowane, wybija godz. 16.00, czas ruszać na stok. Jest nas łącznie ok. 10 osób - super! Zapowiada się piękna jazda. Jak dojrzałem na tutejszej informacji, temperatura u góry -5 st. ,u dołu -3 st.... Lekki mrozik, idealna pogoda. Ruszam na stok. Jest twardo, równo i baaardzo szybko! Potwierdza to GPS, który zanotował prędkość bliską 70 km/h, choć wcale nie staram się bić rekordów. Wręcz odwrotnie. Ale jak narta jedzie, to czemu jej nie pozwolić? Nawijam głównie po czerwonej, choć parę razy zaliczam też niebieską. Później z tej drugiej rezygnuję, bo puścili armatki i tam zrobiło się mało komfortowo. Ale dobrze - niech sypią! Jak widać, tłoku nie było. Szusowanie przed świętami to dobry pomysł w naszych górkach.Zazwyczaj nie miałem nikogo przed sobą, choć raz serce do gardła podeszło... Będzie filmik. Warunki do samego końca bardzo dobre! Co lepsze, nie dojrzałem choćby najmniejszego minerału na trasie, choć warstwa śniegu jeszcze niby niewielka - jakieś 40 cm. Co tu więcej pisać? Piękny wieczorek! Przygotowanie trasy wzorowe, frekwencja minimalna , lekki mrozik, stok twardy i szybki - idealnie! Jeszcze kilka fotek z niebieskiej: Pięknie było, ale szybko się skończyło. Trza było powrócić do codziennych obowiązków... Pozdrawiam, Johnny
    24 likes
  14. W SON-ie warunki dobre (patrząc na pogodę, fatalne). Jeździliśmy wszystkimi otwartymi trasami i wyciągami. I tak po kolei. Trasa nr.3 (Skrzyczne - Hala Skrzyczeńska) warunki dostateczne - silny wiatr, lód i zaspy świeżego śniegu. Robiąc zdjęcie na grzbiecie myślałem, że zdmuchnie mnie stąd i relacja będzie miała tytuł "Leitner leży w jakiejś dolinie" Całe szczęście nie było tak źle. Trasa nr.2 (Małe Skrzyczne - Hala Skrzyczeńska) warunki dobre i dostateczne - lód, świeży śnieg, pracujące dwie armaty i totalny wygwizdów - czasami nic nie widziałem. Ja z Headami czułem się jak w siódmym niebie. Przetarć nie zauważyłem. Tory pod wyciągiem oczywiście lodowe. Trasa nr.4 i 4a (niebieska Hala Skrzyczeńska - Suche - prawie Solisko) warunki dobre - sporo świeżego śniegu, ale także lodowych miejsc. Jeździło mi się świetnie! Z biegiem czasu przybywało świeżego mieciutkiego puchu - ostatni zjazd zaliczyliśmy sporo po 16. Trasa 7 (Hala Skrzyczeńska-Suche). Trasa wyborna! Warun miodzio! Świeży śnieg, twardo (wszystko rozjeżdżone). Było cudownie! Przetarć praktycznie nie było. Tory pod wyciągiem w miarę dobre, Trasa 7 (Suche - Solisko, dzień). Lodowo ze świeżym śniegiem. Na początku drobne przetarcia. Pod orczykiem było spoko. Trasa 11 (Golgota, Hala Pośrednia - Solisko, dzień) - typowa Golgota. Warun ciężki - lód, grudki lodu i świeży śnieg. Twardo. Gdzieniegdzie w środkowej części pojawiły się przetarcia. Pod wyciągiem lodowo, ale bez problemu dało się wjechać na górę. Trasa 8 ("zielona" na Julianach) - warunki dobre. Lodowo, ale było mnóstwo świeżego śniegu. Jazda długim skrętem wyśmienita! Warun pod orczykiem dostateczny - pojawiały się wały nawianego śniegu (na jednym z nich się wywaliłem...). Trasy 9, 12, 13, 10 (Juliany niebieskie i czerwona) - lodowa pustynia! W sumie tyle opisu wystarczy. Najlepiej trzymała się czerwona 10 - tam leżało sporo świeżego rozjeżdżonego śniegu (przy wyciągu ustawiała się kolejka na kilka minut). Wieczorem katowaliśmy się nawzajem z dwoma trasami. Na obydwu trasach (dolna 7 i 11) grudki lodowe. Warunki ciężkie, ale dobre dla ćwiczeń kolan. Generalnie pusto (z małymi wyjatkami). Golgota oczywiście bardzo wymagająca. Prawie 11h nartowania za nami i ponad 90km w nogach. Co mogę jeszcze dodać? Zimo, witaj! Jutro rano jadę do Czyrnej, ale nie na narty. Później skoczymy jeszcze na kilka godzin na SON (później się już zwijamy). Pozdrawiam i do zobaczenia na stoku Marcin PS Zdjęć mało i słabej jakości. Dlaczego? Robiłem fotki GoPro i gdzieś zniknęły...
    24 likes
  15. Dzień trzeci. cz. 2 - Lech & Zug Ekipa: Jeździmy w kółko po tutejszych trasach - tak by zaliczyć wszystkie. Mapa i jechane raz niebieską, raz czerwoną, raz pod krzesło z bublinką, a raz pod krzesło dwuosobowe, które ledwo co podjeżdża w górę. Nie wiem czemu, ale w tutejszych ośrodkach kompletnie nie przeszkadzają mi stare wyciągi. Archaiczne? Wyciąg linowy - proszę bardzo! Andrzej odpoczywa przed zjazdem do samego Lech. A w Lech? Piękny, alpejski widoczek... Mimo krążących chmur i przeraźliwie zimnego wiatru eksplorujemy ośrodek na maksa. Wszystkim się tu bardzo podoba - trasy urozmaicone i ciekawe. Długie i niektóre bardzo wymagające - na mapie zaznaczone przerywanymi liniami. Zrobienie zdjęcia, to ból. Gołe ręce, to w takich warunkach pogodowych - cierpienie. Mimo tego, sesja Z zielonymi portkami... ...różowe zostały w domu Widoczki? Proszę. Ciekawostki? Goldem card i jedzenie w bombce? Tylko dla wybranych... ...sprawdzałem - zamknięte. Powoli kończymy jazdę. Na liczniku prawie 80 km - jest ok. Fota ekipy z tego dnia, na tle miejscowości Lech. Mimo mrozów, armaty walą... ...a armaty mają tu dziwne? Szlauchy? Ostatni zjazd trasą 210... Pakowanie do auta i droga powrotna. Przez szybę w samochodzie ostatnie fotki. Lech: I zachód słońca... Kończymy dzień sznyclem i sznapsem gruszkowym. Pysznym! Jutro kolejny dzień i nowe podboje narciarskie. CDN jutro. Pozdrawiam marboru
    23 likes
  16. Część druga roztoczańskiej przygody narciarskiej to stacja Nartraj w Chrzanowie: http://rzetelski.com.pl/ Na miejsce docieramy jakimiś bardzo wąskimi i mega zaśnieżonymi drogami... ufff dojechaliśmy. Druga dzisiaj z odwiedzonych stacji, to top tego regionu Polski pod względem ilości tras i ich długości. Temperatura spada, słońce zachodzi, wiatr się wzmaga - niestety, nie są to doskonałe warunki narciarskie. Na darmowym parkingu sporo samochodów, ale obsługa sprawnie pokazuje nam gdzie mamy stanąć. Jeszcze świeci słońce a księżyc wysoko... ...pierwsze spojrzenie na ośrodek - nadmienię, że tutaj również jesteśmy pierwszy, ale nie ostatni raz w życiu. Ludzi wydawać by się mogło sporo... więc co? Zaczynamy od jedzenia. 40 zł kosztuje tu pizza, duże grzane piwo i półlitrowa pepsi. Poniżej widok na całość infrastruktury: kasa, karczma, wypożyczalnia i inne zabudowania. Podobnie jak w Batorzu - prowiant można przywieźć swój, a kiełbaskę upiec na specjalnie do tego przygotowanych prętach. Wiata jest zadbana, chroni od wiatru i opadów. Tablica informacyjna na temat ośrodka: Kupujemy karnety. Minus - brak karnetu dwugodzinnego, czyli takiego jaki ja lubię najbardziej. Za godzinę w weekend, czy w święto trzeba zapłacić 22 zł, za trzy godziny 50 zł. W dzień zwykły odpowiednio 16 i 40 (w zwykły dzień karnet 3 godzinny ma bonus w postaci godziny, czyli jest czterogodzinny). Narty zakładamy przy karczmie gdzie udaje mi się zdjąć kamerką ładnie świecący księżyc. W ośrodku w chwili obecnej jest trzy wyciągi orczykowe. Umiejscowione są na środku ośrodka, a po lewej i prawej stronie bardzo szerokie zjazdy z kilkoma wariantami szerszych łuków. Podobno miało tu powstać krzesło - czemu nie powstało nie wiemy ale z pewnością pasowałoby tu. Widok przy gasnącym świetle dnia na krajobraz roztoczański i stok narciarski - bezcenne! - poniżej prawa strona ON. Warunki są doskonałe - dużo śniegu, trasy wygładzone i przygotowane idealnie. Jest twardo, szybko i krawędzie mimo tego, że nadal jeżdżę bez serwisu trzymają świetnie. Sprzęt do naśnieżania stoi i odpoczywa - warstwa na stoku jest odpowiednia. Lewa strona ON składa się z jednej mega szerokiej trasy...i szerokiego odjazdu w prawo z kilkoma wariantami. Najbardziej z malowniczych rozjazdów - najdłuższa i najłagodniejsza opcja: I poniżej widok na połączenie głównej trasy "zaokrągleniami bocznymi wariantami": Po jednej ze stron znajdują się elementy snowparku: Opcja również bardzo szerokiego, z dwoma opcjami zjazdu przy karczmie - widok obydwóch: Karczma w nocnym świetle wygląda klimatycznie: Najbardziej stromo i fajnie jest tu jednak przy orczyku z lewej strony patrząc z góry. Mega szeroko, szybko i długo. Jesteśmy wszyscy pozytywnie zaskoczeni tym miejscem. Mimo olbrzymiego mrozu jazda jest przyjemna i ciekawa. Z pewnością tu wrócimy. Przemarznięci pakujemy się do auta. Kończymy dzień pierwszy naszego narciarskiego długiego weekendu. Roztoczański dzień... Jutro popołudniu odwiedzimy Babę Jagę w Bodzentynie - pora na świętokrzyskie rubieże. CDN jutro. Pozdrawiam serdecznie marboru
    23 likes
  17. Rok temu Sylwestra spędzaliśmy w Karpaczu na stoku. Teraz plan był taki, jedziemy do - Rzeczka lub Sokolec. W Rzeczce w ośrodku Na Stoku organizują nocną zabawę i jazdę do godziny 2.00. Ognisko, zjazdy o północy z pochodniami itp. Dojeżdżamy na miejsce około 22, ale na parkingach i na poboczach drogi masa samochodów, jak dla mnie to były tłumy. Na trasie narciarskiej pusto, mimo to mam obawy, że będzie ciasno. Plany są po to by je modyfikować. Postanawiamy jechać dalej na pogranicze Rzeczki i Sokolca. Tam mamy po prawej ON Górnik, kawałek dalej po lewej Przełęcz Sokola wyciągi narciarskie (czy jakoś tak to się nazywa). Górnik zamyka wyciągi o 20, a pod Orłem o 21, czyli już zamknięte. Kolejny plan, to idziemy na Wielką Sowę, mamy szampana, kiełbasę na grilla, na pewno na szczycie będzie trochę osób witać Nowy Rok. Postanawiam jednak zabrać ze sobą narty i buty. Schowam je gdzieś w lesie za schroniskiem Orzeł, a jak będziemy wracać to zjadę po trasie do Sokolca. Wyprawę zaczynamy z Rzeczki koło ON Górnik. Po drodze mijamy Chatę pod Sową Mamy już fajny widok na Rzeczkę i trasy Górnika oraz śnieżące armatki przy temperaturze około - 5 st. Podchodzimy w stronę schroniska Orzeł (dla mnie kultowego, ale o tym później) i idziemy wzdłuż czarnej trasy (delikatnie trochę przesadzili z oznakowaniem jej jako czarna, aż mnie śmiech ogarnia Trasa naprawdę świetnie wyratrakowana, twarda i lekko oblodzona gdzieniegdzie, a Orzeł piękny jak zawsze Kocham to schronisko!!! Mała zmiana planów, skoro udało się wejść najstromszy odcinek z nartami i butami, to czemu nie iść dalej, narty z plecakiem nawet lekkie. Trochę uwiera pasek plecaka od butów, wytrzymać jednak można. Widać sporo turystów wędrujących w stronę Wielkiej Sowy, jednak więcej opcji nie mamy i idziemy dalej. Szlak bardzo zlodzony i poruszamy się wolno, śniegu mało. Staramy się poruszać ścieżkami koło szlaku, nie ma wielu takich miejsc, bo po bokach las gęsto porośnięty i pełno kujoków. Z nartami przytroczonymi do plecaka to mało wygodne. Do szczytu blisko, ale północ jeszcze bliżej. Piękne rozgwieżdżone niebo Godzina zero łapie nas 10 min przed szczytem W końcu docieramy i my Nie spodziewałem się takiej ilości turystów, z 1000 osób mogło być. Z nartami jednak nikogo nie zobaczyłem i poczułem się jak na Śnieżce w ubiegłym już roku! Szampan, kiełbaska, życzenia, chwila zadumy, wspomnienia! Pora wracać, tylko jak to zrobić z nartami. Przy zejściu w dół widzimy jak co chwilę, kilkadziesiąt osób się przewraca, ale wszyscy wstają, to lecznicze właściwości szampana chyba... Schodzimy chyba ostatni (ja próbuję zjeżdżać). Nie idzie mi łatwo... Pozdrawiam serdecznie! .
