Narty - skionline.pl
Jump to content

Leaderboard

Popular Content

Showing content with the highest reputation on 10/10/2021 in all areas

  1. Odwiedziłęm dziś słowacką dolinę Regetovki,tuż za polską granicą,gdzie przez lata egzystowałą stacja narciarska,kiedyś z 5 wyciągami i 3 równoległymi stokami.,każdy kolejny stromszy i z wiekszym przewyższeniem.Ostatni śmiało na Puchar Świata mężczyzn w slalomie,niestety ten bez naśnieżania.Stacja schodziłą powoli na psy,bo wspólnicy właściciela,poważnego producenta z branży budowlanej,mieli rozbieżne zdania,i nie chcieli borykać się ze stacją,więc ją zamknęli.W zeszłym roku podziwiałem stare ratraki,pochłaniane przez zarośla.A dziś o dziwo-reaktywacja,prace pełną parą,budują parkingi tarasowe itd. Ciekawe,czy reaktywacja się uda,bo w międzyczasie Słowacy z okolic odkryli,że Jaworzyna Krynicka jest w podobnej odległości od Bardejova i tam się przenieśli.Polacy podobnie.Węgrzy przestali przyjeżdżać.Odbić klienta będzie więc ciężko,ale jakiś zamysł biznesowy muszą mieć,ciekawe,czy szczątkowy,czy na całość,czyli poważną stację...
    6 points
  2. Cześć. Nie za często na forum piszę, bo choć jazda na nartach to moja największa pasja, to zbyt dobrze nie jeżdżąc, uważam, że na forum narciarskim należy pozwolić przede wszystkim mówić fachowcom. Na pewno Mitek jest fachowcem - w zakresie bezpieczeństwa i szkolenia, sądzę że to jeden z najlepszych speców. Po jego informacjach zamieszczanych na właśnie tym forum myślę, że wiem więcej, rozumiem i umiem wiecej. Naprawdę szkoda tracić cennych forumowiczów. Moja osobista opinia - JC przegiąłeś. Mnie też często wkurza maniera Mitka, ale to FORUM a nie prokuratura obecbych czasów. Różnimy się, mamy różne zdania i niechaj tak będzie. Pzdr A.
    5 points
  3. Niestety nie mam czasu aby tu przenieść całość relacji, dlatego mogę wrzucić tylko linki. Jeśli naruszyłem regulamin Forum, to postaram się to wrzucić później, bo kibiców zawieść nie mogę! http://team29er.pl/ultramaratony/3292-mrdp-cz-2-czas-na-gory http://team29er.pl/ultramaratony/3293-mrdp-cz-3-czas-na-finisz Wszystkim kibicom jeszcze raz bardzo dziękuję i życzę miłej lektury. 😊
    5 points
  4. Sam spierałem się z Mitkiem i cisnął mi ostro ale nienawidzę całym sercem tego typu banowania i coraz powszechniejszej cenzury jaka tu ma miejsce. Tym to gorsze, że dotyczy w tym właściciela forum nazwijmy to starych chłopów. Czytałem konwersację między oboma Panami i jak za takie coś wywala się kogoś takiego to szczerze mam coraz mniej chęci zabierania tu głosu. Szkoda a Mitkowi wyrazy szacunku za poglądy i niech się realizuje w przyjaźniejszej atmosferze konkurencyjnego forum. Moim zdaniem to forum kogoś istotnego straciło a inne zyskało.
    4 points
  5. Nie, nie było bardzo ostro a przynajmniej ze strony wyrzuconego. Raczej niesmacznie, nieprzyjemnie. Z tego co czytałem nie padło tam z jego strony ani jedno wulgarne określenie a wszystko zaczęło się od nazwania go "zjebem". Za takie coś jak już można było dać z miesięcznego bana i to obu i tyle. Myślę sobie, że tu chodzi o coś więcej czyli Mitek zaczął po prostu być nie mile tutaj widziany. Przez kogo to niech się każdy domyśli. @johnny_narciarz często ludzie mają dwa oblicza i są źle odbierani na forum a w realu są całkiem w porządku osobami. Wynika to z kilku przyczyn ale mniejsza z tym. I tak jest jako tako, że decyzję podjął administrator a nie po skardze dorosłych ludzi, że sobie czegoś tam nie życzą. To już by był koniec świata...
