Leaderboard


Popular Content

Showing most liked content since 29.04.2017 in all areas

  1. 24 likes
    Miałem kończyć sezon (ten przywyciągowy) na Kasprowym Wierchu, ale ze względu na zakup Sprytnego Karnetu, bardziej opłacało mi się pojechać kawałek dalej do Tatrzańskiej Łomnicy. Przy okazji okazało się, że słowacka stacja działała dłużej, co tym bardziej mi pasowało... Pobudka znów o świcie, gdzieś tam po 4 rano. Powolne gramolenie i przy okazji spojrzenie na kamerki - jest pięknie! Cała trasa powyżej chmur w pełnym słońcu! Wygląda obiecująco, ale padający deszcz koło domu trochę niepokoi. Jednak decyzja o wyjeździe już podjęta! Pozostaje tylko zdecydować jakie narty zabrać. Miałem wziąć "łopaty",ale nocny przymrozek mnie zmylił i wziąłem bardziej uniwersalne K2 Rictor. Obieram trasę przez Jabłonkę, bo mam nadzieję uniknąć korków. Decyzja trafna! Droga w stronę Korbielowa pusta, bo ludzie jadą tłumnie do pracy w przeciwnym kierunku: do Bielska-Białej. Na Słowacji święto, więc w ogóle nie ma samochodów. Dopiero koło Nowego Targu większy ruch, ale już za Białką Tatrzańską znów pusto. Niestety nawet na Podhalu intensywne opady deszczu, do tego chmury wydawały się być wysoko. Jednak po przekroczeniu granicy, tak może 10 km. dalej, mogę już założyć przyciemniane okulary... Ale widok w samej Tatrzańskiej Łomnicy nie nastraja optymizmem. "Dziod" wisi nad górą i raczej wiele słońca nie zobaczę. Ale teraz to już nie ma co płakać nad rozlanym, będzie dobrze! Nie wspominałem, że dzień wcześniej wykupiłem wyjazd na Łomnicki Szczyt, bo prognozy na popołudnie były obiecujące... Na parkingu już ok 20, może 30 samochodów. Gramoli się paru narciarzy. To znak, że będzie można pojeździć! Miałem obawy, bo w mailu napisali, że będzie komunikat o... ósmej rano! Gdybym tyle czekał w domu, to by mi pół dnia uciekło. Ale jestem, jest sporo narciarzy, więc będą szusy. Pozostało udać się po "Mistenke", czy coś takiego (potrzebne do wjazdu na Łomnicki Szczyt) i już mogę się gramolić do góry. Jedna gondolka, druga gondolka - przy okazji robię różne ujęcia filmowe - i jestem przy Skalnym Plesie. Niestety tutaj mgła, choć przez chwile wydawało się, że wyjadę powyżej chmur. Nic z tego! Do tego już widzę, że trza było brać "Armaty".Miękko wszędzie, bardzo miękko! No cóż, ostatecznie Rictory też dobrze jadą w takich warunkach. Ruszam pod krzesełko i do góry. Tutaj jest ponad 400 m przewyższenia, to może jeszcze wyjadę ponad chmury. Marzenia ściętej głowy! Owszem, rozjaśniało się, coś jakby smaliło, ale nawet na górze ciągle gęsta mgła. Widoczność jakieś dwie muldy do przodu. Tak , trasa nie była ratrakowana i to dawno. Ale to już widziałem na kamerkach. Ruszam tempem emeryta i dość asekuracyjnie. Już przy starcie baner z ostrzeżeniem o wystającej skale. Trzeba być czujnym, bo faktycznie najechanie nartą na coś takiego mogłoby się źle skończyć. Przynajmniej dla sprzętu. Dale już lepiej, ale moje tempo marne. Nawet jakaś starsza babcia była szybsza... Jakoś nie mogę się przestawić na te Rictory. Tak przez pierwsze 3 zjazdy. Później jakby coś pękło i teraz to ja zaczynam gonić, że tak powiem. Przy okazji wyjeżdżam mocniej po za trasę, bo śnieg taki sam, ale równiej i fajniej. Słowacy w większości dziś na narach "pod butem 100+". Jakoś mnie to nie dziwi, ale na Rictory nie narzekam. Tylko ta mgła... Do tego jest mi bardzo ciepło, choć jest w okolicach zera stopni, muszę się porozbierać. Ale tak po godzinie nagle widoczność się poprawia. Chmury odsłaniają nieco trasy i jazda staje się przyjemniejsza. Teraz to pojeździłem i zasłużyłem na nagrodę. Czas zrobić tradycyjną przerwę na browara. Chwile później czekam już na wyjazd na Łomnicki Szczyt. Skoro tu się przejaśniło, to może i tam u góry? Czekam niecierpliwie na wyjazd, choć coś mi się tu nie zgadza. Ach tak, trwa remont dolnego peronu. Najpierw pan z obsługi uważnie sprawdza "Mistenki", a następnie wprowadza nas do wagoniku "wyjściem". Ale to drobny szczegół. No tor ruszamy! Wagonik wjeżdża w chmurę i niecierpliwie czekam na zobaczenie promieni słonecznych. Czekam, czekam i się nie doczekam. Niestety, to moje trzecie podejście i znowu się nie udało. Na górze mgła bez perspektywy na jakieś przejaśnienie. Pozostaje sobie pospacerować, bo przecież nie będę siedział w barze. Coś tam widać, to może jakieś ujęcia wyjdą. Dodam, że przy pierwszej próbie zerwał się wiatr i przestali wywozić ludzi. Przy drugiej była mgła, ale chwilami szczyty się odsłaniały. Tym razem "Dziod" na nic nie pozwolił. Prognozy się nie sprawdziły. Kiedy tak stoję na tarasie i sobie rozmyślam jak daleko bym "poleciał", z mgły wyłaniają się mocno oszpejowani wspinacze. Przeszli przez barierki, sprzęt rzucili przy wejściu i udali się do baru... Ja robię jeszcze sporo zdjęć i ujęć filmowych. Spaceruję tam i z powrotem, szukając jakiś szczegółów. Co ciekawe, wielu wyjeżdżających ogranicz się do wyjścia przed sam bar. Chyba nie wiedzą, że balkon dookoła domu prowadzi na krótką ścieżkę z atrakcjami. Oczywiście we mgle wiele nie zobaczą, ale jednak jest to jakaś atrakcja. Choćby stanąć na słynnym tarasie. Po za tym, zawsze może się zdarzyć, że na chwilę chmury się rozejdą... Niestety góra chyba mnie nie lubi i tym razem ani na chwilę widoków nie było. Moja tura została wezwana do wagoniku i czas wracać. Chociaż podczas zjazdu były widoki. Postanowiłem jeszcze przespacerować się nad jeziorko. Nigdy tam nie byłem, a to tylko kilka kroków. Warto było. Później jeszcze mały posiłek i trzeba było powrócić do harówki, choć czasu wiele nie pozostało. Za to pogoda na sam koniec zrobiła się piękna. Przynajmniej tu przy trasie. Szczyt był nadal zasłonięty, choć teraz już na pewno coś bym zobaczył. Czyli prognozy się sprawdziły, ale z małym poślizgiem. Może następnym razem... do czterech razy sztuka? Dwa zjazdy no i przyszła 15.30. Czas się zwijać, bo mi jeszcze gondole wyłączą, a nie wyobrażam zejść stamtąd z buta narciarskiego... Biela Put mogłem przejść, ale tu to chyba by pół dnia zajęło. Przy okazji zwróciłem uwagę, że obsługa zbiera zabawki przy trasie. Tak, to był ostatni dzień działania stacji. Pora wracać. W sumie zadowolony jadę na dół. Ostatni dzień przywyciągowy w bliższej/dalszej okolicy został zakończony. Zdecydowanie na plus, choć pogoda popsuła nieco zabawę. Sezon zakończyłem, choć kto wie czy mnie "ktoś" na skitoury nie wyciągnie... Przywyciągowo sezon rozpoczęty 11 listopada, a zakończony 8 maja - nieźle! Podobno sezon u nas trwa krótko... Pozdrawiam, Johnny
  2. 21 likes
    Mały Salatyn (Maly Salatin) 2 045m + Pachoł (Pachol’a) 2 167m / Pętla Skiturowa W miniony długi weekend prognozy wskazywały jednoznacznie na to ,że najlepsza pogoda będzie 1 maja , więc koniecznie trzeba było to wykorzystać . Po ostatnim ,dosyć gwałtownym ociepleniu, nie do końca byliśmy pewni jaki warun śniegowy zastaniemy w Tatrach . Wybraliśmy więc tzw. opcję bezpieczną , czyli wejście na Salatyn Doliną Salatyńską od strony stacji narciarskiej , wzdłuż trasy ,gdzie , wiedzieliśmy , śnieg jest od samego parkingu . Żeby jednak nie skończyło się tylko na samym wejściu na Salatyn , postanowiliśmy ją „trochę” urozmaicić , a co za tym idzie dosyć znacznie wydłużyć . No ale po kolei . Na parkingu meldujemy się we trójkę ( dwóch Rafałów i ja ) ok. godz. 7,20 . Stoi tam już kilka samochodów i co chwilę jakaś ekipa startuje dziarsko do góry .My również po ok. 20 minutach zaczynamy foczyć po wyratrakowanym stoku . Na parkingu rano ok. 0 stopni , ale temperatura bardzo szybko zaczyna wzrastać i po chwili wszyscy zasuwamy w samych podkoszulkach , a pot zaczyna zalewać oczy – normalnie wiosna w górach pełną gębą . W żlebie centralnym ruch spory . Jedni ,po chwili podejścia stromym na nartach ściągają je , przypinają do plecaków i dalej z buta , inni zaś ambitnie zakosami na dechach do samego szczytu . Chwilę po 10-tej meldujemy się na szczycie . Tutaj spory skiturowy tłumek , taka prawie komercja , co nam nie specjalnie pasuje . Chwila na odpoczynek , przepinka i zaczynamy kombinować jak/którędy czmychnąć do Doliny Głębokiej , która znajduje się po południowej strony Salatyna . Zjazd miodzio ,po firnie , fajne nachylenie , dosyć szeroko , tak ,że można się rozpędzić . Po przeciwnej stronie widać już Pachoł , czyli drugi cel naszej dzisiejszej tury . Z bananami na twarzach lądujemy w Dolinie Głębokiej . Tutaj zgoła odmienne klimaty niż chwilę wcześniej na górze , czyli spokój , cisza , słoneczko grzeje , że aż nie chce się stąd tyłka ruszyć . No , ale cóż jeszcze kawał drogi przed nami . Zaczynamy od razu z buta , bo na nartach za bardzo się nie da . Trawersujemy zbocza Pachoła , żeby dostać się na grań , która zaprowadzi nas na sam szczyt . Jest ciężko , ale pięknie . Podejście jest bezpieczne, należy uważać jedynie na nawisy w partii szczytowej (a zwłaszcza na przełęczy między wierzchołkami). O 13,30 meldujemy się w punkcie kulminacyjnym naszej tury . Pachoł ( po słowacku Pachol’a ) 2 167 m n.p.m. zdobyty . Kilka fotek i kierujemy się w dół w kierunku Przełęczy Banikowskiej . Początek ,niestety ,dalej z buta , ponieważ góra miejscami wywiana do kamienia . Jakieś sto metrów poniżej szczytu w końcu możemy już założyć narty . Czujny dojazd do Przełęczy i teraz już cała Spalona Dolina jest do naszej dyspozycji . Początek dosyć stromy , ale szeroko , więc zjazd bezstresowy . W górnej części świetnie ,śniegu jeszcze bardzo dużo , ale im niżej tym śnieg bardziej mokry i ciężki , wręcz hamujący .Po prostu jest za ciepło . Na nartach udaje się nam dojechać trochę poniżej Razcestie Pod Prednym Zelenym ( 1 473 m n.p.m.) . Dalej coraz gęstszy las , a też i śniegu ubywa, więc narty przypinamy do plecaków i już pieszo idziemy przez Adamculę w kierunku parkingu , gdzie docieramy ok. 16-tej . Podsumowując , to była piękna majówka i niezła wyrypa . Całkowity czas ok. 8 godzin , przewyższenie ok. 1500m , dystans ok. 14km .
