Bobkociągiem na Kasprowy
Gazeta Wyborcza - Ludzie na ulicach witali się słowami: "Ciężarówki dowożą już materiał na Myślenickie". Zakopane robiło wrażenie domu obłąkanych. O tym, jak 72 lata temu Aleksander Bobkowski budował ze swą ekipą kolejkę na Kasprowy Wierch, opowiada znany pisarz, jego bratanek.

Jest takie przysłowie o złym ptaku, co własne kala gniazdo. W mojej rodzinie przez całą epokę tzw. Polski sanacyjnej, byłem uważany za takiego ptaka. Pamiętam, gdy raz jedna z moich ciotek pogrążyła mnie do reszty, stwierdzając imperatywnie i kategorycznie, iż bardziej pasowałoby do mnie nazwisko Rosenkranz lub Rosenduft niż Bobkowski. Ponieważ nie była nigdy antysemitką, więc oceniłem to jako tzw. szczyt wyjścia ciotki z ciotki, czyli politycznego zacietrzewienia.
Krótko mówiąc, byłem w opozycji i trudno i darmo, trzeba czasem być szczerym, węzeł bliskiego pokrewieństwa z ówczesnym wiceministrem komunikacji, inż. Aleksandrem Bobkowskim, napawał mnie bezustannym skrępowaniem w stosunkach z ludźmi, wśród których się obracałem. Graniczyło to niemal z kompleksem niższości.
Pamiętam, jak po powrocie z wakacji w 1935 r. poszedłem na pierwszy wykład SGH w Warszawie i jak moi przyjaciele powitali mnie zjadliwymi uśmiechami. Towarzyszka Halina rzekła z przekąsem: "Bo i co Andrzejku, nowa hucpa sanacyjna! Kolejki linowej na Kasprowy im się zachciewa i robią wielki raban, żeby odwrócić uwagę narodu od ważniejszych spraw".
Tym razem jednak nie zamilkłem i choć nigdy nie występowałem w obronie sanacji, a do mojego rządowego stryja starałem się przyznawać jak najmniej, tu stanąłem w obronie i kolejki, i mojego krewnego.
Więcej w Gazecie Wyborczej