    3 points
  6. Daj mi pare dni 😄😄😄
    3 points
  7. Niezależnie od okoliczności na pewno Mitek był na naszym forum ciekawą osobowością i sporo wnosił. I nie uściślajmy co wnosił!!! Czasem trochę przeginał. Ale...kto jest ideałem. Takie dwie zwrotki mi się nasunęły: Jesteś wszechmogący Więc jak mogłem Obrazić cię Następującymi grzechami (.......) Wybrałem ciebie bo Tak właściwie to nie wiem Dlaczego ciebie wybrałem Chciałem tylko żebyś był fajny I żeby ktoś kiedyś mógł powiedzieć Był Mitek gość co się czasem spinał Ale uwierzył i gdy szedł po gnoju Smród już się go nie imał Płyń chłopaku płyń Płyń nie odwracaj główki Chłopaku ty płyń Tak czy tak trochę szkoda, że stało się jak się stało. I z tą konkluzją pozostanę. Pozdrawiam wszystkich forumowiczów i tych co Mitka lubili. I tych co tolerowali. I tych co się z nim spierali. A także tych co go nie cierpieli. Najśmiesze, że sam do wszystkich 4 kategorii należałem choć nie w równym procencie. Ciekawe jak to u Was było?
    3 points
  8. Cześć Dzięki uprzejmości Wiesława: "Drodzy koledzy, nie mam zapędów celebryckich i nie jestem osobą aż tak znaczącą abyście wałkowali mój temat. Temat Skionline to dla mnie już historia i nie ma sensu tego rozkminiać. Cieszy mnie, że moja nieobecność wpłynie na rozwój tego szacownego medium i teraz tysiącami uaktywnią się osoby, które ze względu na moją obecność bały się pisać (bezwartościowych głupot...? 🙂 ). Jak ktoś chce pogadać, ze mną, o mnie (to raczej powinno być nierozłączne) to łatwo znajdzie namiary łącznie z adresem i telefonem. Pozdrawiam wszystkich bez wyjątku bardzo serdecznie. Trwajcie w ruchu ! PS W wymianie poglądów z kolegą Artixem, która stała się bezpośrednim powodem mojej czerwonej kartki nie użyłem żadnych słów wulgarnych czy obelżywych - to jest kłamstwo." I koniec. Jestem wdzięczny.
    2 points
  9. 2 points
  10. Wcielę się w rolę adwokata diabła, choć Wiesiek/Mitek to aniołek… Zamysłem nie jest epitafium a raczej głos wołającego na… … uzupełnić wg woli
    2 points
  11. Dolinki jurajskie Lata szęśćdziesiate ubiegłego wieku. Jest maj i pogodny poranek w niedzielę. Żółty pociąg z Krakowa do Katowic zatrzymuje się na stacji Zabierzów. W dalszą drogę wyrusza prawie pusty. Przez ukwiecone łąki, w stronę skałek, porusza się jego zawartość. Sami młodzi ludzie. Studentki i studenci. Wszyscy dążą do dolinek. Pierwsza jest bolechowicka. Z niej można dojść do karniowickiej. Kogo interesuje tylko wędrówka idzie dalej, do będkowskiej. Nazwy dolinek zapożyczyły miejscowe wioski. Dolinka Bolechowicka już przed wojną była terenem treningu Sekcji Taternickiej AZS. Od roku 1925 wspinali się tu tacy znakomici taternicy, jak bracia Szczepańscy, Kazimierz Dorawski(autor znakomitej książki o podboju Himalajów „Człowiek Zdobywa Himalaje”), Wiesław Marcinkowski, Adam Sokołowki, czy Karol Wallisch. W późniejszym okresie, przed wojną i w czasie wojny pojawili się tu kolejni uzdolnieni adepci wspinaczki skalnej. Od drugiej wojny światowej znani jako grupa „Pokutników”. Padają wtedy najtrudniejsze drogi techniką „hakową”(Czesław Łapiński i Kazimierz Paszucha). Dolinki były zawsze terenem treningowym dla krakowskich taterników. Tu urządzał swoje kursy Klub Wysokogórski. Także jego sekcja taternictwa jaskiniowego. Ponieważ w jurze są jaskinie. W pobliżu Krakowa jest jedna z nich „Wierzchowska Górna”. Wśród wysypująch się z pociągu w Zabierzowie było wielu adeptów wspinaczki. Już nieco doświadczonych, lub też kursantów. Szły z nimi dziewczyny, sympatie, czy też koleżanki. Mogące później obserwować nieustraszonych chłopaków, na prawdziwej skale o wysokości znacznie większej, niż kilkupietrowy dom. W pamięci mi został obraz pogodnego ranka w maju. Ukwiecone łąki i białe skałki wśród świeżej zieleni. Skałki były doskonale widoczne. W dolinkach rosła nowa trawa. Którą pokryte były jej zbocza. Większe partie drzew rosły już powyżej skał. Chodziłem w skałki z moją dziewczyną. Byłem kursantem na kursie wspinaczkowym. Leżałem z