  3. 20 likes
    Tak jak obiecałem, wstawiam troszkę zdjęć z dzisiejszego wypadu Czyrna-Hala-Solisko. Jako że nie przepadam za tym aby opisywać poszczególne fotki, to napiszę ogólnie, przede wszystkim od samego początku na starcie widać zaawansowaną wycinkę drzew, w szczególności na wąskich gardłach lub zakrętach co może cieszyć. Pracę przy budowie zbiornika wydaję mi się że idą sprawnie, (pracowali nawet dziś!), na pewno na ten moment można odnieść wrażenie że na Hali panuje totalna pustka (bez drzew) lecz na pewno widok zmieni się na lepsze gdy przybędą stacje kolei, zbiornik oraz restauracje. Jak można zauważyć na zdjęciach na pewno sporo czasu zajmie im także profilowanie tras. Jeśli pogoda dopiszę to kolejne fotki z mojej strony za 2 tygodnie. Pozdrawiam wszystkich!
  4. 20 likes
    Kilka razy korzystam z wyciągu B i przechodzę na zamkniętą trasę nr 6 która w tych okolicznościach jest off pistowa, tym razem obywa się bez glebowania Pora dołączyć do Ani, trochę freeridowania między licznymi choinkami... Spotykamy się na szlaku między Barborką, a Kurzovni i chwilę idziemy razem Robi się gorąco, a las dookoła chroni przed wiatrem więc... Powoli oddalam się od szlaku wybierając towarzystwo choinek i wystającej czasami kosodrzewiny Ania dziarsko przemierza drogę do szczytu, a ja odbijam w prawo Ania szlakiem dociera do wierzchołka a ja na szagę, tu zaczyna trochę wiać, ale dalej znośnie Widok na Vysoke Hole, Petrovy Kameny, hotel Ovcarna i Figura Pożegnanie z Pradedem Pora na końcowy zjazd koło wyciągu E i przez Barborkę, śnieg mokry, ciężki, nasiąknięty wodą i zleżały... ...i do Ovcarni I wspaniały ostatni dzień kwietnia dobiega końca...a śnieg na drodze i w okolicznych lasach leży prawie do Jesenika, co najmniej 25 km od Pradeda Pozdrawiam serdecznie.
  5. 20 likes
    Praded i okolice... Koledzy z forum hasają na nartach w Słowacji (Chopok, Rohace) lub w Polsce na Kasprowym (moim ulubionym). Dla mnie ze względu na koszty, jednodniowy wypad w tych kierunkach nie wchodził w rachubę! Tradycyjnie sezon narciarski kończę przeważnie w Czechach (nie licząc ewentualnych wizyt w Alpach). W tym sezonie Czesi pozbawili mnie możliwości wyboru. W niedzielę działał tylko jeden ośrodek narciarski, na dodatek to ostatni dzień. Praded (1492m) to najwyższa góra na Morawach. W poprzednim poście nazwałem go czeskim lodowcem, ale przypomniało mi się jak kiedyś rozmawiałem z pewnym Czechem (tak myślałem). Pytałem go, jesteś Czechem czy Słowakiem, na co odpowiedział; ne ja sem Moravec. Wylądowaliśmy więc z Anią w niedzielę na morawskim lodowcu. To najwyżej położone tereny narciarskie w Czechach, na stokach Vysoke Holi (1465m) i Petrovy Kameny (1446m) można wjechać na wysokość 1445m. Czynne były dwa talerzyki B i C i trzy trasy, dwie czerwone; 4,2 i niebieska 1. Śniegu nie brakowało również na nieczynnych trasach. W całej okolicy pełno śniegu, gdzieniegdzie wystawała tylko wysoka trawa bądź kosodrzewina. Jest tu pięć talerzyków i jeden orczyk przy czarnej trasie (najdłuższa 800 metrowa). Dzień udał nam się wyśmienicie, przed wyjazdem nie marzyłem, że tak superaśnie będzie. Było prawie wszystko, zjazdy trasowe, freeride, skitury, a nawet lekka wspinaczka skałkowa. Do pełni szczęścia brakło tylko rozstawionych tyczek i jakiegoś miejsca na podium. Są też pewne niedogodności, to dojazd do ośrodka. Dolny parking w Karlova Studanka (płatny) i dojazd skibusem (płatnym) plus dopłata za przewóz nart . Autobusy kursują co godzinę całą dobę. Powrót z góry tak samo płatny. Druga opcja to dojazd na górę na parking Ovcarna. Oczywiście droga płatna, a poplatek to wydatek 450 koron. Wybieramy (pierwszy raz na kilkanaście pobytów) wjazd na górę autem. Do tego ceny karnetów, pojedynczy wjazd 30 czk; dwugodzinny 300 czk; dopoldni 8.30-12.00 350 czk; i calodeny 500 czk. Dalej już tylko przyjemności. Żeby poprawiać swoje umiejętności skiturowe zabrałem tylko sprzęt do skiturowania. Buty Dynafit TLT i wilczki (zwane przeze mnie - tyngrysami) Amaruq Voelkla. Ustawiamy się w kolejce do wyciągu, a obok mnie pani z pięknym sprzętem, narty Rossignola mnie jeszcze nie zaskoczyły, ale wiązania jak najbardziej. To były Geze, firma znana obecnie z produkcji samozamykaczy drzwiowych i okuć okiennych. Wiązania narciarskie zaczęli produkować już w 1898 r. Na Olimpiadzie w 1936 r Christel Kranz i Franz Pfnur na nartach z wiązaniami Geze typu Kandahar zdobyli złote medale. Nie wiem czy z licencją czy bez, ale te Geze na Rossignolach są identyczne jak nasze wiązania Alfa (zastąpione później przez różne modele Beta). Na nartach z Alfami mogłem czasami pojeździć, jak mi pożyczał czasami mój tato. I tu mała nostalgia... Moje tyngrysy to najmniej sztywna narta na jakich jeździłem, do tego wiązania pinowe Dynafita i buty TLT. To zestaw do którego ciągle muszę się przystosować. Dotąd używałem zdecydowanie sztywniejszego sprzętu. Na twardej i niezbyt równej trasie narty wyrywają we wszystkich kierunkach, włącznie z tymi które ja oczekuję. Kiedy się robi miękko zaczynam panować nad sprzętem turowym zdecydowanie lepiej. Po rozgrzewce na trasie, postanawiam pośmigać na przytrasowym off piste. Początek całkiem udany... ...do czasu jednak, kiedy drzewa zgęstniały postanowiłem gwałtowniej zmienić kierunek jazdy i albo sprzęt, lub mój błąd (bądź oba czynniki) doprowadziły do gleby. But na lewej nodze przestawił się z pozycji zjazdowej do pozycji podchodzenia i dalej poszło szybko... i z Gopro tuż przed glebą... Przed dalszą jazdą freeridową postanowiłem poćwiczyć więcej na trasie nr 4 Ania w kolejce do wyciągu postanowiła się wyróżnić z tłumu i nawet się Jej udało... Ale potrafiła popisywać się także na trasie W tle Petrovy Kameny Jak na Praded pogoda dopisywała, nie wiało zbyt mocno (dlatego nie ma tutaj kanap), a jak świeciło słońce, było ciepło. W kolejce do wyciągu był czas na fotki... Gdybym zwrócił uwagę wcześniej na tabliczkę być może nie byłoby tak fajnie, na szczęście przeczytałem ją dopiero w domu Przyjechało do ośrodka sporo skiturowców, chodzili wszędzie i nikt ich nie prześladował (tak mi się wydawało) A mi po głowie chodziły nowe plany... Pierwszy z nich to "zdobycie" Petrovy Kameny (podobno do 17 wieku była to siedziba diabła, dopiero odczarowano ją za namową cesarza Leopold 1 Habsburg 20 czerwca 1682 r poprzez pokropienie święconą wodą i odprawieniem egzorcyzmów. Po dwunastej zjeżdżamy na parking po jakieś kanapki na ząb, Ania się przebiera na turystycznie i podchodzi na Pradeda, a ja wracam na trasy i zamieniam się w "alpinistę" (w cudzysłowie - zaznaczam). Te ciemne skały o wysokości do około 8 m zbudowane są ze skał metamorficznych (gnejsów i kwarcytów) i słabo zmetamorfizowanych skał osadowych, przeważnie fyllitów. Charakterystyczny wyszczerbiony kształt zawdzięczają intensywnemu procesowi wietrzenia mrozowego W końcu i ja zdobywam szczyt.. Teraz wyglądam kolejnego szczytu, to Praded na którym nigdy dotychczas nie byłem. Pora na freeridy i skitury w drodze na szczyt, na który podąża już Ania. Podsumowując, dzięki skiturom rozwijam się w szerszym aspekcie niż dotychczas, szkoda jednak, że tak późno, bo czasu mam coraz mniej, a tyle jeszcze miejsc do zwiedzania!!! to narka...