    23 likes
  18. Wisła -Skolnity 18. i 22.12.2016. Staremu (wiekowo) narciarzowi wystarczy jedna dosyć atrakcyjna ,niezbyt trudna trasa. (długość 1100m) Porównywać Skolnity z Alpami czy nawet z SON-em nie ma sensu. Doładowałem wiślański skipass 4 razy po 4 godziny a na Skolnity mam najlepszy dojazd. W oba dni narciarzy garstka a warunki na mocne cztery (trochę lodowo w kilku miejscach). W niedzielę mgła i marznąca mżawka przy temperaturze 0-do -2. Dzisiaj (czwartek) piękne słońce przy lekkim mrozie (-4 do -2). Z odpoczynkami na jedzonko ,fotki ,telefony i obowiązkowy grzaniec w niedzielę 19 zjazdów a dzisiaj 17. Kondycja gorsza niż w ubiegłym sezonie. Po 10 zjazdach dokucza prawe a po 15 oba kolana. Z wyjazdów w Alpy w tym sezonie raczej rezygnuję. Fotki
    23 likes
  19. Dzień drugi cz. 1 - Stuben. Od samego rana pogoda była niepewna. Z jednej strony chmury, mgła i śnieg. Z drugiej strony nadzieja na błękitne niebo i słońce. Jedziemy do Zurs. Parkujemy auto, na darmowym parkingu pod dwiema gondolami a humory nam dopisują! Sprzęt wciągający narciarzy wygląda tutaj imponująco. Wybieramy na początek Stuben. U góry - siarczysty mróz ale również lekko, przez białe obłoki przebijają się promienie. Jesteśmy sami i możemy kilka chwil poświęcić na zdjęcia. Ujemna temperatura na tyle nam doskwiera, że zakładam po raz pierwszy dwie pary rękawiczek - cienkie jako pierwszą warstwę i te co zawsze, skórzane Leki. Nastroje są bojowe! Jako pierwsi ciśniemy dziewiczymi trasami. Andrzej świetnie komponuje się w moim kadrze. Mamy wrażenie, że Stuben otwarte jest tylko dla nas - po tutejszych trasach przez długi czas śmiga jedynie nasza piątka. Uwielbiam takie zapomniane przez świat trasy. Dosyć długie, urozmaicone, kręte i niewyprofilowane... ...niestety zaliczam tam pierwszą tego dnia glebę - na szczęście niegroźną. Na szczyt prowadzi dwuosobowe krzesełko. Albonagraf 2400 m npm i spory wiatr. Przeszywa nas zimno. W tle - tęcza? No to co? Pora w dół... Rozdziewiczamy trasę... Pięknie i mistycznie... Śniegu spadło naprawdę dużo. Na naszych oczach schodzi niewielka lawinka. Pojawiają się kolejni narciarze na trasach. ...a my zmykamy w stronę Zurs. Niestety ładujemy się na jakąś kiepską i bardzo łagodną trasę niebieską - mamy niezaplanowane skitury...i nie podoba nam się to. Skitury są piękne ale nie na trasach zjazdowych. Przemyka nasza załoga... ...zza "winkla" pojawia się Paula: Za chwilkę rewanżuje się fotką. Najtrudniej ma nasz deskarz. Andrzej niesamowicie się męczy na tego typu przejazdówkach, musi iść, zdejmować, zakładać deskę - to masakra, chyba tylko jemu jest mega ciepło. W oczekiwaniu cykam takie oto fotki. Freeraider: Trochę telemarku... Spadamy na dół pod drugą gondolę. Chcemy wyjechać z cienia i to nam się udaje! CDN
    22 likes
  20. 22 likes
  21. Zanim przejdę do opisu 6 i 7 dnia Pozwolę sobie na refleksje, które mi się nasuneły podczas kolejnych dni - w schroniskach były całe rzesze narciarzy i sprzętu więc populacja badawcza była spora. Demografia Parytet damsko-męski ustaliłem na 1:8. Ogólnie towarzystwo... zgredziarskie - łapaliśmy się na średnią wieku. Zdałem sobie sprawę, że bardzo możliwe, że ci wszyscy narciarze to pionierzy skiturów (czyli miksu nordycko-alpejskiego), którzy zakładali pierwsze Silvretty a później TLT. Nikt nie miał kamerek na kasku, długich kurtek i obwisłych spodni za to wszyscy o 7.00 rano byli już na szlaku i w dobrym tempie pokonywali te 1500 m w pionie. A później zjazd, często w pięknym stylu, na przecież jednak kompromisowym sprzęcie. Pomyślałem sobie, że freeride to chyba jednak zjawisko bardziej kulturowe jak narciarskie - bo jak "sprzedać" całą tę niefektowną zbieraninę. Czyli freeride to fun i młodość a skitur - zgredziarstwo (w domyśle). Oczywiście żartuję. Trochę. Pomysł na freeride Po raz pierwszy zobaczyłem, że można w tym narciarstwie wysokogórskim tak zdecydowanie postawić na dobrą jazdę. W Austrii, w której dotąd głównie chodziłem, jest jednak sporo niżej, tutaj były miejsca gdzie po 5 km podejściu miało się 1500 m przewyższenia. Przy mocno zaciekłej ekipie można byłoby zaliczyć dwa zjazdy dziennie (darowując sobie ostatni dolny kawałek pierwszego zjazdu). To zdecydowanie dobra alternatywa dla heliskingu (koszt zero i dwa zjazdy) czy jazdy z wyciągu (tu dla odmiany jakość zjazdu była jednak nieporównywalna z tym co przeważnie da się zrobić). Nocleg w stałym miejscu (np Brance) pozwala zabrać wiecej rzeczy w roli luksusowego zapasu. Według tego wzorca działała para sympatycznych Czechów, którą przydzielono nam do towarzystwa przy stole. Można też zdecydować się na troszkę solidniejsze narty. Sprzęt Po raz kolejny przekonałem się o absolutnej dominacji wiązań Dynafita - stanowiły 2/3 całości, pól na pół radicale i verticale. Z reszty - głównie diamiry, praktycznie nieobecny marker a w szczególności Barony, Diuki. Zaobserwowałem wyraźne "poszerzenie się" nart - moje 72 mm były chyba jednymi z najwęższych (ale wcale nie zamierzam tego zmieniać, nawet przeciwnie jestem coraz bardziej do nich przekonany). Teraz około 82 mm jest chyba nowym standardem, są czasem obecne narty jeszcze szersze - zauważyłem nawet parę UBAC-ów (z TLT). Po raz pierwszy był snowboard (split) - daje to obecność na poziomie 0.1 %. W butach najwięcej było Scarp Maestrale (ale znów nie tak dużo), reszta to wielka różnorodność, w sprzęcie wspinaczkowym było podobnie, mogłem pomacać wszystko co jest oferowane (choć nie znalazłem czekana campa Nanotech). Schroniska Porównując je do austriackich (oczywiście tych które znam) to są sporo brzydsze, także standard pokoi jest gorszy. I zdecydowanie większa dekapitalizacja. Na korzyść Włochów można zapisać kuchnię, mimo, że raczej niewyszukana (czyli makaroni zawsze) to jednak bardzo smaczna. Co prawda śniadania to była lekka porażka (głównie na słodko). Pobyt w schroniskach był tutaj wyraźnie droższy jak w Austrii (co najmniej 5 E). Bardzo niemiłą niespodzianką był praktycznie brak wywieszanych prognoz pogodowych, a ponieważ nie mieliśmy dostępu do netu - utrudniło to podejmowanie optymalnych decyzji. Dzień 6 Zauważyłem, że w moich opisach skiturowych przejść zawsze jest jakiś smrodek dydaktyczny. Coś o szkole pokory jaką łatwo w górach można dostać. I cóż - czy to przyzwyczajenie, czy to tak jakoś jest ale ta dodatkowa 6 i 7 godzina lekcyjna właśnie miała się zacząć. Naszym celem był drugi szczyt grupy Koenig Sp (3851 m). Po ewentualnym wejściu i jeszcze bardziej ewentualnym zjeździe (do rzędnej około 2850 m) mamy przemieścić się do schroniska Rif Guasti, które drobiazg, leży na wysokości 3269 m. Poranek za oknem wyglądał tak Takie psychodeliczne róże i niebieskości znajdziecie zawsze po przeciwnej stronie wschodzącego (i zachodzącego) słońca, które podnosząc się odsłaniało kolejne chmury. Wybiegłem więc przed schronisko z nadzieją, że zdążę złapać Koenig Sp. jeszcze w słońcu. Co rzeczywiście się udało. Po śniadaniu wyglądało już tak Dojście pod żleb podejściowy jest nieoczywiste, mamy różne traki omijające potężną skałę z lewej lub prawej strony. Przy braku rysunku nie możemy za bardzo ocenić optymalnej drogi i nagle stajemy przed perspektywą trawersowania stromego kociołka bądź zjazdu trochę w dół i dodatkowego podejścia. A ponieważ prawdzi faceci się nie wycofują to wybieramy kociołek, poza Kamilem, który ma swoje zdanie w tej kwestii. Idę ostrożnie ale robię zły ruch i jadę komfortowo w dół. Bez żadnej szansy na zatrzymanie, zanim udaje mi się odwrócić kijek i złapać go przy talerzyku i wbić w śnieg to trochę mija. Kamil już dawno odrobił straconą wysokość i ze stoickim spokojem czeka na nas. Pytam się siebie - ile to już razy obiecywałem sobie, że zamiast próbować używać swojej łepetyny prościej popatrzeć co robi Kamil - w 3 przypadkach na 4 znajduje lepsze rozwiązanie. No nic to, żleb wejściowy na Koenig Sp.i strome pole pod nim już widać. Gdzieś w jego środkowej części jest skidepo (pozostawiony sprzęt narciarski - jego właściciele zdecydowali się, na piesze wejście i zejście). Adaś, Darek i Kamil robią to samo a Robert i ja przytraczamy narty do plecaków, wcześniej opróżniając je z części ekwipunku. Raki i czekan, i dalej w górę. W żlebiku, który szybko osiągamy jest koszmarnie twardo i stromo. Nie dość tego lodowe rynny są bardzo nierówne. Przyglądam się bardzo uważnie terenowi, zjazd normalnie byłby w miarę spoko ale teraz wygląda to lekko hardcorowo. Chmury schodzą w dół zaczyna padać śnieg. Dochodzimy do wlotu żlebu - jest na szerokość nart i to nie za długich (to właśnie miejsce zaznaczyłem na zdjęciu w dniu 5) Wychodzimy, już we mgle, na szerokie pole. Obok jest skidepo - wyraźnie mocniejsze zestawy sprzętu, których posiadacze poszli dalej.Tutaj odbywa się dyskusja Robert i Kamil chcą koniecznie wleźć na szczyt, Adaś i ja jesteśmy przeciwni - pogoda się wyraźnie psuje, widoczność spada, czas też nie wygląda dobrze bo do góry jest jeszcze ponad 400 m. Czyli z powrotem, chłopaki schodzą a Robert i ja na narty. W między czasie z góry