Klasyk klasyków, czyli Kitzbuehel nadchodzi | | 2013.01.23 |
 | | Kitzbuehel fot. medialounge |
|
Zawody w Kitzbuehel - dla nas to dwugodzinna transmisja, dwie godziny dobrej sportowej zabawy. W trym roku pojawiła się okazja aby podpatrzeć "jak to się robi", czyli jak organizuje się zawody najwyższej rangi. Czy transmisja będzie atrakcyjniejsza, a widzowie dostaną coś ekstra? Wydaje mi się że tak. W oglądaniu trasy i organizacji zawodów towarzyszył mi żwawy emeryt (wielu chciało by tak jeździć) - Peter Obernauer. W najbliższy weekend pełnił będzie funkcję szefa zawodów.
Widok ze startu jest imponujący; mówiąc wprost trochę nogi miękną. W dole miasteczko, a przed zawodnikiem stromizna taka, że dech zapiera. Widać najazd na pierwszy skok Mausfalle (Pułapka na myszy). Zawodnik nabiera prędkości ok. 100 km/h w trzy sekundy i dojeżdża na próg, z którego skacze 50 - 70 m. Jak w dobrym filmie - od razu akcja, a potem napięcie rośnie. Z nieco innej perspektywy na start spoglądają zaproszeni na zawody goście VIP. Tylko w Kitzbuehel buduje się na trzy dni zawodów bar dla zaproszonych gości, w którym na piętrze organizowana jest strefa chill out dla zawodników. Pełen luksus niespotykany nigdzie indziej.
Trasa preparowana jest na super twardy lód za pomocą specjalnego urządzenia wymyślonego, co ciekawe, właśnie tutaj w Kitzbuehel. Do węża zasilającego armatki podpina się kilkumetrowej długości rurę z drobnymi dyszami, które wstrzykują wodę bezpośrednio w podłoże. W ten sposób powstaje około półmetrowej grubości warstwa lodu. Pomysł rodem z Kitz jest dziś standardem przygotowania każdej trasy Pucharu Świata. Znalazłem jeszcze jedną ciekawostkę: specjalną maszynę służącą do odpinania wiązań. Wiem, że brzmi to dość dziwnie, lecz wyobraźcie sobie zawodnika, który upadł i doznał kontuzji. Leży, trzeba mu odpiąć nartę, nie uszkadzając nic więcej. Dodam, że wiązania do nart zjazdowych mają zupełnie inną skalę DIN; ręczne odpięcie jest naprawdę trudne. Lokalny rzemieślnik wymyślił metrowe ramię, które łapie nartę i łatwo odpina wiązanie. Proste, lecz skuteczne.
Powoli zsuwamy się po trasie, a mój przewodnik zaczyna opowieść jak z wojennego filmu: "Mausfalle - to nie żarty. Kilka lat temu Hans Grugger popełnił tutaj błąd podczas najazdu na skok. Wylądował bokiem i tylko dzięki obecności lekarza przeżył..." Kolejne miejsca na trasie i kolejne opowieści: "Tutaj karierę zakończył Hans Knauss, tutaj spóźnił skok Franz Heinzer - koniec kariery! W tym miejscu respektu nabrał Herman Maier - ale dopiero kiedy skończył w siatkach. A tutaj... mój koniec, ale wiesz - wtedy nie było siatek. Zmiażdżona noga nie pozwoliła kontynuować kariery"- opowiada Peter. I tak sobie gaworzymy zbliżając się do Hausbergkante. Zapewne znacie ten skok, często pojawia się na zdjęciach. Zawodnik jakby skacze wprost do miasteczka, z tą tylko różnicą że po 50-metrowym skoku musi błyskawicznie rozpocząć skręt i najechać odpowiednią linią na stromy trawers aby później nabrać prędkości do mety. Potem już pestka - szus do mety (140 km/h) i skok finałowy. To miejsce również ma swoje ofiary. Pamiętacie wypadek Scotta Mc Cartneya? Pamiętacie Daniela Albrechta? Szwajcar był w tamtym sezonie w fantastycznej formie. Jeden błąd kosztował go długi pobyt w szpitalu. Po dwóch latach powrócił do zawodów pucharowych, lecz szybko zrezygnował. Wiem, że powyżej opisane przypadki to trochę jak szukanie sensacji, ale nie taki mam zamiar. To tylko kilka z opowieści, które usłyszałem, i które wpisane są w historię chyba najważniejszego klasyka w Pucharze Świata.
Przyznaję że do tej pory wyrażałem się z umiarkowanym entuzjazmem o trasie Hahnenkamm. Że niby, pomijając start i szus do mety jest… łatwa? To nie prawda! Jest co prawda 3-sekundowy dość płaski odcinek, ale reszta jest naprawdę trudna. Nad bezpieczeństwem zawodników czuwa podczas zawodów piętnastu rozstawionych wzdłuż trasy lekarzy. Oczywiście helikopter w gotowości, itd. Zawodnik startuje i od razu nabiera prędkości, skok Mausfalle i najazd na kluczową część: Steilhang, czyli - w dosłownym tego słowa znaczeniu - stromizna z technicznymi skrętami.
Cała sprawa to odpowiedni najazd na ostatni zakręt i nabranie prędkości przed wjazdem na płaską część trasy. To tutaj Bode Miller jechał opierając się jedna nartą o siatkę zabezpieczającą trasę. Po tym odcinku nie można jednak tracić czujności, bo pojawia się kompresja i zaraz za nią Seitel Sprung. Chwila wytchnienia, przygotowania i zaczyna się prawdziwa jazda - skok, najazd na trawers i szus do mety. Co ciekawe, ostatnia ścianka przed metą oświetlona jest światłem słonecznym tylko dla około pierwszej dwudziestki. Potem schowana jest w cieniu, czyli zawodnicy jadący z prędkością 140 km/h wpadają do ciemnej studni. Więcej sami zobaczycie podczas sobotnie transmisji w Eurosporcie. Ta transmisja to hit sezonu, to po prostu trzeba zobaczyć!
Marcin Szafrański www.grupaszafranski.pl
| |
Tagi: #austria #tyrol #kitzbuehel
| powrót
Aktualne wiadomości w twojej poczcie!
|
Szukaj
|