  6. 19 likes
    Prawdopodobnie ostatnie tury w tym sezonie postanowiliśmy zakończyć z przytupem, padło na Baranie Rogi od Zielonego Stawu. Ruszany z Andrychowa dość późno jak na nas bo o 4 rano w składzie Rafał Z., Filip no i moja skromna osoba, jak się potem okazało uzbierało się nas znacznie więcej. Na parkingu Kieżmarskiej Białej Wody meldujemy się trochę przed 7 rano standardowe gramolenie i ruszamy z buta trekingowego doliną Kieżmarską w stronę Chaty przy Zielonym Stawie. Jak widać towarzyszy na dość młody skiturowiec Alex na razie bez nart ale wkrótce go dogonią, idziemy spokojnym tempem przez około 5,5km. Dwa kilometry przed schroniskiem pojawia się śnieg wysokość około 1400m.n.p.m. część ekipy zaczyna foczyć a ja dalej cisnę z buta bo z doświadczenia wiem że pewnie na ciekach wodnych będą przerwy w śniegu i będzie trzeba ściągać narty lub na żywca po kamolach latać, jak się okazało miałem racje ale nie było aż tak tragicznie. W końcu po około 2,5h-3h docieramy nad staw gdzie posiedzimy z godzinę zbierając siły. Tutaj dość nietypowa niespodzianka nas spotyka mianowicie gospodarze schroniska postanowili odśnieżyć szlak prowadzący do nich używając do tego traktora Jak widać śniegu jeszcze z metr na wysokości 1551 m. przez co odśnieżanie idzie bardzo wolno. Jak wspomniałem wcześniej siedzimy przy schronisku chwile i czekamy na resztę towarzystwa która zadeklarowała chęć wspólnego foczenia w ten sposób uzbierało nas się 8 luda 7 na nartach 1 pieszo Około 10:30 ruszamy w kierunku czoła Dzikiej doliny. Dochodzimy do pierwszego żlebu i tutaj pakujemy narty na plecy i jazda do góry kolega próbował foczyć w żlebie ale po kilku zakosach poddał się za wąsko było. W żlebie mijamy kilka fajnych wodospadów idzie się dobrze śnieg mokry ale nie osuwa się raki kompletnie w tym miejscu zbędne. mijamy żleb i wchodzimy do Doliny Dzikiej, zastajemy tam przeogromne hektary śniegu już na samą myśl o zjeździe gęby cieszą się nam niemiłosiernie. Napotykamy po drodze gapowiczów dolina ma jedno przełamanie a na jej końcu po lewej stronie jest wlot na Baranią Przełęcz gdzie zmierzamy żleb prowadzący na nią jest dość stromy dochodzi do 45 stopni. W końcu docieram na przełęcz gdzie rozdzielamy się Ja, Rafał Z. Filip i Marta postanawiamy wyjść na szczyt a reszta z różnych powodów zostaje na przełęczy i delektuje się widokami ponieważ pogoda była dla nas łaskawa i przegoniła chmurska które jeszcze godzinę wcześniej zalegały na szczycie i niżej czasem opłaca się wolno bez pośpiechu dreptać W kierunku szczytu trzeba zrobić lekki trawers w dość mocno nachylonym zboczu ale trudności nie sprawia przy zachowaniu dużej ostrożności. Po około 20-30 minutach stajemy na szczycie z bananami na twarzy bo za chwile będzie to co lubimy najbardziej czyli zjazd I takim sposobem zrobiliśmy kolejny szczyt do Korony Tatr kończąc sezon Skiturowy . kilka danych odnośnie trasy mniej więcej tak zmieściliśmy się w maksymalnych wartościach czasowych: Trasa: Parking w okolica Kieżmarskich Żłobów (przy żółtym szlaku) - Schroniska nad Zielonym Stawem w Dolinie Kieżmarskiej - Dolina Dzika - Barania Przełęcz (2389 m) - Baranie Rogi (2526 m) Podejście: ok. 1600 metrów. Od schroniska ok. 900 metrów. Zjazd: W lini podejścia. Przy dobrych warunkach śnieżnych da się zjechać do samego parkingu. Trudność: S3-3+ Nachylenie: maksymalnie 45 stopni Zagrożenia: lawiny na podejściu żlebem przez próg Doliny Dzikiej, oraz pod Baranią Przełęczą Czas: podejście ok 5-7h, zjazd ok. 1-2 godz Schroniska: Nad Zielonym Stawem w Dolinie Kieżmarskiej Sprzęt: Raki, Czekan, ABC Lawinowe, ew. Harszle Film z ostatniej tury w tym sezonie. Pozdrawiam Rafał Foty: Ja Rafał Z. Filip Marta Przemek
  7. 19 likes
    A teraz ciężka artyleria 😂 Zdjęcia z dwóch pierwszych dni. Ale to chyba bez znaczenia.
  8. 18 likes
    Śladami nowej gondoli. Wybrałem się dziś zobaczyć którędy teraz wyjeżdżać będziemy na Halę Skrzyczeńską. W miejscu gdzie trzeba się zatrzymać na "3" przejeżdżając przez drogę pierwsze fotki: w stronę parkingu: w górę: Trochę wyżej: znalezisko: Poniżej pierwszej ścianki licząc od Hali S. gondola wpadać będzie na trasę nr "1": A obok, niestety tędy w górę już nie pojedziemy: Za tydzień zobaczymy jak postępy. Spotkani znajomi Szczyrkowianie narzekają, że mogliby trochę przyśpieszyć.
  9. 18 likes
    No i jest filmik. Nie wszystko wyszło jak chciałem, muszę w końcu kupić konkretny program... Miłego oglądania.
  10. 16 likes
    Tytuł tej relacji chyba powinien brzmieć "jak odwala po czterdziestce"... Jeszcze niedawno wypalałem paczkę papierosów dziennie, a podstawową rozrywką w weekend było wędkarstwo. Oczywiście w wersji gruntowej - zarzuć i zapomnij. No chyba, że jakimś cudem coś wzięło, to trzeba było wspiąć się na wyżyny wysiłkowe. Ale zostawmy ten temat. Zmieniłem tryb życia i teraz w czasie poza narciarskim jeżdżę dużo na rowerze. Do tego zainteresowałem się nietypowymi maszynami jak Fat Bike. Nie umknęło to uwadze pewnemu teamowi, zwłaszcza kiedy napisałem im test roweru. No i się zaczęło... Po Fat Bike Race Góry Stołowe, zostałem namówiony na start w Bike Maratonie. Żebym tak choć w jednej edycji z całego cyklu wystartował. Miałem debiutować w Zdzieszowicach, ale ze względu na pogodę ( sypał śnieg ) wolałem udać się na Chopok. Druga szansa przyszła szybko, bo w ten weekend we Wiśle. Pogoda według prognoz miała być piękna, ale im bliżej weekendu, tym była gorsza. Co zrobić, kiedy start już opłacony, a koledzy z teamu nawet numerek startowy mi przysłali. Do tego piękne ubranko firmowe. Na kolejne edycje musiałbym przejechać kawał drogi, więc to była tak naprawdę ostatnia szansa. Umyłem maszynę, przesmarowałem i wydawało się, że jest gotowa. Niestety podczas mysia zauważyłem, że mam urwaną szprychę, która goniła sobie swobodnie i mogłaby narobić szkód. Usunąłem ją i teoretycznie nie ma się czym przejmować. Jednak takie miejsce zawsze jest lekko osłabione i w ekstremalnych warunkach może zawieść. Za to Boss teamu nie zawiódł i załatwił mi serwis, ale niestety panowie szprychy nie mieli. Stwierdzili, że pozostałe 31 powinno mi wystarczyć. Ale cofnijmy się nieco. Niestety nie ma bagażnika rowerowego w aucie i musiałem porozbierać brykę. Rower oczywiście! Pościągałem koła i wszedł. Spakowałem wszystkie niezbędne rzeczy, jak kask czy numerek startowy i heja do Wisły. Pozostało pytanie gdzie zaparkować, bo w centrum wszystko płatne, a samochód dobrze mieć blisko. Wiem! Skolnity! Pod skocznią. Na ten sam pomysł wpadł jeszcze jeden osobnik i nikt więcej. Za to poniżej wszyscy się tłoczyli i szukali miejsca choćby przy drodze. Oto jak przydaje się wiedza narciarska. Powoli powyciągałem rower, poskładałem go uważnie i ruszyłem w miejsce startu. Pogoda w tym czasie średnia - chmury, ale bez deszczu. W sumie to dobrze, bo upał nie jest taki fajny. Spotkałem Bossa teamu, który starował z innego sektora. Krótka pogawędka i czas się rozgrzać. Niestety zimno mi się robi i nawet kilka kilometrów rozgrzewki tego nie zmienia. Do tego wcześniej udaję się na start, żeby być na czele - doświadczenie z Gór Stołowych. Niestety nie dostrzegam Matiego, pewnie ustawił się gdzieś pod koniec. Nie dostrzegam też innego kolegi z teamu, który nie przyznał się, że będzie. Pozostaje włączyć zapis GPS i czekać na swoją kolej. Kiedy ruszyło 6 sektorów, czas na nas, czyli siódmy. Podjeżdżamy na start, odliczanie i go! Początek to rundka przez centrum Wisły, gdzie dopingowały nas tłumy kibiców. Ostatnim razem tak liczne spotkałem na Śnieżce. Peleton zaczyna się rozciągać, a koło mnie przelatuje Mati1981. Nawet mnie nie dostrzegł, ale pewnie też nie widział wcześniej mojego ubranka firmowego. Trasa powoli zaczyna się zwężać i rośnie nachylenie. Staram się oszczędzać siły, bo z góry założyłem, że jadę średni dystans czyli Mega: 46 km i 2000m przewyższenia. Gdyby mi dobrze szło, to rozważałem full opcję tj. Giga: 61 km i 2700m przewyższenia. Niestety nie czuję mocy. Wyraźnie ostatnio za mało treningów. Ale staram się utrzymywać przyzwoite tempo. Gdzieś w środku pierwszego podjazdu wyprzedza mnie kolega z teamu, który właśnie się nie przyznał do udziału. Krótka dyskusja i poszedł mocniej do przodu. "Kurcze, chyba coś za słabo jadę" - pomyślałem. Ale nie zwracam uwagi na innych i realizuje swój plan. Przede wszystkim oszczędzać siły na później. Podjazd się kończy i dojeżdżamy do miejsca gdzie trzeba zdecydować jaki dystans jedziemy. Chwila zawahania i cisnę na Mega/Giga - kolejna decyzja dopiero na 40-tym kilometrze. Trochę jazdy po szczytach, praktycznie bez chwili wytchnienia. Trochę zjazdu i znowu do góry, aż w końcu dojeżdżamy do pierwszego dłuższego zjazdu. Niestety w drugiej jego części bardzo stromo i tu raczej niczego nie nadrobię. Pod jego koniec zsiadam z roweru, tak samo robi 90% zawodników. Jeden ciśnie i nawet daje rady. Ale to był pierwszy pogrom. Kawałek dalej łatają flaki, a