schodzi ekipa od skidepo - 5 młodych facetów. Dwóch zakłada narty a reszta przytracza je do plecaków i schodzi. Czyli chętnych do zjazdu nie za dużo... Zjazd to dużo powiedziane, praktycznie pojedyncze skręty i zsuwanie. Pocieszam się, że jest duża szansa wyjścia w miarę cało z upadku choć niestety skała na dole od wewnętrznej części żlebu może się znaleźć na torze zsuwu - staram się więc trzymać drugiego brzegu. Na nierównościach Robertowi wypina narta (ląduje ze 300 m dalej) więc ściąga drugą i dalej schodzi. Na dole chłopaki biją mi brawo, dopiero teraz uzmysławiam sobie, że nawet jednej foty nie zrobiłem (zbyt byłem podminowany) więc uwieczniam sam siebie aby mieć pamiątkę. Stok z tyłu, który trochę widać to już zdecydowanie łagodniejsza, "płaska" część zbocza. Dalej jest jeszcze trochę zjazdu a później po założeniu fok długi trawers do rozległego kotła. W kotle zastajemy radykalną zmianę warunków - wierzchnia sypka warstwa śniegu co chwila ustępuje pod nartami grożąc upadkiem. K... lecą co chwila ale nie to jest najbardziej niepokojące - kocioł jest olbrzymi o lekko rosnącym spadzie bez jakichkolwiek garbów. Czuję się jak mucha zaglądająca do wnętrza armaty - kiedy odpali? Reszta też straciła humor, rozciągamy się i najkrótszą droga idziemy na śnieżno-skalną grzędę stanowiącą bok kotła. Wejście na skały jest lekko kłopotliwe (szczególnie dla mnie bo szedłem ostatni i została mi najstromsza część zbocza). Ale dalej, już z nartami na plecach i w rakach jest komfortowo bo bezpiecznie. Idziemy szybko podpierając się kijami o zredukowanej długości - jedyna znana mi (poza transportem) sytuacja gdy przydają się regulowane kije. Kolejne skalne grzędy wyprowadzają nas na grań. Jesteśmy daleko od szlaku ale na szczęście mamy traki letniego szlaku turystycznego więc nimi się kierujemy. Od pewnego czasu słyszymy wycie syreny alarmowej - podejrzewamy, że to ze schroniska, nie jesteśmy jednak pewni kierunku, gdyż dźwięk może się odbijać gdzieś po drodze. Nagle we mgle dostrzegamy bryłę schroniska. Z bliska jest olbrzymia. Wchodzimy w rozdzierającym hałasie. Schronisko jest gigantyczne (a obok jest jeszcze drugie) - oceniam je na minimum 250 miejsc. Narciarzy jest 12 (razem z nami) gospodarzy tutaj Słowak. Noc mam wyjątkowo kiepską - podczas snu brakuje mi ciągle powietrza (i to mnie wybudza) - jest to o tyle dziwne, że spałem w sporo wyżej położonych schroniskach i schronach, chodziłem też wyżej i nigdy nie miałem kłopotów oddechowych. Cały czas sypie śnieg i ostro wieje. Nie jest to dobry prognostyk na jutro. dzień 7 - powrót Potężny wiatr, nawiane zaspy i mgła wita nas przy wyjściu ze schroniska. Przewidująco założyłem solidniejsze spodnie z membraną. W takich warunkach nie powinno się wyżej po górach chodzić ale ponieważ jutro jest Wielkanoc więc nikomu nie uśmiecha się czekanie w górach. Droga powinna być bezpieczna a najbardziej obawiamy się kiepskiej widoczności. Bo tak to (nie) wygląda. Początkowo traki prowadzą dość płasko - śniegu spadło tyle, że bez kijów trudno jechać. Idzie to bardzo powoli bo bez przerwy kontrolujemy położenie. Po jakimś czasie dojeżdżamy do najstromszego odcinka. I tutaj zaczynają się schody nie wiadomo co dalej - bo robi się mocno stromo a dalej nic nie widać. Robert bardzo ostrożnie penetruje zbocze ale ponieważ śnieg ma ochotę zjeżdżać to wraca. Być może to krótka ścianka zakończona wypłaszczeniem ale równie dobrze może być podcięta. Tak zajmuje to nam pewnie z 30 min. wreszcie znajdujemy obejście, lekko się przejaśnia i jedziemy dnem szerokiej doliny. Spad jest w sam raz i na tym puchu robi się naprawdę miło. Zjazd trwa, coraz wiecęj widać Gdzieś na rzędnej 2500 m spotykamy pierwsze grupy idące w górę. Temperatura rośnie, zaczyna padać deszcz i puch zamienia się w paskudną masę trudna do jazdy. Mijamy z żalem schronisko Zufallhutte (chcieliśmy pożegnać się z "naszą" ekipą i napić kawy ale mamy co najmniej godzinę opóźnienia. Teren jest bardzo zróżnicowany, warunki też bo co jakiś czas kłaki mgły odbierają oczy. Zabawa jest przednia bo musimy jechać wąziutkim szlakiem podejściowym (bo obok się nie da). Na zakończenie wypadamy na polance obok parkingu. samochód wygląda tak: Przebieramy się w opadzie A gdy za pół godziny (w Austrii) jest tak pytamy się - o co tu chodzi? Podsumowanie Pierwsze 5 dni było naprawdę rewelacyjne (mimo wygwizdowa). Zrobiliśmy 100% planu maksimum. Trochę szkoda Koenig Sp. ale w tych warunkach nie miało to sensu a nawet było zgoła nierealne. Brak prognozy pogodowej uniemożliwił nam podjęcie optymalnej decyzji jaką był zjazd w dół w 6 dniu (warunki były jednak lepsze jak po nocy) i awaryjny nocleg w Zufallhutte. Jak zawsze sporo innych wniosków (szczególnie w zakresie prognoz pogody). Pozostał mi pewien "narciarski niedosyt" - postanowiłem go zmniejszyć. I wszystko wskazuje, że pod koniec czerwca (w trochę zmienionym składzie) będę mógł "dopchać się" na maksa - zaatakujemy gniazdo wysokich czterotysięczników - masyw Monte Rosy. Pozdro Wiesiek
    22 likes
  22. Międzybrodzie Żywieckie-Góra Żar Żeby dobrze zakończyć ten roczek postanowiliśmy dzisiaj jeszcze zaliczyć wyżej wymienioną stację Warunki b.dobre przez pierwsze 2 godzinki,póżniej dobre ze względu na narastającą brać narciarską Pogoda kapitalna,lekki mrozik,praktycznie bezwietrznie Pozdrowienia i udanego sylwka,coby jutro nikt nie musiał szukać siekierki do łba
    22 likes
  23. Szczyrk. SON i COS Dziś z samiuśeńkiego rańca pojechaliśmy ujeżdżać łorcyki A że pogoda zapowiadana miała być ładna to wzieliśmy karnety dzienne co by póżniej jeszcze objechać Cos Ludzi tak jak się spodziewaliśmy,czyli sporo,ale dłuższych kolejek nie uświadczyliśmy Samo przygotowanie tras określiłbym jako dobre przez pierwsze 2 godzinki Potem dostateczne(połacia lodu,sporo minerałów) O dziwo nartki dziś nie ucierpiały,a ojeżdziliśmy się jak w Alpach Co jak co ale Szczyrk to jedna z najlepszych miejscówek z ilością tras Najlepsze warunki na golgocie i na 7 praktycznie do końca dni
    22 likes
  24. Są takie dni, kiedy wszystko się układa. Dzisiaj udało się mi do 11.30 załatwić wszystkie sprawy służbowe i o 12.30 stawiłem się pod Golgotą w Szczyrkowskim ON. Myślałem, że wyciągi hulają do 15.30, ale myliłem się bo niestety tylko do 15 godz. W końcu mamy najkrótszy dzień w roku więc nie dziwiłem się za bardzo. Musiałem kupić karnet 3 godzinny na 2,5 godz. śmigania. Warto było. Tak jaki pisali Christof i Baartos dzisiaj było pięknie. Warunki śniegowe, przygotowanie tras, pogoda i minimalna ilość narciarzy złożyły się na doskonałe nartowanie. Dzisiaj najbardziej smakowała mi trasa nr 12 na Julianach. Bardzo różnie nachylona, od płaskiej części na górze poprzez ściankę w środkowej części i pięknej szeeerokiej polanie na dole gdzie można było wywijać łuki całą szerokością trasy. Dzisiaj zdarzało się, że na trasach od samej góry do dołu nie spotykałem ani jednego narciarza, w związku z czym jazda całą szerokością stoków bez oglądania się przez ramię była pięknym doskonałym uczuciem . I jeszcze ten bliski kontakt z naturą, szelest i szum sunących po śniegu nart podczas jazdy orczykiem. Korzystajmy póki można, orczyki tak szybko odchodzą. Dzisiaj usłyszałem od narciarza z Krakowa, że orczyki są dla niego atrakcją
    22 likes
  25. Dzisiaj odwiedziłem Szczyrkowski ON. Student Marek specjalnie przyjechał ze stolicy, aby pojeździć na nartach więc pojechaliśmy tam gdzie najwięcej tras. W pierwszy dzień ferii śląskich frekwencja była już większa niż w poprzednie weekendy, ale do wytrzymania. Pierwszy zjazd z M.Skrzycznego do Czyrnej trasą nr 1. Pada drobny śnieg. N trasie jest 3-5 świeżego opadu na sztruksie. Niby super, ale ja na testowanych dzisiaj Rossi Hero Elite All Turn kompletnie nie daję rady. Nic mi w tych nartach nie pasuje. Myszkują, podskakują - porażka. Zaczynam przeklinać, że je zabrałem. Zatęskniłem za moimi Nomadami, które w takich warunkach idą jak czołg. Marek zadowolony, mówi że warun super, a ja mam dość. Po 2-3 zjazdach przenosimy się na Juliany i Rosii okazują się innymi nartami. Tutaj dogadałem się z nimi. Większe wychylenie, większa prędkość i jadą jak po sznurku. Jakoś już nie widzę, aby były nerwowe i podskakiwały na nierównościach. Za to doceniam ich świetne trzymanie krawędzi. Promień skrętu 13 m przy dł. 163 cm pozwala jechać prawie jak na slalomce. Po ostrym kręceniu obu stronach Julianów przenieśliśmy się trochę już zmęczoną Golgotą w stronę tras z M. Skrzycznego gdzie pozostaliśmy do końca. Świeżego śniegu w lasach jest ok 20 cm, a zaspy na szczycie są wyższe od człowieka. Krajobrazy bajkowe. Warunki na trasach dobre i bardzo dobre. Lód został przykryty świeżym opadem. Kilka fotek:
    21 likes