innym adeptami przy słynnym źródełku u góry doliny. Słuchając opowiadań instruktorów o Alpach , Dolomitach. Poznając ich twarze, nazwiska. Niektórzy z nich byli później opisywani w literaturze, jako znakomici alpiniści. W górach siedmio, czy ośmiotysięcznych. Taki obraz skałek zabrałem wczoraj ze sobą. Wybierając się wczoraj z żoną na spacer po dolinkach. Obiecywałem jej to od dawna. Nie miałem żadnych złudzeń, że spotkam tam ludzi, których poznałem pół wieku temu. Nie miałem złudzeń, że sposób uprawiania wspinaczki będzie dokładnie taki sam jak w okresie, gdy się sam wspinałem. Ale miałem złudzenia, że dolinki będą podobne. Że będą widoczne skały i będziemy sobie szli trawiastą ścieszką wzdłuż potoczku. To co zobaczyłem, ilustrują zdjęcia, które robiłem i moja żona. Zanim je opiszę i załączę, jeden wniosek do którego już dawno doszedłem, analizując postęp we wspinaczce. Poziom wspinania się bardzo podniósł. Pojawiły się stopnie powyżej „szóstki”(skrajnie trudna). Z coraz większymi niuansami. To są coraz lepsi wspinacze. Ale czy więcej ryzykują więcej, niż my dawniej? Czy to jest większa ekstrema? Z punktu widzenia ryzyka –nie! Nie ma znaczenia w ostateczności, jaką drogę się zrobi. Jak się przeżyje. Dawniej trudności techniczne były mniejsze. Ale też szansa przeżycia była mniejsza, gdy się odpadło. Nie dam się przekonać! Jedynym wyjątkiem jest wspinaczka solo! Zdjęcia: Brama Bolechowicka. Nie pamiętam nazw tych skał Grań. Widoczna skała jest łatwo dostępna z drugiej strony, po trawiastym zboczu Kolejka linowa. Wygląda na to, że zainstalowano sobie tu kolejkę dla „przejażdżki” między skałkami. Filar. Filar jest zawsze na „styku” dwóch ścian skalnych. Filar Abazego. Tak go nazywano. Skąd? Nie wiem. Wiem, że dopiero go „odhaczono” w połowie lat osiemdziesiątych. Ktoś zaczyna zjazd filarem. Jego wysokość ok. 25 m. Ryski. Pękniecia w skale, tak popularnie były nazywane. Dawniej do asekuracji do szerokiej(na parę cm) szczeliny wbijano twarde kołki z drewna, z małą petelką z cienkiej liny. Teraz są „kostki”, albo specjalne elementy blokujące się w szczelinie(friendy). Z prawej początkujący adepci. Asekurowani z góry na wędkę. Zjazd. Nazwa wskazuje co to za działanie. Zjeżdża regulując szybkość przy pomocy tzw. „ósemki”. Zjazd w kluczu zjazdowym był mniej przyjemny i bardziej niebezpieczny. Wędka. Bezpieczna wspinaczka z górną asekuracją. Jedyne niebezpieczeństwo, to ew. spadający kamień. Instruktorzy mają swoje grupki, które prywatnie szkolą. Mój szwagier jeszcze kilka lat temu zabierał w Tatry chętnych na łatwe wspinaczki. To dobra metoda poznania gór, gdy się ma pewną praktykę na skale. Trawki. W środku zdjęcia dwie „rysy” i wyżej rosnące trawki. „Droga przez trawki”. Emocjonująca i nie łatwa. Szczególnie, gdy się prowadziło, jak w moim przypadku. Na jeden wyciąg. Wybrzuszenia z lewej robiono hakówką. Pewno je ktoś później pokonał klasycznie. Skałki. Poza wejściem nie było dalej interesujących wspinaczkowo skał w Dolinie Bolechowickiej. Wejście do Doliny Karniowickiej. Z prawej Żabi Koń. Żabi Koń. Z krzyżem na szczycie. Grupa Żabiego Konia. Turnia Długosza. Jasna skała z prawej. Janek Długosz, znany taternik. Turnia. Nie wiem jaka? A mam przewodnik – Krzysztof Baran i Tomasz Opozda „Skałki Podkrakowskie – tom 1, 1983 r Okręt. Jego rufa wynurzyła się z zieleni. Jesień. Znowu coś się wynurzyło. Ale co? Płetwa. Płetwa w morzu zieleni. Ta zupełnie niepozorna skałka, to cała historia taternictwa. A wszyscy z Krakowa tu zaczynali. Kto nie wspinał się na płetwie? Stała obok wody. Niewysoka, do 8 m. Tu praktycznie nie stosowało się asekuracji liną. Robiono solówki, granią, filarem. Ew. robiąc nową drogę środkiem można było przerzucić linę górą i na „wędkę”. Zauważyłem na niej małe srebrne kółeczka. Wmontowano „spity” dla asekuracji. Ale nikt się nią teraz nie interesuje. Darmowe próby_1. Pozostało mi tylko liczyć na narty. Darmowe próby_2. Wronie Baszty. Na widocznej ponad lasem skale były takie małe nisze, tak