Zaloguj się, aby obserwować  
Obserwujący 0
lokiec3

Austria vs Włochy

6 postów w tym temacie

To nie będzie post z tych gdzie jechać na narty, a raczej moja subiektywna opinia gdzie jechać na narty :D

Za trzy tygodnie jadę do Dienten (Hochkoenig). Jak szukałem kwater w różnych ośrodkach to nawet nie brałem pod uwagę Dolomitów i innych po drugiej stronie Brennero. I tak patrząc na kamery to coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że moja taktyka jest słuszna. Porównując taką np Alta Badię gdzie są tylko białe ścieżki na zielonych polach z rzeczonym Hochkoenig to coraz bardziej mi się micha cieszy. Taką sytuację obserwuję już od kilku lat. Pamiętam jak raz wracaliśmy z Andalo, Naturalnego śniegu było tam niewiele. Po przekroczeniu Brennero biało zrobiło się w momencie. Jakie są wasze obserwacje? PS ja tam wolę po nawet twardym, ale naturalnym jeździć.

Pozdrawiam.

1 osoba lubi to

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
1 godzinę temu, lokiec3 napisał:

utwierdzam się w przekonaniu, że moja taktyka jest słuszna

Nic nie może być przyjemniejsze od potwierdzenia słuszności własnej decyzji.

Do Austrii jeździ się na narty a do Włoch na słońce, bombardino, risotto con funghi di bosco i dziewczyny tańczące na rurach:cool:

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Totalnie subiektywnie: wole raczej AustrięOwszem, lubię jeździć w słońcu. Jednak przekonuje mnie bardziej dokładność i uporządkowanie Austryjaków. No i zdecydowanie krótszy dojazd też jest na plus


Wysłane z iPhone za pomocą Tapatalk

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Do Włoch możesz więc jeździć w marcu, bo wtedy (najczęściej) jest już dużo śniegu i dużo słońca :)

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

W tym roku, na razie, podkreślam na razie, różnica jest dramatyczna i patrząc na progonozy dla Dolomitów przez najbliższe tygodnie utrzyma się aktualny stan śniegu lub raczej jego braku. Ja też lubię Austrię, pogodowo jest dla nas łaskawa, kilka dużych ośrodków wciąż czeka, a jak będzie nas raczyć takimi zimami jak teraz to nic tylko tam powracać :x

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

A ja mimo tego że Austria narciarsko powiedzmy łaskawsza to jednak do ITALY mam sentyment :)

Ps.Tym bardziej że za tydzień długie rodzinne ski safariiii się zapowiada :P

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Utwórz konto lub zaloguj się, aby skomentować

Musisz być użytkownikiem, aby dodać komentarz

Utwórz konto

Zarejestruj nowe konto na forum. To jest łatwe!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Masz już konto? Zaloguj się.