jeden osobnik miał nawet ósemkę z obręczy! Widać umiejętności techniczne to nie wszystko. Trzeba też uważać na sprzęt. Jeden flak może zniweczyć wysiłki, jeśli ktoś walczy o każdą sekundę. Ponownie zaczynamy dłuższy podjazd, a następnie jazda góra dół. Czasami wplecione są trudniejsze odcinki w postaci singli, nie koniecznie zjazdowych. Mimo kilku suchych dni, są miejsca, gdzie mnóstwo błota, bo drogą płynie strumyk. No i co z tego, że jest w dół, kiedy rozpędzić za bardzo się nie da? Niemal każdy zjazd obfituję w różne trudności techniczne i za każdym razem kilku kolarzy łatających dętki. Do tego na trasie leży mnóstwo bidonów. Jakby ktoś się przeszedł trasą po zawodach, prawdopodobnie nazbierał by ich co najmniej 50! Dopiero zjazd do Brennej pozwolił na więcej. Ale i tak trzeba było uważać, żeby nie złapać tzw. snejka. Tutaj chwila oddechu, kiedy wjeżdżam na asfaltową drogę. Ale fajnie! Tak równo, prosto, sucho... Sielanka szybko się kończy i od razu zaczyna ostry harpagan. Miejscami trzeba zsiąść z roweru. Ale umiejętność prowadzenia bikea pod górę też w cenie. Tą techniką doganiam wielu zawodników. Oczywiście oni też prowadzą rowery. Po za tym, poniżej pewnej prędkości nie ma sensu jechać! Człowiek szybszy jest pieszo i traci mniej sił. Chyba większość to dostrzegła. Ale ja zaczynam mieć inny problem - tylna przerzutka. Wspomniałem wcześniej, że nie była dobrze wyregulowana, no i w ekstremalnym obciążeniu zaczynała zawodzić. A to nie mogłem zmienić biegu na wyższy bez kombinowania (dwa do góry i jeden wstecz), a to przy redukcji na największą tarczę spadał łańcuch. Tracę przez to sporo czasu, ale jakoś udaje mi się nad tym panować. Po jakimś czasie nie wytrzymuję i robię ekspresową poprawkę, wykręcając linkę. Udało się! Teraz pracuję niemal bez zarzutu! Ale chyba czasem jest blokowana przez błoto. Tego niestety coraz więcej, bo najpierw zaczyna siąpić, a następnie lać! Powstaje kolejny problem - zaparowane okulary. Zastanawiam się nawet, czy ich nie ściągnąć, ale wtedy deszcz wali po oczach. Więc jadę w połowie po omacku, co czasami kończy się najechaniem na jakiś głaz czy inny korzeń. Znowu muszę uważać i nieco zwalniam. Gdzieś chyba w połowie, może nieco po za połową dystansu ponownie sielanka. Długi asfaltowy zjazd. Wreszcie mogę "poszaleć". Ten jednak koczy się zakrętem 90 stopni (zjazd na szuter), schowanym za zakrętem. Ostre hamowanie, oba koła w poślizg, ale udaje się wpasować, choć z lekką stratą. Oczywiście za tym miejscem ponowna wspinaczka, ale dłuższy czas po równiutkim asfalcie. Patrze na czas, na zrobiony dystans i już wiem, że na Giga nie mam szans zdążyć. Do tego czuję się już tak zmęczony, że nie porwałbym się na niego. Wspomnę tu jeszcze o bardzo fajnym technicznym odcinku. Coś w rodzaju singla, ale takiego między skałami - super! Za nim kolejny zjazd i zabawna sytuacja. Otóż cały czas wyprzedzaliśmy się z innym gościem, ale tu dotarliśmy razem. Kolega się zatrzyma, wskazał zjazd i powiedział: "proszę". Wyraźnie na zjazdach bardziej się bał ode mnie i chyba temu te ciągłe przetasowania między nami. Ale w końcu zaczął się ostatni podjazd. Tym razem dość lekki, coś jak na Szyndzielnię czerwony szlak. Łatwo było złapać rytm i powoli do przodu. Tutaj nawet co nieco nadrobiłem. Wyjechaliśmy na szczyt i ponownie jazda góra dół. Przy każdym zjeździe już myślałem, że to będzie ten ostatni, ale ciągle za mgłą ukazywała się kolejna mała górka. Dopiero po 42 km jazdy, wreszcie tylko na dół. Ale tu wpleciono niezbyt długi singiel - trudność średnia, ale w błocie i po korzeniach. Dalej miejscami dość stromy szuter, później asfalt i już byłem pewny, że będzie sielanka. Nie tak szybko! Wpleciono jeszcze kawałeczek singla, który wydawał się mega łatwy, ale właśnie tam trafiłem na korzeń i było ciepło... Dalej już asfaltową drogą do mety. Ale byłem szczęśliwy, kiedy ją mijałem! Wyrypa zakończona! Aż sam w to nie wierzę. Mój czas i miejsce nie powalają - 4.34.51, 340 w generalce,94 w M4. Ale głównym celem było ukończyć zawody i zdobyć doświadczenie. Jestem cały przemoczony i z błota. Rower tak samo. Na szczęście organizatorzy zadbali o myjki i po chwili bryka była jak nowa. Nawet smar z łańcucha i zębatek zszedł! Gorzej z właścicielem. Mogłem co najwyżej wskoczyć do Wisły, ale tam zimno. Udałem się po posiłek, porobiłem jeszcze kilka ujęć, rozejrzałem się za kolegami, ale chyba dawno temu już pojechali. Zarówno z teamu jak i mój imiennik. Jest mi zimno, leje deszcz, więc szybko do samochodu choć trochę się ogrzać. Niestety nie przewidziałem opadu, bo w prognozach go nie było i nie zabrałem niczego ciepłego do ubrania. Zrzuciłem mokre, ubłocone ciuchy i jedyne co mogłem zrobić, żeby jakość znieść temperaturę, to założyć 2 T-shirty. Poszedłem jeszcze na dekorację, którą obserwowało może kilka osób - nic dziwnego patrząc na pogodę - i postanowiłem wracać do domciu. Po zawodach od razu kilka wniosków. Po pierwsze SPD obowiązkowo! Kupiłem przed samymi zawodami, ale koledzy odradzali jak nigdy nie próbowałem. W pół łyse opony to też nie najlepszy pomysł na zawody. Po za tym chyba poszukam innych, lepszych na zjazdy. Przerzutki obowiązkowo muszą być wyregulowane perfekt! Jakakolwiek odchyłka od normy, w ekstremalnej sytuacji zawodzi całkiem. Do tego koniecznie napęd 1x coś tam - 1x12, 1x11, 1x10. Przednia przerzutka, kiedy nie ma czasu, jest bardzo upierdliwa, nawet dobrze wyregulowana. Sztyca pneumatyczna regulowana z kierownicy super sprawa! Bardzo pomaga na zjazdach. Szkoda, że dostałem ją tylko do testu, bo sprawdziła się rewelacyjnie! Mimo małego skoku wynoszącego 65 mm. Może jeszcze o samych zawodach. Organizacja na najwyższym poziomie! Podobnie jak Śnieżka Uphill Race - ten sam organizator. Wszelkie formalności można załatwić przez internet i przyjechać prosto na start. Trasa znakomicie oznakowana i nie tylko chodzi o wskazania kierunku jazdy. Każde trudne miejsce jest oznaczone i w zależności o stopnia - jednym, dwoma lub trzema wykrzyknikami. Tras bardzo urozmaicona. Spotkamy wszystko co można w górach - ostre kamieniste zjazdy, single, odcinki z błotem, jazda między skałami, trudne i łatwe podjazdy, szybkie odcinki asfaltowe, czy nawet odcinki trawiaste. Na mecie czekają już dziewczyny z napojem, a kawałek dalej ciepły posiłek. Jest kilka stanowisk z myjkami ciśnieniowymi, z których skorzystać może każdy. Jest też serwis rowerowy. Nie wiem czy jeszcze będę chciał występować w tego typu zawodach, ale co przejechałem to moje i bardzo się cieszę! Wrażenia niezapomniane, więc pewnie będzie kusić. Ha ha, ale jak się jednak wkręcę, to może kiedyś będzie mi dane potrzymać puchar, a nie tylko oglądać... Pozdrawiam, Johnny
  11. 16 likes
    Majówkę czas zacząć! Nie inaczej jak na nartach. Niewątpliwie z pomocą przyszedł TMR ze Sprytnym Karnetem i fenomenalna pogoda! Nie mogli odmówić, więc zapowiedzieli działalność do 1 maja, choć pewnie najchętniej wyłączyli by wszystko... Pobudka o świcie, bo nie pamiętam na co budzik ustawiłem. Sprawnie się pozbierałem, przez chwilę podziwiałem wschód słońca i strzała! Przejazd poszedł sprawnie i gdzieś tak 8.10, może kilka minut później, melduję się pod Biela Put. Gramolenie nieco zajęło,ale w końcu nieco po otwarciu ruszam na krzesełko. Najpierw oczywiście fotki, ujęcia filmowe itp... Kolejka do krzesełka szybko stopniała, ale niespodzianka czekała dalej - kto wymyślił ten twinliner!? "Biedronka" nie zabiera zbyt wielu na pokład i w ten sposób powstaje wąskie gardło. Swoje musiałem odczekać. Jakże irytujące jest, jak się prawie wchodzi, a tu stop! Przecież mogli puścić z rana krzesło na Lukovą, ale jest wytłumaczenie - brak śniegu, choć komu on na dole potrzebny? Po prostu trzeba wciągnąć ludzi pod Funitela, a później mogą wyłączyć. Ale w końcu dotarłem i od razu skontaktowałem się z Jaśkiem. Co jak co, ale Jasiek zawsze na Pole Position! Już zdążył przetestować trasę i jest nieźle*! Czekam pod dolna stację Funitela i dalej już śmigamy razem. Nawet stąd widać, że warun na trasie jest! Nie mogę się doczekać! Ale Jasiek szybko dojeżdża i ruszamy razem do gondoli. Pierwszy przejazd na północy kończy się wielkim uśmiechem na twarzy. U góry twardo, wręcz lodowo, ale dość równo, jak na wiosnę... Poniżej Lukovej szybko mięknie, ale to taka tu granica - powyżej twardo, poniżej od razu miękko.Pierwsza część dnia super poniżej, druga powyżej... Próbujemy południe, bo pewnie tam będzie bardziej miękko... Niestety nie było ratrakowane i do tego tu nie puściło! Zazwyczaj to tu najszybciej robi się miękko, ale nie dziś! Oto właśnie Chopok! Tu wszystko jest możliwe. Zjeżdżamy tam raz, bo niestety trawers już wytopiony. Ale trasa 33a super! Szkoda, że się nie postarali. Co by nie mówić o Szczyrku, to jak trzeba, z łopatami zasuwają... Wracamy na północ, bo tu jednak lepiej. Przy okazji próbujemy nieco freeridu wśród Kosodrzewiny. Możliwości ograniczone, ale