gdzieś nieco ponad 10 m nad ziemią. Wzdłuż tych nisz biegł ciekawy trawers, I czasem, nagle nad głową z dziury wylatywała wrona. Miały tam swoje gniazda. Obelisk. Z tej skałki, z łatwym dostępem z tyłu, ćwiczono zjazdy. Była nieco podcięta u dołu i miało się kilka metrów zjazdu w zwisie swobodnym. Źródło. Szukałem źródełka, z którego brano wodę do gotowania. I przy którym leżały „vipy” alpinizmu i adepci. Źródełko dawało początek potokowi, który nieco niżej się pojawiał. Łożysko koło źródełka był suche. Tylko przy opadach coś tu płynęło. Potok w dolince brał początek z wwywierzyska. Nic się nie zmieniło w stosunkach wodnych. Jest źródełko i potok niżej płynie. Teren, jak widać na zdjęciu. Skały nad źródełkiem. Te skały były widoczne z miejsca „leżenia”. Na nich wisieli i płakali przyszli taternicy. Co było mocno komentowane przy źródełku. Słoneczna Turnia. Ostatnia poważna skałka. Tu miałem ciągoty solo. A całej, bez asekuracji nigdy nie „wkosiłem”. Kończyłem przed najtrudniejszym miejscem. Szczytowym spiętrzeniem. Mała anegdota. Mój kolega Wacek, z którym się wspinałem w skałkach, oświadczył mi pewnego dnia- wiesz wczoraj był tu Kurtyka. Kurtyka? Nie znałem. Obleciał solo wszystkie najtrudniejsze drogi.
    1 point
  12. byłem w czerwcu na Hintertuxie - hotel robił antyszczepionkowcom bezpłatne testy co 48 godzin
    1 point
  13. Nikt tu drzwiami nie trzaska, wszyscy tu sami niespotykanie spokojni ludzie nawykli do życia w kurzu. PS ale rozumiem ideę, głupio by było przytrzasnąć powracającego:-)
    1 point
  14. Ogarnijcie sie ludzie - to wirtualny świat i nikt życia nie stracił! Mitek pewnie ma sie dobrze i jest obecny na innych forach gdzie zapewne jeszcze skorzystamy z jego doświadczenia i wiedzy...i myślę że nie planuje rytualnej zabawy z mieczem samurajskim z tytułu bana. Może jeszcze sie tutaj pojawi - nigdy nie mów nigdy. (pisząc epitafium trochę to komplikujecie...)
    1 point
  15. Brzmi jak pożegnanie z jesienią, zadedykuję więc piosenkę, utwór znaczy Edit Wiesiek dał lepszy kawałek w komentarzu
    1 point
  16. Zajrzałem na Forum i jestem w szoku! Chyba ostro musiało być skoro JC Mitka zbanował... Mitka poznałem osobiście i jest to wspaniała osoba! Niedoskonałe to jest "słowo pisane", bo często jest źle rozumiane czy interpretowane, stąd najczęściej rodzą, a bardziej rozkręcają się konflikty. Nie zaglądam tu ostatnio zbyt często, ale mi osobiście będzie go brakowało.
    1 point
  17. No to lecimy! Maraton Rowerowy Dookoła Polski Finał, czyli ostatnia część 4-letniego cyklu ultramaratonów 4xMRDP. Dotychczas przez 3 kolejne lata objechałem Polskę dookoła w trzech częściach: Zachód, Góry i Wschód. Teraz przyszło mi się zmierzyć z całą trasą na raz, czyli przejechać 3200 km w 10 dni. Czy to możliwe, żebym pokonał taki dystans, kiedy dotychczas każdy jeden tysiąc potrafił mnie mocno sponiewierać? Maciej Paterak http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/001.jpg MRDP to zdecydowanie najtrudniejszy ultramaraton w Polsce, choć obecnie już nie najdłuższy. Palmę pierwszeństwa przejął podobny, choć znacząco różniący się, RAP (Race Around Poland). Jednak w środowisku ultra ciągle MRDP uchodzi za ten kultowy. Niewątpliwie ma na to wpływ fakt, że był pierwszy, ale też mocno wyśrubowany limit czasu, w którym trzeba przejechać owe 3200 km, czyli dokładnie 240 godzin. Pozornie wygląda to na dość proste wyzwanie - wystarczy robić średnio 320 km na dobę, czyli dla rasowego ultrasa bułka z masłem. Jednak to jest 10 dni z rzędu, gdzie jeszcze trzeba pokonać przewyższenie przekraczające 25 000m! http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/0003.jpg Przygotowania rozpocząłem jeszcze w zeszłym roku. Trzeba było dokładnie przemyśleć co zmodernizować/wymienić w rowerze, jak się spakować, co zabrać ze sobą, z czego zrezygnować, jak poradzić sobie z ładowaniem urządzeń i jeszcze wiele innych zagadnień. Ostatecznie postanowiłem kupić nowy rower, który był idealnie skonfigurowany pode