Andrzej Bachleda JR
apetyt na punkty
W ubiegłym sezonie polski slalomista Andrzej Bachleda Jr zaczął osiągać w narciarskim Pucharze świata bardzo dobre rezultaty. Z miesiąca na miesiąc jeździł coraz lepiej. W Krajnskiej Gorze był 21, w Chamonix 19, w Todtnau 16, a na trudnej trasie w Wengen 5. W końcowej klasyfikacji swej dyscypliny zajął 25 miejsce, co oznacza, że w tym sezonie startował będzie z dużo niższymi numerami startowymi (ok. 23) i będzie wyjeżdżał na mniej zniszczony stok. Zdaniem wielu innych zawodników z Bachledą trzeba się już liczyć. Didier Plachy, najlepszy slalomista Szwajcarii, który z Polakiem wiele razy trenował, twierdzi wręcz, że już wkrótce zobaczymy Andrzeja juniora na podium. "To naprawdę bardzo zdolny zawodnik, wielki talent" twierdzi Szwajcar. I Andrzej ma na zaczynający się sezon "duży apetyt".
Tomasz Surdel: Andrzej, jeszcze rok temu o swoim trenerze Andrzeju Bielawie i o sobie mówiłeś, że jesteście jak "stare dobre małżeństwo". Jednak, mimo Twoich ubiegłorocznych sukcesów, okazuje się, że na początku tego sezonu jesteś bez trenera. Co takiego się stało, że doszło do "rozwodu"?
Andrzej Bachleda: Złożyło się na to wiele czynników. Andrzej Bielawa naprawdę poświęcił mi w ostatnich latach bardzo wiele czasu. Pracował za kilka osób! Był nie tylko trenerem, ale też moim masażystą, kierowcą, psychologiem, serwisantem... Potrafił mi doskonale przygotować narty. Ostrzył krawędzie, dobierał smary lepiej niż firmowi fachowcy! No ale niestety, drugą stroną medalu było to, że praktycznie przez pół roku nie było go w domu. No i w czerwcu poinformował mnie, że rezygnuje, bo musi poświęcić więcej czasu swojej rodzinie. I choć jest to dla mnie dużym kłopotem, to jednak dobrze go rozumiem, zwłaszcza, że nie miał z pracy ze mną zbyt wielkiej satysfakcji finansowej. Na samej pensji trenerskiej płaconej przez PZN trudno byłoby mu wyżyć. Na szczęście dostawał też pieniądze od mojego ojca. Ale to i tak nie był majątek, a pracy masa... Więc nie ma co się dziwić!
T.S.: Czyli jesteś teraz bez trenera? Jak się więc przygotowywałeś do tego sezonu?
A.B.: Bardzo intensywnie. Przygotowanie fizyczne zacząłem już w maju. Na nartach zacząłem trenować miesiąc później. Spędziłem 2,5 tygodnia na lodowcu w Les 2 Alpes we Francji. Potem, na przełomie sierpnia i września poleciałem na prawie 4 tygodnie do Chile. Zima była tam w tym roku świetna, warunki śniegowe znakomite. Wpierw w La Parva, niedaleko Santiago de Chile, trenowałem z Kanadyjkami, których trener (Piotr Jeleń) jest polskiego pochodzenia. Tam trenowaliśmy głównie slalom. Aby poćwiczyć także gigant i zjazd pojechałem potem do Portillo (to największy kurort narciarski w Chile), gdzie swój obóz przygotowawczy mieli francuscy alpejczycy. Trenowałem z nimi. Gdy wróciłem do Europy, kilka drobnych kontuzji sprawiło, że przez prawie miesiąc nic nie mogłem robić. Na narty powróciłem dopiero w drugiej połowie października, na lodowcu w Tignes we Francji. Niestety, pogoda była dość kiepska. Ale ponieważ w tym roku ponownie odpuszczę sobie październikową inaugurację Pucharu świata, to trochę czasu na treningi jeszcze mam. Planuję między innymi tydzień ze szwajcarską ekipą w Laax. Już w ubiegłym roku dużo z nimi trenowałem. To naprawdę bardzo sympatyczne z ich strony, że zgadzają się, abym z nimi trenował. Przyjęli mnie naprawdę jak swojego. Są bardzo mili, nawet wtedy gdy z nimi na tych treningach wygrywam. Wracając do planu treningów - w listopadzie czeka mnie jeszcze intensywne jeżdżenie w Colorado, w Stanach Zjednoczonych. Tam też mam naprawdę idealne warunki do treningu. Mieszka tam bowiem wielu polskich górali-emigrantów, którzy bardzo o mnie dbają. Mam też tam kilku znajomych, którzy od lat ze mną trenują, udzielają mi cennych wskazówek. Tak więc przypuszczam, że 19 listopada, gdy wystartuję w pierwszym w tym sezonie pucharowym slalomie specjalnym w Park City będę w optymalnej formie. A potem zobaczymy... Cały czas szukam jakiegoś nowego stałego trenera. Nie jest to jednak łatwe. Na szczęście bardzo pomaga mi ojciec. Jak tylko ma chwilę czasu, to ze mną ćwiczy. Bardzo dużo tego lata razem pracowaliśmy.