  26. Stacja Narciarska Konary, czyli na deskach pod Zamkiem Krzyżtopór Koniec długiego weekendu, koniec eksploracji małych ON gdzieś na rubieżach narciarskiego świata. A ponieważ postanowiłem, że to małe skisafari na finiszu będzie spektakularne, wybrałem się dzisiaj, wraz z Paulą do Konarów...ale nie tylko tam jak zobaczycie w niniejszej relacji. Górka długości ok 600 metrów, miejsce, w którym w tym roku powstała nowa trasa w województwie świętokrzyskim. Wypadało odwiedzić i zobaczyć - a przy okazji? Zamek Krzyżtopór, który znajduje się jakieś 3 kilometry od stoku. Ale zacznę może od początku. W dniu dzisiejszym mieliśmy jeździć w czwórkę w Konarach - niestety wykruszył się Expat z Gosią (wyzwanie w zjeździe na krechę zostało odrzucone - ogłaszam walkower w tej sprawie), potem wieczorem Paula zdecydowała, że nie jedzie - trochę się przeziębiła, a z samego rana Bumer oświadczył, że temperatura -21 to przegięcie i odpadł...a szkoda Ostatecznie moja kochana druga połówka ożyła o świcie i stwierdziła bym szybko zrobił jej śniadanie i pojedzie ze mną. Chcąc nie chcąc musiałem je zrobić i na wycieczkę narciarską wybraliśmy się obydwoje Nie ma to, jak zapalony narciarz, który mieszka z Tobą w tym samym domu Skrobię szyby w aucie, odpalam i termometr wskazuje -20. Nieźle! Nie zrażamy się i gnamy drogą przez Iłżę, Ostrowiec, Opatów na miejsce. Do pokonania mieliśmy dokładnie 102 kilometry. Pod samym miejscem docelowym mamy piękną zimę i białą drogę. Ślisko jak cholera i trzeba uważać. Okoliczności przyrody i zimowa aura? Bezcenne! Chwilę zatrzymujemy się przy pięknym Zamku Krzyżtopór... i gnamy dalej na stok. Na miejscu jesteśmy o 10 i z daleka widzimy, że na górce nie ma prawie nikogo - jeździ chyba dwóch narciarzy Czyżby mróz wystraszył nie tylko Bumera? Nim się przebraliśmy sprawdziłem temperaturę, odczyt: -11, czyli nie jest źle! Widok na opustoszałą stację narciarską z parkingu: Główny stok znajduje się przy orczykach, nowo powstała trasa po lewej stronie między drzewami w lesie - już z daleka widać, że niestety nie jest czynna. Ratraki nie zdążyły rozgarnąć zwałów śniegu, który został na świeżo wyprodukowany pewnie w dzisiejszej nocy. Idziemy do kasy - cena karnetu dwugodzinnego 40 zł. Niestety drogo jak w pozostałych stacjach świętokrzyskiego. Trudno...za pusty stok i świetne przygotowanie można zapłacić. Tak oto wyglądała kolejka do bramek i frekwencja: Kasy mieszczą się tutaj w bliskim sąsiedztwie dwóch wyciągów talerzykowych. Całe Konary są bardzo zadbaną i schludną miejscówką - wszystko zapięte pod ostatni guzik, już z daleka widać, że trasa jest wypieszczona - to lubimy, i to dla nas jest bezcenne! Jedziemy w górę... ...z tyłu za mną tłum ...przede mną tłum robi Paula Górna stacja tutaj wygląda tak: Całość trasy z samej góry: Cudownie! Przez ponad godzinę jeździmy w cztery osoby: ja, Paula, jeden nieznajomy deskarz i narciarz. Na trasie jest twardo, śnieg jest zmrożony i szybki - przygotowanie? Perfekcyjne. Wygląda to, tak: ...aż żal niszczyć tak misternie przygotowane równoległe linie na śniegu. Dolna "ścianka" wygląda tak: Jeździmy, jeździmy a michy cieszą nam się niesamowicie! Decyzja o wyborze miejsca, godzinie wyjazdu - doskonała. Kilka zjazdów i jestem tak rozgrzany, że mróz kompletnie mi nie przeszkadza - wpływ na to zapewne miało też, coraz to wyżej położone słoneczko na błękitnym niebie. Moja druga połowa cudownym sposobem została ozdrowiona Widok na całość zabudować ośrodka: kasy, knajpę i wypożyczalnię: Przystaję na chwilę... ...dopada mnie zaduma narciarza, piękno otaczającej przyrody, zadowolenie i spełnienie narciarskie. Ja to po prostu Kocham! Paula rozśmiesza mnie z wyciągu, a ja robię wykopyrtkę Dołącza do mnie i bawimy się na śniegu jak dzieci! Powoli przybywają pojedyncze osoby, z których większość miała na ten dzień wykupione lekcje jazdy z instruktorami. Czas mija nam szybko, a mięśnie w nogach dają znać o sobie - jeździmy na maksa. Postanawiam spojrzeć obiektywem z bliska na nowo "wybudowaną" trasę. Z dołu wygląda tak (dwa warianty w lesie: krótszy i dłuższy płaski za armatą): Z góry? Z góry będzie fajnie, bo od razu dosyć stromo fragment ok 300 metrów, potem duży łuk i ostry zakręt w lewo i połączenie z trasą główną - wygląda to świetnie i z pewnością, po alpejskich przygodach, pod koniec stycznia zawitamy tu ponownie, by ją przetestować. Szkoda trochę, że nie przygotowano tej opcji zjazdu na dzisiaj - śniegu narobili odpowiednią ilość, to ratraki nie wyrobiły się z robotą. Dwie godziny mijają niezwykle szybko. Niesamowity trening i ciało rozgrzane do czerwoności - uwielbiam taką jazdę. Czuję się po niej jak po sparingu bokserskim, bo oprócz nóg, czuję, że mam też ręce. Cóż? Jedni mają siłownię, ja mam narty. Japa się cieszy Ostatni wyjazd w górę i pogoda nieco się pogarsza. Pojawiają się chmury...ale są za to bardzo malownicze. Kończymy niezwykle zadowoleni - Paula jest zachwycona miejscem i tym jak fajnie pojeździła. Na koniec kupujemy góralski serek u "przydrożnego handlarza" - klimacik zakopiańskich Krupówek - pakujemy się i jedziemy ponownie w stronę niesamowitego Zamku Krzyżtopór. Tutaj popełniamy sesję zdjęciową - jej efekt poniżej Fotka pod tytułem "Na szabelki" Groźna Paula: ...i posępny Rycerz Cudowny dzień, piękne miejsce! Jak tu nie Kochać naszych nizinnych "kępek" (górek) Zapraszamy na rubieże narciarskiego świata. marboru i Paula.
    21 likes
  27. Sonnenkopf - Familienskigebiet & Bärenland, czyli w Klosterle na nartach. Cz.1 Dzisiaj miała być lampa i była. Ski Alrberg, to bardzo rozległy teren narciarski. Jednym z "pobocznych" ośrodków tego karnetu jest maleńki, z nazwy u góry ON. Nie jest on połączony z St. Anton, Lech, Zurs, czy innym znanym miejscem. Jedziemy autem ok 40 minut i jesteśmy na miejscu. Mały parking jest prawie pusty - gondola już działa. Główna stacja wyciągowa wygląda tak: Tereny narciarskie to kilkanaście długich tras, gondola ze stacją pośrednią i odkryte krzesła: dwie czwórki, dwie dwójki + kilka orczyków i wyciąg linowy. Mapka wygląda tak: Jesteśmy pierwsi na górze! Na początek jedziemy na linie... Jakąś godzinę jeździmy w cieniu. Trasy są doskonale przygotowane, na niebie ani chmurki, niebo jest błękitne - jest oszałamiająco pięknie! Tylko na szczytach widać, że jest wietrznie... Krajobraz? Młody się cieszy - będzie szybka jazda! Endriu gotowy do akcji... Ekipa rusza... ...a ja? Jestem po prostu zachwycony. Zostaję na dłużej sam. Jestem tylko ja, dźwięk pustego krzesełka i przestrzeń. Mało robiłem w tej wyprawie fotek z tras - teraz, w dniu dzisiejszym postanowiłem to nadrobić. By Wam pokazać i uzmysłowić warunki... Salomony spragnione twardego! Jeszcze cień... Wciągamy się na najwyższy punkt ośrodka. I wychodzi słońce! Bosko Pejzaż: Widok w dół z najwyższego punktu ośrodka: Lordzica Vejderzyca... No to w dół 9tką... Tam na dole widać miejsce naszego przeznaczenia: trasa, główny punkt ośrodka. A na horyzoncie? Kwintesencja alpejskiego krajobrazu. Chwila rozmowy i jest decyzja - ponownie wyciągamy się na samą górę i jedziemy czerwoną trasą na sam dół, pod dolną stację gondoli. Trasa spokojnie miała ok 9km. I tylko miejscami płasko... ...niestety dla Andrzeja. Wracamy jeździć na górę... CDN
    20 likes
  28. My w Nowy Rok postanowiliśmy zawitać na Złotym Groniu. Liczyliśmy, że Sylwestrowa zabawa skutecznie zatrzymała przedpołudniowy atak na stok i nie pomyliliśmy się. Mimo, że dotarliśmy dopiero po 10 to ludzi niewiele. Pani w kasie poinformowała, że dziś raczej już tak będzie, bo większość szusujących przez weekend wyjeżdża. Miała racje. Jazda praktycznie na bieżąco, bez większych kolejek. Tylko dwa razy trafiliśmy na kolejkę sięgającą przed bramki. Warunki dobre, tylko na dwóch bardziej stromych fragmentach wyszedł lód, więc ostrożność bardzo wskazana. Popołudniu więcej odkrytego lodu również w innych miejscach, ale nadal bez większych muld, no i wymarzona pogoda. Niestety fotek niewiele, ponieważ szkoda było czasu na ich robienie, bo miało być krótko i intensywnie ;-) mała "przepustka" od dzieciaków [emoji16] Wysłane z iPhone za pomocą Tapatalk
    20 likes
  29. Miał być Tylicz i był Tylicz Dotarliśmy po 10. Auto pokazywało -13, a na kasach -8. W nosy szczypało. Ale słoneczko piękne. Pojechaliśmy od razu w strefę z orczykiem (talerzyk). Na mały rozruch, i bo dziewczyny tak wolały. Ludzi było niewielu. Kupiliśmy karnety 6-godzinne (chociaż zapowiedzieli, że tą część zamykają o 16, ale jak wyjeżdżaliśmy po 16 to ciągle działała a ludzie jeszcze dojeżdżali). Ja szybko ewakuowałem się w strefę obsługiwaną przez leciwą chyba już, trzyosobową kanapę. Jest fajny łącznik między strefami. Generalnie trasy urozmaicone, można kombinować z wariantami, ale na większą dawkę adrenaliny nie ma co liczyć. Owszem, przez te 6 godzin wyjeździłem się dostatecznie, ale niedosyt został. Tą część mieli zamknąć o 20. Kanapa o dziwo dawała radę, i mimo większej ilości ludzi w tej strefie kolejka przesuwała się sprawnie i czekało się może z 5 minut. Nie wiem co się działo z tymi wszystkimi ludźmi w kolejce czy na krzesełkach, bo na stokach to jakiś procent tego zjeżdżał. Może malin w lesie szukali? Jutro pewnie powrót na Jaworzynę No to co... Zdrowia Wam wszystkim i przede wszystkim życzę I co najmniej stopy śniegu pod nartami No i by bezpieczniej na stokach było.
