Leaderboard


Popular Content

Showing most liked content since 25.01.2017 in all areas

  1. 27 likes
    Jedyne ok 20 godzin montażu i wykorzystany praktycznie cały materiał filmowy... ...miały być dwa filmiki ale będzie tylko jeden. Zapraszam do obejrzenia
  2. 26 likes
    Dzisiaj był nasz pierwszy narciarski dzień w Gosau-Russbach-Annaberg czyli jednym z kilku ośrodków regionu Dachstein West i chyba najbliższym z PL prawdziwie alpejskim regionem. Jesteśmy tu pierwszy raz. Zachęcił mnie do odwiedzenia SB. Niestety są austriackie ferie więc narciarzy sporo. Ale jak zawsze są trasy z boku ośrodka, gdzie ruch mniejszy. Z pogodą trafiliśmy, a nawet może za bardzo bo pojutrze może być na dole nawet +10 stopni. Dzisiaj tylko na stokach południowych śnieg był mokry, na pozostałych cały czas zmrożony. Świeżych opadów nie było dobre kilka dni więc jest raczej twardo. Jako, że ośrodka nie znamy więc poruszaliśmy się dzisiaj po nim trochę chaotycznie, ale większość tras chyba zaliczyliśmy. Na razie nie znalazłem mojej ulubionej, ale może pojutrze już ją odnajdę. Jutro Krippenstein czyli rejon graniczący z lodowcem Dachstein uważany za jeden z najlepszych regionów freeraidowych w Austrii z możliwością eksploracji na skitourach z czego skorzystamy. Jest tam też 11 km zjazd trasą co też warto zaliczyć. Tutaj mieszkamy - Hallstatt
  3. 22 likes
    Nieeee 2 Jaśków to byśmy nie ogarnęli Prawda jest taka, ze dawno tak dobrze się na nartach nie bawiłem. Cały ten czas zleciał za szybko no ale tak to bywa widocznie w tak zacnym towarzystwie jak Wy Panowie . Zyczyl bym sobie tak co weekend milo spedzac czas i mam nadzieje ze jeszcze nie raz uda sie spotkac - dzieki! A poniżej kilka zdjęć. Właściciele nart debatują gdzie by tu jechać, góra... dół... talerzyk??? ::))))) ( Jasiek - nieeeeeeeeeee :)))) Trening na skoczni normalnej - Czarownica zwana Babą Jagą Doskonala areodynamiczna pozycja w locie Artixa: Jasiek!! Mocne odbicie i bardzo dobra wysokosc! Niestety fatalnie przygotowany zeskok i nasz Mistrz zalicza upadek na szczescie poza strefa wiec sedziowe nie odjęli punktow za wyszukany styl Marcinn - klasyka, styl odleglosc Gregor! wszystko robił inaczej jeździł tylem, narty mial jakies dziwne i..... lądował na d...e - szacunek - popylasz stary kosmicznie Piotr na spokojnie, poprostu jego gwiazda rozbłysła minute wcześniej i 100 metrów wyżej Johnny - wyjscie z progu Aklim piekny styl niestety bez telemarku I Marcin który jak widac próbował zastosować styl V, z półobrotem
  4. 22 likes
    Dziękujemy za spotkanie. W Polsce mamy zbyt daleko do siebie [emoji6].
  5. 22 likes
    Jestem osobą, która dużo jeździ na rowerze, również w zimie. Naturalną koleją rzeczy zostałem fanem "tłuściochów", czyli rowerów z baaardzo grubymi oponami. Puszyste mnie kręcą. Nie planowałem żadnych zawodów w związku z tym, nie czułem takiej potrzeby, ale po namowie kolegów z teamu Fatbike....... postanowiłem wystąpić w Monteria Fat Bike Race Góry Stołowe. Trochę z ciekawości, trochę dla zabawy, a trochę z chęci sprawdzenia swojej formy. Niezwłocznie opłaciłem startowe i pozostało już tylko trenować i czekać. Ale czas minął szybko. Trzeba było się pakować i udać na miejsce zawodów. Rozebrałem grubasa, wsadziłem do swojej konserwy na czterech kołach i teleportowałem 300 km dalej, w Góry Stołowe. Podobnie z moją lepszą połówką, ale jej nie musiałem rozbierać... Może niektórych zaskoczę, bo to właśnie tu po raz pierwszy miałem przyjemność poznać niemal cały, mega pozytywny team Fatbike....... na żywo, choć wcześniej razem wynajęliśmy wspólnie domek. Panowie mieli dla mnie miłą niespodziankę: zaprosili do swojego grona, tj. teamu. Dla minie to spory zaszczyt. Nigdy bym nie przypuszczał, że kiedyś będę choćby w amatorskim. Tym bardziej w tym wieku i do tego profesjonalnym. Oczywiście chętnie dołączyłem, bo w grupie raźniej, zwłaszcza takiej! Thanks! Góry Stołowe przywitały nas błękitem i złotkiem na niebie. Spośród grubej, białej kołderki, pięknie eksponował się sam Szczeliniec Wielki, pod którym mieliśmy bazę noclegową. Start znajdował się zaledwie kilkanaście obrotów korbą od naszej "Brdy". Nieco dalej zaplanowano wieczorny prolog. Czas więc wskoczyć na tłustą maszynę i zrobić rozgrzewkę. Miałem jeszcze zdobyć samego Szczelińca z grubym - po co? Innym razem. Dziś jednak bez raków nie było szans. Odpuściłem. Pozostał trening po części wieczornej trasy, podziwianie widoków i próby z przyczepnością opon, twardości wyratrakowanego terenu, czy nawet ustawienia kamery. Zmrok zapadł szybko, taki urok stycznia. Czas ruszać na start. Choć to niesamowita atrakcja, miałem wątpliwości, czy należy katować muły przed właściwym wyścigiem. Team takich wątpliwości nie miał. Skoro tak, to już się nie migam. Mam jeden z pierwszych numerów startowych, więc przynajmniej długo marznąć nie będę. Lekka trema, chwila oczekiwania i go! Początek to krótki, ale treściwy podjazd. Cisnę dość mocno, słuchając rad najstarszego z nas - Ryszarda. Dzięki temu mam wolną drogę na singlu ( dzięki Ryszard! ) i mogę sprawnie dojechać do szerszej części. Choć to chyba sprawnie inaczej, bo kilka razy wypadam z wąskiej przecinki. Dalej to już sielanka - szeroko i twardy sztruks. Jednak mogło skończyć się różnie. Chcąc poprawić lampkę, wyłączyłem ją! Panika, przemielone tysiące myśli na sekundę, jak w procesorze czterordzeniowym, kilka nowych siwych włosów i ponownie stała się światłość. To tylko sekunda, ale na zjeździe i przy speedzie wystarczy. Krótki dreszczyk kończy się szczęśliwie i ostatecznie kończę prolog na 9 miejscu wśród Fatów i 12 open. Powiało optymizmem przed głównym "śmigiem". Tak dobrej pozycji się nie spodziewałem. No i jeszcze ten klimat - przy lampkach, pochodniach i ciepłym dopingu. Następny dzień wita na sporym minusem. Tłuścioch posłużył za termometr i jako pierwszy zbadał czekające nas warunki. Ż ż ż ż zimno! Obfity popas, ciepły ubiór, krótka rozgrzewka i ustawiamy się na starcie. WOW! Tyle grubasów w jednym miejscu jeszcze nie widziałem. Cóż za piękny widok! Tyle tłuszczu w jednym miejscu? Normalnie bajpas burger! Wybija godzina zero, tj. 11.00, więc power on! Niestety brak doświadczenia spowodował, że trochę straciłem na starcie, a do tego jeszcze wpadłem w ślad dla narciarzy biegowych. Przez to nieco zostałem i utknąłem. Pierwszy kilometr przejechałem praktycznie bez pedałowania. Tak do pierwszej przeszkody. W kopnym śniegu hurtowo lecą gleby, a stawka się rozciąga. Jeszcze jedno "wąskie gardło" i mogę wreszcie rozwinąć skrzydła. Tłuścioch nabiera rozpędu niczym Boeing na pasie startowym. Czuję moc! Zaczynam odrabiać straty i wyprzedzam sporą grupę. Niestety entuzjazm słabnie na singlu. Był jeszcze do przejechania, ale aż 3 osoby przede mną upadają. Powstaje spora kumulacja, nie tylko kolarzy, ale i napiętej atmosfery. Wyprzedzanie niemożliwe, chyba, że ktoś ma śmigiełko w plecaku jak Inspektor Gadżet. Pozostaje grzecznie maszerować do końca singla, choć wewnątrz głowy temperatura rośnie i nie każdy potrafi ugasić pożar... Wreszcie koniec grzęzawiska i wskakuję na rumaka. Niestety coś chrupnęło i łańcuch wpada między przednie zębatki. Szlag! Szybko rozwiązuje problem, ale po kilku obrotach korbą wplątuje mi się sznurówka w dużą zębatkę. Kur...! Co jeszcze?! Wyszarpuję ją i ostatecznie mocno wciskam do buta. Ponownie ruszam, ale ledwie po 100 metrach pęka łańcuch. Zadałem pytanie, więc szybko dostałem odpowiedź. Bezsilność, złość i smutek. Jakby mi ktoś przerwał dobry film podczas najlepszej sceny i przełączył na TV Trwam. Przez chwile mam pustkę w głowie. Co robić? Szanse na dobry wynik już odfrunęły jak ptaki na zimę do ciepłych krajów. Gdyby ktoś teraz wręczył mi siekierę, wyrąbał bym pół lasu w Górach Stołowych, ale tego nie wolno. Spieszyć już się nie mam do czego, więc na spokojnie podjeżdżam pod Goprowców, stojących na końcu singla i sięgam do "nerki", gdzie często trzymam jakieś proste "receptury na bolączki". Ale zaraz? Gdzie ona jest? Rozglądam się, ale niczego wokół nie widzę. Tym bardziej w pasie. Czyżby kolejny pech? No tak, nieszczęścia nie chodzą parami, ale stadami! Dół na maksa... Zatrzymuje się jeden z zawodników i pyta czy nie chcę spinki. Przez myśli o stracie "nerki" nawet się nie cieszę, ale odruchowo biorę i dziękuję. Niestety najpierw trzeba pozbyć się zepsutego ogniwa, a bez odpowiedniego narzędzia to niemożliwe. Gdyby było lato, można by skorzystać z tych naturalnych - patyki, kamienie itp. Niestety wszystko pod metrową warstwą puchu. Ale po chwili zatrzymuję się zawodnik z Czech i wręcza mi skuwkę do łańcucha. Humor delikatnie i stopniowo rośnie, jak energia w ładowanym akumulatorze. Może jednak jeszcze pojadę? Chwila napięcia, coś pyknęło i... kolejny pech! Bolczyk, który powinien wypchnąć wałeczek z łańcucha, pęka. Ledwie podnoszący się z dna humor, ponownie siada jak statek na mieliźnie. Mimo wszystko wielki dzięks dla wszystkich, którzy mi pomogli. Dzięki takim ja Wy atmosfera imprezy jest wyjątkowa! Teraz już na spokojnie mogę zdecydować co dalej. Przecież nie siądę i zacznę płakać. Trzeba zresetować głowę i od nowa wgrać soft. Ostatecznie mam dwie opcję: 1) kontynuować wyścig bez napędu metodą "na Flinstonów" ( opuścić siodełko i szybko przebierać nogami ) , 2) oddać rower Goprowcom i bieg ok. 7 km. Serce było za opcją nr 1 (byłoby ciekawie), jednak przekonanie, że coś zgubiłem (owa nerka), ostatecznie przesądziło o dokończeniu udziału w imprezie z buta. A tak zawsze się zarzekałem, że biegać nigdy nie będę... Przebiegłem przez kopny śnieg i dalej trasą. Nic nie znalazłem i już nieco żałowałem wybranej opcji. Trochę dziwny widok był, kiedy ktoś uprawia jogging w kasku rowerowy i do tego w zimie. Kiedy dobiegłem do mety, żona pomyślała, że to jakiś mój duch... Wszystko wyjaśniłem, popytałem jeszcze w biurze, czy ktoś coś nie znalazł i odebrałem rower. Smutny widok - tłuścioch z wiszącym łańcuchem to jak kolano z zerwanym więzadłem. Zabrałem rannego do domku i tu szok! Nerka leży na fotelu! Pan Hilary zgubił okulary! W jeden chwili radość i wkur... - trza było wybrać opcję nr 2! Ale najważniejsze, że "zguba" się znalazła. Wreszcie coś pozytywnego. Pozostało odebrać medal, oczyścić umysł z wszystkiego co złe i wspólnie biesiadować z ekipą. Emocje opadły i teraz już mogę powiedzieć, że to wspaniała i wyjątkowa impreza! Świetna organizacja, świetna atmosfera w pięknych okolicznościach przyrody. Nie chciało mi się za bardzo tam jechać, a teraz już tęsknię za tym miejscem. Niewątpliwie zawitam za rok i nie tylko z powodu niedosytu po awarii sprzętu. Tu trzeba być i to przeżyć! Na koniec filmik z otoczka i z samego wyścigu. Jak widać, pogoda dopisała! Pozdrawiam, Johnny