Zaloguj się
Zaloguj się, aby obserwować  
Obserwujący 0

  • Podobna zawartość

    • Przez kmarcin
      Jedyną rzeczą jaką przejmuję się w takie mrozy, to czy zamarznie mi ON w samochodzie, czy jednak nie
    • Przez lski@interia.pl
      Choć staram się dzień święty święcić i nigdy w niedziele i święta nie jeżdżę na narty,postanowiłem zrobić wyjątek.
      Magura,która mi towarzyszy od dziecka i zawsze czymś zaskakuje,okazała się być w południe pełna ludzi i aut,a że parkingi są na drodze w lesie,auta wjeżdżające i wyjeżdżające się sklinczowały. Wyglądało,że spędzę tam cały dzień,ale w końcu zepchnąłem przodem na blokadzie zaspę śnieżną i tam się umieściłem.Narty miałem na kamienie,bo są tam prawie zawsze.Tym razem zostałem zaskoczony,bo kamieni na trasie nie było,
      zlodzona,gładka,było za to sporo postaci pomykających tylko prosto,bez kijów,z pełną szybkością i z trudem łapiących równowagę.
      Prawdopodobnie to okoliczni włościanie,którzy za 500+kupili narty a na kije już nie starczyło.By uniknąć z nimi kontaktu,udałem się na freeride wzdłuż podpór.
      Karnet kupiłem jednogodzinny dla seniora za skromne 25 zł,zresztą niepotrzebnie,bo zabytkowe kasowniki odmówiły na mrozie posłuszeństwa i kto chciał,wchodził obok bramek.
      Widoki lasu z szadzią i śniegiem jak zawsze nadawały niepowtarzalnego klimatu tej stacji.
      W sumie wyjazd uważam za udany.
    • Przez Wujot
      Ponieważ od pewnego czasu nasza skiturowa grupka zdecydowała się na większą obecność na tutejszym forum to w ramach eksperymentu postanowiłem poprzenosić moje relacje z odbytych już wojaży. Na początek relacja z trawersu Ortlera z 2014 roku     "Ukoronowaniem" (choć to jeszcze niekoniecznie) naszego sezonu narciarskiego miał być trawers masywu Ortler - Cevedale - rozległej grupy położonej w południowym Tyrolu i znanej "normalnym" narciarzom z takich stacji jak Sulda, passo dello Stelvia, Santa Caterina Valfurva, blisko leży też Bormio. Po dokładniejszym przyjrzeniu się obszarowi trawers zamienił się w trochę "gwiaździstą" eksploatację terenu. Zaplanowaliśmy 7 noclegów w czterech schroniskach. Ponieważ w pierwszym schronisku były dwa noclegi a w drugim trzy można było zabrać więcej żarcia z myślą, że je zutylizujemy przed końcem tury i nie będziemy codzienne musieli targać. W kwestii plecaków już kiedyś pisałem więc krótko; mieliśmy sprzęt narciarski (narty, foki, buty, harszle, kije, gogle, rękawice), ratunkowy (ABC), wspinaczkowy (2 liny na pięciu, szpej, raki, czekan), ciuchy (razem po trzy warstwy) okulary IV kategorii no i kapcie, wkład do śpiwora, apteczka, zestaw naprawczy. Na zespól była też jedna zapasowa foka. Oprócz tego zabrałem czapkę z wielkim daszkiem i ochroną karku a także kominiarkę, która lepiej sprawdza się od buffa i lekkie rękawiczki. Wspomnianego na początku szturm żarcia zabrałem około kilograma - minimalnie za dużo. Nie wziąłem termosu tylko butelkę PET (i tabletki musujące z magnezem). Razem dało to normalny plecak bez nart i butów pewnie z 12-13 kg.   Dojazd z Wro zajął 12 godzin - około 18.30 dotarliśmy do końca drogi w dolinie Martell. Przed 20.00 zameldowaliśmy się w schronisku Zufallhutte pytamy: - sprechen sie deutsch? - ja naturlich, i po włosku i po polsku też! Szczęka nam opada - ekipa w schronisku jest głównie polska, trzy dziewczyny (no wstydu to one nam nie przynoszą) z Anetą na czele, kucharz też Polak, Włoch właściciel i Rosjanka to chyba cała reszta ekipy. Wybiegają na chwilę aby nas obejrzeć - okazuje sie, że jesteśmy pierwszą polską grupą od 3 lat! Chyba brakuje miejsc noclegowych bo dostajemy 2,5 dwójki (a zamawialiśmy zbiorówki). Ja z Kamilem mamy nawet pojedyncze łóżka, umywalkę w pokoju i jest - szok - pościel. w kranach ciepła woda.    