da się nieco poszaleć. A to przecież już maj! Oczywiście była przerwa na browara, ale na Kosodrevinie, bo tu już pozamykali... Pozostaje Rotunda, z której mamy fantastyczne widoki! Człowiek tak mógłby siedzieć i patrzyć na te widoki bez końca... Ale trzeba się zebrać i cisnąć dalej. Teraz trasa do Lukovej super, ale poniżej morskie fale! Próbujemy więc inne opcje - FIS górna część, czy freeride wśród kosodrzewiny. Jest nieźle, przynajmniej w drugim przypadku. Co jak co, ale Chopok daje sporo możliwości, nawet w maju! Góra jest bardzo chimeryczna, ale potrafi się odwdzięczyć... Niestety zmęczenie dawało się we znaki, bo warun trzeba wykorzystać. Ostra jazda do samego końca! Ostatnie wejście przez bramki 15.24. To juz wiedziałem, że nie zdążę i za Lukovą skręciłem na czarną. To była wisienka na torcie! Miękko, równo i tylko krótkie zawężenia. W zeszłym roku w kwietniu wyglądało to dużo gorzej! Och, czemu tego krzesła na Lukovą nie puścili!? Ale jazda! Dojechałem do Jasnej i dostałem asekuracyjne sygnały od obsługi, że krzesło na Biel Put już zamknięte... Pozostało skorzystać z czapek śniegu, żeby nie drałować z buta.Może trudno uwierzyć, ale tak dotarłem do jakieś 200 metrów od parkingu. Trochę dreptania i jestem na parkingu. Czas skończyć ten fantastyczny dzień! Przepraszam! Ten beznadziejny, bez klimatu, kosztowny,za karę spędzony, z kamieniami, itp... Dzięki Jaśku za towarzystwo! To była top majówka! Wstęp do przyszłego sezonu! To już niedługo... Jak sami widzicie na załączonych zdjęciach - dzień do d... Fatalne warunki, kamienie, brak mgły, zawieruchy, tłumy ludzi - po co tam się pchać? Pozdrawiam, Johnny
  12. 16 likes
    Do Karlova pod Pradziadem docieram ze sporym opóźnieniem, po drodze mżawka albo mgła, albo jedno i drugie. Przepala mi się żarówka, nigdzie nie ma kantoru otwartego i nie mogę kupić mapy turystycznej, a czas płynie. W Głuchołazach dostaję wreszcie wszystko. Czesi mnie straszą mandatem i muszę zjechać na dół na parking. Mam dodatkowy kilometr do przejścia. Niebieskim szlakiem do Vysoka Hole mam około 8 km. Pierwsze 1.5 godziny lekko pod górkę drogą asfaltową, w turowych butach średnio wygodnie, dalej po kamieniach, ziemi i śniegu zdecydowanie wygodniej. Szlak prowadzi wzdłuż rzeki Moravicy. Moravica to górska rzeka która wpada do Opawy i jest spławna dla kajakarzy, którzy często organizują na niej spływy. Oczywiście nie dotyczy to odcinka w Velka Kotlina. Idąc szlakiem cały czas towarzyszy mi szum potoków Cały szlak, aż do Velky Kotel prowadzi przez mieszany las, bukowo-świerkowy. Po ponad 2 godzinach docieram do granicy dolnej kotła, gdzie wita mnie znana tablica Teraz zdecydowanie robi się bardziej stromo i pojawia się wreszcie śnieg. Docieram do punktu postojowego z tarasem i widokiem na kocioł Skąd ta kotlina i kocioł? Velka Kotlina to jedyne miejsce w Jesionikach gdzie przed setkami tysięcy lat był górski lodowiec i to dzięki jego pracy zawdzięczamy, że powstał piękny kocioł lodowcowy, znany również pod nazwą kar lub cyrk lodowcowy. Widok z tarasu nie napawał mnie optymizmem, śniegu mało, w zasadzie tylko trochę w żlebie tuż przy skałach po lewej stronie. Wchodzić czy wracać, zastanawiam się chwilę, ale wiadomo, że pójdę dalej i pośmigam w ostateczności do przełamania. Wielka Kotlina to jedno z miejsc, gdzie najczęściej w Czechach schodzą lawiny. Trochę zginęło tu narciarzy i snowboardzistów, ostatnio w 2010 r przy 3 stopniu lawinowym 35 letni skialpinista, a rok wcześniej snowboardzista. Trzeba zachować szczególną ostrożność! Lawiny to jednak też pozytyw, bo dzięki nim kotlina nie zarosła gęstym lasem i mamy możliwość pohasać po jej zboczach i żlebach. W dolnej części kotła spotykam ciekawe drzewa-krzewy, to karłowata brzoza, brzoza niska, omszona i brodawkowata, a w zasadzie jej mieszanki. Przypominają mi te z Norwegii. Gdyby skiturowi kozacy zatęsknili za północnymi klimatami, to może w zastępstwie... Trochę śniegu w żlebie dostrzegam Wychodzę wreszcie powyżej linii lasu, śniegu tu zdecydowanie więcej i widać, że będzie po czym poszurać. W końcu zakładam foki i foczę z przyjemnością w kierunku przełamania Po przekroczeniu przełamania i wyjściu na wypłaszczenie niemiła niespodzianka. Brak śniegu, a dodatkowo od południa do kotliny szybko zbliżają się ciemniejące chmury. Postanawiam na Vysoka Hole dojść po trawie na nartach, wydaj mi się, że tak będzie szybciej. Szczyt już blisko... Przed chwilą widziałem Pradziada, ale przykryły go chmury Kotlina znika również Robię kilka zjazdów na płaskiej części, dojeżdżając do granicy kotła, ale w końcu trzeba zmierzyć się z czymś poważniejszym. Kieruję się w stronę żlebu przy skałach. Tylko czemu turlają się koło mnie te śnieżne kulki? Śnieg do jazdy w środę jest o wiele łatwiejszy niż był w niedzielę. Jeszcze wiatr rozwiał gdzieś chmury z doliny i poprawiła się ponownie widoczność. A Wielki kocioł i żleb w czasie zimy wygląda zazwyczaj tak (zdjęcia z netu)... PS i jeszcze news z ostatniej chwili, właśnie otrzymałem wiadomość... Pozdrawiam serdecznie.
  13. 15 likes
    Nasz wyjazd powoli zbliża się do końca ale powinniśmy mieć jeszcze co najmniej jeden bardzo dobry dzień. Rano żegnamy krewetki, krótki skok przez morze i lądujemy na Uloyi - wyspie z jednym szczytem (i czterema wierzchołkami). Początek już znacie było jak zawsze, las (tym razem nawet z wygodną drogą i oznakowaną ścieżką!!!), hala, szczyt. Nie dziwię się, że Uloya jest taka kultowa bo widoki są tutaj powalające. Dużo wody w pierwszych planach i otwarte kierunki. Po drodze możemy zobaczyć nasze ostanie cele i Wielka Kupa (ta z prawej) co się z Diupvik jawiła niewinnie wygląda... Nasze wcześniejsze cele z Lyngseidet też możemy podziwiać w oddali. Na szczycie jak już wspomniałem jest bardzo ładnie. Kusi nas z Tomkiem aby zjechać na "ciemną" stronę Uloyi. Ta góra jest zupełnie analogiczna do tych wcześniejszych z jednej strony przyjazna i łagodna a z drugiej ściany. Ponieważ czeka nas dalszy rejs i już nie ma za dużo czasu to odpuszczamy, szczególnie, że zjazdu nie szło wcześniej zobaczyć. I było to Tomku do zrobienia! Tymczasem ekipa rozluźniona, spokojnie relaksuje się w tych pięknych okolicznościach. To 7 dzień łażenia, zero spinki. Wyjazd udał się już za...ście. Dokumentuje więc te zarośnięte od dwóch tygodni twarzyczki - pewnie wyglądam tak samo. Patrząc na Piotra widać, że musiał zahaczyć o maszynkę (podobnie też MajorSki) Ale reszta była normalna - nie musieliśmy się nikomu podobać. A właściwie to... nawet nie chcieliśmy się nikomu podobać! U El Capitano stanu zarostu nie udało mi się sprawdzić. Najlepsze, ze bałem się, że po 11 dniach przebywania w ciasnocie żaglówki będę miał już dość tych typów a tu wprost przeciwnie. Tematów do rozmów nie zabrakło do końca mimo, że wyjazd był prawie bezalkoholowy (te ceny w Norwegii kosmos...). Co to znaczy właściwa ekipa... Z czystym sumieniem powiem to nie był kolejny najlepszy dzień w Norwegii. Seria kiedyś musiała się skończyć a dorównać zjazdowi z Sormegaisa nie jest łatwo. Ale to był piękny dzień. Dokładnie piękny. Wsiedliśmy do łódki i niczego już nie oczekiwałem. A tu bonusik całkiem niespodziewany dostaliśmy (a już szczególnie ja). raz, że piękny zachód słońca był jak przepływaliśmy obok naszych pierwszych szczytów norweskich (co je też o wschodzie słońca obserwowaliśmy) Ale dwa solidnie dmuchnęło. El Capitano zarządził rozłożenie grota i gafla co wszystkich zelektryzowało Sesje foto szybko się skończyły i zaczęła się jazda. A najlepsze, że za sterem stał (zapierając się nogami z całych sił) niżej podpisany! Pozdro Wiesiek
  14. 14 likes
    Tak sobie mieszkamy. Miejsce wybrane z myślą o synu. Dni długie, więc zabawa na świeżym powietrzu mile widziana. Podwórze z przepaścią, czyli doliną Stubai. Zdjęcia tego nie oddają ale mieszkamy w Telfes na prawym zboczu jadąc na lodowiec. Grill i browar również 😉
  15. 14 likes
    Fotki zorzy piękne, to jednak się tam działo. No cóż ja miałem wtedy fizycznie najgorszy dzień, nie zjechałem dwa razy, nie wstałem na zorze. Ale najważniejszy zjazd zaliczyłem w pełnym gazie. Najlepszy dzień i tak mało zdjęć z gór, tak nie może być No to sklep na początek Taki rest to ja rozumiem Radość podejścia Piękny czysty puch Dwie linie po dwóch zawodnikach na razie Banany po zjeździe Szczyt to Sorbmegaisa (1288m). Mi wyszło 1350m vertical, więc Wieśkowi i ekipie z dwoma zjazdami pewnie z 1700m może nawet. To będzie więc rekord przewyższenia w Norwegii.
  16. 14 likes
    Dzisiaj z Krzyśkiem (@bolec) „popełniliśmy” Rohace, i to była jedna z lepszym narciarskich decyzji tego sezonu . Rano trasa, po nocnym mrozie miejscami (szczególnie w dolnym odcinku) dosyć twarda, ale szybko zaczęła puszczać i potem już było tylko lepiej… miękko, muldy, odsypy, bajka . Pogoda genialna, szczególnie w takich okolicznościach przyrody. Jeśli pogoda dopisze, to pewnie w środę powtórka .