    20 likes
  30. Szwajcaria Bałtowska - po odwilży. Orkan Barbara przez cały okres Świąt dokazywał - nie tyko wiatr ale obfite opady deszczu i dodatnia temperatura. Jeździć się chciało... Dzisiaj gdy się obudziłem tchnęło we mnie nadzieję. Mróz i pokryta białym szronem trawa przed domem, zmrożone szyby auta były dobrym prognostykiem na wieczór i jazdę na nartach po pracy. Szybki przegląd internetu i okazało się, że zbyt dużego wyboru w czynnych ośrodkach nizinnych w lubelskim i świętokrzyskim nie ma zbyt wielu. Szybki telefon do Pauli - czy ma ochotę otworzyć sezon i zapadła decyzja. Wyjeżdżamy spod domu po 17, by zdążyć na 18 i jeździć do zamknięcia ośrodka o 20. Karnet dwugodzinny - 35 zł. Pierwszy rzut oka na to co pozostało po odwilży i? Nie jest źle. Twardo z odrobiną sypkiego cukru na wierzchu. Prognostyk - jazda szybka. Zdziwienie, bo dosyć sporo ludzi jak na dzień powszedni - pewnie to efekt wolnego w szkołach i urlopów świąteczno-noworocznych. Jedziemy w górę. Mapka tras ośrodka wygląda następująco: Niestety główna trasa pod wyciągiem krzesełkowym nie miała odpowiedniej warstwy śniegu i ta część ośrodka z kanapą 4osobową była dzisiaj nieczynna. Światła wygaszono. Na rozgrzewkę trasa wokół lasku. Wioska Świętego Mikołaja nadal, mimo końca Świąt pięknie oświetlona. W okolicach nazwy ośrodka również widać, że ubyło białego. Trasa przy orczykach na całej szerokości z odpowiednią warstwą twardego śniegu, wręcz betonowa nawierzchnia. Jest tak jak się spodziewałem, twardo i szybko - czyli tak jak lubię. Jeździmy góra, dół - a Paula cieszy się z tego, że rozpoczęła sezon. GoPro swoim szerokim kątem obejmuje rozjazd na dwie trasy przy wyciągach orczykowych: Dwie godziny mega fajnej jazdy wieczornej zaliczone. Radość piękniejszej części naszej pary - bezcenna. Sezon rozpoczęty! Mój natomiast był to już 8 dzień na nartach - niezły prognostyk na cały sezon, oby był długi. Pozdrawiamy marboru i Paula
    20 likes
  31. Dziś postanowiłem uderzyć na Pilsko. O godzinie 8:00 pod wyciągami w Korbielowie bardzo ślisko na drodze oraz na "chodnikach". Pojechałem od razu na hale Szczawiny krzesełkiem 2 osobowym. Na Szczawinach już było oblodzenie poważne, na miziowej niestety przetarcia większe niż tydzień temu. Pierwszy zjazd na Szczawiny o okazało się ze na trasie tez mamy lodowisko. Chyba przez Święta z powodu temperatury śnieg pościł i po ratrakowaniu nocą zmroziło wszystko. Generalnie bez ostrych krawędzi jest baaaaaardzo ciężko. Ponowny wyjazd na miziową i pojechałem na Pilsko. W tym czasie zaczęło już konkretnie wiać a padający śnieg z początku był chyba mokrawy i zamarzał od razu na ubraniu, goglach... Z Pilska trasa podobnie mocno lodowa. Do 10:00 trochę napadało i nawiało śniegu wiec warunki zaczynają sie poprawiać. Ale miejscami zrobił sie nieprzyjemny przekładaniec raz lód raz nawiane miejsca ze świeżym śniegiem. Po 10:00 wyciąg na Pilsko padł i zaczęli go naprawiać..... przeszedłem na talerzyk na Kopiec. Tam warunki były trochę lepsze ilość nawianego śniegu pokryła cała trasę po prawej stronie talerzyka ( z lewej dolna część trasy - ta najstromsza - zamknięta. Niestety wiatr i opady przybierały na mocy i kolo południa były momentami tak silne, że szczerze się ucieszyłem ze mój karnet się kończy Ludzi bardzo mało na Pilsku jeździłem momentami sam i biednemu panu z obsługi powiedziałem żeby się schował przed wiatrem a ja sam sobie orczyk zabierał będę Do parkingu zjechałem krzesełkiem. Trzymajmy kciuki za obfite opady - bardzo by się przydały, gdyby cały czas padało tak jak dziś rano to myślę ze jutro warunki mogą być niezłe. A poniżej zdjęcia, Śnieg na dole w niewielkich ilościach Czarna trasa ciągle zamknięta - brak sniegu Miziowa - Szczawiny i kask już w samochodzie cały przód w lodzie
    20 likes
  32. Ponieważ od pewnego czasu nasza skiturowa grupka zdecydowała się na większą obecność na tutejszym forum to w ramach eksperymentu postanowiłem poprzenosić moje relacje z odbytych już wojaży. Na początek relacja z trawersu Ortlera z 2014 roku "Ukoronowaniem" (choć to jeszcze niekoniecznie) naszego sezonu narciarskiego miał być trawers masywu Ortler - Cevedale - rozległej grupy położonej w południowym Tyrolu i znanej "normalnym" narciarzom z takich stacji jak Sulda, passo dello Stelvia, Santa Caterina Valfurva, blisko leży też Bormio. Po dokładniejszym przyjrzeniu się obszarowi trawers zamienił się w trochę "gwiaździstą" eksploatację terenu. Zaplanowaliśmy 7 noclegów w czterech schroniskach. Ponieważ w pierwszym schronisku były dwa noclegi a w drugim trzy można było zabrać więcej żarcia z myślą, że je zutylizujemy przed końcem tury i nie będziemy codzienne musieli targać. W kwestii plecaków już kiedyś pisałem więc krótko; mieliśmy sprzęt narciarski (narty, foki, buty, harszle, kije, gogle, rękawice), ratunkowy (ABC), wspinaczkowy (2 liny na pięciu, szpej, raki, czekan), ciuchy (razem po trzy warstwy) okulary IV kategorii no i kapcie, wkład do śpiwora, apteczka, zestaw naprawczy. Na zespól była też jedna zapasowa foka. Oprócz tego zabrałem czapkę z wielkim daszkiem i ochroną karku a także kominiarkę, która lepiej sprawdza się od buffa i lekkie rękawiczki. Wspomnianego na początku szturm żarcia zabrałem około kilograma - minimalnie za dużo. Nie wziąłem termosu tylko butelkę PET (i tabletki musujące z magnezem). Razem dało to normalny plecak bez nart i butów pewnie z 12-13 kg. Dojazd z Wro zajął 12 godzin - około 18.30 dotarliśmy do końca drogi w dolinie Martell. Przed 20.00 zameldowaliśmy się w schronisku Zufallhutte pytamy: - sprechen sie deutsch? - ja naturlich, i po włosku i po polsku też! Szczęka nam opada - ekipa w schronisku jest głównie polska, trzy dziewczyny (no wstydu to one nam nie przynoszą) z Anetą na czele, kucharz też Polak, Włoch właściciel i Rosjanka to chyba cała reszta ekipy. Wybiegają na chwilę aby nas obejrzeć - okazuje sie, że jesteśmy pierwszą polską grupą od 3 lat! Chyba brakuje miejsc noclegowych bo dostajemy 2,5 dwójki (a zamawialiśmy zbiorówki). Ja z Kamilem mamy nawet pojedyncze łóżka, umywalkę w pokoju i jest - szok - pościel. w kranach ciepła woda. Dzień 1 Śniadanie o 6.30 trochę po 7.15 wychodzimy, jak zawsze, raczej jako jedni z ostatnich - aby iść po śladach tubylców. Wysokość schroniska to 2265 m.n.p.m. Naszym celem jest kollkuppe (3330). Rano jest mglisto, wietrznie i w takich warunkach lądujemy na przełęczy pod szczytem (3306). Razem z nami jest pewnie kilkunastu narciarzy. Do szczytu brakuje tylko 30 m ale uznajemy, że w tym wygwizdowie i mgle nie ma sensu tam włazić, podobnie myśli większość. Zakładamy narty i jazda. Widoczność jest mocno ograniczona ale stopniowo rozwiewa się i przy schronisku jest już tak. Pora jest mocno wczesna koło 13.00 jesteśmy obok schroniska (2265 m) więc co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem? Proponuję aby spróbować wleźć na Madritsch spitz (3255). Dobra widoczność się stopniowo kiepści i gdzieś pod przełęczą na wysokości pod 3000 ściągamy foki i jazda w dół. Stopniowo coraz więcej widać, początkowe strome ścianki kończą się rozległymi dolinami i jedziemy sobie jak Pany. Budynek po lewej to hotel przed którym parkujemy a ten po prawej schronisko. Bilans dnia to 1700 m w pionie, w sumie 20 km podejścia i zjazdy. W schronisku przeparkowują nas do 6-ki (dodając nam Austriaka do kompletu). Warto wspomnieć, że kuchnia tutaj jest naprawdę dobra i w wielkiej obfitości. Dzień 2 Następnego dnia czeka nas zmiana miejscówki ale zanim to nastąpi to jest kawałek drogi. Plan jest następujący. Wpierw na Monte Cevedale (3769 m) później krótki zjazd w dolinę Vedretta di Cadec a nastepnie przez przełęcz pod Pasquale (3431 m) i na końcu zjazd do schroniska Branca. Dyskutujemy drogę podejścia i ustalamy dość długą linię łagodnie okrążająca ZufallSpitze (szczyt leżący tuż obok naszego celu) i wchodząca na Monte Cevedale od północy. Wydaje się, że to zdecydowanie dłuższa droga niż wejście od wschodu ale zagęszczenie poziomic pokazuje, ze byłoby tam dużo trawersowania a tak wygląda, że będzie można rozpędzić jak pociąg i może to być szybsza a co ważniejsze przyjemniejsza droga. Ta kalkulacja okazuje się trafna. Za to cały czas wzmaga się wiatr i po bardzo wrednym końcowym podejściu lądując na szczycie dosłownie telepiemy się z zimna. Za granią na szczęście nie wieje i udaje się powoli dojść do siebie. Zjazd wzdłuż seraków jest bardzo urokliwy a później po przezbrojeniu nart wchodzimy na przełęcz pod Pasqualle. Ściagamy foki, na początku jest stromo i w dodatku jedziemy po starym lawinisku ale z czasem się wypłaszcza i robi się pięknie. Wypatrujemy jakiegoś przytulniejszego miejsca aby zrobić sobie przerwę bo czasu do obiadokolacji jeszcze sporo. No wygląda, że wiatr wieje wszędzie i z różnych kierunków W Brance (2487) dostajemy sympatyczną 6-kę więc mamy dodatkowe łóżko na bety. Karmią tutaj też świetnie. Bilans dnia to 1700 m w pionie Dzień 3 Położenie Brancy jest genialne, w okolicy roi się od szczytów 3500-3700. Za pierwszy cel obieramy Matteo (3678), dzień wita nas sporym zachmurzeniem, zjeżdżamy kawałek i ubieramy foki. Miła niespodzianka - szybko przejaśnia się - "nasz szczyt" tkwi gdzieś w chmurach na końcu doliny. Początkowo idziemy za niewielką grupką ale później decydujemy się na "własną" drogę podejścia - wykorzystując długi, wysoki i wygodny grzbiet moreny bocznej, która komfortowo przeprowadza nas przez pofałdowany teren lodowca. Za nami podążają inne grupy. Szybko zdobywamy wysokość i robi się coraz piękniej. Podziwiamy olbrzymie seraki. Na grani jest już bardzo twardo a miejscami dla odmiany drobniutki sypki i nietrzymający śnieg. Trzeba uważać. Na szczycie jest nas kilkunastu, wiatr przywiał chmury i zjazd nie jest już taki oczywisty. Na szczęście obok szykuje sie grupa z przewodnikem wiec postanawiamy zasępić się. Miejscowy dobrze zna teren prowadząc przez interesujace, często przyjazne narciarzom ścianki. I już wiem bedzie to jeden z najsympatyczniejszych zjazdów w życiu. Słońce też sympatycznie wylazło zza chmur. Delektujemy sie widokami, zjazdami - teren cudownie pokręcony. Znów jesteśmy na morenie bocznej i zaglądamy w oczy lodowca. Obok szczelin prowadzi zjazd z Tresero - widać, że 20 m odchyłki od szlaku może skończyć się w lodowym grobie. A to chyba maksymalna dokładność z jaką da się w praktyce nawigować w terenie przy pomocy GPS-ów... Podziwiamy jak w amfiteatrze szczyty dookoła dyskutując gdzie by tu jeszcze jutro wleźć a przede wszystkim zjechać. W schronisku, do którego trzeba trochę podejść, jesteśmy dużo przed czasem obiadu więc myjemy się i piwkujemy. Obiad jest nagrodą za nasz znój i trzeba powiedzieć, że kuchnia włoska w schroniskach bije na głowę austriacką (jakkolwiek i tam kalorii nie brakowało). dzień 4 - cdn
    19 likes
  33. Pierwszy dzionek naszego nartowania 😃, jest rewelka śniegu opór ludzi umiarkowanie lekki mrozik do -10 , czego chcieć więcej 😆
    19 likes
  34. Dzisiaj rano BSA, pusto, twardo , równo, mróz jakies -10 -12. Bardzo fajna poranna jazda, trasa naprawdę dobrze przygotowana. Aż do 11.00 bez kolejek do wyciągu. Potem tez raczej nie było, ale sie juz zwinąłem. Sam wyciąg notabene dziwnie sie momentami zachowywał - powracające z górnej stacji krzesła za pierwsza podporą od góry dostawały takiej kołyski jakby uderzał w nie huragan..... To nie jest normalne, bo wiatru dzisiaj żadnego, hmmm. W takich warunkach grzech nie odwiedzić dobrze wyposażonej wypożyczalni . Taki rodzynek:
    19 likes
  35. Dzisiaj padło na Skolnity, 3 godziny od rana w mega mrozie. Ludzi bardzo mało (tradycyjnie), na czerwonej kompletnie pusto. Śniegu dużo, warunki bardzo dobre, jedynie przedostatni zakręt na niebieskiej z lodowymi grudkami. Cały czas zastanawiam się nad fenomenem małej ilości ludzi korzystających z usług tej stacji.