  6. 22 likes
    Przy okazji zawodów "fatbajkowych" w Górach Stołowych, postanowiliśmy z Żonką zaliczyć jakiś ośrodek narciarski w Sudetach. Nigdy tu nie jeździliśmy na nartach, więc bardzo byliśmy ciekawi jak to tu wygląda. Najbliżej było do Zieleńca, więc obraliśmy go nasz cel. Ale początkowy plan zakładał, że tam dotrzemy w piątek, a w niedzielę zdobędziemy Szczelińca z tłuściochem. Ponieważ chcieliśmy się spotkać z Anną i Marionenem, a w piątek nie było szans, odwróciliśmy plan do góry nogami. Szczeliniec na pierwszy ogień, Zieleniec na deser, w niedzielę. Niedziela wita nas pięknym słoneczkiem. Podobnie było w poprzednie dni,ale w sobotę się nieco skichało. Dziś jest super, a pod Szczelińcem trwają przygotowania do kolejnych zawodów, tym razem w narciarstwie biegowym. Wszędzie tłumy na ołówkach... Kusiło, ale My ruszamy w stronę Kudowy Zdrój, gdzie wreszcie mogę złapać zasięg i skontaktować się z Mariuszem. Choć fajnie być po za cywilizacją... Zgadujemy się i ruszamy do Zieleńca. Po drodze z sentymentem wspominam Kudowę - bywaliśmy tu niemal każdego wieczoru po wędrówkach górskich. Ale dziś nie o tym. Około godziny 12 docieramy na miejsce. Puszek przy drodze i w "dokach" mnóstwo! Nie bardzo wiem gdzie lokatę obrać. Skręcam na chybił/trafił na jakiś plac i trafiam w dziesiątkę. Akurat ktoś odcumował i mogę zająć jego miejsce. Pozostaje się rozejrzeć i udać do kasy. Tam kolejka jak za papierem toaletowym w latach osiemdziesiątych. Do tego tempo obsługi przypomina sklepy PSS "Społem"... Jakoś to przeżyłem, co trzeba nabyłem i można udać się na stok. Cóż za dziwnie położona stacja! Nie krytykuję, po prostu pierwszy raz coś takiego widzę. Główna droga przecinająca w pół stoku całą stację? Ktoś miał fantazję! Ale jednak coś interesującego z tego wyszło. Przynajmniej łatwo wystartować. Wystarczy zejść z drogi na pobocze po za chodnik i już jesteśmy na trasie. Całość robi wrażenie, jakby stacja przechodziła przez środek miejscowości. Kościół przy trasie narciarskiej? Czemu nie! Ot, jeden przykład... Jest oryginalnie, bez dwóch zdań. Marionen team dotrze za jakiś czas, więc ruszamy na zwiedzanie całości. Najpierw w stronę pomarańczowych "bublin" i słynnego skrzyżowania wyciągów. Pierwsze co się rzuca w oczy, to szerokość tras. To trochę takie pole za stodołą, ale za to bez ograniczeń w bok. Prawie, bo komunikacja między niektórymi trasami mocno utrudniona. Zaliczamy skrzyżowanie, oba wyciągi i opcję tras. Jest super! Przygotowanie, warunki narciarskie - perfekt! Tylko ta długość... Mogłoby być lepiej... Ruszamy dalej, do niebieskich bublin, ale to trochę wymagające jest. Komunikacja między niektórymi trasami jest, delikatnie mówiąc, do d... Trzeba dymać z buta. Pewnie ośrodek się dopiero rozwija i taki urok. Ale żeby dotrzeć do skrajnej "Spacerowej", trzeba mieć chęci. Za to mamy tu kilka tras i super nowoczesny wyciąg z dodatkowymi gondolkami na linie. Robi wrażenie! Kontaktujemy się z Mariuszem i zmierzamy w powrotna stronę. Znowu dymanie z buta i zaliczanie ciekawego wyciągu. Żonie się nie spodobało, a to jak wyrocznia... Jednak sama szybko wpadła na pomysł, jak go wykorzystać i dała rady! Wracamy do naszej bazy wypadowej. Tutaj odnajdujemy się z Marionen team i dalej śmigamy razem. Przy okazji dowiadujemy się, jak to wyglądało wcześniej... Powracamy w rejon skrzyżowania i tam kręcimy się do końca. Super, że udało się spotkać w Waszym terenie, a nie tylko podczas typowego WZF pod Kasprowym. Jest tu gdzie pojeździć, nie tylko przytrasowo. Ośrodek robi wrażenie, choć do Szczyrku bym nie porównywał... Nie te przewyższenia i długości tras. Za to mamy bardzo nowoczesną infrastrukturę i bardzo szerokie trasy. Ośrodek ma potencjał i robi wrażenie! Jest tu gdzie pojeździć. Niestety czas biegnie nie ubłaganie i musimy się zbierać. Idziemy na małe co nieco, pamiątkowe fotki i czas się zbierać. Z ciężkim sercem,ale na to rady nie ma. Ostatnie zdjęcie i udajemy się na parking. Relacja mocno skrótowa, bo czasu oszukać nie mogę i ucieka szybciej, niż ja klikam w klawiaturę... Super, że można było się spotkać w Sudetach! Szkoda tylko, że tak krótko. Do zobaczenia wkrótce! Pozdrawiam, Johnny.
  7. 21 likes
  8. 21 likes
    Wreszcie się uporałem z filmikiem z dzisiejszego nartowania. Znowu Youtub mnie wk.......rrrrrrwił. Musiałem dwa razy zmieniać muzykę zanim zaskoczył. Ale do rzeczy: Chłopaki dzisiejszy dzień był superowy. Spotkanie z wami było świetną sprawą. Ubawiłem się do "łez". Jazda była świetna po mimo słabej widoczności. Dzięki Krzysiek za te fotki ze skoczni. Szkoda, że nikt nie nagrał (łącznie ze mną) jak rozbłysła moja gwiazda. Dzięki wszystkim obecnym. Skionline rules!!!! Pozdrawiam
  9. 21 likes
    Przenosimy się na SON. "Trójka" w świetnym stanie. Widoki to bajka! Dalej jedziemy na Halę Skrzyczeńską i 4 na Płoncyckę - do Bacówki na małe WZF@Piotr_67,@christof, dzięki za spotkanie! Do zobaczenia za tydzień Po spotkaniu kontynuujemy "czwórkę". Warunki dobre i bardzo dobre - trasa zaczęła trochę puszczać, ale bez tragedii. Było idealnie! Z jedną przesiadką jedzimy na Małe Skrzyczne. Tam robimy małą fotopauzę i ciśniemy "dwójką". Niestety na niej wystaje sporu lodowego pokładu. Najważniejsze, że nie ma kamieni. Przyszedł czas na przejazd kultową trasą - Bieńkulą. Niestety już się trochę zmęczyła - na górze sporo muld. Trasa genialna - raz stromo, raz łagodniej. Po prostu miód! Zjeżdżamy nią dwa razy i jedziemy na kombinacji 2 i 3. Na początku świetnie. Niestety później ogromne muldy, lód, wąsko i droga... Jedziemy na górę i kierujemy się na zamkniętą "jedynkę". Generalnie jest najgorzej - w dwóch miejscach trzeba mocno uważać. Raz natrafiłem na minerał. Jedziemy orczykiem, i po zjeździe i wjeździe, ciśniemy 7. Podobnie jak reszta - trochę twardo, ale śnieg jest bardzo szybki. Na Julianach twardo. Przetarcia na 13. Golgota świetna - wieczorem najlepsza. Suche całe w cukrze. 8h przejechane Pozdrawiam Marcin ~leitner
  10. 21 likes
    Dzisiaj duże wydarzenie na dolnośląskich stokach. Zieleniec odwiedziły przy okazji zawodów Fat Bike w Górach Stołowych, Skionlinowe Gwiazdy - Dżonka i Johnny_Narciarz. Koniecznie z Anią musieliśmy skorzystać z okazji i się z nimi spotkać na tutejszych, licznych trasach narciarskich. Jak na Zieleniec do tego niedzielę i ferie byłem zaskoczony brakiem tłoku przy większości wyciągów (z wyjątkiem Nartoramy). Do tego piękna słoneczna pogoda, bezwietrznie i ciepło. W tak doborowym towarzystwie jeździło się świetnie, a czas spędzony na nartach minął niestety błyskawicznie. Wpadliśmy jeszcze do Baru Na Stoku u Werki na małe jedzonko i w drogę do domu. Mamy nadzieję, że szybko powtórzymy spotkanie w tym gronie, a może jeszcze liczniejszym ... Nawet TVN 24 jak się dowiedział, że Johnny jest w Zieleńcu, to wysłał swoją ekipę by go namierzyć! I nawet im się udało. Pozdrawiam serdecznie.
  11. 21 likes
    Pilsko 28.01.17 Dzisiaj pierwszy raz w tym sezonie odwiedziłem Pilsko (razem z JaroW i jego bratem). Po drodze w dolinach mróz -13, a w Korbielowie i na górze z powodu inwersji dużo cieplej. Pierwsze zjazdy do Szczawin po pustych trasach po sztruksie, w jednym miejscu trochę lodu, zero minerałów. Potem przenosimy się na orczyk powyżej Miziowej, a gdy otwierają talerzyk na kopiec to głównie tutaj jeździmy do 10 godz. Tylko naturalny śnieg, zero lodu, po prostu super. Wyratrakowany jest przesmyk po prawej stronie obok nieczynnego talerzyka i tutaj Jaro ćwiczy skoki na uskoku. Po 10 godz. udajemy się na kiełbaskę. Niestety po posiłku ilość narciarzy dość gwałtownie rośnie więc lawirujemy między wyciagami szukając mniejszych kolejek. Przed 12 zjeżdżamy przez Buczynkę do Kamiennej. Warunki po drodze bardzo dobre, Buczynka w górnej części wyratrakowana, i na całości bez minerałów. Oczywiście mijamy pomnik słowackiej myśli technicznej i polskiej nieudolności . Widoki po drodze cudowne
  12. 20 likes
    Kazimierz Dolny nad Wisłą i narty są dla mnie w tym sezonie jakieś pechowe. Najpierw mała awaria z autem w drodze do tej stacji z Leitnerem a dzisiaj upadek i drobne odnowienie kontuzji kolana Cóż? Całe szczęście, że nic się nie stało. Tym razem na narty jedziemy w dwa auta i jedynie w męskim towarzystwie. Jedzie Jacek, który stawia pierwsze kroki na desce, Marek znany z wyjazdu do Skicircus, Mirek, który był z nami w Madonnie i Dolomitach z dzieciakami. Już umawiając się robimy falstart - sprawdzam godziny otwarcia ośrodka i nie wiem dlaczego nie dostrzegłem w necie, że w weekendy ON rusza od 8... my jesteśmy przed 9tą - szkoda. Mimo wszystko, by z Radomia dotrzeć na miejsce tak rano musimy wyjechać skoro świt. Temperatura na zewnątrz -7...a dzień zapowiada się piękny. Wsiadamy do aut i jedziemy. Mijamy skutą lodem Królową Polskich Rzek - Wisłę i jesteśmy na miejscu. Jacek wypożycza komplet sprzętu snowboardowego za 40 zł, kupujemy karnety 3 godzinne za 50 złotych i ruszamy na trasy. Czynne są dzisiaj wszystkie trzy wyciągi talerzykowe oraz trzy trasy narciarskie. Ta najostrzejsza - przyczyna mojej dzisiejszej "skuchy" od dołu wygląda tak: Główna knajpa gdzie dają pyszną i tanią pizzę, sprzęt w postaci dwóch starodawnych skuterów śnieżnych...i uwaga? Bankomat. Tak!!! Nawet do tak małych i nizinnych stacji narciarskich dociera cywilizacja. Ludzi przez pierwsze 1,5 godziny jest niewiele i na wszystkich wyciągach poruszamy się płynnie. Banan na twarzy w taka pięknych okolicznościach przyrody: Najkrótsza ale też najbardziej stroma trasa przy krótkim wyciągu, z góry wygląda tak: A tam po lewej stronie na powyższym zdjęciu? Wisła. Ten najbardziej stromy stok ma przedłużenie od dwóch głównych wyciągów i jako całość - jest najdłuższym wariantem zjazdu. Wygląda to tak: Trasa główna i najbardziej szeroka była dzisiaj idealnie przygotowana. Początek jazdy i kilku narciarzy przy bramkach: Na trasie orczyków pojawiły się nowe gadżety: balon i tabliczka Dzisiaj oczywiście czynna była również wyrwirączka z wyrwirączką oraz znajdujący się nieopodal tor saneczkowy. Spojrzenie na górną część najdłuższej trasy z góry: Mimo, że Stacja Kazimierz czynna była już od godziny - tutaj można było jeszcze znaleźć odrobinę sztruksu: Ponieważ czynny i doskonale przygotowany jest jar... ...po kolejnym wciągnięciu się w