  17. 13 likes
    Relacja liniowa zmierza do końca samotny zawodnik Wujot dobiega do mety. Czy go jeszcze ktoś przywita, czy wszyscy poszli do już domu??? Nasz poprzedni dzień skończył się późno w nocy w Oldervik. Z wyliczenia czasu wychodzi nam, że musimy wypłynąć najpóźniej o 16.00 aby zrobić klar i zdać statek. Kamil & Co wyznaczyli więc pobliski cel. Problem jest tylko taki, że trzeba dojść (i wrócić) asfaltem 5 km, co nikomu się specjalnie nie uśmiecha. Sprawdzamy autobusy i okazuje się, że mamy w tamtą stronę o 10.00 i powrotny o 15.00. Słabością takiego planu jest brak elastyczności. Jakoś zbieramy się jednak na ten autobus, w momencie jak przyjeżdża to zmieniamy zdanie i postanawiamy wejść na całkiem imponującą górkę nad portem. Musiało to strasznie śmiesznie wyglądać - przyjeżdża autobus a goście w tył zwrot. Nie jest to jednak takie absurdalne bo Robert w rozmowie z miejscowym dowiedział się, że z tej górki jakiś Francuz zjeżdża. A skoro może Francuz to my też. Wobec tego ramowy plan wygląda tak: Pogoda jest zmienna i raczej słabo z widocznością. Znajdujemy jakieś stare ślady i jak się już domyślacie lądujemy na szczycie. Robi się niskie przejaśnienie i widoki są przednie bo krajobraz, ogólnie pełne mleko, ale na Alpy Lyngeńskie (z drugiej co wczoraj strony) jest żyleta. Z naszej strony przez chwilę jest tak Z czasem się kiepści i przed zjazdem jest jakoś tak Pora pomyśleć o zjeździe - nie uśmiecha mi się łagodna droga podejściowa (bez historii). Podobnego zdania jest MajorSki, MarioJ i Betti (Robert) - postanawiamy zjechać przyuważonym wcześniej mało wyrazistym ale za to stromym żlebem. Prawdę powiedziawszy nie jest to super rozsądne: raz, że nad nim jest potężny nawis (co prawda jesteśmy prawie pewni, że z lewej (orograficznie) powinien być dobry wjazd a dwa, że widoczność naprawdę się pogarsza, więc wycelowanie na łagodnej kopule (bez wpakowania się w nawis) w to miejsce będzie wyzwaniem. Ale zawsze przecież możemy zawrócić. Poniższy track jest dowodem, że istnieją tajemnicze zjawiska i tylko splątanie na poziomie kwantowym może je wyjaśnić. Otóż niebieska linia to droga rejestratora Mariusza a czerwona... Mariusza. Zjazd na pewno dostarczył emocji, szczególnie mnie pierwszemu. Nie widziałem nic a stok stromy a na nim parę bryłek lodu wielkości małych lodówek absorpcyjnych. Na dole byliśmy w pełnym składzie bo akurat reszta powoli doszlusowała. Dalej było za to niesamowicie przyjemnie bo już były punkty orientacji: drzewa, krzaki, trawy. Chłopaki pojechali wzdłuż koryta strumienia ja znalazłem snowboardowy ślad po prawej, pojechałem przez las i wylądowałem ze 200 m dalej. Przy łódce byliśmy koło 15.00 i kapitan dosłownie od razu zarządził wymarsz. Na miejscu w Tromso czekało nas sprzątanie i pakowanie. Później parę godzin snu i w nocy żegnaliśmy się z łódką w takich to okolicznościach. Sypało pięknie. Jeszcze było trochę lotniskowych przygód ale to już może inni dopiszą plus statystyki, nomenklaturę i parę nie poruszonych tematów. Ale ogólnie udało się tę relację dociągnąć! Pozdro Wiesiek
  18. 13 likes
    Idealny dzień (w ujęciu skippera) Czyżby moi koledzy nie tylko zostali gdzieś daleko z tyłu na tym szlaku co go przecieram ale zgoła poszli sobie gdzieś w bok robiąc ze mnie Latającego Holendra??? Halo Panowie, miało być wspólnie, obudźcie się i ruszcie tyłki (a właściwie pióra)!!! Na początek sytuacja. Po lewej macie naszą wczorajszą turę na Wielką Kupę. Na prawo jest kolejny cel. Dość dokładnie obejrzeliśmy go sobie dzień wcześniej co niosło za sobą bardzo określone konsekwencje. Niezbyt nam się podoba wizja dymania nadmorską drogą 3 kilometrów. Ale ekonomia czasowa zwyciężą i początek jest taki. Z drogi nie mamy zamiaru ustąpić. Na środku foty nasza górka. Schodzimy na szlak przy sklepie w którym Robert kupuje kilogram cukru. Po co mu kilogram cukru w plecaku ? . Wygląda mi to na jakąś ofiarę rytualną. Będę dalej śledził uważnie poczynania mojego doświadczonego kolegi. Wchodzimy w las - jest tam założony ślad. Ale to jakaś masakra: stromo, gęstwa taka, że trzeba dosłownie przeciskać się między drzewkami, do tego upał. Co jakiś czas foki puszczają, lecąc, łapiemy się rozpaczliwie pieńków. K... latają gęsto między drzewami. No koniec końców wyłazimy na hale. A tutaj powtórka z wczoraj tyle tylko, że ani skrawka chmurki - totalna blacha. Uznaję, że mnie to zwalnia z fotograficznych czynności (bo zdjęcia bez chmur to połowa zdjęć) do tego widoki na Alpy Lyngeńskie w zasadzie identyczne nie ma się więc co rozczulać i trzeba zasuwać na górę. Ze szczytu zdjęć nie mam. Ponieważ El Capitano znacząco został na podejściu to proponuję żeby na niego zaczekać a ponieważ to może być około godziny to postanawiamy z Robertem i MajorSki zjechać z kopuły szczytowej. Mijamy Michała, później na górę i... Tak, tak dzień się zacznie jako, że nie mamy zamiaru zjeżdżać po utartych (czyli przewodnikowych ścieżkach). Wczorajsza wizja lokalna wykazała możliwość "zjazdu życia" Jedziemy kawałek granią a później jest tak. Kilkuset metrowa lufa z 35 stopniowym średnim nachyleniem (miejscami sporo więcej), do tego dziewiczy puch. 100% bezpiecznie to na pewno nie jest więc adrenalina buzuje. Wjeżdżamy w długich odstępach czasowych, Tomek z nad nawisu obserwuje zjazdy od góry. Piotr, co pojechał pierwszy, asekuruje od dołu. Zjazd jest naprawdę długi, trwa, trwa, trwa i już dokładnie wiem po co przyjechałem do Norwegi. Przyjechałem dla tego zjazdu. Proste. Na dole - no po prostu entuzjazm (ktoś ma to na fotach???). Ehhh. Dalej jedziemy przedziwnie pofałdowanym terenem. Jest po prostu bajecznie, euforia mija ale wspomnienie zjazdu (jak wszystkich innych najlepszych zjazdów) wryło się w pamięć. I już na zawsze będzie to w mojej głowie - razem z parunastu/parudziesięcioma innymi co tam tkwią. Zjeżdżamy na plażę wariantem co go wczoraj reszta ekipy opracowała. Jeszcze pamiątkowa fota - nasze ślady dobrze widać. Wieczorem, gadam z żonką i oczywiście oznajmiam, że był to najlepszy dzień w Norwegi - reszta ekipy leje bo to już szósty najlepszy dzień. Czy może być coś jeszcze? Ano może - ponieważ to jest pierwsza bezchmurna noc, oznajmiam - "obudźcie mnie jak będzie zorza" . I faktycznie Klisiu budzi mnie przed 24.00 i przez kolejne 90 min stoję w porcie w przejmującym wietrze i nad portem i wytwórnią jest tak Ale zdecydowanie lepszy jest widok na Alpy Lyngeńskie, tutaj to nawet oprócz zielonego pojawiają się niezdecydowane róże... Zorza nie ma zamiaru się skończyć ale po półtorej godziny dochodzimy z Robertem, że pora już spać (reszta poszła wcześniej). Wysyłam jeszcze żonce sms "piękna zorza czyli to był Idealny Dzień (Skippera)". Kto nie zna Pingwinów z Madagaskaru to niech koniecznie obejrzy - co prawda jakość słaba ale daje pojęcie co to jest idealny dzień!!! I de olo Wujot
  19. 12 likes
    Rekiny są przereklamowane! Pozostało jeszcze parę spraw, które warto byłoby opisać a które niekoniecznie wchodzą w taką liniową narrację. W tym na pewno jedzenie i ubieranie się na takich wyjazdach. Ale na początek będzie jeszcze coś z Uloyi. Ta wyspa jest bardzo znana wśród wędkarzy blisko do otwartego morza ale akweny są dobrze osłonięte przed wiatrami więc w pobliżu wyspy można pływać bezpiecznie. Sam port jest całkiem sympatyczny. Ale zdecydowanie mniej sympatyczne są rybki, które gdzieś tam czają się na pechowych narciarzy. Wśród suszących się różnych trofeów wędkarskich wypatrzyliśmy takiego oto przyjemniaczka - pysk wielkości wiadra. Reszty nie było - czyli to początek rybki. Przyjrzyjmy się dokładniej ząbkom - ani śladu kamienia. Spróbujcie rozczaić funkcje - jak w podręczniku Ale najbardziej zdziwiły nas te kolce w środku przełyku Czyli rekiny to cieniasy! Pozdro Wiesiek
  20. 12 likes
    Uzupełnię relację Mariusza standardowym widoczkiem spod Pradziada na Śnieżnik i Resort Ski Czarną Górę.
  21. 11 likes
    Jeszcze kilka zdjęć z placu budowy Szczyrkowskiego Ośrodka Narciarskiego
  22. 11 likes
    Na początek małe uzupełnienie - trochę rozczarował mnie brak Waszej dociekliwości w kwestii ducha nart (a i tej drugiej atrakcji z jazdą w tle). Dbając o koloryt i przybliżenie kultury opowiem do końca tą historię. W czasach gdy żyli herosi (a nie takie konusy jak teraz) ziemia Nordlandu była areną wielkich potyczek między Odinem a olbrzymami Lokiego. Do jednej z najbardziej spektakularnych bitew doszło właśnie na półwyspie na którym turowaliśmy. Nie wdając się w sceny batalistyczne skutek był taki, że Odin wspomagany przez Thora i innych bogów pokonał dzikie hordy przeciwników. Gdy umilkł już bitewny zgiełk Odin używając sobie tylko przyrodzonych mocy ułożył wielki stos z skamieniałych ciał przeciwników. Był on pod niebo wielki. Stojąc na szczycie wydał ryk przepotężny co góry poprzestawiał. Co było dalej nie wiemy bo jedyny świadek tych zdarzeń samotny wiking Norgar Diupvik, co zaplątał się przez sztormy w te niedostępne okolice, zginął w jednej chwili od akustycznej fali uderzeniowej (ryk był naddźwiękowy). Łaskawy Odin pozwolił zamieszkać duchowi Diupvika na powstałej z kamiennych ciał górze. Ten ostatni, w kolejne rocznice bitwy, ukazuje się przybyszom opowiadając tę batalistyczną historię. Duch przyjmuje różne postacie - narciarzom ukazuje się jako narciarz. Na cześć zwycięstwa Odina miejsce to nazwano Storhaugen co tłumaczymy jako Wielka Kupa. Aby usłyszeć opowieść Norgara Diupvika trzeba być na Storhaugen na początku kwietnia, mieć pokorę wobec starożytnych bogów, umysł czysty i nieskalane serce. Po wykonaniu 7-go perfekcyjnego skrętu należy się zatrzymać pokłonić w cztery strony świata i liczyć, że stanie się! Czasem trochę już zgryźliwy Diupvik może przybrać inną, nie w pełni ukształtowaną narciarsko, postać... Pozdro Wiesiek
