Narty - skionline.pl
Jump to content
  • Similar Content

    • By johnny_narciarz
      Jestem osobą, która dużo jeździ na rowerze, również w zimie. Naturalną koleją rzeczy zostałem fanem "tłuściochów", czyli rowerów z baaardzo grubymi oponami. Puszyste mnie kręcą. Nie planowałem żadnych zawodów w związku z tym, nie czułem takiej potrzeby, ale po namowie kolegów z teamu Fatbike....... postanowiłem wystąpić w Monteria Fat Bike Race Góry Stołowe. Trochę z ciekawości, trochę dla zabawy, a trochę z chęci sprawdzenia swojej formy. Niezwłocznie opłaciłem startowe i pozostało już tylko trenować i czekać.

      Ale czas minął szybko. Trzeba było się pakować i udać na miejsce zawodów. Rozebrałem grubasa, wsadziłem do swojej konserwy na czterech kołach i teleportowałem 300 km dalej, w Góry Stołowe. Podobnie z moją lepszą połówką, ale jej nie musiałem rozbierać... Może niektórych zaskoczę, bo to właśnie tu po raz pierwszy miałem przyjemność poznać niemal cały, mega pozytywny team Fatbike....... na żywo, choć wcześniej razem wynajęliśmy wspólnie domek. Panowie mieli dla mnie miłą niespodziankę: zaprosili do swojego grona, tj. teamu. Dla minie to spory zaszczyt. Nigdy bym nie przypuszczał, że kiedyś będę choćby w amatorskim. Tym bardziej w tym wieku i do tego profesjonalnym. Oczywiście chętnie dołączyłem, bo w grupie raźniej, zwłaszcza takiej! Thanks!

      Góry Stołowe przywitały nas błękitem i złotkiem na niebie. Spośród grubej, białej kołderki, pięknie eksponował się sam Szczeliniec Wielki, pod którym mieliśmy bazę noclegową. Start znajdował się zaledwie kilkanaście obrotów korbą od naszej "Brdy". Nieco dalej zaplanowano wieczorny prolog. Czas więc wskoczyć na tłustą maszynę i zrobić rozgrzewkę. Miałem jeszcze zdobyć samego Szczelińca z grubym - po co? Innym razem. Dziś jednak bez raków nie było szans. Odpuściłem. Pozostał trening po części wieczornej trasy, podziwianie widoków i próby z przyczepnością opon, twardości wyratrakowanego terenu, czy nawet ustawienia kamery. 

      Zmrok zapadł szybko, taki urok stycznia. Czas ruszać na start. Choć to niesamowita atrakcja, miałem wątpliwości, czy należy katować muły przed właściwym wyścigiem. Team takich wątpliwości nie miał. Skoro tak, to już się nie migam. Mam jeden z pierwszych numerów startowych, więc przynajmniej długo marznąć nie będę. Lekka trema, chwila oczekiwania i go! Początek to krótki, ale treściwy podjazd. Cisnę dość mocno, słuchając rad najstarszego z nas - Ryszarda. Dzięki temu mam wolną drogę na singlu ( dzięki Ryszard! ) i mogę sprawnie dojechać do szerszej części. Choć to chyba sprawnie inaczej, bo kilka razy wypadam z wąskiej przecinki. Dalej to już sielanka - szeroko i twardy sztruks. Jednak mogło skończyć się różnie. Chcąc poprawić lampkę, wyłączyłem ją! Panika, przemielone tysiące myśli na sekundę, jak w procesorze czterordzeniowym, kilka nowych siwych włosów i ponownie stała się światłość. To tylko sekunda, ale na zjeździe i przy speedzie wystarczy. Krótki dreszczyk kończy się szczęśliwie i ostatecznie kończę prolog na 9 miejscu wśród Fatów i 12 open. Powiało optymizmem przed głównym "śmigiem". Tak dobrej pozycji się nie spodziewałem. No i jeszcze ten klimat - przy lampkach, pochodniach i ciepłym dopingu.

      Następny dzień wita na sporym minusem. Tłuścioch posłużył za termometr i jako pierwszy zbadał czekające nas warunki. Ż ż ż ż zimno! Obfity popas, ciepły ubiór, krótka rozgrzewka i ustawiamy się na starcie. WOW! Tyle grubasów w jednym miejscu jeszcze nie widziałem. Cóż za piękny widok! Tyle tłuszczu w jednym miejscu? Normalnie bajpas burger! 

      Wybija godzina zero, tj. 11.00, więc power on! Niestety brak doświadczenia spowodował, że trochę straciłem na starcie, a do tego jeszcze wpadłem w ślad dla narciarzy biegowych. Przez to nieco zostałem i utknąłem. Pierwszy kilometr przejechałem praktycznie bez pedałowania. Tak do pierwszej przeszkody. W kopnym śniegu hurtowo lecą gleby, a stawka się rozciąga. Jeszcze jedno "wąskie gardło" i mogę wreszcie rozwinąć skrzydła. Tłuścioch nabiera rozpędu niczym Boeing na pasie startowym. Czuję moc! Zaczynam odrabiać straty i wyprzedzam sporą grupę. Niestety entuzjazm słabnie na singlu. Był jeszcze do przejechania, ale aż 3 osoby przede mną upadają. Powstaje spora kumulacja, nie tylko kolarzy, ale i napiętej atmosfery. Wyprzedzanie niemożliwe, chyba, że ktoś ma śmigiełko w plecaku jak Inspektor Gadżet. Pozostaje grzecznie maszerować do końca singla, choć wewnątrz głowy temperatura rośnie i nie każdy potrafi ugasić pożar...