górę, testuję jar! Początek jak na nizinne warunki bardzo stromy, później zwężenie i lej - połączenie z głównym zjazdem u dołu. Spojrzenie na główną najszerszą i najłagodniejszą trasę główną z początkiem, po lewej stronie zjazdu w wąwóz. Jar w całej okazałości: Spojrzenie na "ściankę": Śmigamy po całości ośrodka. Jest miło, przyjemnie a śmiga się wyśmienicie. Śnieg zmrożony i niestety nieco tępy - ja wolę jak jest bardziej lodowy i szybki... Cóż? Nie wszystko może być idealne. Tutejszy sprzęt do ratrakowania w artystycznej pozie Z minuty, na minutę przybywa narciarzy - wyciągi pracują jednak dosyć szybko i nie ma kolejek - te pojawią się po 11. Poniżej widać nowe zabudowania baru i budki instruktorskiej: Było ostro walone śniegiem... W godzinach popołudniowych zaczęto starania by powstał pan i władca tej krainy... I powstał! Bałwan nad Bałwany Od dzisiaj będzie strzegł tutejszych tras i ośrodka - target jaki ma, to utrzymać warunki do połowy kwietnia Pora na grupową fotkę Tym razem zamiast kamery, na statywie jest aparat. Trochę wygłupów... I spadamy jeździć. Prawie ostatni zjazd - przeszarżowałem, położyło mnie, wykręciło w drugą stronę, nie wypięło narty - kolano poczułem, że puszcza w lewym stawie kolanowym... ...przekręciło jeszcze raz - szarpnęło i jeszcze raz poczułem ból w kolanie. Wypięło nartę. Po zjeździe na plecach ok 20 metrów - potrzebowałem chwili by wstać. Wstałem ale lewa noga zaczęła boleć - siły w niej zero. Podszedłem trochę, przy pomocy rąk wpiąłem delikatnie w wiązanie kontuzjowaną kończynę i zsunąłem się na dół powolutku. Na dzisiaj koniec jazdy. Usiedliśmy przy stolikach, zjadłem mega duży szaszłyk... po pulsowało w nodze, pobolało trochę ale siła w niej zaczęła wracać. Ufff Z minuty na minutę zaczęło się poprawiać... ...teraz pisząc tę relację w domu jest już całkiem nieźle. Jedno jest pewne - kiedyś to kolano trzeba będzie zrobić, a kolejne wypady na narty ze stabilizatorem Nie lubię z nim jeździć ale cóż począć? Kończymy przerwę fotką, która jest pozdrowieniem narciarskim dla Artixa - od kolegi "po tej samej narcie" - Marka. Kończymy jazdę i dopiero teraz zauważam Alpejski zwyczaj? Dzisiaj w ośrodku prezentuje się w iście światowym, narciarskim stylu Mazda. Wracamy do domu... ...po drodze z Jackiem wymyślamy plan na niedzielę. Spływ kajakowy. Choć Wisła jest skuta lodem, to po wypadzie i rekonesansie nad naszą tutejszą rzeczkę Radomkę stwierdzamy, że warunki są idealne!!! Zastanawiam się tylko jak się ubrać? Chyba tak samo jak dzisiaj Jutro wieczorem relacja zamiast z nart, z kajaków - noga musi chociaż jeden dzień odpocząć. Pozdrawiam marboru i Ekipa
  13. 20 likes
    Sobota – miało być Pilsko, ale osoba, która chciała szlifować formę na Cypisku, wykruszyła się dosłownie w ostatnim momencie – nad samym ranem. Szybki look na kamery – na Pilsku niskie chmury i mgła – w Szczyrku tylko na górze M.S. zamglone – zmiana trasy i kierunek – Szczyrk. Na autostradzie i na trasie – dużo rejestracji z początkiem W – ferie mazowiecki w pełni J Dojazd do Szczyrku – często gęsta mgła i deszcz na trasie – ale bez problemów i żadnych korków (nawet w samym Szczyrku). Kierunek: Solisko - udaje mi się zaparkować w miejscu za free – i bardzo dobrze – nie chce płacić zielonym ludzikom „dyszki”, a i trochę spaceru jako rozgrzewka przed jazdą jak najbardziej wskazana. Ładuję Go-passa i w górę. Pierwszy orczyk – Solisko-Suche – już od początku lodowo, potem zamarznięte wertepy i szklanka. A dalej jeszcze lepiej – prawa nitka z Suchego na Skrzyczeńską – zmarznięte, nierówne, dość głębokie esy-floresy i trzeba bardzo uważać. Pod orczykiem na M.S. – podobnie – „Prowadź narty po śladzie” w sobotę brzmiało jak niezła groteska – tylko po którym? – jedynie po lewej lub prawej stronie „śladu” trochę śniegu i ucieczki na boki są jakimś rozwiązaniem. H.S i M.S. pokryte mgłą. Trasa z M.S. – nawet nie oblodzona, nie ściorana – do Hali Skrzyczeńskiej – ok. Dalej jadę 4 –bo ostatnio było tu super. Wczoraj jakoś mi mniej pasowała – trochę już zmęczona, trochę lodu i zdartych odcinków – da się pojeździć, ale nie jest super. Wciągam się lewą nitką z Suchego na H.S. – tu odrobinę lepiej, niż na prawej nitce, ale miejscami też z wertepami i lodem. Dalej próbuję 7-kę – i strzał w dziesiątkę – do Suchego – super! – trasa trzyma się bardzo dobrze, jeździ się świetnie – z każdym zjazdem coraz szybciej, lepiej i z uśmiechem na twarzy. Po paru takich „dziczeniach” dochodzę do wniosku, że dzień jeszcze długi, a jak tak dalej pójdzie, to nogi dostaną swoje – postanawiam przeskoczyć na H.S a stamtąd na Czyrną. Z H.S.najlepiej trzymać się z lewej strony - wpierw 3 – a potem skręcić w prawo na 2 – i do samej Czyrnej – warunki super! Trochę za Bobulą śnieg ciemniejszej konsystencji i jeden kamor oraz małe odsypy na ostatnim odcinku, ale nic strasznego i jeździ się świetnie. Szeroko, bardzo fajny śnieg, jazda sprawia dużą satysfakcję. Tylko przez cały dzień jest trochę uczących się osób, jeżdżących „od skraja do skraja” – tak więc czasami mieć oczy szeroko otwarte, zwolnić i uważać. Czerwona 1 – z orczyka – z dołu ostatni odcinek widać, że zlodzony, zdarty, z ciemnymi plamami i lekko przysypany ostatnim opadem – górny zaś odcinek patrząc z wyciągu - dość rozkopany – zostawiam jedynkę w spokoju. Orczyki w Czyrnej - myślałem sobie: tu dopiero będzie jazda! – ale nie, dłuższy przy Bieńkuli – z początku równo, bo mokro – trochę nawet ciapowato, więc nie ma problemu – dopiero wyżej lodowo i trochę wertepów (ale nie aż takich, jak z Suchego na H.S. i z H.S. na M.S.). Na krótszych orczykach-na odwrót niż zawsze – na nich zawsze wydawało mi się łatwiej niż na tym, przy Bieńkuli, ale wczoraj jakoś gorzej mi się nimi jechało – więcej chyba lodu i wertepów (wjeżdżając na górę było widać świecącą się „szklankę”). Aha – na każdym z orczyków w Czyrnej działa tylko jedna nitka – klops! – po godz. 12 na tym przy Bieńkuli robi się kolejka na tak ok. 10 minut – może nawet trochę dłużej. Później po 14 już bez kolejek, a po 15 to już zacząłem czuć się samotnie J Ogólnie – przez cały dzień bardzo dużo gleb na orczykach – nie tylko na dłuższym przy Bieńkuli, ale także na tych po stronie Soliska. Mi na szczęście w ciągu całego dnia udało się zachować czyste konto J Bieńkula – wjeżdżam na nią w totalnym mleku. Parę osób - klęcząc pługiem zaczyna ją testować – niezbyt dobry pomysł. Na początku trasy wydarty śnieg zmieszany z ziemią i trochę kamieni. Kawałek dalej - nawet dobrze, ale dalej – na ostatniej stromej górce to już dość dużo poobdzieranych miejsc z dość dużą ilością lodu. Da się jeździć, ale druga strona Czyrnej sprawiała mi jednak większą satysfakcję. Jeżdżę w Czyrnej (wręcz szaleję z uśmiechem na twarzyJ), ale potrzebna pierwsza przerwa na jedzenie i odpoczynek dla nóg. Po przerwie wracam na M.S – zaczyna się wypogadzać, mgła okalająca Bieńkulę i H.S. uciekła i nawet słońce się przedziera przez rozrzedzone chmury Ze szczytu M.S. – nadal dobrze – teraz tu trochę początkujących. Dalej zjeżdżam 4 – ta już coraz bardziej zmęczona – coraz mocniej odbdarta i zlodzona – trasa łatwa, więc najwięcej ludzi dzisiaj nią jeździ. Potem odbijam na 6 – na całej długości – wycieczka krajoznawczo-turystyczna przez ten las J - trasa nie trzyma się źle, jest trochę lodu, dalej nawet trochę sztruksu, ale dziękuję – ponownie na takie zwiedzanie już się nią nie wybiorę Wracam do Czyrnej – po 14 Bobula już dość rozkopana - i ostatnia górka przez zjazdem do orczyków ma też niezłe muldy, ale śnieg jest mokry, taki wiosenny, więc nawet fajnie na tym dało się pojeździć J W Czyrnej w ogóle jakaś impreza - reklamuje się Łeba - są kuwety nawet z piaskiem znad morza, a i konkursy z pobytami - czekając na orczyk słyszę, że wygrywa i ktoś z Katowic, i ktoś z Warszawy - ogólnie - dzieje się, dzieje się tu Panie Na sam koniec wracam pożegnać się z 7-ką – ta nadal dobrze się trzyma, tylko jak to o tej godzinie – na samym początku – trochę lodu i ostatnia górka przed Suchym poobdzierana i z lodem. Ale i tak fajnie nadal się na niej jeździ. Zjeżdżam na Solisko, bar pod Golgotą – trzeba coś zjeść i wyciągnąć na pół godziny nogi, bo już dają nieźle znać o sobie. Ratraki przygotowują trasy i o 16:30 Golgota ponownie gotowa do jeżdżenia J A pod orczykami przy niej – super – równo, bardziej mokro niż lodowo – wjazd bez żadnych problemów. Wieczorna jazda po wyratrakowanej Golgocie – super. W międzyczasie przychodzi lekka mgła i na jakiś czas przykrywą Golgotę, ale spokojnie da się jeździć. O 17:20 Golgota pokazuje już pierwsze oznaki zmęczenia – myślę- przeskakuję na Suche, może tam będzie lepiej – a tam dolny odcinek 7-ki już tak rozkopany, z takimi muldami, że … wracam na Golgotę J Tu jazda sprawia większą satysfakcję, chociaż z każdą minutą przybywa odsypów, a za połową trasy – po lewej stronie zaczyna wychodzić lód. Dobijam się Golgotą na maxa, idę oddać karnet na 15 minut przed końcem czasu i szczęśliwy uciekam do domuJ Dzisiaj czuję, jakby ktoś mnie pookładał kijem po rękach i nogach, ale o to chodziło – boli, ale pozytywnie – w końcu odbiłem sobie prawie cały miesiąc przerwy J
  14. 20 likes
    Zwardoń lekko odwilżowy. Powrót na krajowe stoki po przyjeździe z Alp zawsze jest trudny. Są osoby, które muszą chociaż ze 2 tygodnie odczekać. Ja po 2 dniach już chciałem na deski. Wczorajsze WZF na Pilsku niestety mi nie wyszło , ale niedziela już narciarska. W Bielsku już po zimie. Za Żywcem coraz bardziej biało, a w Zwardoniu mimo lekkiego plusa zima jeszcze na całego. Zaczynamy wiadomo od Małego Rachowca. Ludzi o 10 godz. już sporo, dużo uczących się dzieci, ale da się wybrać linię zjazdu wzdłuż kanapy. Na dole niestety sporo poprzecznych , wybijających z rytmu muld. Wg mnie nie najlepiej świadczy to o ratrakowym. Na prawie płaskim takie zjawisko nie powinno istnieć. 2 czy 3 tygodnie temu były takie same garby. Po 1,5 godz przenosimy się na Duży Rachowiec. Tutaj tylko naturalny śnieg i znikoma ilość narciarzy. Szczytowa polana z beżowym śniegiem z luźnymi minerałami, ale wzdłuż orczyka można zjechać po białym bez minerałów. Następna część trasy to już miodzio czyli szeroko, dość twardo i gładziutko. Można puścić się na pełnej prędkości tak aby po ściance mieć odpowiednia prędkość na wypłaszczeniu. Jest super. Tu jeździmy do końca naszych skipassów. Powrót na M. Rachowiec lekko freeraidową polanką i między drzewkami. 5 cm świeżego, trochę mokrego śniegu uprzyjemnia zjazd . Bardzo przyjemny dzień na nartach.