    19 likes
  36. 19 likes
  37. Sabat Krajno - 07.01.2017 Plany planami i w dniu dzisiejszym kilka rzeczy uległo zmianie - po pierwsze: ekipa się wykruszyła, po drugie: chęć odwiedzenia stoku w Bodzentynie nie powiodła się - stok uruchomili długo po tym jak tam zajechaliśmy - pojechaliśmy do leżącego nieopodal Krajna. Paulina poszła niestety do pracy na pierwszą zmianę, expat i Gosia postanowili pospać dłużej... A ja? Postanowiłem jechać, tak czy inaczej. Z samego rana kilka esemesów i jest towarzystwo - niektórym na forum, osobiście znany Marek (Bumer - szkoda, że tym razem nie wypaliło). Wyruszamy z Radomia dosyć wcześnie bo o 8:30, termometr w aucie wskazuje -15. Pędzimy krajową 7demką, skręcamy w stronę Suchedniowa i Bodzentyna. Wjeżdżamy do Świętokrzyskiego Parku Krajobrazowego i naszym oczom ukazuje się panorama Gór Świętokrzyskich. Pogoda jest piękna mimo mrozu. Świeci słoneczko a dookoła przepiękne błękitne niebo. Docieramy do Baby Jagi w Bodzentynie i niestety klops - ośrodek dopiero jest ratrakowany, nie ma obsługi, wszystko w powijakach Jesteśmy źli, bo w internecie godzina otwarcia od 9. Trudno - czekać nie zamierzaliśmy i decyzja była szybka - jedziemy do Krajna i Sabatu oddalonego ok 5 kilometrów. Docieramy dosyć szybko mimo tego, że drogi śliskie, białe i pełne litego lodu po nawiewach z pól. Jesteśmy na miejscu - szybko się przebieramy i o punkt 10 na otwarciu jesteśmy przy kasie. W ośrodku witają nas miotły wiedźm świętokrzyskich... Cennik na ten sezon wygląda następująco: Karczma, park linowy i park miniatur wyglądają dzisiaj bombowo. Gdyby nie aż tak niska temperatura można by rzec, że dzisiejszy dzień był idealnym do uprawiania narciarstwa. We wnętrzu tej knajpy czai się egzotyka... Stok wygląda na bardzo dobrze przygotowany - pod butami śnieg w bardzo miły dla ucha sposób skrzypi Jedziemy w górę działającym na początku dnia jednym talerzykiem. Fota dla kochającego tego typu wyciągi Marcina, Leitnera. Rzut oka na dolną stację wraz z zabudowaniami ośrodka: Na górze? Pięknie! Stok idealnie przygotowany - nic, tylko jeździć. Nie jest zbyt twardo - widocznie w nocy było jeszcze śnieżone a ratrak przejechał i wyrównał trasę rano. Na tym płaskim stoku jest to istotne ponieważ trudno tu nabrać prędkości początkowej ze względu na bardzo łagodny początek zjazdu. Odbijamy się kijami, kilka kroków łyżwowych, pozycja zjazdowa - krecha przez 100 metrów i pozostałe 700 metrów tej górki można zjechać kręcąc na krawędziach dosyć przyzwoite slalomy. Pierwsze półtorej godziny jeździmy bez kolejek, a na górce jest bardzo mała liczba narciarzy. Później przybywa ich na tyle, że minutkę trzeba odstać, a na stoku obecnych - mijać jak tyczki w zawodach PŚ. Przeważają uczący się rzemiosła narciarskiego adepci tego sportu. Najstromszy fragment zjazdu wygląda tak: Po godzinie Marek proponuje zawody w zjeździe na krechę - z samej góry, na sam dół. Pojedynek nie tylko zawodników ale również marek narciarskich Podejmuję wyzwanie, czekamy kilka chwil na totalnie wolną przestrzeń i startujemy... Zawody wygrywa? Salomon hahaha, czy posiadacze nart marki Head z charakterystycznym czerwonym kolorem podejmą podobne wyzwanie w przyszłości na którymś ze stoków? Artix, Marcin, może ktoś inny? hahaha zapraszam do rywalizacji! Mija czas a my nadal jeździmy sobie w cieniu Góry, Gór Świętokrzyskich - Łysicy. Jest piękna i nie tak dawno, w porze letniej, robiąc Koronę Gór Polskich miałem olbrzymią przyjemność na nią wejść z Johnnym Narciarzem Zimą, Łysica, z wyciągu narciarskiego w Krajnie wygląda tak: Oprócz klimatu najniższego pasma górskiego w Polsce, można w ośrodku narciarskim Sabat zaobserwować nieistniejące bliźniacze wieże WTC i inne znane na świecie budowle... ...park miniatur znajduje się przy oślej łączce dla uczących się, przy wyciągu taśmowym. Szusujemy dalej. Górna stacja talerzyków z widokiem na Łysicę i jej pasmo: Najostrzejszy fragment trasy zjazdowej widziany z wyciągu: Sprzęt do naśnieżania stoi grupami w kilku miejscach, przy stoku. Dzień mija beztrosko - kolejny ośrodek z długiego weekendu 3 Króli zaliczony! Banan na twarzy jest! Kończymy jazdę, a palce u stóp wołają bardzo wyraźnie: "Do Domu!!!". Pozdrawiamy serdecznie w dniu dzisiejszym, tym razem... Mariusz "marboru" i bezforumowy Marek CDN jutro.
    19 likes
  38. Jak Mitek słusznie zauważył nie przedstawiłem bohaterów relacji. Ekipa jest w zasadzie wrocławska choć Robert jedną nogą (tę większą) żyje w Jeleniej Górze. Chodzimy razem na tury od paru lat - w całej grupie lub czasem w podgrupach. Wiekowo jesteśmy mocno jednolici i jednak już troszkę przechodzeni - łapiąc się na wątek "narty po 50-ce". Robert (czerwona kurtka) będący naszym guru to starszy ratownik GOPR, instruktor GOPR, narciarski, skiturowy, skialpinistyczny. Jako jeden z pierwszych w Polsce zajął się narciarstwem wysokogórskim - pewnie ze 25 lat temu. Kamil (czarna kurtka - forumowy nick - kskuski) to narciarz z odzysku (porzucił snowboard), nasz grupowy nawigator i logistyk (opracował plan tego wyjazdu), do tego kiedyś wspinacz a teraz maratończyk. Adaś (z brodą w zielonej kurtce lub czerwonej puchówce), część forumowiczów powinna go znać, oprócz narciarskiej pasji ma wspinaczkową a konkretnie to włażenie na wielkie drzewa. Darek (zielona kurtka) to (mam nadzieję, że reszta mi to wybaczy) najsympatyczniejsza, najpogodniejsza i najbardziej pozytywna postać naszej ekipy - teraz bardzo mocno zajęty i wyjazd z nami był jego jedyną tegoroczną przygodą z nartami. Co do mnie to jestem fotografem (samozwańczym) grupy, z tej racji przeważnie zasuwam z przodu, torując drogę reszcie i uwieczniając ich w "pięknych okolicznościach' lub czasem dla odmiany snuję się z tyłu, zatrzymując co kawałek. Myślę, że z całej ekipy jestem zdecydowanie nastawiony najbardziej pronarciarsko - mogę wleźć na każdy szczyt pod warunkiem, że da sie z niego zjechać. Ale nadmiernie długą wspinaczkę uważam za stratę czasu i niezbyt lubię mocną ekspozycję. Dla utrzymania kondycji przez cały rok jeżdżę na rowerze. dzień 4 Dzisiaj w planie mamy wejście (i zjazd) na Palon de la Mare (3708 m). Schronisko, czego dotąd nie napisałem to 2487 m n.p.m. - tylko 12 m niżej jak Rysy... Przewyższenia jest więc do przejścia troszkę powyżej 1200 m. Nie bardzo łączy sie to z czymś innym czyli zapowiada się przyjemny, troszkę lajtowy dzień. Po krótkim zjeżdzie zaczyna się podejście - od razu widac, że to konkret. Ekipa przed nami praktycznie od razu zakłada harszle bo jest twardo i stromo. I rzeczywiście wysokość zdobywamy w ekspresowym tempie i zanim się spostrzegłem jest tak. Niestety solidny wiatr z wysokością tężeje i idziemy w niskiej zamieci i na zmianę jest tak i tak Imponujące pióropusze przyozdabiające granie i szczyty pokazują, że na górze milej nie będzie. Przypominamy sobie wczorajszy (czerwona strzałka) zjazd (i banany nam zakwitają) a ja bezwarunkowo zakochuję się w zjeździe z Tresero (niebieska strzałka)) i usilnie przekonuję moich kompanów, żeby go jutro zrobić. Wiatr, który wieje już parę dni, przy ujemnej temperaturze (-12 stopni na 3000 m) potworzył twarde struktury - po czymś takim przyjdzie nam jechać... Ostatni odcinek to stopniowo pokonywane łagodne kopuły z których każda wydaje się ostatnią. Ścieżka dojściowa mocno kręci wśród skał. Na górze jesteśmy w 8 osób. Zjazd obok kamieni wydaje się kłopotliwy ale Robert z Kamilem są niezawodni, zamiast kombinować wzdłuż drogi podejściowej, schodzimy kawałek po skałach i docieramy do pięknego podszczytowego pola gdzie czeka śnieg do zepsucia. Dalej jest już bajka więc "w tych pięknych okolicznosciach przyrody" zatrzymujemy się na popas. Znów zjeżdżamy a ponieważ mamy multum czasu postanawiamy wejść na niewielką grań gdzie podczas podejścia przyuważyliśmy coś co wyglądało na jakąś budowlę. I rzeczywiście znajdujemy tam dość rozbudowane stanowisko ogniowe a po drugiej stronie doliny spostrzegamy analogicznegy zespół. Jak pomyślę sobie, że na tej wysokości (powyżej 3000 m) ktoś kazał siedzieć tu i tam chłopakom w różnych mundurach i celować do siebie to robi mi się dziwnie. Zjazd, zjazd, zjazd - to kolejne pola śnieżne, żlebiki i "piękne okoliczności przyrody". Tym razem do schroniska nie musimy podchodzić, trawers brzegiem zbocza plus mostek wyprowadzają nas na taras Brancy. Dzień 5 To dzień przejścia do kolejnego schroniska. Moi koledzy nie dali się przekonać na lekko forsowny plan wejścia na Tresero a później po zjeździe do Brancy, przejścia dołem doliny do naszego nowego punktu. Mamy więc dość lekki plan wejścia na Pasquale (3558 m) i zjazd do Rifugio Pizzini - Fratolla (2706 m). Na początku powtarzamy (w drugą stronę) trasę z dnia 2. Wygląda, że będzie to kolejny piąty dzień pod znakiem Kielc. Monstrualnych Kielc. No bo popatrzcie sami, na focie poniżej, grań wznosi się spokojnie z 500 m powyżej terenu - wychodzi więc, że pióropusze porwanego śniegu mają po 100 m wysokości. I to tak lekko. Aż dziw, ze jeszcze coś tam zostało. Ta wichura jest już troszkę wkurzająca, nie przypominam sobie turów w których bym cały dzień (dzień w dzień) był w w dwóch warstwach, miał zawsze naciągniętą kominiarkę, czapkę i kaptur i mimo tego czasem trząsł się z zimna. Grubsze rękawice narciarskie które zawsze mam awaryjnie na wypadek kibla i do zjazdu też mam cały czas na rękach a i tak musiałem parę razy je rozcierać aby przywrócić krążenie. Przy podchodzeniu wiatr też nie pomaga bo nie wiem czemu ale zawsze jest w twarz a czasem to nawet trzeba było poczekać w czasie trawersowania aż się uspokoi. Ten wiatr też przetwarza silnie podłoże - jest twardo jak na zawodniczej trasie, niestety ale trochę nierówno. W nawianiach śnieg zgipsiały, ciężki do jazdy, w zasadzie zmianę kierunku jazdy trzeba przeprowadzić w powietrzu. Choć na zjazdy trudno narzekać - jak zawsze gdy coś widać. Co do podejścia to końcowy odcinek przed przełęczą jest na tyle stromy, że nie opłaca się iść na nartach i podchodzimy go na husara. Później zakładamy narty i lądujemy (sami) na Pasquale. Tutaj mogę przyjrzeć się naszemu kolejnemu celowi - Koenig Spitze 3851 m. Sterczy wprost z dużo niższego ciągu szczytów.To już jest bardzo wymagający szczyt. Zjazd jest sklasyfikowany jako ekstremalny. Szczególnie środkowa jego część wygląda niezachęcająco. Wykadrowałem część zdjęcia abyście mogli sobie obejrzeć to lepiej. Strzałką zaznaczyłem - no właśnie o tym napiszę w 6 dniu. Na razie jest tak Ale po chwili W kotlince w którą zjechaliśmy jest przytulnie jak pod babciną pierzynką, robimy popas a ja z Kamilem postanawiamy powtórnie podejść w stronę przełęczy pod Pasquale i ponownie sobie zjechać. Sprawę traktujemy oczywiście ambicjonalnie i na górze doganiamy parkę, która była w połowie stoku jak zaczynaliśmy. Po zjeździe reszta zapina narty i w drogę. Wkrótce widzimy nasz cel. Schronisko na tyle ile paskudne z zewnątrz jest przytulne w środku, widok z okna - bardzo przyzwoity. CDN Pozdro Wiesiek
    19 likes