      Wreszcie koniec grzęzawiska i wskakuję na rumaka. Niestety coś chrupnęło i łańcuch wpada między przednie zębatki. Szlag! Szybko rozwiązuje problem, ale po kilku obrotach korbą wplątuje mi się sznurówka w dużą zębatkę. Kur...! Co jeszcze?! Wyszarpuję ją i ostatecznie mocno wciskam do buta. Ponownie ruszam, ale ledwie po 100 metrach pęka łańcuch. Zadałem pytanie, więc szybko dostałem odpowiedź. Bezsilność, złość i smutek. Jakby mi ktoś przerwał dobry film podczas najlepszej sceny i przełączył na TV Trwam. Przez chwile mam pustkę w głowie. Co robić? Szanse na dobry wynik już odfrunęły jak ptaki na zimę do ciepłych krajów. Gdyby ktoś teraz wręczył mi siekierę, wyrąbał bym pół lasu w Górach Stołowych, ale tego nie wolno. Spieszyć już się nie mam do czego, więc na spokojnie podjeżdżam pod Goprowców, stojących na końcu singla i sięgam do "nerki", gdzie często trzymam jakieś proste "receptury na bolączki". Ale zaraz? Gdzie ona jest? Rozglądam się, ale niczego wokół nie widzę. Tym bardziej w pasie. Czyżby kolejny pech? No tak, nieszczęścia nie chodzą parami, ale stadami! Dół na maksa...

      Zatrzymuje się jeden z zawodników i pyta czy nie chcę spinki. Przez myśli o stracie "nerki" nawet się nie cieszę, ale odruchowo biorę i dziękuję. Niestety najpierw trzeba pozbyć się zepsutego ogniwa, a bez odpowiedniego narzędzia to niemożliwe. Gdyby było lato, można by skorzystać z tych naturalnych - patyki, kamienie itp. Niestety wszystko pod metrową warstwą puchu. Ale po chwili zatrzymuję się zawodnik z Czech i wręcza mi skuwkę do łańcucha. Humor delikatnie i stopniowo rośnie, jak energia w ładowanym akumulatorze. Może jednak jeszcze pojadę? Chwila napięcia, coś pyknęło i... kolejny pech! Bolczyk, który powinien wypchnąć wałeczek z łańcucha, pęka. Ledwie podnoszący się z dna humor, ponownie siada jak statek na mieliźnie. Mimo wszystko wielki dzięks dla wszystkich, którzy mi pomogli. Dzięki takim ja Wy atmosfera imprezy jest wyjątkowa!

      Teraz już na spokojnie mogę zdecydować co dalej. Przecież nie siądę i zacznę płakać. Trzeba zresetować głowę i od nowa wgrać soft. Ostatecznie mam dwie opcję: 1) kontynuować wyścig bez napędu metodą "na Flinstonów" ( opuścić siodełko i szybko przebierać nogami ) , 2) oddać rower Goprowcom i bieg ok. 7 km. Serce było za opcją nr 1 (byłoby ciekawie), jednak przekonanie, że coś zgubiłem (owa nerka), ostatecznie przesądziło o dokończeniu udziału w imprezie z buta. A tak zawsze się zarzekałem, że biegać nigdy nie będę... 

      Przebiegłem przez kopny śnieg i dalej trasą. Nic nie znalazłem i już nieco żałowałem wybranej opcji. Trochę dziwny widok był, kiedy ktoś uprawia jogging w kasku rowerowy i do tego w zimie. Kiedy dobiegłem do mety, żona pomyślała, że to jakiś mój duch... Wszystko wyjaśniłem, popytałem jeszcze w biurze, czy ktoś coś nie znalazł i odebrałem rower. Smutny widok - tłuścioch z wiszącym łańcuchem to jak kolano z zerwanym więzadłem. Zabrałem rannego do domku i tu szok! Nerka leży na fotelu! Pan Hilary zgubił okulary! W jeden chwili radość i wkur... - trza było wybrać opcję nr 2! Ale najważniejsze, że "zguba" się znalazła. Wreszcie coś pozytywnego. Pozostało odebrać medal, oczyścić umysł z wszystkiego co złe i wspólnie biesiadować z ekipą. 
      Emocje opadły i teraz już mogę powiedzieć, że to wspaniała i wyjątkowa impreza! Świetna organizacja, świetna atmosfera w pięknych okolicznościach przyrody. Nie chciało mi się za bardzo tam jechać, a teraz już tęsknię za tym miejscem. Niewątpliwie zawitam za rok i nie tylko z powodu niedosytu po awarii sprzętu. Tu trzeba być i to przeżyć!
       
      Na koniec filmik z otoczka i z samego wyścigu. Jak widać, pogoda dopisała! 
      Pozdrawiam,
      Johnny
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2019
×
×
  • Create New...