  15. 20 likes
    Jest pięknie i już. Pozdrawiamy 💗
  16. 20 likes
  17. 20 likes
    Piątek 3 lutego godz. 4.45 wyjście z domu na chodnikach totalna szklanka po paru przesiadkach tramwaj - pociąg - pociąg docieram na Czantorię 8.15. Góra przykryta szczelnie mgłą zniechęca. Zakup całodziennego karnetu, przygotowanie do jazdy i 8.40 wychodzę do krzesełek w tym czasie mgła znika znad stoku zupełnie. Poranne szusowanie to sama przyjemność po 11 trasa robi się rozjeżdżona i wymagająca więcej ostrożności i siły. Na szczycie robi się bardzo ciepło co zachęca do plażingu o godz. 14 było 11 na plusie. Kolejek w zasadzie nie ma, górny odcinek przyjemny do jazdy, zwężenie trasy i środkowy odcinek czerwonej zmuldzony i rozmiękły ale dolny twardy i przyjemny, ostatni fragment przed dolną stacją trochę miękki. Dzień na Czantorii bardzo udany. Powrót o 20.30
  18. 20 likes
    Plan na sobotę był prosty, dotrzeć pod Tatry i wejść na nartach na Kasprowy Wierch – mekkę polskiego narciarstwa. Piątek, koniec pracy wsiadam w pociąg do Krakowa, aby po 3 godzinach przesiąść się do autobusu jadącego do Zakopanego i po kolejnych 2,5 godzinach zameldować się w zimowej stolicy Polski. Sobota pobudka ok. 6, gramoling, lekkie śniadanie i nieśpiesznie udaję się do upatrzonej wypożyczalni sprzętu skiturowego. Mają czynne od 8 więc nie spieszę się, jestem wcześniej i tam pierwsza tego dnia niespodzianka – już czynne. Za chwilę druga niespodzianka – sprzętu praktycznie brak, lekka konsternacja, tak to jest jak człowiek nie ma swojego. Gdzieś w kącie wypatruję jakieś nartki, trochę krótkie, ale cóż na bezrybiu i rak ryba. Wypożyczam komplet: buty + narty + foki + kije, koszt 70 zł/doba. Cel: Kasprowy Wierch przez Myślenickie Turnie i Halę Goryczkową. W przewodniku W.Szatkowskiego trasa jest określona jako łatwa, przyjemna dla początkującego. Zakładam sprzęt i w drogę. Warunki marzenie: słoneczko, lekki mróz. Trasa od Kuźnic wiedzie przez las pieszym szlakiem zielonym, początkowo wzdłuż nartostrady z Hali Goryczkowej. Idzie się bardzo dobrze, tempo spokojne, po godzinie jestem na Myślenickich Turniach. Widoki super, w dole Zakopane pod chmurką smogu. Tutaj odbijam od szlaku pieszego i dalej szlakiem narciarskim w kierunku Wyżniej Równi Goryczkowej, gdzie jest dolna stacja kolejki krzesełkowej na Kasprowy zajmuje mi to ok. 30 minut. Tam przerwa przy szałasie, herbatka, śniadanie, czekolada i w drogę. Ruszam bokiem nartostrady do góry, kurcze stromo, nie robię zakosów, tylko wykorzystując „piętkę” cisnę prosto do góry. Pokazują się pierwsze oblodzenia trasy. Docieram do dna Kotła Goryczkowego i odbicia szlaku narciarskiego na Halę Kondratową, który jest zamknięty. Dalej bokiem tras zjazdowych po wyznaczonym tyczkami przejściu i tutaj rozpoczyna się cała zabawa. Nie dość, że stromo to lodowo, próbuję trawersować zbocze, ale tam miejscami śnieg wywiany i sam lód, próbuję zakosów i wzorem innych iść wydeptanym już śladem. Narty jednak mnie nie słuchają, robię krok do przodu i zjeżdżam dwa kroki w tył lub co gorsza obsuwam się po stoku w dół, potem znowu trzeba podejść do śladu i taka walka trwa w nieskończoność. Jestem wściekły, co jest ?, ktoś mi radzi abym mocniej uderzał o stok nartą i krawędziami, nie pomaga, zaliczam dwie wywrotki i kolejne obsuwy. Jestem zmęczony, głodny, odwodniony, wściekły na całą sytuację, a miała być przyjemna wycieczka. Ściągam narty i idę z buta, nagle jedna noga zapada się prawie po pas, kilka kroków i znowu noga w śnieg. Znowu zakładam narty i do góry, krok, po kroku. Myśli kołaczą się po głowie, k…..wa co ja tutaj robię. Po tej nierównej walce docieram do stacji wysiadkowej krzesełka z Goryczkowej, ściągam narty, wyciągam wszystko co mam do picia i jedzenia, odpoczywam. Do wejścia na szczyt mobilizuje mnie pracownik PKL, który oznajmia mi, że nic go nie obchodzi, że nie mam sił, ale skrótem koło niego to nie przejdę. Tylko ze szczytu mogę zjechać w dół. Wchodzę już z buta dotykam dzwonu, nie czuję żadnej radości, zapinka i w dół. Nie cieszę się ze zjazdu, bardziej myślę o tym aby ze zmęczenia nie zrobić jakiegoś głupiego błędu, tylko zjechać na dół. Boli chyba każda część ciała nie czas na stylowe zjeżdżanie, byle w dół napić się piwa, bo usycham z pragnienia. Do dzisiaj zastanawiam się co się stało, ta góra mnie pokonała. W sezonie przemierzam szlaki w Tatrach wzdłuż i wszerz i chyba jeszcze nigdy tak fatalnie się nie czułem, może to sprzęt ( narty były krótsze o 20 cm od mojego wzrostu, foki były też krótsze o jakieś 10 cm od nart do tego nie pokrywały całej szerokości narty ), może nie ten dzień, a może po prostu musiałem zapłacić tzw. frycowe za brak doświadczenia skiturowego. To była moja sobotnia historia. Pozdrawiam Darek
  19. 20 likes
    Słoneczno - mglisty Kamieńsk Dziś od rana spontaniczna decyzja, zamiast cały czas pracować i ślęczeć przed komputerem najwyższa pora się ruszyć. Szybkie pakowanie, droga mimo mgły minęła szybko i zajeżdżam pod stok. Aut sporo, ale ludzi jakoś niezbyt. Karnet poranny (9-13:30 / 40 zł) kupiony, pierwsze krzesło moje :). Warunki bardzo dobre, zmrożony twardy sztruks, kolejek do wyciągów brak. Udane 2 godziny jeżdżenia na 185cm gigantkach, na slalomkach na tym płaskim możnaby było usnąć :). Tylko gór brak, ale już pracuję nad wyjazdem w jedynym słusznym kierunku. Trochę zdjęć: Pozdrowienia dla narciarskiej braci :).
  20. 20 likes
    Piątkowa Palenica w Szczawnicy. Warunki dobre, rano twardo, pozniej bardzo twardo (miejscami wychodził lód i betonowy podkład). Rano praktycznie pusto, po 2 godzinach już trochę ludzi było, większość to dzieci. Czarna trasa w miarę pusta, cały ruch się skupił na Szafranówce i trasie rodzinnej. Rano -11 stopni. Czarna: Szafranówka: Rodzinna:
  21. 19 likes
    Padło kilka propozycji na spędzenie ostatniego weekendu, m.in. WZF w Szczyrku. Ze względu na czas wybrałem się z Andy-w i jego synem na skitoury w miejsce,do którego mam sentyment: Ochodzita w Koniakowie. Tylko wspomnę, że wjeżdżać do Szczyrku po godz. 10 nie ma sensu i nie na moje nerwy. Przynajmniej tak wywnioskowałem po komunikatach drogowych. Po za tym miałem już wcześniejsze swoje plany, które były mocno zbieżne z Andrzejem. Tyle tytułem wstępu. Tak więc po godz. 10 rano wyjechaliśmy w trzy osoby. Fullwypasówka dość pusta, podobnie sam dojazd do Koniakowa. Warunki na drodze dość dobre, gdzieniegdzie tylko małe oblodzenia. Szybko docieramy na miejsce i pozostał już tylko jeden problem - gdzie zaparkować? Początkowo myśleliśmy pod karczmą, ale to nie za bardzo fajne miejsce. Pojechaliśmy więc tam gdzie zazwyczaj się to robiło. Wszystko fajnie, ale teraz tu nikt tego nie odśnieża! Chwila kombinacji i udaję się wpasować koło zaspy. Teraz już łatwizna i można ruszać na stok. Oczywiście drogą tą samą co zawsze... Dalej po zasypanych schodach i już jesteśmy na trasie przy dolnej stacji. Widok przyjemny. Pogoda niezła a następnego dnia ( fota z niedzieli) wręcz brzytwa! Gramoling i do góry wzdłuż wyciągu. Wspinamy się powoli robiąc zdjęcia i ujęcia filmowe. Temperatura szybko rośnie, toteż trzeba się rozbierać. Jak to na tourach... Mimo tego wejście zajmuję nam nie więcej jak 25 - 30 min. Ale tu krótko! Przynajmniej z perspektywy wspinającego się. Drugim razem robimy sobie wycieczkę dookoła góry i jest ciekawiej. Czas pojeździć, choć tego może wiele nie było. Pierwszy zjazd główna trasa, drugim razem pojechaliśmy mniej więcej niebieska trasą. Pierwszy wariant bardzo twardy, co trochę psuło przyjemność, drugi to wystawa południowa i wyraźnie przyjemniejsza. Jak wcześniej wspominałem, czasu wiele nie mieliśmy, toteż po dwóch zjazdach kończymy dzień. Ale ja miałem wieeelki niedosyt! Trudno, jutro tez jest dzień. Następnego dnia o tej samej porze melduję się ponownie, tym razem sam. Andrzej już w drodze do narciarskiego raju... Ale wiecie co? Ja też dziś w nim byłem! Pogoda mega - czyste niebo, ciepło i bezwietrznie. Odczuwalna temperatura na poziomie +15 st! Najkrótszą drogą do góry i pierwszy zjazd przy orczyku. Podobnie jak wczoraj, znowu jest dość twardo, ale da się przywyknąć. Szybko dopracowuję drogę wyjścia, żeby rytm łapać i ponownie do góry. Tym razem będę zjeżdżał na wystawę południową. Tak, to była dobra decyzja! Tam zupełnie inna bajka - miękko, równo i całe szerokie połacie śniegu tylko dla mnie! Tylko końcówkę dojeżdżam nieco po twardym, choć i tu z każdą chwilą zaczyna puszczać. Po dopracowaniu trasy, mimo wolnego tempa, wychodzenie zajmuje mi jakieś 20 min. Pomyśleć, że tyle często trzeba czekać do wyciągu w topowych miejscach... Wyszedłem i zjechałem 6 razy i się nasyciłem. Spokojnie mogło być i 10 razy, ale przy okazji się opalałem, przewędrowałem między kujokami i takie tam. Pięknie spędzony dzień! Dodam jeszcze, że tak było ciepło, że chodziłem i zjeżdżałem w jednej cienkiej koszulce, bez czapki i rękawiczek. Normalnie plaża! Najlepiej zobrazują to filmiki: pierwszy z kompanami, drugi samemu, ale za to pobawiłem się więcej kamerką i jest chyba nieco ciekawszy... Taka krótka relacja... Pozdrawiam, Johnny
  22. 19 likes
    Iski - wszystko czynne 😀 W telegraficznym skrócie - Penken, Rastkogel, Eggalm. Pogoda ustalona. Dół wiosenny zupkowaty. Rastkogel do końca dnia idealny. Kolejne 50km pękło. Mimo ferii zjawisko pustostoków występuje. Potestowane Heady Ispeed, mój mąż zakochany, choć większe wrażenie zrobiły na nim Magnum, a ja zdecydowanie zostaje przy swoich
  23. 19 likes
    Gosau-Russbach-Annaberg ponownie. Parkujemy tym razem w Russbach pod gondolą, czyli o kilka km dalej niż dojazd do Gosau Gondola wywozi na szczyt skąd można udać się na dalsze rejony ośrodka, ale jednocześnie obsługuje chyba najdłuższą trasę w ośrodku czyli czerwoną "1" . Jest to trasa bardzo szeroka i taka bardziej różowa niż czerwona. Ma wypłaszczenia i ścianki. Taką konfigurację lubię. Zjeżdżamy nią 2 razy póki jest w porannym bardzo dobrym stanie. Potem odwiedzamy inne zakątki ośrodka i w końcu odnajduję trasę którą polubiłem czyli "11a" . Na niej dzisiaj jeździmy najwięcej. Tutaj też zaliczyłem pierwszą w tym sezonie glebę. Chcąc ominąć ruszającego w poprzek stoku narciarza. Na szczęście skończyło się na strachu i szorowaniu lewym biodrem po stoku . Narciarz omijany podszedł i zapytał czy wszystko OK. Słońce operuje coraz mocniej i stoki południowe dzisiaj były na prawdę miękkie z dużymi odsypami i muldami. Ośrodek przypomina mi w niektórych momentach Chopok. Może dlatego, że jednak ilość narciarzy przez ferie jest spora i główne trasy dość szybko się degradują. Trzeba szukać tych na uboczu. Dzień spędzony przyjemnie . Jutro kończymy nasze krótkie zimowe wakacje na Krippenstein czyli będzie zjazd i będą skitoury. .
  24. 19 likes
    Uwaga! Zdaje relacje! Uwaga! Wszyscy zyja! Kolana cale! Lawina nikogo nie przysypala! Drzewa nikt nie przestawil [emoji14] *Trafil sie nam warun sezonu! Dosypalo sniegu bardzo szybkiego [emoji14] zjazd polana Stefanka i pozniej z 3Kopcow po prostu petarda! [emoji14] Dzieki wszystkim za milo spedzony dzien! Tomek *to nie jest opis warunkow sniegowych, autor nie ponosi odpowiedzialnosci za zamieszczone tresci [emoji14]
  25. 19 likes
    Pora wreszcie skończyć wątek. To co przyjemne, już za mną. Pozostało to co najgorsze i przez połowę dzisiejszego dnia mnie stresowało. Powrót do reszty dzielnej EKIPY. To był ostatni dzień i najgorszy na jakieś czasowe obsuwy. Jak ja Im spojrzę w twarz. Trzeba się jeszcze dostać na górę Onkeljoch gondolą Geols. Idąc drogą asfaltową i siedząc w gondoli, trochę marznę. W lesie było zdecydowanie cieplej. Z gondoli oglądam swoje ślady i widzę od razu, że wybrałem najgorszą możliwą trasę, gorszej nie ma. Po lewej "mój wąwóz"... Zagrożenia żadnego nie odczuwałem, no może ze trzy razy pomyślałem, że utonę w śniegu. Kilka razy wystawała mi z białej pokrywy tylko głowa. Rozważałem w myślach, że jakbym wpadł w jakąś dziurę głębiej to może... Ale wtedy diabełek stanął na wysokości zadania i mi szepcze - konfabulujesz bracie, weź się w garść i zapieprzaj szybciej na dół to w nic nie wpadniesz. Naprawdę podkreślam, że jedyne utrapienie i pierepałka to czas. Po wjeździe na szczyt spotkały mnie na pożegnanie ponownie piękne widoki. W połowie drogi do stacji pośredniej spowiła mnie mgła, zrobiło się chłodno, siły mnie opuściły i czerwoną 4 zjechałem do pośredniej i ostatni odcinek pokonałem gondolą, zobaczyłem przyszłe nie odkryte przeze mnie dotychczas, wschodnie tereny freeridowe. Najtrudniejszą dla mnie decyzję jaką mógłbym podjąć to odwrót, czasami jednak trzeba podejmować takie kroki dla własnego i innych dobra. To nauczka na przyszłość. To czego najbardziej się bałem - spotkanie z grupą okazało się koleżeńską sielanką. Nikt nie miał do mnie pretensji, nie opieprzał, nie okazywał niechęci. Wręcz przeciwnie, Jacek pomógł mi się przebrać, spakował wszystkie mokre ciuchy i sprzęt, oddał mi swoją kurtkę w busie żebym się ogrzał. Jurek częstował gorącą miętową herbatą (pycha). Chłopaki oddawali mi swoje smakowite kanapki na drogę powrotną, miałem do wyboru z bułką okrągłą lub bagietką, jakieś słodycze, gumy. Cholera chyba następnym razem muszę to powtórzyć. Pozdrawiam serdecznie, dzięki i jeszcze raz przepraszam uczestników wyjazdu!!! PS Niczego jednak nie żałuję, ale do wąwozu drugi raz już bym się nie pchał. PS 2 I została mi jeszcze na kilka dni pamiątka po jakimś zeskoku (spadku), może przestroga...