  23. 11 likes
    Wczoraj wyratrakowali po śniegach i deszczach i dzisiaj ruszyło Lomnicke Sedlo, źle chyba nie jest bo ludzie jeżdżą nawet poza trasą - czyli nie ma aż takiego lodu po tej zlewie. (wczoraj trasa nie ruszyła przez oblodzenie + pewnie dodatkowo bardzo słabą widoczność) Dzisiaj przez noc chyba spadło kilka cm świeżego śniegu. Na jutro zapowiadają najlepszą pogodę podczas tegorocznej majówki. http://www.vt.sk/en/...edlo-2190-m-nm/ Fotki z teraz:
  24. 11 likes
    Dzień V - czyli duch Norwega Nasz (czyli mój i MajorSki) piąty dzień zaczął się z rana (chyba o 5.00). Opuszczamy przyjazne pielesza Lyngseidet. Tomek dzierży ster w dłoni. Naszym celem jest pobliskie (niecałe 2 godziny wodą) Olderdalen. Pogoda po wschodzie słońca zapowiada się nieźle. Nie mamy wiedzy czy w Olderdalen znajdziemy przystań gdzie będzie można na parę godzin stanąć. Wizja lokalna potwierdza nasze obawy, jest port na maleńkie jednostki gdzie nie mamy szansy przybić oraz porządne nabrzeże przeznaczone dla promu. Modyfikujemy plany - Diupvik! Stajemy tam w porcie, obok jest wielka przetwórnia krewetek. Klimaty są więc zdecydowanie industrialne. Z zalet można za to wymienić dostęp do 220 V i pływające pomosty. Michał wobec tego też może poturować. Wychodzimy pewnie gdzieś o 12.00. Mała dygresja - nasz kapitan stwierdził, że jeszcze tak wyluzowanej czasowo ekipy nie widział. I rzeczywiście wstajemy jak wstajemy, śniadanie jemy jak je niespiesznie zrobimy, później bardzo spokojne oporządzenie i chyba tak przed 11.00 to nam się nigdy nie udało wyjść. Jaskrawo to kontrastuje z moimi alpejskimi turami gdzie o 7.00 byliśmy zawsze ostatnią ekipą wychodzącą z schroniska. Ale w Alpach staraliśmy się być na 15-16.00 z powrotem a tutaj 20.00 to normalka. Nasza dzisiejsza trasa wyglądać będzie tak. Jak widać jest całkiem spory kawałek płaskiego a później jak zwykle. I od początku zapowiada się rewelacyjnie. raz, że widok na Alpy Lyngeńskie przedni a dwa... Tak, tak już na dole śnieg jest znakomity. Obczajamy sobie topografię tej części aby mieć jak najlepszą jazdę. Wyżej prognoza jakości zjazdu idzie w górę. Pięknościowo jest coraz bardziej Gdzie nie spojrzeć - obrazki. Pod kopułą szczytową otwiera się widok na północny koniec Alp Lyngeńskich. Jaki jest więc stan ducha ekipy? Powiedzmy, że stan jest bardzo dobry. Zaś na szczycie jest już tylko lepiej. Niektórzy to nawet próbują odlecieć. Czeka nas tutaj zresztą jeszcze inna atrakcja ale o tym to może niech napisze ktoś z kolegów (ja tam żonaty jestem). Zjazd jest bajeczny, choć przerywany jakimiś sesjami foto. Tutaj zresztą miała się sprawdzić legenda o duchu norweskich narciarzy. (zdjęcia od MarioJ) Na dole dochodzi do secesji. Dla części ekipy taki dzień nie może już się skończyć. Nie może. Czyli razem z Mariuszem i Kamilem zaliczamy powtórkę. Powtórne wejście chwilę nam zajmuje. Nisko już położone słońce i nagromadzenie chmur nad Alpami Lyngeńskimi tworzy niesamowity klimat. Po prostu miazga. Ale jazda to dopiero jest miazga. Wybieramy prawą (orograficznie) stronę gdzie nawet śladów narciarzy nie ma i zjeżdżamy po czystym tak z 600 m przewyższenia w jednym kawałku. Na dole jeszcze dokumentacja stoku. Przez lasek fota Kamila już była więc teraz Mariusz. Nawiasem taki las jest dość zdradliwy - wydaje się, że jest kupę miejsca bo pniaczki dość małe ale jest trochę poziomych słabo widocznych gałęzi i można po pysku całkiem dobrze zgarnąć. Dojeżdżamy do cmentarza, tam ściągamy narty i pewnie ostatni kilometr+ jest z buta. Słońce właśnie zachodzi - szafa gra. I nie mam już ani cienia wątpliwości, że był to mój najlepszy dzień w Norwegi! Jak zwykle poproszę moich lepiej zorientowanych kolegów o podanie nazw gór w których byliśmy, szczytu na który wleźliśmy i jego wysokości, przewyższeń i kilometrażu. Pozdro Wiesiek
  25. 10 likes
    Szczyrk to teraz jeden wielki plac budowy. Nawet dziś z niegdyś pustych i cichych niedzielnych hal dobiegają dźwięki koparek i spycharek. Nad Golgotą wkrótce ruszą prace, na razie trwa budowa dróg dojazdowych, bo w rejon Wierchu Pośredniego dotychczas nie było dojazdu:
  26. 10 likes
    W oczekiwaniu na nowe kanapy ciekawe zdjęcie z 1964r z fotopolska.eu
  27. 10 likes
    Wczoraj na lodowcu doszło do jakiegoś wypadku. Na dole gdy wracałem był helikopter ratowniczy i policyjny 🤔 Miałem też radiowóz na sygnale. Nie wiem wiele więcej ale podejrzewam to miejsce które dziś sfotografowałem.
  28. 10 likes
    Oj Mitku, to bardzo znana firma. Może mniej w świecie narciarskim, ale też lubiana. To teraz bez reklam 😉
  29. 10 likes
    Na grzbiecie Karkonoszy nawialo w niektorych miejscach kilka metrów śniegu. Właśnie maszyna odśnieżyła drogę pomiędzy Vyrovka o Loucni Bouda. Robi wrażenie. http://video.idnes.cz/?idvideo=V170508_161820_hradec_jda więcej fot na stronie http://hradec.idnes.cz/snehove-bariery-vyrovka-lucni-bouda-krkonose-fop-/hradec-zpravy.aspx?c=A170508_174540_hradec-zpravy_the
  30. 10 likes
    Pozdro z Łomnicy! Trochę mgły, trochę słońca i muldy wyższe ode mnie...
  31. 10 likes
    Dzisiaj na Lomnickim Sedle warunki bardzo przyzwoite jak na maj, śniegu jeszcze dość, cały dzień bardzo miękko, rano równo ale niedługo później już muldy, poza trasą śnieg mokry przytrzymujący. Pogoda zmienna od przechodzącej mgły (chmur) przez słońce po chwilowy deszcz z gradem. Bardzo udany majowy narciarski dzień. Kto jeszcze chciałby tam pojeździć to ma szansę, wyciąg i trasa działa do 9 maja, sezonówka dalej obowiązuje. Poniżej kilka zdjęć. Francuzka Mulda No i chyba to tyle na ten sezon...
  32. 10 likes
    Ostatni dzień kwietnia spędziliśmy bardzo miło na turze. Gdzie to było??? Dla ułatwienie powiem, że Sudety i na początek 3 zdjęcia. Jakieś pomysły??? Acha MarioJ jest wykluczony, że względu na posiadanie informacji niejawnych Pozdro Wiesiek
  33. 10 likes
    Ze względu na moją niedawną kontuzję, jeździliśmy dzisiaj tylko po trasach zielonych. Ostatnim etapem był port Mijanka nad Roztoką Odrzańską. No i tak przejechałam 38 km na dzisiejszym skipassie czterogodzinnym. Dobrze, że sezon jeszcze w pełni . Pozdrowienia
  34. 10 likes
    Żeby uwiarygodnić relację @keisyzrk 'a że faktycznie tam byliśmy i było tak jak napisał Krzysiek parę fotek ode mnie na których uwieczniłem min mojego imiennika Lampa niesamowita !! A Teraz spadam posmarować się Panthenolem !!!!
  35. 10 likes
    Dziś piękny dzień. Choć poranny widok Biela Put trochę przyłamywał: Od rana słonecznie do 12 potem zachmurzenie ale wysokie chmury. Warunki na południu tak jak pisałem bajeczne. Miękko, wiosennie. Na północy rano szczyt ze świeżym śniegiem pod którym lód. Od Lukovej zero śniegu a więc lodowe wyboje dzięki którym można było sobie zęby przytępić. Zastanawiałem się czy to zęby dzwonią czy narty. Na FISie podobnie góra fajnie potem walka o przeżycie. Jak wróciłem z południa koło 11.30 trasy puściły i było bardzo fajnie. Mało ludzi. Warunki naprawdę jak na maj rewelacyjne. Jutro będzie się działo...
  36. 9 likes
    Mam absolutne przekonanie, że kwintesencją narciarstwa jest jazda w terenie, do tego stopnia, że staram się tam jeździć zawsze niezależnie od warunków. Na pewno trzeba się objeździć i ten początek jest najtrudniejszy. Później trudno uwierzyć, że ktoś chce śmigać po trasach. Co do reszty to rozczaruję Cię ale jesteśmy rozpaczliwie normalni, uważamy się za turystów i po takich trasach jeździmy. Z pewnej odległości wydaje się to awangardą a tam na miejscu oprócz naszego było jeszcze parę innych "narciarskich" statków a nasz rejs jednym z 7 co się odbyły. Do tego trzeba dodać tych co mieszkają na lądzie. A ponieważ nie ma tam wyciągów ani heliski (jest zabroniony) to spotykasz tam sobie podobnych - normalnych może tylko zakręconych na punkcie gór. To co najważniejsze w takiej zabawie to ekipa - nawzajem się inspirujemy, konsultujemy pomysły, oceniamy ryzyko. To nie jest zabawa dla singli jak masz ekipę to można się bawić w takie wyjazdy. Tutaj Kamil przesłał mi link z opisem sail&ski ja zadzwoniłem i pogadałem i trochę się podpaliłem. Dalej poszło szybko bo podstawowe gremium było zdecydowane więc reszta nie miała za bardzo wyjścia. Ja podpisałem umowę i zarezerwowałem jacht, Kamil zebrał kasę, Tomek namierzył tani lot, Kamil zabukował (przynajmniej mi), żarcie rozpracowaliśmy razem z Kamilem, Paweł przywiózł liofy z USA, Tomek z Polski, Mariusz + 3 opracowali trasy, ktoś przygotował grupę w necie i arkusze kontaktowe i jakoś poszło. Bardzo fajna jest tutaj atmosfera na SO - to był główny powód dla którego się tutaj przenieśliśmy z Mariuszem. Kamil też tutaj zagląda. Marionen już z nami jeździ i przypomnę, że w Tatry Słowackie też zapraszaliśmy chętnych. Jestem pewien, że wcześniej czy później spotkamy się na turach. Mam nadzieję, że damy radę nadążyć za tutejszymi przecinakami. Pozdro Wiesiek
  37. 9 likes
    Bike Maraton Wisła - jechałem dystans mini, 24 km, dwa dłuższe podjazdy i zjazdy. Johnnego niestety nie spotkałem, a mieliśmy jechać z tego samego sektora, mam nadzieję że dojechał bez przygód. Mi się udało, 28 miejsc w M3 i 92 w Open. Ludzi cała masa... Pozdrawiam Maciek Wysłane z mojego ALE-L21 przy użyciu Tapatalka
  38. 9 likes
    Parking pełny, reszta na PKS (ogórek) 1971 , Dolna stacja wyciągu krzesełkowego na Skrzyczne. Pocztówka BW Ruch.