Dzień 1   Śniadanie o 6.30 trochę po 7.15 wychodzimy, jak zawsze, raczej jako jedni z ostatnich - aby iść po śladach tubylców. Wysokość schroniska to 2265 m.n.p.m.     Naszym celem jest kollkuppe (3330). Rano jest mglisto, wietrznie i w takich warunkach lądujemy na przełęczy pod szczytem (3306). Razem z nami jest pewnie kilkunastu narciarzy. Do szczytu brakuje tylko 30 m ale uznajemy, że w tym wygwizdowie i mgle nie ma sensu tam włazić, podobnie myśli większość.          Zakładamy narty i jazda. Widoczność jest mocno ograniczona ale stopniowo rozwiewa się i przy schronisku jest już tak.      Pora jest mocno wczesna koło 13.00 jesteśmy obok schroniska (2265 m) więc co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem? Proponuję aby spróbować wleźć na Madritsch spitz (3255). Dobra widoczność się stopniowo kiepści i gdzieś pod przełęczą na wysokości pod 3000 ściągamy foki i jazda w dół.      Stopniowo coraz więcej widać, początkowe strome ścianki kończą się rozległymi dolinami i jedziemy sobie jak Pany.          Budynek po lewej to hotel przed którym parkujemy a ten po prawej schronisko.      Bilans dnia to 1700 m w pionie, w sumie 20 km podejścia i zjazdy. W schronisku przeparkowują nas do 6-ki (dodając nam Austriaka do kompletu). Warto wspomnieć, że kuchnia tutaj jest naprawdę dobra i w wielkiej obfitości.   Dzień 2   Następnego dnia czeka nas zmiana miejscówki ale zanim to nastąpi to jest kawałek drogi. Plan jest następujący. Wpierw na Monte Cevedale (3769 m)      później krótki zjazd w dolinę Vedretta di Cadec a nastepnie przez przełęcz pod Pasquale (3431 m) i na końcu zjazd do schroniska Branca. Dyskutujemy drogę podejścia i ustalamy dość długą linię łagodnie okrążająca ZufallSpitze (szczyt leżący tuż obok naszego celu) i wchodząca na Monte Cevedale od północy.      Wydaje się, że to zdecydowanie dłuższa droga niż wejście od wschodu ale zagęszczenie poziomic pokazuje, ze byłoby tam dużo trawersowania a tak wygląda, że będzie można rozpędzić jak pociąg i może to być szybsza a co ważniejsze przyjemniejsza droga. Ta kalkulacja okazuje się trafna. Za to cały czas wzmaga się wiatr i po bardzo wrednym końcowym podejściu lądując na szczycie dosłownie telepiemy się z zimna.      Za granią na szczęście nie wieje i udaje się powoli dojść do siebie.      Zjazd wzdłuż seraków jest bardzo urokliwy a później po przezbrojeniu nart wchodzimy na przełęcz pod Pasqualle. Ściagamy foki, na początku jest stromo i w dodatku jedziemy po starym lawinisku ale z czasem się wypłaszcza i robi się pięknie. Wypatrujemy jakiegoś przytulniejszego miejsca aby zrobić sobie przerwę bo czasu do obiadokolacji jeszcze sporo.              No wygląda, że wiatr wieje wszędzie i z różnych kierunków W Brance (2487) dostajemy sympatyczną 6-kę więc mamy dodatkowe łóżko na bety.     Karmią tutaj też świetnie. Bilans dnia to 1700 m w pionie    Dzień 3     Położenie Brancy jest genialne, w okolicy roi się od szczytów 3500-3700.      Za pierwszy cel obieramy Matteo (3678), dzień wita nas sporym zachmurzeniem, zjeżdżamy kawałek i ubieramy foki. Miła niespodzianka - szybko przejaśnia się - "nasz szczyt" tkwi gdzieś w chmurach na końcu doliny.      