  26. 18 likes
    Złożony na szybkości filmik. Muzyka z You Tube, tak byle była, ale chyba nie najgorsza?
  27. 18 likes
    Krippenstein W Walentynki niestety tylko w męskim gronie odwiedziliśmy teren bezpośrednio graniczący z lodowcem Dachstein czyli Krippenstein. Na szczyt i płaskowyż o księżycowym krajobrazie dostajemy się dwiema gondolami przypominającymi tą z naszego Kasprowego. Na górze jest niesamowicie krajobrazowo. Zwieńczeniem "płaskowyżu" z milionem pagórków jest Dachstein z lodowcem. Nawet JC, który nie jedno już widział był zachwycony. Właśnie, nawet specjalnie nie umawiając się spotkaliśmy się z szefostwem skionline.pl i odbyło się małe WZF w miłym gronie. Wracając do Krippenstein to na górze jest jedna krótka trasa obsługiwana przez kanapę i mega długa 8,5 km trasa na sam dół (miała mieć 11 km, ale pomiar GPS wykazał inaczej). Do połowy jest to piękna widokowo, nasłoneczniona szeroka nartostrada, a później ostry szeroki, kręty zjazd w dół. Cały czas w cieniu. Miodzio. Część nartostradowa jest obsługiwana przez starusieńką, sympatyczną gondolkę jeżdżącą co 10-15 min. Wczesnym popołudniem zmieniliśmy narty na tourowe. Ponowny wyjazd gondolami na płaskowyż, zjazd do starszej gondolki i stamtąd rozpoczęliśmy nasz krótki marsz lekko w górę po małych pagórkach bez konkretnego celu. Po jakiejś godzince uznaliśmy, że już dosyć tzn ja uznałem bo Marek jeszcze trochę chciał iść. Małe przebieranko i jazda w dół. Niezbyt szalona, ale w przepięknych okolicznościach. Śniegu tu mają dużo więc było przyjemnie. Następnie wyjazd gondolką staruszką, półgodzinny oddech i zwariowana 8,5 km jazda w dół w promieniach zachodzącego słońca. Pojutrze tu wracamy w nasz ostatni czwarty dzień w Dachstein West.
  28. 18 likes
  29. 18 likes
    WZF Rysianka Na wstępie wielki dzięks dla wszystkich dzisiejszych uczestników! Spora grupa się zebrała. Miałem wątpliwości czy warto się wybierać ze względu na pogodę, ale jak zwykle koledzy postawili mnie do pionu. Dosłownie i w przenośni. Tak bardzo mi się nie chciało wstawać o 5.00 rano, ale jakoś sobie poradziłem z tym problemem. Wyglądam nieśmiało za okno a tam bangla. Bangal deszcz, ale wydaje się niegroźny. Kontaktuję się jeszcze z Andrzejem (Andy-w), bo to ostatnia nadzieja na odzyskanie pięknego snu. Niestety,już wiem, że go nie odzyskam i pora zacząć pakowanie plecaka. Tylko co tu zabrać? Typowo narciarska kurtka czy spodnie odpadają, bo bym się udusił. Rowerowe peleryny również, bo oddechu złapać nie potrafią. Biorę więc kilka cienkich koszulek różnej maści, softshella i jakąś tam wiatrówkę. Gdyby jednak ulewa nie chciała dać za wygraną, zabrałem jeszcze starą kurtkę do ciorania. Godzina 6.30 już w samochodzie i zmierzam do Andyiego. Dalej pojedziemy razem, zabierając po drodzę jeszcze Mtiego. Optymizm na poziomie empty... Leje, na drodze ślisko, ale kontynuujemy podróż. Plan awaryjny to Karczma w Jeleśni... Jednak nie ma najgorzej i pojawiła się szansa na zupełnie przyzwoite warunki. Na miejscu coś tam jeszcze siąpi, ale humorów już nie popsuję. Przywitanie i czas się oszpejować. Poziom optymizmu wyraźnie rośnie. Obawy były na wyrost, znowu nie doceniam wysokości! Jeśli tu coś pada, to śnieg! Szybki gramoling i powoli ruszamy do góry. Początek to taki lajtowy szlak, prawie jak wyratrakowany. Ale Major zaczął szukać czegoś ciekawszego. Niestety strumień przeszkadza. Idziemy więc dalej, aż trafiamy na jakieś skrzyżowanie, z którego już ciśniemy w bardziej dziewiczy teren. Nachylenie rośnie i trudność też. Ale naszemu debiutantowi - Marcinowi to nie przeszkadza. Wszyscy dzielnie cisną do przodu. Myślałem, że Major chce nas jak najszybciej doprowadzić do schroniska i "wodopoju", ale nic w tym rodzaju. Zaprowadził nas na piękną polankę ze sporą ilością puchu... no, mnie więcej... na której dało się fajnie pojechać. Zjazd wykonany, pierwsze koty za płoty, możemy zmierzać do właściwego celu. Ekipa ponownie zakłada foki i ruszamy trawersem przez las. Zabawy jest sporo, bo trasa to nie naleśnik. Są miejsca z łatwym trawersem, są też ciekawsze - ze strumieniem. Są też inne atrakcje, jak np. wąskie gardło... Wysokość rośnie, to i na drzewach widać świeży śnieg. Niby odwilż, ale u góry biało. Czasem pojawiają się gleby, choć do zjazdu jeszcze daleko. Najważniejsze to się nie poddawać i zachować dobry humor... Trochę żeśmy przeszli i w końcu dochodzimy na szlak. Spodziewałbym się równej, ubitej powierzchni, a tu ubite może jest, ale normalnie sztorm na trasie. Góra, dól, góra, dół i tak cały czas. Nic wielkiego, ale tak może bardziej coś po równym? Mówisz i masz! Wychodzimy na polanę, gdzie pięknie słońce mgli i nawet jest trochę ubite. Dla każdego coś miłego... Jeszcze trochę truchtania i w końcu w blasku zamglonego słońca, pojawia się schronisko. Słońce wali po gałach, więc szybko chowamy się do schroniska, żeby się ochłodzić. Przecież nie będziemy wystawiać skórki na ultrafiolet... Dbamy o zdrowie. Niektórzy jeszcze korzystają z wyciągu pchanego... Czas na papu i odpoczynek. Oczywiście były też różne dyskusję forumowe i itp... Jedzonko dobre i porcję uczciwe. Coś do tematu o jedzeniu na stoku. Tylko jakim stoku? Tu je wolność i nikt o wyciągach nie myśli. Klimat jest... Przed schroniskiem widać, że to kultowa miejscówka dla skitourowców... Jeszcze ilość śniegu... No i podstawa: zdjęcie wszystkich dzisiejszych uczestników, wyjątkowego WZF! Sekundę wcześniej połowa była zasłonięta nartami, które podnieśli... Czas zjeżdżać. Ponownie pofalowanym szlakiem i w końcu na lewo. Nabieramy rozpędu i zaczynamy szukać tej swojej linii. Jak się sunie, to nie ma problemu. Las szeroki, ze sporą ilością śniegu - jest dobrze! Czasem narty toną, w końcu to puch... Super zabawa! Niestety zjazd szybko się kończy i trzeba wracać do samochodów szlakiem. Przyjemność nie może trwać wiecznie. Wszyscy w euforii są gotowi się ponownie wspinać, ale czasu brak. Nie ma co płakać, bo już wkrótce będzie kolejna okazja i pewnie równie dużo puchu... Tak skrótowo i na szybko. Kto nie był, ten niech żałuję! Wyjątkowy WZF i wyjątkowa ekipa! Kto dołączy next time? Pozdrawiam, Johnny
  30. 18 likes
    Było MEGA !!! , Wielkie dzięki wszystkim za spotkanie . Z niektórymi z Was spotkałem się pierwszy raz w realu , ale jestem pewien , że nie ostatni . Sekcja skiturowa Skionline rośnie w siłę !!! Jeszcze kilka pamiątkowych fotek z mojego sprytnego fona :
  31. 18 likes
    Rysianka Dzięki wszystkim za bardzo fajny dzionek To że już mnie macie jako nowego to chyba nie muszę pisać Biorę się za szukanie sprzętu
  32. 18 likes
    Baba Jaga - Bodzentyn, czyli na świętokrzyskiej ziemi. Po skręceniu nogi w kolanie tydzień dałem sobie odpoczynku od nart. Ból prawie minął, stabilizator odnaleziony - trzeba było pojechać i spróbować. Wybór stoku również był podyktowany sprawnością wynoszącą jakieś 75%. Długi, łagodny i z małą liczbą narciarzy. Idealnie pasował Bodzentyn więc, to właśnie tam skierowaliśmy auto. Jeszcze tylko szybki telefon do Bumera...i jedziemy w troje Ja, Paula i Andrzej. W drodze w powietrzu dało się wyczuć bardzo dużą wilgotność i tchnienie odwilży. Na miejscu jesteśmy grubo po godzinie 15. Kupujemy karnet 3 godzinny - w wersji weekendowej, to koszt 40 zł. Bumer i Paula: Cały ośrodek jest mocno przestarzały - stare wyciągi, ratrak, skutery śnieżne ale też bardzo skromne budynki. Kasa wygląda tak: Karczma gdzie o dziwo podają bardzo dobrą kwaśnicę i kiełbaskę z cebulką. Obsługa bardzo miła - ceny raczej niskie. Przez cały nasz pobyt raczej nie było kolejek do wyciągu. Góra dwie, trzy minuty oczekiwania na swoją kolejkę. Widok stoku w całej okazałości od dołu: Tutejsze sprzęty i jedyny w takim rodzaju ratrak, który "na plecach" ma dwie armaty śnieżne. Górka ma jakieś 850 metrów długości i w górnej części podsypaną ją ziemią, po to, by móc się odpowiednio rozpędzić do przejechania całości. Różowe portki wróciły Widok z góry na miejsce naszego dzisiejszego nartowania: Pierwsze kilka zjazdów jeżdżę zachowawczo - niestety kolano boli Mimo odwilży warunki są ok. Jest szybko i twardo. Gdzieniegdzie trochę lodu, trochę nierówności - w sumie fajnie. Idealne miejsce do rozruchu po urazie. Nowa inwestycja w ośrodku, to bramka Bumer mówi, że ze Słotwin przyjechała Napisy niczym z komuny I ponownie w górę bardzo szybkim wyciągiem. Na jego starcie trzeba się pilnować, bo startuje tak szybko, że gotów wyrwać narciarza z butów. Jeździmy z krótką przerwą non stop. Zapada zmierzch i przychodzi mgła. Jest wilgotno i wyraźnie temperatura spada - mżawka zamarza na goglach i na odzieży. Pracownicy będący u góry, ale również narciarze mogą się ogrzać przy koksowniku. Kończymy kolejny dzień na nartach. Dobry dzień. Noga z czasem sprawowała się coraz lepiej. Ból przestał doskwierać i mogłem troszkę sobie poskręcać Trzeba rozgrzewać i przygotowywać się do reszty sezonu - plany przecież ambitne. Mam nadzieję, że wszystko będzie ok - jutro z rana kolejne narty? Wszystko zależy od pogody. Dzięki Bumer za towarzystwo! Jak zwykle było super i wesoło. Pozdrawiam marboru
  33. 18 likes