mnie. Wymieniłem jedynie siodełko na wygodniejsze. Do tego otrzymałem znaczącą pomoc od firmy Giant Polska w postaci znakomitych kół karbonowych Giant SLR 2 Disc 42mm i kompletu sakw. Jednak mimo długiego czasu przygotowań, nie ustrzegłem się błędów, o czym wspomnę w dalszej części relacji. http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/0022.jpg Przyznam, że po 4 latach harówki w różnych ultramaratonach zacząłem tracić nieco motywację do dalszych startów. Zwyczajnie zacząłem mieć dość nocnej jazdy ze sporym deficytem snu, kultury naszych kierowców samochodów i wielu innych niepożądanych "atrakcji" korzystania z naszych dróg. Jednak MRDP był tym wyjątkiem i jedynym jeszcze maratonem, który mnie mocno pociągał i fascynował. Kiedy więc ponownie zawitałem na Rozewiu pod latarnią morską, adrenalina zaczęła działać i już nie mogłem się doczekać startu. Tym bardziej, że do tego miejsca mam wyjątkowy sentyment, ale nie o tym będę opowiadał. http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/100.jpg Start zaplanowany był jak zwykle równo 12:00 w południe. Ponieważ całość trasy w formacie GPX to wielki plik, odpowiednio wcześniej włączyłem przeliczanie trasy w nowym nabytku od Garmina, który rzekomo powinien sobie z nim poradzić. Przynajmniej tak optymistycznie założyłem... No niestety, miałem zbyt wiele wiary w to urządzenie i na 20 minut przed startem, podczas przeliczania, zwyczajnie Garniak się wyłączył. Tym samym pierwsza nawigacja była raczej stracona. "Świetny" początek. Dobrze, że wziąłem mojego starego Etrexa, który ruszył bez zająknięcia i tym samym rozwiązał problem. Nową nawigacją postanowiłem się zająć później, na jakimś dłuższym postoju. Teraz jeszcze ostatnie przemówienie Organizatora, zdjęcia, dyskusje i w drogę! http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/21.1.jpg Ponieważ sierpień to ciągle sezon urlopowy nad morzem, musimy się przebijać przez tłumy turystów, choć bardzo się tu przydała nowa ścieżka rowerowa do centrum Jastrzębiej Góry. Następnie w bok i już możemy względnie normalnie rozpocząć zmagania. Organizator - Daniel pojechał kawałek z nami i starał się porozdzielać peleton na grupki 14-osobowe, bo jedziemy w ruchu otwartym. Tym samym nie możemy jechać razem w blisko 80 osób - tyle zawodniczek i zawodników stanęło na starcie. Niestety trudno utrzymać pełną dyscyplinę, bo teren nieco pofałdowany i grupki się rozrywają, tworzą nowe, czasem większe itp. Dopiero kilka kilometrów dalej, gdzie wjeżdżamy na drogę z szerokim poboczem, tworzymy długie łańcuszki, które już nie powinny przeszkadzać samochodom. http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/2110.jpg Pogoda dopisuje, nie tylko świeci słońce i opadów brak, ale tutaj jeszcze często mamy dość mocny wiatr w plecy. Rozpoczynamy objazd Trójmiasta, który prowadzi po całkiem sporych pagórkach. Miałem obawy, czy owe górki mnie za bardzo nie zniszczą już na początku, ale okazały się niegroźne. Zupełnie inaczej jedzie się tędy na świeżych nogach w dzień, niż na pełnym zmęczeniu, rozpoczynając trzecią nockę. Rzekł bym nawet, że ten odcinek błyskawicznie zostawiam za sobą. Potem kawałek przyjemnych równin i jazda wzdłuż Zalewu Wiślanego - piękny teren! Niestety tutaj wiatr już mniej sprzyjał, wręcz nieco pogroził palcem jakby chciał powiedzieć: -"zaczekam sobie na Was!"... http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/21.2.jpg Kiedy opuszczam okolice Zalewu Wiślanego, wiatr słabnie. Powoli zapada noc i niepokojąco szybko spada temperatura powietrza. Niebo czyściusieńkie, bez grama chmurki, zapowiada, że będzie zimno. Baaardzo zimno! Zanim minie północ, notuję już wartości w okolicach 6 - 8 st.C. Nie wytrzymuję i zjeżdżam na stacje paliw cały sztywny, trzęsąc się z zimna. Piję półlitrowy kubek gorącej herbaty i ubieram prawie wszystko co mam. Jak dobrze, że tuż przed samym startem moja ukochana żona zaproponowała mi, żebym docisnął jeszcze do sakwy grube spodnie, które normalnie używałem w