  39. 9 likes
    Relacja jak tylko zwolnie tempo
  40. 9 likes
    Dużym zaskoczeniem dla mnie było, że śnieg tak szybko odpłynął z masywu Pradziada, liczyłem na więcej (dłużej), w ten weekend jeszcze mi się po cichu marzyło. Ale największa niespodzianka i to na plus była inna. Od godziny 12 do 20 ( całych 8 godzin) nie spotkałem żywej duszy, ani na szlaku, ani w kotle, ani na szczycie Velka Hole. Ostatnia osoba to Czech który w Karlovie przegonił mnie z drogi na parking. Pora jednak popróbować swych sił w żlebie. Górna krawędź żlebu i od początku stromo, do tego wyprzedzają mnie śnieżne kule. Myślę sobie, że jakby co to zdążę odbić w lewo, bo tam śniegu już nie ma. Pierwszy odcinek do poprzecznych skał najbardziej stromy, muszę odbić w lewo i przekroczyć najwyżej położony ciek wodny (może to zaczątek Moravicy). Od razu orientuję się, że ostatni opad śniegu nie związał się ze starym podłożem, co na tej focie świetnie widać. Dobrze, że większość tej górnej warstwy się wytopiła. Po lewej stronie śniegu więcej, ale dużo bardziej miękki. Z okolicznych skał i całego kotła co kilkanaście metrów kolejny strumień wodny (a na wypłaszczeniu powyżej kotła widziałem również kilka młaków) tworzy już zaczątek Moravicy Teraz znowu w prawo bliżej skał, tam jest bardziej twardo. Potwierdza się teoria o której pisał kiedyś Jasiek i chyba MarioJ lub MajorSki (tego już nie jestem pewien), że najlepszy śnieg to ten brudny. Tutaj tak właśnie jest. Jazda po nim, mimo licznych małych odłamków kamiennych z skał powyżej jest fantastyczna. W kilku miejscach podchodzę jeszcze raz, nie zdejmując nart bo się nie da. Może ulepię bałwana... nie, nie mam już sił Zjeżdżając po prawej stronie małym grzbietem, wywołuję kilka mini lawinek, można wyobrazić sobie jak wygląda prawdziwa Musiałem jeszcze uważać na wystające krzaki, skręty tak dobierać by nie zaczepić dziobami, lub piętkami o nie. Reszta to już sama przyjemność. Mijałem piękne formacje skalne po prawej stronie Jak drzewa muszą walczyć ze śniegiem i lawinami o życie Patrząc na żleb wydaje się, że nie ma po czym zjechać, a jednak dało się Ostatnia przerwa na zregenerowanie sił. Samotna skała, gdzieś na dnie Przejście przez potok i powrót na szlak niebieski, w stronę Karlova. Piękny dzień dobiega końca. Miało być więcej śniegu i gorszy zjazd, a było na odwrót. Bilans dnia zdecydowanie na plus. Pozdrawiam serdecznie! PS MarioJ zjeżdżałem żlebem tym samym co chłopaki na wrzuconym przez Ciebie linku, tylko ja od początku, ale Oni mieli zdecydowanie więcej śniegu (byli w pełni zimy jednak), trzeba by to powtórzyć w sezonie zimowym ? Jak coś to... Dzięki jeszcze raz!
  41. 9 likes
    Faktem jest , że góra bardzo popularna wśród braci skiturowej . Składa się na to kilka rzeczy : -łatwy dojazd i parkowanie -praktycznie zawsze można zacząć foczenie już z poziomu parkingu ze względu na naśnieżaną trasę narciarską -podejście centralnym żlebem , pomimo , że nie jakieś bardzo trudne , to ma coś w sobie - piękne widoki - fajny zjazd , również praktycznie "do samochodu" - jak wybieramy najprostszy wariant ,czyli powrót drogą podejścia - jak chcemy sobie trochę podnieść poprzeczkę trudności zjazdu to możemy wybrać boczne żleby , które , zwłaszcza w górnej części , są bardziej strome i węższe Ja odkryłem teraz kolejne oblicze Salatyna , czyli stronę południową , gdzie można zrobić kilka , naprawdę bardzo fajnych zjazdów do Doliny Głębokiej
  42. 9 likes
    Jedni na nartach...a inni też w Górach A ponieważ nam najbliższe góry, to Góry Świętokrzyskie postanowiliśmy dzisiaj odwiedzić kilka mało znanych miejsc, przejść kilka nie uczęszczanych szlaków - raczej lubimy dzicz niż tłum w "komercyjnych" miejscach długiego weekendu. Dzisiejsze wędrowanie, to 20 kilometrów w nogach i odwiedzone miejsca: - Rezerwat "Kamienne Kręgi" w Tumlinie gdzie również znajduje się stok narciarski, - Góra Kamień, również w Tumlinie - z drugiej strony wsi, - Oblęgorek i Muzeum Henryka Sienkiewicza, - Rezerwat "Barania Góra", - Rezerwat "Barcza". Zapraszam do fotorelacji z tych wszystkich miejsc i nie tylko Czynny kamieniołom w Kamiennych Kręgach w Tumlinie - wydobywany jest tutaj niezwykłej barwy piaskowiec: Kamieniołom oczywiście jest czynny a skała krojona i wywożona, wykorzystywana do budowania: Kapliczka w samym środku Kamiennych Kręgów: Ujęcie z przodu: Kolejny punkt, to Góra Kamień Na szlaku: Ustrzelone zoomem - Dzięcioł Szczyt zdobyty 399 m npm Tuż obok szczytu - "Piekło": ...a na piekielnej skale dewońskiej, kto? Szybki powrót do auta głównym, czerwonym szlakiem świętokrzyskim... ...i przejazd do Oblęgorka. Najpierw Aleją Lip... Strzelam kolejnego ptaszka Po krótkim spacerze w pierwszej kolejności zwiedzamy Muzeum Henryka Sienkiewicza - wieszcz, willę w tym miejscu traktował jako rezydencję letnią. Podobno w zimę było za zimno kwestia ogrzewania budynku. Na szczycie Husarz. Pamiątkowa tablica: Salon z charakterystycznym portretem Sienkiewicza: I jeszcze raz ujęcie tego pięknego miejsca: Idziemy dalej. Kierując się czarnym szlakiem idziemy w stronę Baraniej Góry i tamtejszego rezerwatu przyrody. Miejsce jest charakterystyczne, bo na wzniesienie szlak wiedzie przez malownicze wąwozy: Sam szczyt Góry, to zwykła polna droga umiejscowiona na wysokości 427 m npm...natomiast wejście na szczyt - cudne! I ponownie wąwozy... Schodząc: Ostatnią miejscówką z tego dnia był Rezerwat "Barcza". Umiejscowiony tuż przy trasie krajowej numer 7 składa się z dwóch pięknych jeziorek, które powstały po starych kamieniołomach. Dotarcie do pierwszego nie jest trudne... ...kiedyś, przed kilku laty woda miała bardzo turkusowy odcień. Dzisiaj raczej była mętna i brązowa. Dotarcie do drugiego jeziorka nie było łatwe - błądzenie na przełaj po lesie i okolicznym wzniesieniu...ale? Udało się Gdy zaświeciło Słońce - kolor wody się zmienił Ottt i 1 maja minął. Świętokrzyskie jest piękne!!! ...pewnie niebawem tu wrócimy - jest już plan, teraz tylko trzeba czas skombinować Pozdrawiam marboru
  43. 9 likes
    Miałem się błąkać po okolicy Karpacza lub Szklarskiej Poręby, a wyszło zupełnie coś innego... Początek był ciężki, wiele kilometrów z buta... Ale im dalej w las tym przyjemniej, narty założyłem dopiero po minięciu linii lasu czyli gdzieś od 1200 m, a najwyżej dotarłem tu... Ale najprzyjemniej było tu (albo tam)... Relacja niebawem, bo dopiero dotarłem do domu. Wyjazd mega udany, ale śniegu już prawie nie ma Pozdrawiam serdecznie.
  44. 9 likes
    No cóż, wstałem z bólem gardła, i po nartach. A jeszcze wczoraj takie plany Śpiewałem Leitnerowi, Zaśpiewali i Góralowi: Już za rok narty, za pół roku. Do zobaczenia 🙋 w listopadzie. Pozdrowienia z Oravicy, hey.
  45. 9 likes
    Rowerowa majówka 2017 Oj czasu nie ma za bardzo tej wiosny... ...czasu i pogody Na szczęście dzisiaj zaświeciło Słońce i to skłoniło nas z Paulą do rowerowej wycieczki. 60 kilometrów i okolice Radomia - mazowieckie klimaty! Zapraszam do fotorelacji. Start i pierwsza przerwa po 10 km jazdy - Bardzice: Jedna długa prosta i skręcamy w las - droga przeciwpożarowa w stronę Wilcznej Tutaj trochę się kręcimy... ...robimy kilka zdjęć... ...zachwycamy się wiosną. Dookoła coś kwitnie - zieleń eksploduje. Sarny często przebiegają nam drogę. Gdzie jechać? W lewo, czy w prawo? Klimaty mazowieckiego lasu... Kręto i po podjeździe, z górki: Kwiatuszki: Czerwony szlak rowerowy: Lustro w kałuży Mazowieckie pola... ...zaorane Krzyżówka: W drodze. Kurki z kogutem za stodołą mają wypas Wojenne smutne klimaty... ...partyzantka ze skaryszewskich lasów - rozstrzelanych 22 osoby Pośród modrzejowickich stawów... Łabędzie: Qń pośród podtopionych łąk... Wody jest naprawdę bardzo dużo. Niewielki, z wodą po kostki strumyczek teraz po opadach wygląda tak - raczej kajaki w najbliższym czasie odpadają...chyba, że po dziewiczych, malutkich ciekach wodnych. Kto wie? ...do końca majówki sporo czasu. Pośród drzew, w obniżeniach terenu również woda. Lśni niczym lustro: Dookoła rwetes... ...zwierzęta, ptaki - wszystko spragnione ciepła. Na niebie drapieżnik: Kochamy równiny i mazowieckie krajobrazy Góry są cudne, cudne są również równiny ...i pod domem żółty ptaszek Trznadel? Świetny dzień, nieśpieszny, relaksacyjny, bez napięcia czasowego - to lubimy Pozdro marboru
  46. 9 likes
    Jest 11:45. Jadę krzesłem na Gąsienicowej. Jak dla mnie, warunki dobre. Sypie lekki śnieg, jest -3,5 st C. Górna część trasy lekko oblodzona, potem jest już bardzo dobrze. Goryczkowa nie działa i nie będzie działać. Warto było tutaj przyjechać na pożegnanie sezonu. Miałem tylko jeden dzień wolnego, więc wyjazd w Alpy nie wchodził w grę. Zapomniałem dodać. Widoczność jest kiepska. Okresami jest silne zamglenie i nic nie widać. Ale co jakiś czas przebija się trochę promieni zza chmur i robi się jaśniej.
  47. 9 likes
    Na szczycie 10 świeżego, od Lukovej zamarzniete nierówności po ratrakach. Na południu bajeczka tylko trawers do d...y.
  48. 9 likes
    Jak to wyglądać będzie w praktyce postanowiłem sprawdzić dzisiaj, sprawdzić też chciałem oczywiście moje serducho. Marcin, na początek coś dla ciebie, bo wala się tego wszędzie pełno, choć pewnie byś nie udźwignął. Interwałami do 105 uderzeń to ja nawet ze "Skiturowymi" na ten Elbrus bym dał radę co to planują za pół roku. Ale do rzeczy. Ustawa pewna tu się przydaje, bo na odcinku Solisko-Suche już plac przygotowany: Nieźle trasy tu przybędzie a i puścić się będzie można bo ludzie zawracać nie będą do kolejki na Suchem. Dla mnie spragnionego śniegu, plamka się znalazła: Do zobaczenia już w maju na większej plamce gdzieś na Słowacji czy w Tatrach.
  49. 8 likes
    To jest bardziej aktualne Zdjęcie ze strony Apartamenty Skrzyczne
  50. 8 likes
    Jak już jesteśmy przy temacie, to wrzucę trochę zdjęć z Hali i okolic.