    Ten weekend był wyjątkowo intensywny, ale tak musiało być.Sobota stała pod znakiem roweru i pierwszej setki w tym roku, niedziela to kolejna i wyjątkowa wyprawa na narty. Sekcja skitourowa z Andrychowa wielokrotnie mnie zachęcała do przyłączenia się i kusiła kolejnymi fotkami ze swoich wypraw, ale ja jestem trochę uwiązany czasowo i łatwo nie było. Jednak tym razem się udało.Jeszcze nie wiedziałem tak naprawdę jaka niesamowita przygoda mnie czeka. Początek przypominał moje wcześniejsze samotne wyprawy, ale im dalej się dzień rozwijał, tym było ciekawiej, pod koniec bywało nawet niepokojąco. Pobudka 3 rano. Temperatura koło domu na lekkim plusie. Skoro tak, pewnie będzie ciepło i nie zabrałem zbyt wielu rzeczy. Spakowany byłem w większości dzień wcześniej , żeby nie zmarudzić rankiem, ale ostatecznie skompletowałem ekwipunek pod spodziewaną pogodę rankiem. Szybko się zebrałem i pognałem na miejsce spotkania w Jeleśni. Byliśmy umówieni ok 4.30 i tak też wyszło. Dalej jedziemy już razem jednym samochodem w trzy osoby: ja, Aklim i Rafał - można powiedzieć nasz przewodnik. Celem jest Masyw Wielkiej Fatry na Słowacji. Warunki na drodze dość dobre, to też sprawnie docieramy na miejsce, ale za pierwszym razem mylimy punkt startu. Miał być szlak żółty, a jest czerwony... Jednak Rafał szybko rozwiązuję zagadkę i szybko trafiamy we właściwe miejsce startu. Spodziewałem się, że tu będzie nie chłodniej niż jakieś - 5 st., ale to było mocno optymistyczne założenie. Nad ranem było -14... Oczywiście to nie żaden kataklizm, ale trochę byliśmy zaskoczeni. Gramoling, sprawdzenie sprzętu i ruszamy do góry. Początek to taka tam ścieżka w wąwozie, ale o fajnym spokojnym nachyleniu. Tylko śniegu tutaj jakby mało. Teraz nikt nie będzie zaprzątał sobie tym głowy. Raczej myślami już jesteśmy gdzieś tam powyżej 1000 m.n.p.m. Oczywiście od samego początku uwieczniamy każdy ciekawszy etap podróży. Zwłaszcza, że pogoda zapowiada się fantastycznie, choć słońce dopiero nieśmiało opiera się na czubkach najwyższych szczytów. Jestem tu po raz pierwszy w życiu, ale od razu mi się podoba. Widoki dość mocno przypominają te alpejskie, choć to nawet nie Tatry. Piękna dolinka otoczona dość szpiczastymi szczytami. Oczywiście im wyżej, tym ciekawsze widoki. Najbardziej zaskakują wielkie niezarośnięte polany. Niby góry podobne do Beskidów, ale już tak od 1000 m wzwyż gołe. Bardzo przyjemny widok, kiedy pomyślałem o zjeździe na dół. Kiedy słońce zaczyna mocniej operować, trzeba zacząć się rozbierać. Ciepła kurtka powędrowała do plecaka już po kilkuset metrach marszu. Niedługo po tym idę już tylko w samej koszulce i mimo wszystko pot na czole się pojawia. Szkoda, że nie mieliśmy krótkich spodenek. Póki nie ma wiatru, można by zrobić pokaz... Jedno co mocno uderza, to cisza w tych górach. Chodzi nie tylko o brak doznań skutków bezpośredniego sąsiedztwa cywilizacji, ale kompletne zero ludzi! Przez godzinę marszu nie spotkaliśmy nikogo! Może nawet dłużej. Niewątpliwie tam można wypocząć, nawet w marszu. Ale oczywiście znaleźliśmy sobie miejscówkę na chwilę regeneracji i mały popas. Tylko trochę dużo tam śniegu było... Będzie widać na filmiku, na końcu relacji. Pojedliśmy, nieco ochłonęliśmy, więc czas ruszać dalej. Na przełęczy pojawił się lekki wiatr, więc trzeba się ruszać, bo szybko wychładza. Ale to nie problem, wystarczy założyć drugą warstwę, resztę zrobi marsz do góry. Do celu podróży, a właściwie pierwszej części, pozostało już przysłowiowe kilka kroków. Dokładnie to szczyt o nazwie Ploska. Po ok. 2.30 marszu osiągamy wspomniany szczyt. Dopiero tu spotykamy pierwszych ludzi. Robimy sobie fotki, ujęcia do filmików i debatujemy nad dalszym planem. Właściwie to nasz przewodnik Rafał składa kolejne propozycję co dalej. Powiem szczerze, że spodziewałem się ze dwa razy dłuższego marszu i jednego zjazdu. Tak to zazwyczaj wygląda u mnie. Jednak marsz był krótszy i teraz czas na zjazd i kolejne podejście. Na początek kierujemy się mniej więcej w stronę południową. Jest tam ogromna polana, praktycznie bez jednego drzewa. Jest też żleb, ale nie decydujemy się nim jechać. Niestety początek zjazdu lodowy i nierówny, ale po kilkuset metrach trafiamy na większą ilość miękkiego śniegu, a dalej pięknego, nietkniętego puchu. Pięknie! Niestety nachylenie szybko maleje i nie możemy nabrać właściwej prędkości. Skoro tak, to zakładamy foki i zaczynamy ponowną wspinaczkę. Początkowo mieliśmy wejść z powrotem na Ploska, ale po drodze zrodził się plan, żeby ominąć szczyt i ruszyć od razu do Schroniska po Borisovom. Uznaliśmy, że może szkoda czasu i sił na wspin i krótki zjazd. Szybciej będzie trawersować. Tak przynajmniej nam się wydawało... Pokonujemy kolejne żleby i granie,a tu schronisko coś bardzo wolno się przybliża. Do tego miejscami trudno się poruszać, bo raz trochę oblodzeń, a innym razem drzewa i inne przeszkody. Trawers mocno mnie wypompował. Szliśmy chyba dobrą godzinę. Ale nasza wytrwałość została nagrodzona i w końcu docieramy do szlaku, a wkrótce do schroniska. Przy okazji krótkiego zjazdu odpięła mi się foka na jednej narcie, ale tak do połowy. Ponieważ miałem "odpięte" wiązania do marszu, nie miałem szans zapanować nad jedną nartą i gleba. No szlag, wreszcie trochę luźnego zjazdu na krechę, to musiałem wytracić rozpęd... Gorzej, że do foki przykleił się śnieg i ta trzymała się bardziej na słowo honoru. Schronisko było już na wyciągnięcie ręki, więc to nie problem. Ostatnia górka i wreszcie można spocząć. Oczywiście to dobry moment, żeby napić się złocistego trunku. Malutkie schronisko, klimatyczne, jak te starsze u nas. Obok nas siedziała grupka Słowaków i nagle jedna pani zaczęła śpiewać: "hej Sokoły, omijajcie góry, pola, lasy, doły..." Patrzymy tak lekko zaskoczeni, bo bardzo ładnie jej szło.Rafał się podłączył, po czym zaśpiewał coś po słowacku. Chwila pogawędki i chłopaki zaczynają się zbierać. Będą się wspinać na Borisovom. Ze względu na strome podejście, trzeba dymać z buta, a ja nie mam nawet tych skitourowych. Dlatego też rezygnuję, choć przyznam też, że wcześniej zmiażdżył mnie ten trawers. Postanawiam trochę odpocząć i sączyć trunek. Tym bardziej, że słoneczko pięknie operuję. Będę czuwał w bazie i przypilnuję sprzęt. Andrzej z Rafałem ruszają, a ja się opalam i robię sobie fotki. Niestety słoneczko się schowało za choinki, ale chłopaki dość szybko obrócili. Pozostało dopić trunek, spakować się i ponownie ruszamy na Ploska. Niestety, podejście od tej strony nie jest tak sielankowe, jak w pierwszej turze. Jest zbyt stromo żeby iść wprost pod górę, więc trzeba "halsować", czy raczej trawersować. Chłopaki cisną po szlaku, ja idę śladami czyimiś śladami, bardziej w bok. Szlak jest zlodowaciały, natomiast tu jest trochę nawianego puchu. Cisnę ostro i nieźle mi idzie, ale do jakiegoś wypłaszczenia ciągle daleko. Gdzieś w połowie trafiam na mocne zlodowacenie i nie bardzo już mogę się ruszyć. Próbuję trochę w tył, trochę podejść bokiem, ale nie bardzo widzę rozwiązanie. W tym momencie dochodzi do mnie reszta ekipy, lekko zaskoczona jak daleko już byłem. Ale dalej na nartach nie mam szans. Rafał proponuję żebym ściągnął narty, wezmą mi je z Andrzejem do plecaków,a ja dalej cisnę z buta. Wcale nie jest lżej, bo najpierw muszę przebić się butem przez warstwę lodu, a następnie tonę w śniegu po kolana. Jednak tempo podejścia zdecydowanie szybsze, co nie jest bez znaczenia. Robi się późno. Wystarczyło podejść jakieś 50, może 100 m i ponownie mogę założyć narty na nogi. Przy okazji odkrywam, że kompani mają zamontowane Harszle. No tak to można. Jak się dowiedziałem, użyli ich po raz pierwszy, co najlepiej obrazuję warunki do wspinaczki. Najważniejsze, że jesteśmy w końcu na szczycie i pozostaje jedynie zjechać na dół. Jest godzina punkt 16.00. Słońce powoli zmierza do snu, przy okazji tworząc piękne malunki na górach. Ściągamy foki, pakujemy się i ruszamy do ostatniego zjazdu.Oczywiście Rafał wskazuję w którą stronę mamy jechać. Początek bardzo płaski i trzeba się odpychać kijkami,ale później zaczyna się super szeroka polana z odpowiednim nachyleniem. Co prawda nie cała w puchu, ale bardzo mi się podoba. Dalej przez rozrzedzony las i jakieś polanki,aż trzeba skręcić. Wybieramy kierunek, który wydawał się być najlepszy - dość rzadki las i małe polanki. Jest nieźle, ale zamiast puchu, jest sporo lodoszreni. Jakoś suniemy, mimo wszystko. Najgorsze przed nami. Las gęstnieje, coraz trudniej obrać jakiś kierunek jazdy. W pewnym momencie patrze w dół, a tam tak gęsto, że nawet palca by nie przecisnął. Jeszcze ta szreń. Jedziemy w bok, przeciskając się między gałęziami i nie bardzo widać światełko w tunelu. Dosłownie,bo do tego jest coraz ciemniej. Trochę zaczynałem się martwić, ale w tym momencie Rafał dopatrzył leśną drogę i krzyknął:"jesteśmy uratowani!" Faktycznie, jeszcze kilka drzew, po czym się przerzedziło i jesteśmy. Mimo półmroku, teraz to już sielanka. Droga biegnie wzdłuż strumienia i na pewno musi nas doprowadzić do cywilizacji. Jedziemy i jedziemy,a tu niczego nie ma... Właściwe to coraz więcej się odpychamy,a ja zostaję z tyłu bo coś słabo mi narty jadą. Chłopaki co jakiś czas zwalniają i w końcu wyciągają czołówki. No, ja nie mam takich zabawek, bo kto by się spodziewał? Robi się na tyle ciemno, że już nie bardzo widzę po czym jadę, ale jakoś daje rady. Ponieważ ciągle zostaje z tyłu, Rafał daje mi swoją czołówkę i razem z Aklimem jadą razem na jednej. Ponownie mi znikają i tylko naparzam kijkami. Wreszcie jest! Jest cywilizacja! Nie mam już siły, ręce mi odpadają, ale światła i jakiś domek na horyzoncie to dobra wróżba. Mobilizuję się jeszcze, żeby nadgonić trochę i wjeżdżam do jakiejś wioski. Mam tylko nadzieję, że to ta, w której zaparkowaliśmy... Pojawiają się mieszkańcy i trochę zaskoczeni przyglądają mi się jak jadę drogą. Jeszcze kilka zakrętów i pojawia się znajomy widok. Tak! To tutaj zaparkowaliśmy, a Andrzej z Rafałem zaczynają się pakować. Cały przepocony, zmęczony, ale szczęśliwy. Dotarłem do końca dzisiejszej niezwykłej wyprawy. Przebieramy się, jak najszybciej pakujemy do auta i czas wracać. Niewątpliwie to była moja najlepsza wyprawa skitourowa w życiu i z pewnością jedna z najlepszych przygód. Wypompowałem się mocno, ale w sumie tego chciałem. Wielkie podziękowania dla Andrzeja i Rafała, że mnie zabrali i w trudnym momencie pomogli. Jest super ekipa, na której można polegać. Jak sami stwierdzili - dziś od razu zostałem rzucony na głęboką wodę. Chyba sami nie spodziewali się, że taki hardcore wyjdzie. Ale bardzo pozytywny! Na koniec filmik z wyprawy, który chyba najlepiej odda klimat wyprawy: Pozdrawiam, Johnny PS. Dzień wcześniej zrobiłem na rowerze pierwszą setkę w tym roku. Ponieważ nie chcę teraz pisać relacji rowerowych, wrzucam jedynie krótki filmik.