zimie. Teraz bardzo się przydały. Nie wiem jakbym miał wytrzymać w samych cienkich nogawkach. Zaplanowałem, że przynajmniej pierwszą nockę pojadę, żeby nadrobić jak najwięcej dystansu zanim wjadę w góry. Plan w sumie zakładał, żeby dojechać do Przemyśla i wypocząć (ok 1200 km) w 3 doby. Albo nawet szybciej, jakby wszystko szło po mojej myśli. http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/22.4.jpg Jazda na Mazurach przy pełni Księżyca robi na mnie wrażenie. Jest dość jasno, widoki niesamowite - pola, łąki, oczka wodne. Mgiełki w dolinkach dopełniają klimatu. Gorzej kiedy w taką mgiełkę muszę wjechać. Odczuwalna temperatura to coś w okolicach 0 st. Dość szybko na niebie widać już lekką łunę od powoli wstającego słońca. Jeszcze ta cisza, chwilami przerywana odgłosami budzącej się przyrody. Choć Świerszcze chyba w ogóle nie śpią. To są chwilę, dla których jeździ się takie maratony i później wspomina. Nawet temperatura jakby mniej przeszkadza, a przynajmniej nie myślę o tym, że właśnie drętwieją mi palce u nóg. Nic dziwnego, patrzę na termometr, a tu już tylko 3 st. na plusie! Nie no, przecież to sierpień! Lato, nie zima! O co biega z ta pogodą? Mój obecny ubiór już nie wystarcza, więc sięgam po pelerynę przeciwdeszczową i spodnie - dobrze chronią przed wiatrem. Nad ranem robię też krótką przerwę na stacji benzynowej na kolejną herbatkę i batonika. http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/22.3.jpg Powoli wstaje dzień, lecz temperatura jakby zaspała. Ciągle zimno, brrr! Mimo, że świeci słońce. Dopiero w okolicach 10 rano wreszcie robi się przyjemnie. Pusta tylna sakwa ponownie zapełnia się ciuchami. Bardzo mnie cieszy, że kiedy docieram do "rogu mapy", a dokładnie w okolice trójstyku granic Polski, Rosji i Litwy, mam pełnię dnia. Jechałem tędy 2 razy i zawsze nocą. Teraz mogę nacieszyć oczy tutejszymi widokami. Drugi dzień okazał się też przełomowy. Nie wiem czemu, ale pierwsze 300 km strasznie mnie niszczyło, miałem bóle nóg i obawy, że daleko nie zajadę. Rano jakby coś puściło i wreszcie złapałem swój rytm.Trafiłem też fajną restaurację, pierwszą w tym maratonie, gdzie mogłem zjeść pełnowartościowy obiad. Te Hot Dogi na stacjach, ech... zanim je ugryzę, już mnie zbiera... ;) http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/22.1.jpg Powoli zbliżam się do granicy Polsko-Białoruskiej. Nie byłoby to jakoś specjalnie warte wspomnienia, gdyby nie ostatni kryzys z uchodźcami z Afganistanu. Ewidentnie widać Straż Graniczną w sporej liczbie, kręcą się tu też wozy różnych stacji telewizyjnych. Dopóki jest dzień, czuję się bezpiecznie, ale kiedy zapadają ciemności, to już głowa zaczyna pracować. Chyba podświadomie, mimo jazdy Solo, raczej staram się trzymać na widoku innych. Tym bardziej, że na tym etapie ciągle się mijaliśmy z wieloma zawodnikami, a w tym momencie najczęściej z najmłodszym zawodnikiem w stawce - Grzegorzem Szamrowiczem. Nie wiem czy jest się czego bać, bo w sumie niewiele wiadomo o prawdziwej sytuacji z uchodźcami, ale jest mały niepokój. Tuż przed Bobrownikami trafiam na fajny Hotel z białoruską kuchnią - niby menu podobne do naszego, ale jednak sposób podania wyraźnie się różni. Dla mnie fajna atrakcja! Baterie doładowane! http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/2113.jpg Bobrowniki, ach te Bobrowniki! Zapamiętałem je jako niekończący się wyścig z wiecznie ruszającymi i zatrzymującymi ciężarówkami, oczekującymi na przekroczenie granicy. Tym razem jechałem w drugą stronę i jakże inne odczucia! Teraz swobodna jazda i to w większości w dół. Czasem tylko kierowcy dopytywali nas gdzie my wszyscy jedziemy. Ale sielanka się kończy i znowu ciśniemy boczną drogą przez las wzdłuż granicy z Białorusią. Znowu czuję lekki niepokój, ale na szczęście żadnych problemów nie było. Zaczęła się druga noc, chciałem ją przejechać jak rok temu, ale po wcześniejszych rozmowach z innymi zawodnikami, ostatecznie decyduję się na nocowanie. Tym bardziej, że trafiam na super