  39. Na Skrzycznem warunki w miarę, śnieżą FIS i Doliny, tam też najspokojniej. Po 10:00 do krzesła buła ludzi ale do orczyków na bieżąco. Ludzi na trasach sporo, dobrze że ja na turach :-) Ale na górze dziś piknie! Pozdrawiam Maciek Wysłane z mojego ALE-L21 przy użyciu Tapatalka
    19 likes
  40. Wybraliśmy się z Żonką do rodziny do Przemyśla. Ponieważ jest tam stok narciarski, nie byłbym sobą, gdybym nie zabrał nart. Tym bardziej, że w tamtych rejonach nie jeździłem jeszcze ani razu. Jak wrażenia? Wyjechaliśmy w pierwszy dzień świąt. W naszych rejonach deszcz, szaro i ponuro. Już po drodze było widać, że tam będzie inaczej. Śnieg na drodze zaczynał się gdzieś w okolicach Rzeszowa i im dalej, tym go więcej. Ruch niewielki, więc mimo kiepskich warunków do jazdy, szybko dotarliśmy na miejsce. Podobno święta nie miały być białe? Naprawdę? To pewnie Przemyśla w prognozach nie ujęto! Jak widać,nawet w centrum miasta było go przynajmniej 10 cm. Ale nie o mieście będę pisał. Pierwszy dzień poświęciliśmy rodzinie, natomiast w drugi się nieco wyłamałem i pojechałem pośmigać na chwilkę na tutejszym stoku. Zacznę może od początku, od opisu stacji. Działają tu dwa wyciągi krzesełkowe - dwuosobowe i trzyosobowe. Pierwsze służy do transportu narciarzy na stok z dolnego parkingu, przy drugim śmigamy. Stacja ma 3 trasy narciarskie, choć ja bym raczej mówił o opcjach jazdy, wszystkie łatwe. Dwie zaznaczone na mapce jako niebieskie, jedna zielona. Długość wszystkich nieco ponad 800 metrów. Trasy są sztucznie naśnieżane i oświetlone. Jest tu też niewielki bar o dość wymownej nazwie i wypożyczalnia sprzętu narciarskiego. Czyli z grubsza wszystko co trzeba. Parkingów sporo i wszystkie są bezpłatne. Można też tu dojechać autobusem miejskim. Stacja przypomina mi w pewnym sensie bielski Dębowiec. Nie tylko umiejscowieniem, czy dodatkowymi atrakcjami w postaci np. toru saneczkowego na szynach, ale też kontrowersjami jakie budziła sama inwestycja... Czas ruszać na narty. Dojechałem na miejsce tak przed godz. 12. Na parkingach samochodów niewiele, ale co się dziwić? Po pierwszym, śnieżnym dniu świąt, w drugim przyszła odwilż i mżawka. Wybrzydzać nie będę, bo nie wiadomo kiedy znów będzie okazja. Szybkie gramolenie i ruszam w kierunku stoku. Tuż przed stokiem stoi mała knajpka z bardzo wymowną nazwą - czyżby nie przypadkowo? Słyszałem o kontrowersjach, jakie budziła ta inwestycja, ale czy faktycznie jest źle? Idę dalej poszukać kasy. Jest jakaś budka, ale okienka nie widzę. Pytam jakiegoś gościa: "jest tam za winklem". Ok, znalazłem. No to popatrzmy jakie mamy opcję... No właśnie! Czasówki podobne,jak w moim rejonie: 2 godz. za 30 zł i 4 godz. za 50 zł. Ktoś chce całodniowy? Poranny? Wieczorny? Niestety takich opcji nie ma. Są tylko te dwie pierwsze. No to przejazdy. Jeden przejazd 4 zł. Ok. Patrzę dalej i znów lekkie zdziwienie... Spodziewałbym się np. 10 przejazdów za 50 zł, ale nic podobnego nie ma. Następna opcja to od razu 50 przejazdów za 150 zł, bądź 100 przejazdów za skromne 250 zł... Może taka specyfika regionu, że innych się nie opłaca oferować. Biorę więc 2 godzinki i wreszcie ruszam na stok. Niestety nieprzyjemnie siąpi, są +4 st. i oczywiście mokry, dość tępy śnieg. Pierwszy przejazd zapoznawczy, bez szaleństw. Stwierdzam, że jest całkiem fajnie! Szybko nie będzie, ale przyzwoicie pojeździć się da. Warunki określiłbym jako dobre i dostateczne. Niestety odwilż i deszcz narobiły nieco szkód w górnej części trasy, ale nic co by się nie dało objechać, bądź jakoś mocniej uszkodzić sprzęt. Trochę niżej już dobrze, warstwa śniegu wystarczająca. Mimo "puszczającej" trasy i już ok. 3 godzin katowania jej przez szusujących, wszędzie równo. Tak z resztą będzie do końca mojej jazdy. Miałem też trochę szczęścia, bo po 3 przejazdach wyszło słońce i na jakiś czas przestało padać. Wykorzystałem to do porobienia zdjęć i filmików... No właśnie! Piszę o trasie, a tu są 3 trasy, czy jak kto woli - 3 opcję jazdy. Niestety, zima na razie nie rozpieszcza i udało się naśnieżyć jedynie jedną, określaną jako główną. Na pozostałych na razie trawa i błoto. Ale faktycznie są takowe. Co jeszcze? Wspomnę o dość nietypowym, jak na polskie warunki, rozwiązaniu przy górnej stacji wyciągu. Krzesełka przejeżdżają nad drogą. Oczywiście trasa też biegnie przez mostek. Ale początek jej jest przez to płaski i trzeba się nieco poodpychać. Może jakby było bardziej lodowo, to by się jechało bez wsparcia paliczków. Widać tak musiało być. Dwie godzinki zleciały szybko, przy okazji znów zepsuła się pogoda, więc czas kończyć. Jak oceniam nartowanie w Przemyślu? Przyjemne i relaksacyjne. Trasa nie wymagająca, ale wystarczająco szeroka, dobrze przygotowana, więc dało się przyzwoicie pojeździć. Krzesełko w sam raz na to miejsce, a dokładnie jego przepustowość. Do tego jedzie z zupełnie przyzwoitą prędkością. Ilość ludzi tego dnia niewielka, jazda na bieżąco. Jak dla mnie, to miejsce jest dużo fajniejsze od bielskiego Dębowca, do którego go przyrównywałem. Nie wiem jak to wypada biznesowo (ponoć śnieg tu się słabo trzyma, a inwestycja kosztowała majątek), ale kiedy działa,to z punktu widzenia szusującego, jest ok. Można nawet spotkać skitourowca, choć ten taki "od niechcenia"... Pozdrawiam, Johnny
    19 likes
  41. Dzisiaj niestety nie pomagałem przy pieczeniu, ale miałem wytłumaczenie, że muszę biednego studenta Marka zabrać na narty. Ja już 5 razy byłem, a ten biedak jak wyjechał do stolicy to jeszcze nart nie widział. Padło oczywiście na pobliski nam SON, gdzie wielu tu obecnych wychowało się narciarsko. Do tej pory bezpłatny od początku sezonu parking na nowej pętli autobusowej poniżej Soliska od dzisiaj zrobił się płatny. Zaparkowaliśmy więc darmowo na Julianach. Akurat 3 godzinne karnety idealnie pokryły się z końcem pracy wyciągów o godz. 15. Po kilku dniach mrozu i słońca dzisiaj przyszło załamanie pogody, Załamanie to może za dużo powiedziane, po prostu przyszły niskie chmury i pojawiła się mżawka. Pierwszą godzinę pojeździliśmy bez opadów, ale ostatnie 2 trochę nas zmoczyły. Przez ostatnie kilka nocy widać, że główne trasy zostały dobrze dośnieżone, czyli czerwona 10 na Julianach, niebieska 8 powyżej Golgoty, Golgota, Solisko, czerwona 7 z Hali Skrzyczeńskiej do Soliska, niebieska 4 z Hali S. do Suchego i na koniec niebieska 2 z Małego Skrzycznego do Hali S. Na tych trasach praktycznie bez minerałów. Niebieskie 9, 12, 13 na Julianach z lekkimi przebiciami trawy i kilkoma luźnymi minerałami. Dzisiaj warunki mimo odwilży wszędzie bardzo dobre, a z Małego Skrzycznego do Hali Skrzyczeńskiej rewelacyjne - za to widoczność tu była najsłabsza. Narciarzy dzisiaj oczywiście prawie zero na trasach. Ale, najważniejsze, że student Marek rozpoczął sezon narciarski i na grillowane "oscypki"
    19 likes
  42. Z samego rana udało mi się wyskoczyć na 2 godzinki do Wisły. Padło na Stok. Warunki jak i pogoda rewelacja, frekwencja jak widać na zdjęciach niewielka Byłem tam pierwszy raz i na pewno nie ostatni.
    19 likes
  43. Ja już swoje pierwsze skitoury mam za sobą, nadejszła wiekopomna chwila na debiut skitourowy Ani. Po naradzie z doświadczonymi tourowcami, wybór padł na Szklarską Porębę i podejście na Łabski Szczyt. Mieliśmy wyruszyć rano, ale nie mogłem dodzwonić się do wypożyczalni w Cieplicach i zrobił się problem. Ania zaczęła szukać innej i znalazła w Szklarskiej. Ruszamy ze sporym opóźnieniem, do tego w Szklarskiej tłok na dojeździe do Ski Arena Szrenica. W drodze do Jeleniej Góry piękna lampa, warunki do tourowania wydają się idealne. Przejeżdżamy Jelenią i warunki w kilka minut zmieniają się, nagle wszędzie chmury i pada śnieg. Taki warun też lubimy. Ania dostaje fajny sprzęt Narty K2 Wayback 88 dł.170 z wiązaniami Marker Kingpin, foki K2 Trim To Fit Skin, buty Tecnica Cochise 110 Light Dyn. Zakładam foki, mam już wprawę, robię to w końcu 2 raz i można do góry Puchatkiem w strone stacji pośredniej... Po kilku krokach (suwach) orientuje się, że z moimi butami coś nie tak, pięty mnie palą od spodu i od wewnętrznej strony, zwłaszcza prawa stopa. Przechodzę 200-300 metrów i ściągam prawy but, Ania daje mi chusteczki higieniczne i wkładam je do skarpetek z boku pięt. Kolejne 100 m idzie mi się fajnie i ciągniemy równym spokojnym (leniwym) tempem do góry. Niestety chusteczki zsuwają się pod pięty i ból powraca. Dochodzimy do stacji pośredniej i robimy przerwę. Kombinuję co dalej z butami, od pani z baru dostaję taśmę samoprzylepną i obwiązuję nią chusteczki na stopach. Ani wyskakują bąble na śródstopiu od wewnątrz obu stóp, ale jest twarda jak stal i postanawia iść dalej...Po drodze widać, że są świetne warunki do freeridu i widać pierwsze ślady riderów Z pośredniej stacji kierujemy się zielonym szlakiem w kierunku Schroniska pod Łabskim Szczytem. Widoki naokoło oczywiście cudowne i śnieg do tego ciągle pada. Staramy się nie myśleć o butach. Warunki w lesie tak piękne, że Ania pozwala mi na chwilę wpaść do lasu i zaliczyć kilka skrętów.... jestem zachwycony! Spotykamy snowboardzistów którzy wyruszyli ze Szrenicy i przez Kocioł Szrenicki ruszyli w dół i przez las dotarli do nas. Zrobili to bez wiedzy strażników Karkonoskiego Parku Narodowego. Byli happy i pokazali nam nawet filmiki ze zjazdów. Warto się narazić strażnikom lub nawet zapłacić mandat za zjazd w takich warunkach i w takim miejscu (jakby ktoś coś to...). Chłopaki fajni jakby byli narciarzami. Wychodzi mi na to, że wielu snowboarderów jest sympatyczniejszych od narciarzy, może czas zakopać topór wojenny między nami (narty-snowboard) choćby tylko poza trasami. Zmieniamy szlak z zielonego na żółty i idziemy dalej, mijamy granitowe formacje skalne, Kukułcze Skały. Do schroniska już blisko Wreszcie przed 17 docieramy do schroniska i całe szczęście bo stopy nam odpadają. Na Śnieżkę to wchodziłem w kapciach, a nie butach narciarskich, teraz przekonałem się, że buty skitourowe to to samo co zjazdowe i trzeba znaleźć te jedyne - pasujące do naszej stopy. Od środka widać jak wspaniale natura maluje i rzeźbi pięknie okna od zewnątrz Są dwie szkoły kiedy buty niewygodne, pierwsza dla mięczaków, mówi ściągaj, gdy tylko jest możliwość. Druga dla twardzieli, nie ściągaj do końca. Ja należę do mięczaków i ściągam od razu na sali, Ania twardzielka w swoich wytrzymuje do powrotu. Z uwagi na porę i stan naszych stóp rezygnujemy z dalszej części "wyprawy". W planie był jeszcze Łabski Szczyt, Szrenica i zjazd Lolobrygidą. Zrealizujemy innym razem. O 18.30 zjeżdżamy do Szklarskiej tą sama drogą którą wchodziliśmy, bo jest ciemno i tak będzie łatwiej, czołówki na głowy i ruszamy. Powrót w całkowitej ciszy, nikogo nie spotykamy, od czasu do czasu widać tylko między drzewami majaczące światła Szklarskiej Przed stacją pośrednią nieoczekiwanie trafiamy na sztruks, przysypany warstewką świeżego puchu Jeszcze tylko zjazd Puchatkiem i przed 20 kończymy świetny dzień (wieczór), gdyby nie te buty... za to nasze narty były super... Za wypożyczenie Ani sprzętu zapłaciliśmy 102 zł, warto było? Pożegnanie ze Szklarską Porębą, będziemy tu jeszcze wiele, wiele razy... Pozdrawiam serdecznie.