  34. 18 likes
    Fatboy Slim.. Kolejna sobota i zastanawiamy się gdzie spędzić wolny dzień pada na powtórkę z rozrywki w lekko zmodyfikowanej wersji #szczyrkaido Kolejny raz startujemy z Ostrego stokówką w górę fot. Szymon Rochowiak I jak tu nie narzuca się taki teren do zjazdu? fot. Szymon Rochowiak Odbijamy ze stokówki w las fot. Szymon Rochowiak Teren w końcówce robi się coraz bardziej stromy i rzadki fot. Szymon Rochowiak Jesteśmy na szczycie i szykujemy się do zjazdu w... Naszym małym parku rozrywki A tutaj polanka z drugiego zdjęcia z bliższa fot. Szymon Rochowiak Zjeżdżamy też na stronę Malinowa, ale tam jest tragedia, rozjeżdżone przez narciarzy, a najgrosze są ogromne doły po skuterach Za to na podejściu spotykamy faciarzy! myślałem, że spotkam Johnnego pytam ich czy to się pcha czy też trochę jeździ Ogólnie to my zjechaliśmy 4 razy i spotkaliśmy ich przy aucie chyba większy fun jest zjechać w dziewiczym terenie w lesie niż pchać rower żeby zjechać stokówką Albo ja po prostu nie czuję tego klimatu Pozdr Tomek
  35. 17 likes
    Relacja z wczoraj: Po ponad miesiącu czekania, znowu przyjechałem do Szczyrku. Tak, jak pisałem wcześniej, na miejsce dojechaliśmy wczoraj o 22 w wyjątkowym składzie - cała rodziną. Razem żegnamy Szczyrk, który przez lata wiele się nie zmienił. Za kilka lat nie będzie już zagłębia orczyków, wąskich tras, słabego naśnieżania, korków, smogu... A nie, zaraz. Coś tam zostanie. Tak czy inaczej dzisiaj wyruszyliśmy w ostatnią podróż po Scyrku. Niestety dzisiaj z domu wyjechaliśmy dopiero po 9. Co poradzić gdy rodzina chce spać? Pod COS-em ogromna kolejka do kas. Niechcąc w niej stać, pojechaliśmy do Czyrnej. Tam pusto - kupujemy 2*6 dni, 1*5 dni i pojedynczy wjazd na Skrzyczne. W sumie zapłaciliśmy niewiele więcej niż za tygodniowy karnet na Chopok (wiem, że porównanie jest trochę bez sensu ). Wracamy do COS-u i jedziemy krzesełkiem na Jaworzynę. Tam spotykamy miłośników fatbike'ów i policję. Dalej jedziemy kanapą na Skrzyczne. Kolejka na ok.8 minut. Pogoda bardzo ładna - slońce przebijające się zza chmur, bez wiatru i lekki mróz. Na początek ciśniemy Ondraszkiem. Próbuję na nim uczyć brata jeździć z kijkami - ma je pierwszy raz. Powolutku do przodu, ale po wielu latach jazdy bez kijków nie jest to proste. Nie chcąc stać w kolejce pojechaliśmy na Doliny... i ustawiliśmy się w kolejce do orczyka. Na górze łapię się z@Baartos i jego narzeczoną. Dzięki za rozmowę i za prezent Z góry jadę całym FIS-em na sam dół. Warunki bardzo dobre - trochę twardego betonowego pokładu, ale krawędzie świetnie się w niego wrzynają. Jedziemy przez mostek - prawie zaliczyliśmy gleby - są tam straszne muldy. Potem do krzesełka i hop na samą górę. Jest pięknie!
  36. 17 likes
    Artur te parę lat jakoś musisz z młodym wytrzymać, ciesz się że nie musisz na orczykach w Czyrnej albo na Pilsku. Później przychodzą nagrody. Dzisiaj Kamesznica k/Milówki - rodzinna miejscowość Mamada. Puchar wójta gminy Łodygowice i mój zamaskowany rider:
  37. 17 likes
    W miniony weekend mieliśmy w planach dwa lub trzy szczyty z Korony GP. Noclegi mamy w Rabce w ośrodku Royal. Chcieliśmy w piątek pojeździć jeszcze na nartach w okolicy Rabki przy sztucznym oświetleniu, ale dotarliśmy na miejsce zbyt późno i z piątkowych nart nici. Pierwszy do zaliczenia w sobotę Turbacz chcemy zdobyć na skitourach. Ja sprzęt skompletowałem w ostatniej chwili. Problemem były buty. W KoenigSerwisie jestem koło 12, nie sądziłem, że będę tam tak długo. Zajął się mną Arnold (właściciel) i zleciało tak około dwóch godzin, sprawdzanie, pasowanie, wygrzewanie, dyskutowanie i wybór padł na Dynafity. Przed podgrzaniem i zaraz po nie byłem zadowolony, wszędzie uwierało, ale miałem obklejone stopy i kostki w wielu miejscach specjalnymi plastrami i miałem nadzieję, że bez plastrów będzie lepiej. O tym jednak przekonać się będę mógł w sobotę wieczorem. Gorzej niż w ostatnich butach (też Dynafitach) nie może być. Gdyby coś było nie tak, Arnold będzie jeszcze pracował nad dopasowaniem skorupy lub wkładu. Przez opóźniony wyjazd zabrakło nam 15 minut do wypożyczalni sprzętu skitourowego w Rabce, naprzeciwko Orlenu i "Siwego Dymu". Przez szybę widać, że sprzęt mają fajny. Ania już chora, a ja jeszcze chory. I tak rano się zwlekamy z łóżka. W ostatniej chwili Ania rezygnuje z wejścia na skitourach i postanawia zdobyć Turbacz tradycyjnie z buta. I całe szczęście, że tak postanowiła. Wejście dla mnie okazało się trudne i ciężkie, jakbyśmy razem podchodzili na nartach to chyba z noclegiem w schronisku. Niby tylko 700 metrów przewyższenia, ale coś nie szło. Na Turbacz chcemy ruszyć z Koninek niebieskim szlakiem. Włączam nawi i ruszamy.... drogi coraz węższe i w końcu docieramy do skraju lasu, a mapa sugeruje, do przodu w górę przez las leśnym duktem. O nie ma głupich, ja tędy nie pojadę. Wracamy do drogi na Mszanę i przez Niedźwiedź do Poręby Wielkiej, lądujemy na parkingu koło stacji narciarskiej w Koninkach. Jest już po 11. Szybkie przygotowanie sprzętu i w drogę... Po minięciu leśniczówki wchodzimy w rejon Parku Narodowego Gorców Początek łatwy, lekki i przyjemny, szeroka droga i płasko, po kilkuset metrach niebieski szlak skręca o 90 stopni w prawo i wszystko się zmienia. Teraz dosyć stromo w górę, wąska ścieżka, śniegu mało, dużo lodu i kamieni. Co chwila zakręty, drewniane stopnie, wystające korzenie i progi skalne lub z belek drewnianych. Idzie mi się po tym beznadziejnie, zaczynam żałować, że nie mam harszli (zapomniałem - zostały w domu) nie wiem jednak czy by mi pomogły. Narty co chwilę mi się wypinają, wcześniej ani na Śnieżce, ani w Szklarskiej tak się nie działo. Kilka odcinków pokonuję z nartami na plecach. Krew w żyłach powoli mi się gotuje. O co tu chodzi? Dopiero po 45 minutach przypominam sobie jak Wujot mi tłumaczył, jak zablokować wiązanie by nie działał przedni bezpiecznik. Teraz jest lepiej, ale idzie mi dalej opornie. Po dotarciu do pierwszej polany robi się przyjemniej, znowu jest łagodnie, szeroko i wreszcie śnieg, a nie mieszanka lodowo-kamienno-korzeniowa. Robimy przerwę na batony i energetyki. Łapię drugi oddech i ruszamy dalej, bo do celu jeszcze trzeba doginać sporo, a czas leci nieubłaganie. Wreszcie docieramy w okolice schroniska i jest już po 14 Dwie godziny przerwy w Schronisku na Turbaczu, solidny obiad, i jeszcze piętnaście minut na szczyt Turbacza. Po drodze cudowny widok, na wspaniałe nasze Tatry. Schronisko bardzo ładne, duże ponad 110 łóżek, czyste, jestem przyzwyczajony do mniejszych i starszych (takie są przeważnie w Sudetach, często poniemieckie) Turbacz zdobyty, pozostaje tylko zejść (zjechać) Czy będzie łatwiej? Tak myśleliśmy!
  38. 17 likes
    Wieczorny Bałtów i nowa trasa narciarska. Ponowna wizyta i trening w Szwajcarii Bałtowkiej. Na miejscu byliśmy o 18stej, karnet dwugodzinny kosztował nas dzisiaj 20 zł - młody człowiek sprzedawał karnety, które wygrał w radio, to kupiliśmy w okazyjnej cenie Temperatura powietrza -8, trochę przeszywającego wiatru, odczuwalność chłodu - duża. Warunki na wszystkich trasach bardzo dobre: twardo, szybko bez lodu, bez odsypów i muld. Narciarzy niewielu - zero kolejek do wyciągów. Trasa przy orczyku: Łagodna dookoła lasu: Banerek Końcówka zjazdów, połączenie tras przy talerzykach: Górna część trasy przy krześle: Środkowa część: Końcówka: Stacja dolna krzesła: Całość trasy z góry: Po kilku zjazdach kapnąłem się, że jest jakaś zmiana Narciarze z trasy łagodnej przy talerzykach skręcają gdzieś w bok... Okazało się, że została w ośrodku otworzona nartostrada - najłagodniejszy ale też najdłuższy wariant trasy. Trzeba skręcić ostro w prawo, długa płaska prosta, potem ostry zakręt... Boczkiem, boczkiem (oświetlenia brak więc zdjęcia robione w kompletnej ciemności słabej jakości): I po chwili połączenie dwóch najłagodniejszych tras: Po co coś takiego płaskiego otwierać w ośrodku, który i tak nie dysponuje zbyt dużym przewyższeniem i naturalną wysokością? Ano po to by się pochwalić długością najdłuższej trasy, po to by uczący się jeździć mieli wariant zjazdu ultra light. Swoją drogą ciekawe jak ośrodek teraz będzie się reklamował? W sumie jadąc z górnej stacji krzesła, potem skręcając w ten nowy wariant trasy - to będzie jakiś kilometr wg włodarzy ON - jestem tego pewien Podsumowując: pojeżdżone dzisiaj fajnie - aura mocno zimowa, w końcowej fazie jazdy z opadami śniegu. Fajnie. Pozdrawiam marboru
  39. 17 likes
    Tomek we właściwy sposób opisał dzisiejsze warunki. Nic dodać, nic ująć . Dla mnie (i Marcinna) to był debiut prawdziwych skitourów, nie licząc mojego wejścia z Johnnym N. na Mosorny Groń. Teraz byłem na własnym sprzęcie, wysłuchałem od "fachowców" wielu cennych informacji. Nie ukrywam, że wejście na Rysiankę dla takiego początkującego to nie jest bułka z masłem, chociaż dla kolegów to była pewnie lekka przebieżka. Kondycję jako taką mam, ale i tak zwykle byłem w ogonie naszego peletonu. Teraz w domu czuję wszystkie mięśnie nóg co bardzo mi się podoba. Taki skitourowy debiut z taką grupą jak dzisiaj to najlepsze co mogło mnie spotkać ostatnio w narciarskim życiu. Dzięki wszystkim dzisiejszym uczestnikom za super WZF.