hotel w Narewce, a po za tym już zaczynałem "tropić węża". O spadającej temperaturze lepiej nie wspominać... http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/0015.jpg Nie jestem do teraz przekonany o słuszności tego noclegu, ale z drugiej strony wiem, że i tak trochę drzemki musiałoby być. Po za tym koledzy mi mówili, że po MRDP Wschód słabo wyglądałem, więc mógłbym się po prostu przedwcześnie zarżnąć. Tymczasem wypoczęty ruszam w dalszy bój! Noga podaje, humor dopisuje. Niestety, prognozy pogody nie napawały optymizmem. Wiem już, że wkrótce zacznie padać, jednocześnie liczę, że to będą takie punktowe opady a nie ciągła zlewnia. Ale to jeszcze nie teraz. Dojeżdżam właśnie do jednej z atrakcji tej trasy, czyli całkowicie ręcznie obsługiwanego promu na rzece Bug. Początkowo planowałem być tu w nocy i jego ominięcie, ale nocleg zmienił "program wycieczki". Byłem pewny fajnego spotkania z zawodnikami maratonu Wschód1400, ale w tym momencie żaden z nich nie dojechał. Spotkam kilku chwilę później gdzieś przed Terespolem. Pomachamy sobie nawzajem, co jakby tchnie we mnie nowe siły. To ciekawe, ale czasem krótki kontakt może mieć znaczący wpływ na samopoczucie zawodnika. http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/0013.jpg Przeprawę promową zaliczyłem z dwoma zawodnikami, co zawsze jest dodatkowym bonusem i dalej ruszam w drogę! Niebo zachmurzone, ale bez opadów. Za to wiatr przypomniał o sobie, kiedy cisnąłem w stronę Terespola - nie no, pogoda bierna być nie może! To jednak był pryszcz w porównaniu do tego, co mnie czekało już za parę dłuższych chwil. Niestety, jeszcze do miejscowości Kodeń, gdzie zaliczyłem obfity posiłek, było przyjemnie. Dalej już pompa się rozkręcała. Pogoda zadbała, żeby mi Słońce nie spaliło za mocno facjaty. Zakładam pelerynę, spodnie i specjalne ochraniacze na buty, które rok temu świetnie się sprawdziły. Jestem pewien, że tak będzie i teraz. Niestety nie skontrolowałem ich przed startem, a te były już podarte. Pierwszą ulewę jeszcze dały radę, ale potem nadawały się jedynie na śmietnik. To właśnie pierwszy błąd, jaki popełniłem w trakcie przygotowań. Szlag! Jedna z najlepszych rzeczy, jakie posiadałem na stanie do ochrony przed deszczem, właśnie poszła się paść. Miałem dokupić przed startem jeszcze ze 3 takie komplety na wszelki wypadek, bo nie są one drogie, ale to zlekceważyłem. Surowo przyszło mi za to zapłacić... http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/0012.jpg Ulewa się rozkręciła na całego i zaczęła walka o utrzymanie komfortu termicznego, bo każda peleryna, kurtka itp. kiedyś zaczyna przeciekać, bądź my się pocimy pod nią. Najbardziej mi brak tych ochraniaczy na buty - w środku już sobie chlupie woda... Wieczorem ulewa zmienia się w mżawkę, ale ciągle jest upierdliwa. Ku mojemu zdziwieniu, doganiam Achoma, jedną z najwspanialszych postaci ultra. Wygląda źle, ale to człowiek z żelaza i na pewno to chwilowy kryzys. Zamieniamy kilka słów, Irek zjeżdża na popas, ja cisnę dalej. Jakość drogi przed Zosinem nie ułatwia życia, puszczam "łacińską" wiązankę za wiązanką, tak na rozładowanie nadmiaru energii... ;) Wiem już też, że trzeba szukać noclegu, bo wychłodzenie mnie zniszczy. Lepiej więcej spać, kiedy pogoda nie sprzyja, a jechać nawet w nocy, wykorzystując lepsze warunki atmosferyczne. No i jest! W Hrubieszowie znajduję znakomity hotel, do tego z otwartą restauracją! Dzięki Ci o Panie za Mapy Google! Muszę tylko zdążyć przed godziną 22:00, co nie było wielkim problemem. Wchodzę do środka zmarznięty na kość i czuję to ciepło! Ach, jak przyjemnie! Zamawiam Schabowego, setkę whisky na rozgrzewkę i piwo na dobranoc. Spotykam też tu dwóch zawodników. Jeden z nich - Piotrek mocno zdziwiony moim menu. Jedząc pizzę na dobranoc dziwił się, że jem Schabowego... Jeszcze bardziej widząc whisky i piwo - "to Ci nie zaszkodzi?". Oczywiście, że nie, wiem co dla mnie dobre. ;) http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/23.3.jpg Ponowne