Pocztówka z Oslo: Farelka? On mieszka w namiocie
Rozbłysły fajerwerki, atrakcyjna blondynka w białej szacie odśpiewała oficjalny hymn mistrzostw (szczęśliwie po angielsku - tytuł to "Glorious"), zatem - mistrzostwa oficjalnie się rozpoczęły. Stosowną formułę, w pięciu językach wygłosił prezydent FIS Gian Franco Kasper.
Ceremonia była dość prosta - a i tak tłumowi kibiców zgromadzonych na placu przed Uniwersytetem w Oslo, podobało się nadzwyczajnie. Co chwilę klaskali, krzyczeli wniebogłosy z radości i w ogóle sprawiali wrażenie ludzi zadowolonych ze wszystkiego. Podobnie ukontentowany był facet w kurtce, który stał sobie z boku i klaskał oraz uśmiechał się, kiedy inni uśmiechali się do niego. Facetem w kurtce był oczywiście król Norwegii Hakon V, którego pewnie będzie można oglądać często na trybunach w Holmenkollen. Bo te zawody to powód dla dumy dla Norwegów - a ich władca przecież też jest Norwegiem, nie? Więc cieszył się na równi z poddanymi. To było wieczorem.
W ciągu dnia o prawo startu w zawodach głównych ścigali się biegacze narciarscy. Panie biegły na 5 km klasykiem, panowie na 10. Jak łatwo się domyślić - nie kwalifikowała się czołówka ani nawet biegacze, którzy zazwyczaj podpisują listy wyników na zawodach Pucharu Świata. To był jeszcze szczebelek niżej, może nie kompletni amatorzy, ale z pewnością nie zawodowcy. No i już dziś można było się dowolnie przekonać, że tutaj każdy zawodnik będzie czuł się doceniony przez kibiców. Tych outsiderów oklaskiwał bowiem gorąco cały stadion - zarówno medialne gwiazdy w rodzaju Philipa Boita, czyli kenijska odpowiedź na narciarstwo biegowe, jak i zupełnie anonimowych rywali. Wśród panów najszybszy był Nowozelandczyk, któremu pewnie nie biegło się szczególnie łatwo. Ale zebrał dodatkowe brawa.