  40. 17 likes
    Wielka Racza samotnie Na niedziele plany były inne miał być Rakoń siturowo a poszło wszytko inaczej, z racji rozpoczęcia się ferii w Małopolsce rodzince i kilku znajomym z rodzinami zachciało się wyjazdu na narty tyle że na "boisko" ale co było robić jak chce się mieć spokój w domu to czasem trzeba odpuścić i w piątek obdzwaniam znajomych co by przełożyć tury na sobotę, niestety nikomu nie pasowało więc plan poległ. W sobotę rano jakoś obudziłem się bez budzika o piątej i nie mogłem już zasnąć więc, stwierdziłem co ja tu tak będę leżał jak życie ucieka, szybka decyzja tury samotnie nie ważne gdzie byle wyjść, szybkie pakowanie po cichu żeby nie obudzić nikogo i jazda. W samochodzie dogadałem się z wewnętrznym mną że jedziemy na Wielką Racze od strony Rycerka Górna i takim o to sposobęm o 7:20 zacząłem wędrówkę w stronę błękitnego nieba. Zaczynam wędrówkę żółtym szlakiem podejście bardzo spokojne w zasadzie aż po szczyt to jeden wielki trawers zbocza o spokojnym nachyleniu. Mniej więcej w 3/4 długości szlaku postanawiam odbić pod górę i dotrzeć do granicy Polsko Słowackiej gdzie granią prowadzi szlak czerwony na szczyt Wielkiej Raczy tam też robię sobie krótkie leżakowanie bo w sumie nigdzie mi się nie śpieszy. Dalej już jak po sznurku za słupami energetycznymi doszedłem na szczyt trochę fotek chwila zadumy i trzeba było wstąpić do schroniska na grzańca. Idę na grzańca Ludzie w schronisku dopiero się budzą niema praktycznie nikogo pije grzane piwko jest pięknie jedyne co czuje że zaraz odpłynę chyba mnie rozłożył jak ja zjade na dół siły gdzieś poszły beze mnie co było robić siedzę jeszcze chwile tak do 10-tej i czekam aż wrócą. Po wyjściu ze schroniska przepakowuję się i ruszam w stronę Małej Raczy gdzie wypatrzyłem fajny zjazd podchodząc do góry co mnie zaskoczyło to że na szczycia zaroiło się od turystów a jeszcze chwile temu nie było nikogo Szlakiem dojeżdżam do ogromnej polany i ruszam w dół potem cisnę w las i natrafiam na to Pierwsza myśl czemu mnie tu nie było po opadach musiał być mega zjazd jak widać śladów sporo śnieg też już ciężki często zmienia się z miękkiego w lód w sumie po chwili wracam do lasu bo jest dużo lepiej las rzadki jedzie się całkiem dobrze tylko po tym grzańcu coś siły nie wróciły do mnie i muszę się co paręset metrów zatrzymywać żeby oddech złapać, dojeżdżam na parking gdzie pełno już samochodów pakowanie i jazda do domu o 12 jestem spowrotem prawie nie zauważony że mnie nie było Pozdrawiam Rafał ps. wybaczcie pierwsza relacja na nowym forum ps2. poprzedni wpis można usunąć
  41. 17 likes
    #8 Kasprowy We wtorek (21.01) wybraliśmy się na Kasprowy w składzie Justyna, kolega Rafał który był pierwszy raz na skiturach i ja, pogoda... marzenie! Oprócz Tatr z chmur wystaje tylko Babia Góra, oraz Pilsko! Podchodzimy szlakiem narciarskim z Kuźnic do Doliny Goryczkowej Aż w końcu po ok 1h docieramy do dolnej stacji kolejki w Dolinie Goryczkowej Lampa na całego! Końcówka podejścia idziemy nie jak nartostrada trawersem w prawo tylko zakosami do górnej stacji kolejki Goryczkowej Końcowe zakosy są strome i momentami zalodzone lub w szreni, więc Justyna ma trochę problemów, ale powolutku, powolutku daje radę i jest! Świnica i Kościelec prezentują się pięknie! Warto zwrócić też uwagę, na podejście od Gąsienicowej, tam wszyscy skiturowcy ładują końcówkę z buta, jest za stromo i za twardo! Kasprowy ze słońcem i bez wiatru? byłem kilka naście razy i taki warun spotykam pierwszy raz Pięknie prezentuje się Giewont i Czerwone Wierchy Cała galeria: https://goo.gl/photos/2TW3TajkwfsrF3wT7 Pozdrawiam Tomek
  42. 17 likes
    Dzisiaj wyjątkowo nie na nartach, więc pozwolę sobie na to by Was trochę od desek oderwać i zaprosić na relację z zimowego spływu kajakowego Radomką Pełny opis, masa zdjęć w relacji pod linkiem: Temperatura -3, warunki śniegowe - słabe... Dużo lodu... Marboru na lodowej trasie A na tej - raczej luz... Sporo zwałek, ale można je spokojnie minąć Na trybunach ważne osobistości... Pozdrowienia od Ekipy: Zapraszam do odwiedzin mojego kajakowego wątku pod powyższym linkiem Pozdrawiam marboru
  43. 17 likes
    Zimowy spływ Radomką Od dawna planowaliśmy trochę ekstremalnego pływania po rzekach - a wiadomo, co zaplanowane, to wcześniej, czy później trzeba zrealizować. Decyzja zapadła wczoraj po narciarskim pobycie w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą. W drodze powrotnej zrobiliśmy rekonesans, czy aby rzeka cała nie skuta lodem i decyzja zapadła szybko - płyniemy. Skład: ja, Jacek i mój przyjaciel z dzieciństwa, wędkarz - Karol. Wstajemy wcześnie rano, szykujemy sprzęt i spotykamy u mnie pod domem o 9. Wszyscy są punktualni - bardzo cenię tą cechę. Przepakowujemy samochody i wyruszamy. Wybór odcinka, którym mamy spłynąć jest niemalże oczywisty - w zimę nie chcemy ryzykować i wybieramy trasę Brzóza - Ryczywół, czyli miejsce, w którym nie raz już byliśmy ze swoimi pływadłami - tu nic nas nie zaskoczy. W zasadzie to już tradycja, bo w zeszłym roku również zaczęliśmy sezon kajakowy właśnie tu. Docieramy na miejsce i upychamy manele - mamy tego sporo, bo w razie nieprzewidzianych wypadków każdy z nas posiada komplet ciuchów do przebrania. Moim strojem kajakowym w zimie jest mój sprzęt narciarski + wodery neoprenowe. Uwijamy się szybko - najważniejsze by termosy z ciepłą herbatą były pod ręką. Zaczynamy przy moście drogowym i drodze na Warkę. Pod mostem próg wodny z powbijanymi kołkami. Sprzęt gotowy... Fotka ekipy: ...i na wodę. Zanim jednak popłynęliśmy trzeba było zwodować sprzęt. Woda nie była taka straszna i w woderach ocieplanych, dwóch parach skarpetek narciarskich, chłód się do mnie nie przebił. W środku kajaka tak grubo ubrany człowiek czuł się jak śledzik - miało to swoją zaletę, ciasnota sprawiała poczucie ciepła. Wiosłujemy! My z Karolem prowadzimy, miejscami tylko Jacek się z nami równa lub nas wyprzedza. To dlatego, że obydwaj z moim rówieśnikiem znamy ten fragment rzeki jak własną kieszeń. Płynąc wspominamy: pod tym drzewem szczupak i mały sandaczyk, pod tamtym niezły kleń...a tu, pamiętasz jak brały okonie? Stare dzieje. Na twarzy banan: Cisza, spokój i żywego ducha. Na trasie całego spływu zero spotkań z innymi ludźmi. Przyroda? Tak... ta w postaci różnego rodzaju ptactwa nam towarzyszyła non stop. Głównie były to kaczki - inne ptaki strzelałem z zoomem, ale bez większego powodzenia...z jednym wyjątkiem, o czym później. Śniegu na brzegach niewiele. Najwięcej lodu i najwięcej na północnych stronach rzeki. Na tym odcinku - zwłaszcza na początkowym etapie jest dużo zakrętasów i innych meandrów, wysepek itp. Fajnie się płynie i trzeba być czujnym. Dobicie do brzegu, to podpłynięcie do lodu ostrego niczym nóż - musimy uważać z naszymi dmuchańcami. Po kilkunastu minutach mijamy bardzo malowniczy dopływ Radomki. Rzeka o tej porze roku wygląda inaczej... ...wszystko wydaje się wyostrzone. Płyniemy wolno - nie śpiesząc się. Do pokonania mamy jakieś 16 km a czasu mamy dużo. Popijamy ciepłą herbatkę, a Jacek żartuje, że zrobiliśmy sobie spływik emerytów... Pięknie i dziewiczo... Zbliżamy się powolutku do lasów. Widoczki oblodzonych, wbitych w dno gałęzi bardzo nam się podoba. Czyżby poziom wody nie tak dawno był sporo większy? Po niecałych 5 kilometrach docieramy w miejsce gdzie zawsze robiliśmy przerwę - robimy i tym razem. Jest pięknie! Nim przejdziemy do drugiego śniadania robię tutaj mnóstwo filmików i fotek. Nasza naturalna półeczka na sprawunki: Foto grupowe: I foto "Władcy Lodu" Kilka minut przerwy, chodzenia po śniegu i lodzie i niestety chłód nieco przebija się do naszych stóp. Spadamy... Teraz zbliżamy się do jednego z bardziej malowniczych miejsc. Okoliczna wioska, brud, kładka, pozostałości dawnego mostu... Bardzo fotogeniczne miejsce. Tutaj trzeba wiedzieć jaką odnogą popłynąć przy wyspie - rzeka jest dosyć szybka i kręta, na manewry może być za późno i człowiek może wpłynąć w takie ustrojstwo... W lato, to żaden problem, w zimę mogło by to się skończyć wysiadką z kajaka - a wtedy wody w środku więcej, można przemoknąć, nabrać wilgoci na siedziska i klops. Człowiek mokry na mrozie szybko się wychładza... Znowu całe stada kaczek przed nami: ...i znowu lubiane przez nas najbardziej odcinki leśne: Okoliczni wędkarze mają fantazję... W lesie, w cieniu jest wyraźnie chłodniej, tutaj też więcej białego. Wszystkie zwałki mijamy bokiem. Czasami mamy miejsca tyle co na szerokość kajaka, ale grunt, że nie musimy robić obnosek i taplać się w wodzie. Tutaj gdy płyniemy w zupełnej ciszy do lotu wzbija się jakiś duży ptak. Ponieważ obserwujemy ten spektakl praktycznie w bezruchu - drapieżnik daje się podejść aparatem... ...i właśnie do tego był mi potrzebny zoom Pytanie, co to za ptaszysko? Ktoś wie? I kolejne pytanie, czy coś takiego potrafiłoby zaatakować kaczkę? Cudnie... ...mniej cudne jest to, że non stop widujemy inne ciekawe ptaki i niestety nie udaje mi się zrobić ostrego zdjęcia - są za szybkie, a moja ręka zbyt mocno drży przy dużych zbliżeniach. Grubość lodu gdzieniegdzie imponująca... Cudnie! Dopływany do kolejnego charakterystycznego miejsca naszego spływu - wysokiej, piaszczystej skarpy. Tutaj popełniam fotkę GoPro Zimowy, wodny grzybek: Wyspy, wyspeczki - czytamy doskonale nurt i nie wpływamy ani razu na mieliznę. Malowniczo... Świeże ślady bobrów: Jesteśmy jakieś 10 kilometrów od chwili startu - charakterystyczny mostek przy wiosce Wola Chodkowska. I znowu to, co lubimy najbardziej - las! Lodowych grzybków coraz więcej - spływany je czasami slalomem Wszystko co dobre szybko się kończy - powoli dopływany do końca spływu. Gdzieś tutaj na prawym brzegu wodujemy kajaki... Wodery są nieocenione - spokojnie możemy wysiąść i brodzić w wodzie powyżej kolan - znalezienie kawałka brzegu bez ostrego lodu nie jest takie proste. Znajdujemy takie, rozbijamy wiosłami twardy, biały kryształ i możemy wyjść z wody. Kończymy szczęśliwie i szczęśliwi. Przygoda dnia dzisiejszego jest dla nas super przeżyciem i mega rozrywką. Materiału filmowego dużo - i kiedy ja to skręcę jak jeszcze zaległy filmik z Alp? Kończymy dzień, pakujemy samochody i jedziemy do domów - jesteśmy wszyscy zgodni: musimy to powtórzyć!!! Plan na następny sezon? Spływ zimowy z biwakiem i noclegiem - wyzwanie? Tak. Pozdrawiam marboru
  44. 17 likes
    Kilka zdjęć z wczoraj z Pilska. Kolejka do kolejki na Pilsko - jakos w srodku dnia. Na szczescie pojedynczy ogonek wiec nie stalo sie wieki.. a teraz juz same fajne rzeczy: coś z zachodu: coś ze wschodu i dla miłośników head'ow z czachą - moi jedyni towarzysze wczoraj.
  45. 17 likes
    27.01.2017 Dwie godziny na Czantorii 11:00-13:00.Dojazd bezproblemowy. Stacja kolejowa jest pod Czantorią. (Ustroń Polana). Oszczędzając kolana tylko 6 zjazdów ,,czerwoną'' bo na ,,niebieskiej'' podobno mało śniegu.Bezchmurnie, temperatura w godzinach pobytu od -1 do+ 2 ,ale w nocy było -12 to śnieg zmrożony i szybki, kilka przetarć i trochę odsypów (w skali 1-6 na - 4). Kolejki do krzesła na 1-3 minuty ,ale na trasie narciarzy sporo.To tyle. Dzień narciarsko udany.Fotki, na których smog można też zobaczyć.
  46. 16 likes
  47. 16 likes
    Trochę fotek z dzisiejszego WZF, brać skiturowa nam się powiększa, było mega fajnie dzięki za spotkanie. Czekam na relacje Johnnego
  48. 16 likes
    Zwardoń. W piątek wydawało się, że sobota będzie narciarsko odpuszczona. Jakoś entuzjazmu do wyjazdu nie bylo. Długie spanie do 8 godz., rozleniwienie, w Bielsku mgliście. Ale rzut okiem na kamerki dał dużo do myślenia. Wszędzie w górach przejrzysto, mgły tylko w dolinach. Szybki tel. do kolegi Marka i jestesmy umówieni. Przed 12 jesteśmy w Zwardoniu. Parking pełny więc za wskazówką pana porządkowego parkujemy na placu przed wiaduktem kolejowym. Jakieś 300 m z buta i jesteśmy pod wyciągiem. Taka mała rozgrzewka. Kupujemy karnety od 12 do 16 godz. Po jednym zjeździe z M. Rachowca decydujemy się na przenosiny na D. Rachowiec. Na trasie przy kanapie raczej tłok, dużo uczących się, wywracających narciarzy. Na Dużym Rachowcu luz, szeroko, u góry miękko, trochę ciapowato, niżej równiutko, dość twardo. Śnieg tylko naturalny i na szczycie kilka prześwitujących niegroźnych minerałów. Po prawie 2 godz. zjeżdźamy do knajpy na D.Rachowcu. Po wciągnięciu smacznej kiełbasy kończymy nasze skipassy na trasie przy kanapie. Trochę już stok zmęczony, narciarzy trochę mniej, ale trup ściele się gęsto. Dawno nie widziałem tylu spektakuarnych "gleb". O 15.55 zamykają kanapę i robią przerwę na ratrakowanie. Kończymy bardzo udany narciarsko dzień, który wcale się tak różowo nie zapowiadał.
  49. 16 likes
    Dzisiaj w Rytrze "Molto bello" Warunki bdb, twardo, równo. Trochę szkółek, koloni, pół koloni było (ferie małopolskie) ale jest szeroko więc nie ma spiny, swoją linię można znaleźć. Jutro chyba powtórka, trzeba uciec ze smogu.
  50. 16 likes
    SON 29.01.17 Dziś jak to mówią rano warun petarda . Zmrożony sztruks, szybko twardo. Strach się bać. Do 9 godz. na Julianach pustki. Super. Golgota też fajna, twarda, tylko dlaczego na jej dole jest tyle drobnych kamyczków niszczących ślizgi. Małe Skrzyczne i trasy do z Hali bardzo dobre. Ludzi przybywało, ale bez dramatu na trasach czy kolejkach do wyciągów. W tych dniach trzeba mieć zdecydowanie ostre krawędzie, jest twardo, miejscami wychodzi lód, ale jest i tak pięknie. Fotek prawie nie robiłem zajęty jazdą. Te widoczki i tak chyba wszyscy znają.