    18 likes
  44. Skoro nalegasz 🤗,myślę że warto odwiedzić ten ON jest tu gdzie pojeździć a dodatkowo w niewielkiej odległości są co najmniej 2 topowe stacje 😆
    18 likes
  45. Czarna Góra dzisiaj bez słońca, ale widoczność dość dobra. Dlaczego tyłu narciarzy. Większość jeździ na małpę. Do tego jedna czwarta bezkijkowców. Na niewielu trasach widziałem tak liczną grupę słabo jeżdżących narciarzy. Na trasie wygląda tak. Na czarnej narciarze padają jak muchy, co chwilę ktoś na kogoś wpada Ja oczywiście szukam offpiste i coś chodzi mi po głowie Narka do później, bo może coś dostanę?
    18 likes
  46. W tym roku przerwę Świąteczno-Noworoczną spędziliśmy całkowicie odmiennie od poprzednich lat. Co roku było zastanawianie się i kombinowanie w który dzień gdzie wyskoczyć na narty, gdzie pojechać, gdzie są dobre warunki żeby pojeździć - mając już spore rozeznanie których miejsc unikać zazwyczaj się nam to udawało. Tym razem zapadła jednak decyzja że skoro jest trochę śniegu naturalnego w Gorcach i Beskidzie Wyspowym, zaliczymy kilka górek z buta. I tak oto dotarliśmy na - Łysinę i schronisko na Kudłaczach, Luboń, Stare Wierch, Gorc i Turbacz. Nie będę się tu o tym zbytnio rozpisywał bo jest to relacja która trzeba będzie podzielić na poszczególne dni i szczyty. Mam nadzieje ze jak znajdę trochę wolnego czasu to uda mi się to zrobić[emoji12]. Jeszcze tylko zdjęcie naszej wesołej ekipy. To wątek narciarski wiec o nartach też coś musi być, w piątek cześć ekipy postanowiła zrobić sobie wolne, wiec nie zastanawiając się długo po obiedzie wrzuciłem narty do bagażnika i z młodą i szwagrem pojechaliśmy w miejsce gdzie raczej na bank pojeździmy bez stania w kolejce czyli do Koninek (pewnie ktoś spyta czy ten zabytek jeszcze działa?) działa i ma się całkiem dobrze. Nie pomyliłem się w okolicy i na parkingu ludzi sporo ale na samym wyciągu i trasie narciarskiej ludzi tak w sam raz. Śniegu dużo, częściowo sztuczny, częściowo naturalny przez wtorek i środę dosypało jeszcze ok 30 cm. Twardo, miejscami nawet bardzo z niewielkimi odcinkami skorupy lodowej, za to bez muld odsypów, przetarć dla mnie idealnie, narty świeżo po ostrzeniu wiec te 4godz jak na to miejsce były w sam raz, młodzież też radzi sobie w takich warunkach znakomicie wiec banan nie schodził im z ust - tylko ten stary pojedynczy hebel mógłby już znaleźć swoje miejsce w muzeum. Chciałem zrobić kilka zdjęć, niestety nie do końca się przygotowałem i -8C mróz zrobił swoje bateria padła momentalnie. I tak oto miło spędzone popołudnie, jeszcze tylko ok 45min w samochodzie i jesteśmy w domu. Dziś natomiast wiedząc że wreszcie udało się zakończyć wszystkie odbiory techniczne w Kasinie i w końcu ruszyła nowa kolej na Śnieżnicy zapadła szybka decyzja śniadanie, sprzęt do auta i jedziemy sprawdzić jak to w rzeczywistości wyglada. Dziś stacja ruszała od 10 wiec rano czasu było sporo, nie spiesząc się i nie mogąc nadziwić się totalnie pustymi drogami po 25min docieramy na miejsce. I co cóż to za zdziwienie - wyjeżdżając z domu termometr w aucie wskazywał -7C natomiast na miejscu -2C czyżby inwercja? w dolinach mróz a na gorze cieplej? Parking puściutki parkujemy jako drugi samochód, szybkie przebieranie, łyk gorącej herbaty i do kasy po karnety. Punkt 10 meldujemy się na bramkach. Jeśli chodzi o dolna stacje znajduje się ona dokładnie w tym samym miejscu co stare krzesło, natomiast sama instalacja przesuwnych bramek dostępu ma trochę lepszą lokalizacje miejsca jest jakby trochę więcej. Jeśli chodzi o 6os kanapy posiadają charakterystyczne pomarańczowe bubliny natomiast nie są one podgrzewane. Co do trasy 2 nic się w tej kwestii nie zmieniło, nie została poszerzona, natomiast doczekała się nowego oświetlenia, środkiem trasy poprowadzono główny ciąg wodno-kanalizacyjny do górnego budynku. Górna stacja nie jest jeszcze wykończona, funkcjonuje tam tylko garaż na krzesełka i pomieszczenie obsługi, restauracja, wc, taras najprawdopodobniej nie zostaną oddane do użytku tej zimy. Co do warunków na trasie, rano twardo, śnieg zmrożony, bez dodatkowych minerałów, niestety jest to tylko i wyłącznie śnieg z armatek. Po około godzinie w większości stoku zaczęły waląc się kuleczki lodu, miejscami tworzyły się lekkie odsypy i sypki cukier. Na stoku przybyło 5 armatek TF 10 jest wiec szansa na uruchomienie naśnieżania trasy 2 Napewno wiele się zmienia na plus w tym momencie w Kasinie, skrócenie jazdy o polowe, większa przepustowość, nie porównywalnie lepszy komfort robi z tej stacji jedną z najlepszych w pobliżu Krakowa. A pomyśleć ze jeszcze 16 lat temu funkcjonował tu jeden z najdłuższych dwu osobowych orczyków w Polsce. Miejmy nadzieje ze doczekamy się też w najbliższym czasie poszerzenia głównej trasy. Pozdrawiam Paweł
    18 likes
  47. Chwała niech będzie spirytusowi... i tym co się wczoraj bawili na tyle dobrze by nie dotrzeć dziś na Jaworzynę Byliśmy tam po 10. Parking zapełniony może w połowie. Z marszu karnety z kasy i z marszu w gondolę I tak było już do wieczora. Na żadnej trasie nie czekałem do wyciągu dłużej niż pół, może minutę Na dole bardzo pochmurno i mglisto, że czasami na 20-30metrów nie było widać. Tam było bardzo zimno. Zwłaszcza na krzesłach przy 6 i 4. A na górze piękne słoneczko. Można było się opalać. Mega wrażenie to nartowanie nad chmurami. Katowałem te 2600 do oporu Raz po raz Czasami wracając sam gondolą. Trasy przygotowane świetnie, aż się chciało cisnąć w dół bez taryfy ulgowej. Wieczorem gdzieniegdzie wyłaził lód i śnieg miał konsystencję cukru, ale i tak fajnie było zobaczyć jak to jest jeździć w takich warunkach. Odcięło mnie o 17. Mega banan na twarzy Krynica to chyba najlepsze miejsce na narty w Polsce. Aż szkoda wyjeżdżać. Jutro rano jeszcze Słotwiny-Azoty. Na dziś wyciągnąłem swoje Progressory800 - oj, chyba ich jednak sprzedawać nie będę
    18 likes
  48. Dzisiaj padło na narty w Wiśle w ośrodku Skolnity. Trochę z powodów służbowych, trochę z powodu snowboardzistki którą zabraliśmy na kanapę co by miała wygodniej niż na łorcykach. Rano po 8 godz. droga jeszcze bez korków. Wyjazd autem na parking pod samym wyciągiem. Jest tam stromo, trzeba jechać na jedynce, dobrze, że lodu i śniegu na drodze nie było. Obie trasy (czerwona i niebieska) mocno zmrożone i twarde. Z biegiem czasu na niebieskiej pojawiało się dużo połaci lodowych, a na brzegach dużo "cukru". Czerwona do końca czyli do 12 godz. oparła się narciarzom, chociaż tu także trochę lodu było, a na dolnej ściance dużo lodowych grud. Ta czerwona to wg mnie duży atut ośrodka. Dość szeroka, różnie nachylona, nadaje się do rozstawienia slalomu. Jeździ na niej jakies 10-20% narciarzy i dlatego nie ulega szybkiej degradacji. Mnie dzisiaj podobało się umiarkowanie, snowboardzistce Oli także, ale Markowi wcale ( a to narty tępe, a to czerwona ma trawers, a to kijek częściowo złamany). Uważam, że jak na przed sylwestrowe nartowanie było całkiem OK i ludzi nie za wiele. Wyjeżdzając widzieliśmy spory korek zaczynający się już na switałach w Ustroni koło Tesco i ciagnący sie do Wisły.
    18 likes
  49. Dzisiaj przetestowaliśmy nową wyprzęganą kanapę na Słotwinach Arena. Właściwie to byliśmy pierwszymi wywożonymi narciarzami Generalnie nie ma się nad czym rozpisywać. Kanapa jakich wiele w Polsce i Europie, niemniej strasznie cieszy, że inwestują, Jedzie się bardzo szybko i bardzo przyjemnie! Kanapa nie jest podgrzewana. Niestety nie obyło się bez wpadki. Przy bramkach byliśmy o 7:55 i staliśmy tak z grupą narciarzy do 9:20. Panowie z obsługi nie mogli sobie poradzić z równomiernym ustawieniem krzeseł, kanapa cały czas zatrzymywała się i ruszała. I tak przez 1,5 godziny Część ludzi zrezygnowała i poszła jeździć na dolne Słotwiny do Tabaszewskiego. My wytrwaliśmy, czy było warto ? Raczej tak, darzymy ten stok wielkim sentymentem. Warun raczej średni. Widać, że wszystko przygotowywane w pośpiechu. Ogólnie twardo, ale dużo nierówności i bryłek lodu. Dodatkowo płaskie światło (to już nie wina obsługi ) - trzeba było jeździć rozważnie. Jedziemy tam znowu albo w drugi dzień świąt, albo na początku stycznia. Fajnie fajnie, że coś się dzieje na moich ulubionych Słotwinach, gorszym warunkiem i wpadką z kanapą się nie zrażam. Szacunek dla obsługi za ciężką pracę i za pracę w Wigilię! Wesołych Świąt!
    18 likes
  50. Dziś, po raz pierwszy udało nam się pojeździć na Szczyrbskim, bo zawsze jakoś wypada nie po drodze. Było cieplej, u góry jakieś 4-5 stopni, w Tatrach nadal panuje inwersja - na kwaterce w Smokowcach było -5 z rana, a im wyżej tym cieplej, bardzo słonecznie. Czynne wszystko oprócz Furkoty. Lekko miękko, ale całkiem dobrze Szczyrbskie to tak w zasadzie 1 trasa, która w połowie rozwidla się na 3 warianty. Furkota, to w sumie 2gi wariant górnej części Furkota (po prawej) jest w trakcie przygotowywania, po południu jeździł ratrak i "wylizywał" już trasę. Pewnie otworzą na dniach:
    18 likes