Początkowo idziemy za niewielką grupką ale później decydujemy się na "własną" drogę podejścia - wykorzystując długi, wysoki i wygodny grzbiet moreny bocznej, która komfortowo przeprowadza nas przez pofałdowany teren lodowca.      Za nami podążają inne grupy. Szybko zdobywamy wysokość i robi się coraz piękniej.      Podziwiamy olbrzymie seraki. Na grani jest już bardzo twardo a miejscami dla odmiany drobniutki sypki i nietrzymający śnieg. Trzeba uważać.        Na szczycie jest nas kilkunastu, wiatr przywiał chmury i zjazd nie jest już taki oczywisty.          Na szczęście obok szykuje sie grupa z przewodnikem wiec postanawiamy zasępić się. Miejscowy dobrze zna teren prowadząc przez interesujace, często przyjazne narciarzom ścianki. I już wiem bedzie to jeden z najsympatyczniejszych zjazdów w życiu. Słońce też sympatycznie wylazło zza chmur. Delektujemy sie widokami, zjazdami - teren cudownie pokręcony.          Znów jesteśmy na morenie bocznej i zaglądamy w oczy lodowca. Obok szczelin prowadzi zjazd z Tresero - widać, że 20 m odchyłki od szlaku może skończyć się w lodowym grobie. A to chyba maksymalna dokładność z jaką da się w praktyce nawigować w terenie przy pomocy GPS-ów...                  Podziwiamy jak w amfiteatrze szczyty dookoła dyskutując gdzie by tu jeszcze jutro wleźć a przede wszystkim zjechać.     W schronisku, do którego trzeba trochę podejść, jesteśmy dużo przed czasem obiadu więc myjemy się i piwkujemy. Obiad jest nagrodą za nasz znój i trzeba powiedzieć, że kuchnia włoska w schroniskach bije na głowę austriacką (jakkolwiek i tam kalorii nie brakowało).   dzień 4 - cdn
    • Przez Jasiek
      No to przyszedł czas na podsumowanie wyjazdu Swiątaczno-Nowo Rocznego na "moja świętą górę".
      Wiem że moje opinie o warunkach na Chopku traktujecie trochę z przymróżeniem oka ale może i lepiej bo każdy kto czyta to forum to już wie (albo powinien) że "ja mam lasku ku Slovensku i Chopoku".
      Wyjazd rewelacyjny! pod względem pogodowym bywało różnie bo Chopok to nie tylko wymagające trasy ale głównie kapryśna góra.
      Na 7 dni: 3 dni totalny kataklizm (warto przeżyć wiatr 140km/h) a 3 dni piękna zimowa aura z temperaturami -14 do -4 i słoneczkiem! Narciarska bajka! Widoki po Babia Górę i chyba granicę Węgierską  
      A nawiasem mówiąc,nie wiem gdzie oni mają te termometry na Chopoku? W Mikulaszu -11 a na stronie Jasnej Live -2 na Lukowej -5 a na Jasna Live +4 Szacun dla TMR info!!!
      Moim zdaniem warunki na Chopoku są najlepsze (jak na tą porę) od kilku lat. Trasy przygotowywane perfekcyjnie. Od rana do 11-12 rewelacja. Po godzinie 13-14 degradacja i lód z kamieniami (dlatego zawsze ok. 14 jestem na parkingu) a parkować należy tak: 

      Frekwencja: no i tu dużo mówić... po świętach nawet spoko ale trudno się dziwić. Chmury wisiały na Prehibie (czyli tylko dolne trasy) a na szczycie wiatr od 110 do 140 km/h ale spokojnie dało się pojeździć i to całkiem nieźle. Na Sylwestra przyjechały tłumy człowieków! ale można było stać w kolejkach...

      albo wiedzieć gdzie i pojeździć bez kolejkowego horroru!

      Każdy przyjeżdżając na narty powinien wiedzieć czego chce: pojeździć czy pozwiedzać i pooglądać widoki
      CDN. 
    • Przez inbox98
      Witam
      Zostałam potrącona na stoku narciarz nawet sie nie zatrzymał. Dopiero poźniej został złapany. Dostałam już odszkodowanie, ale chciałabym starać się o zadośćuczynienie od niego. Jak je uzyskac?