wczesne wstawanie i kolejny dzień czas rozpocząć! Wyglądam za okno i już chce mi się wymiotować na widok pogody! Oczywiście jest mokro i pada. "Pysznie!" Liczyłem, że choć pół dnia będzie na sucho. Szybkie pakowanie i ruszam dalej. Niestety nie zaliczam tu śniadanka, bo musiałbym czekać do 7 rano, a to spora strata. Zatrzymuję się gdzieś na stacji benzynowej, a później jeszcze przy sklepie spożywczym. Zatankowany ruszam naprzeciw ciemnym chmurą. Wydawało się, że pogoda będzie dziś dość łaskawa, ale niestety nie. Już nad horyzontem czaiła się olbrzymia, ciemna chmura! Widocznie też się wyspała, bo energii miała w sobie aż nadto! Kiedy pod nią wjechałem, zaczęła się ostra jazda bez trzymanki. Ulewa na całego! Jedyne słowa, jakie się ze mnie wydobywały, to te na "k","ch" itp., których nie zacytuję. ;) Jakby tego było mało, akurat wtedy trafiam na jakieś remonty dróg, wahadła i inne spowalniające jazdę atrakcje. Byłem święcie przekonany, że tak będę jechał do wieczora, nic nie zapowiadało zmiany, ale nagle cud! Niebo zaczęło się przejaśniać, a deszcz słabnął, aż w końcu całkiem przestał padać. Mogę ściągnąć ciuchy przeciwdeszczowe. Hura! Zjeżdżam pod pierwszą napotkaną wiatę i miła niespodzianka. Spotykam tu kolejną wspaniałą postać ultra - Marka Miłoszewskiego, który właśnie konsumuje sobie śniadanko. Zamieniamy parę słów, zrzucam mokre ciuchy, zakładam suche skarpetki i od razu prosto do foliowych worków, aby ich nie zamoczyć, bo butów na zmianę nie miałem. Ciuchy pod peleryną też nieco namokły, więc może nieco przeschną od wiatru? http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/24.1.jpg Powoli zbliżam się do Przemyśla, drogi już niemal suche, często też wychodzi słoneczko zza chmur. Zaczynam liczyć kiedy tam będę. Nie jest źle, choć będzie spóźnienie w stosunku do pierwotnego planu, za to z mniejszym deficytem snu. Nagle wrzasnąłem "ała!" . Dosłownie na kilka km przed Przemyślem łapie mnie silny skurcz łydek! Zatrzymuję się i padam na ziemię. Nie jestem w stanie poruszyć nogami. Do tego jeszcze stoję na poboczu remontowanej drogi, co mi nie ułatwia sprawy. Szlag! Chwilę wcześnie był przystanek autobusowy i szeroka, wygodna ławeczka. Mógłbym w cywilizowanych warunkach doprowadzić się do porządku. Mniejsza już o to, działam! Masuję Łydki, ale bez efektu. Czyżby to koniec? No to inaczej - wypijam duszkiem dwa energetyki i zjadam dwie tabletki przeciwbólowe. Wstaję po chwili i próbuję jechać. Czuję się jak na haju - jakoś tak lekko, miękko, co oni leją do tych puszek??? A może to "odpowiednie" połączenie składników? Najważniejsze, że ból odpuścił i już normalnym tempem dojeżdżam do Przemyśla i do znanego mi od lat Hotelu "Albatros". Tam konsumuję znakomity obiadek w towarzystwie kilku zawodników. Gdybym zrealizował w 100% mój pierwotny plan, dziś rano ruszałbym stąd w dalszą drogę, ale jak już nie raz się przekonałem, plany planami, a rzeczywistość może wyglądać zupełnie inaczej. Jednak nie jest źle - nieco ponad 3 doby na pierwsze 1200 km, ale też dwie treściwie przespane noce. Dobra zaliczka na góry. Jedynie niepokoją mnie łydki przed najtrudniejszą częścią trasy tegoż maratonu. Niby odpuściły, ale na pierwszych podjazdach je wyraźnie czuję... Druga część za kilka dni. Oryginał tutaj (jeśli nie naruszam regulaminu forum): http://mobile.team29er.pl/ultramaratony/3286-maraton-rowerowy-dookola-polski-final#disqus_thread
    1 point
  18. Jezu, niech ten śnieg już spadnie, to ludzie będą mieli przynajmniej o czym pisać. Tygodniowa żałoba po chłopie, którego życiową misją było podążanie za zasadą „moje musi być na wierzchu”. Jak taką estymą go darzyliscie to powinniście się cieszyć że wyłapał bana, bo odpoczynek od środowiska, który taki jad w nim wyzwalał, zdecydowanie dobrze mu zrobi.
    0 points
  19. Niech żyje nam towarzysz Mitek, on usta słodsze ma od malinek. Ktoś tu chyba ostro przesadził z używkami.
    0 points
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2021
×
×
  • Create New...