T.S.: Intensywną pracę z ojcem zaczęliście już w ubiegłym roku. Tymczasem dawniej na stoku podobno zawsze bardzo się kłóciliście. Co się stało, że nagle zaczęliście ze sobą tak dobrze współpracować. I czy dużo ta praca z ojcem Ci daje?
A.B.: Oj tak, bardzo dużo! I rzeczywiście od ubiegłego roku świetnie nam idzie wspólna praca. Ojciec zna mnie przecież jak nikt inny. Trenował mnie przez 13 czy 14 moich pierwszych narciarskich lat. Gdy byłem małym chłopcem, to właśnie on był moim klubowym trenerem. Jego rady zawsze były najważniejsze, jego zdanie liczyło się więcej niż to co mówili inni trenerzy. Mało jest przecież na świecie trenerów technicznych z takim doświadczeniem jakie on posiada. No ale przyszedł oczywiście taki moment w którym syn musiał się uwolnić spod wpływu ojca. No i zacząłem mieć własne zdanie, zacząłem się z nim nie zgadzać, zaczęły wybuchać między nami awantury i spięcia. Na szczęście to już minęło. Mam oczywiście własne zdanie, zdarza się, że z ojcem się nie zgadzam, ale wiem, że to normalne. Możemy już o tym spokojnie dyskutować. Ja nie jestem przecież moim ojcem, ani on mną. Nie wszystko co jemu odpowiada musi był dobre także dla mnie. Nauczyłem się słuchać własnego organizmu, wiele lat jeżdżę już na nartach, znam swoje reakcje. Po prostu odnalazłem samego siebie, swoją osobowość, swoje zdanie. Ojciec też pewnie zrozumiał, że jestem już dorosły... I znowu pracuje się nam razem bardzo dobrze.
T.S.: Co się takiego wydarzyło w ubiegłym sezonie, że tak nagle zacząłeś uzyskiwać niezłe wyniki, że nagle zaczęto cię uważać w Pucharze Świata za jednego ze slalomowych faworytów?
A.B.: Z tym faworytem to nie przesadzajmy! Zobaczymy, jakie będą moje wyniki w tym sezonie. Ale fakt, że bardzo dużą rolę w moich ubiegłorocznych rezultatach miała moja wewnętrzna zmiana podejścia do startów. W ubiegłym roku zacząłem się do każdych zawodów nastawiać bardzo agresywnie, wręcz bojowo. A to nie jest u mnie wcale takie łatwe. Przeciwnie: przychodzi mi to z trudem, bowiem jest to zupełnie sprzeczne z moją prawdziwą naturą. Jest to dla mnie naprawdę ciężka praca, która rozpoczyna się wcześnie rano w dniu zawodów, albo nawet już poprzedniego dnia. Staram się wtedy myśleć tylko i wyłącznie pozytywnie. Nie dopuszczam do siebie żadnych negatywnych myśli, powtarzam sobie, że jestem dobry i że tak jak inni jestem w stanie nieźle pojechać, a może nawet wygrać. Dawniej miałem straszne huśtawki nastroju, potrafiłem sobie nawet przyrzekać, że już nigdy więcej nie będę jeździć na nartach! Teraz takie myśli zwalczam w zarodku. A przed samym startem przeprowadzam bardzo intensywną rozgrzewkę - nie stoję i nie rozmyślam ze strachem o starcie, lecz intensywnie ćwiczę. Ale tak naprawdę intensywnie, do tego stopnia, że się cały pocę. I w ten właśnie sposób "dojrzewam" do startu. Gdy przychodzi moja kolej, jestem już naprawdę mocno wewnętrznie naładowany i pełen energii. I jak widać bardzo mi to pomaga. Taki przełom w mojej głowie nastąpił chyba w ubiegłym roku w Chamonix. Mimo, że startowałem tam z bardzo wysokim - 54 - numerem startowym, udało mi się zakwalifikować do drugiego przejazdu i zakończyć zawody na 19. pozycji. W Chamonix nabrałem dużo większej pewności siebie. Po prostu wierzyłem w siebie, w swoje możliwości.
T.S.: Kilkanaście dni później był pamiętny slalom w Wengen, jedna z najtrudniejszych, najbardziej stromych slalomowych tras w Pucharze Świata. Zająłeś piąte miejsce, tak blisko podium. Jak się wtedy czułeś?
A.B.: Byłem zdziwiony po pierwszym przejeździe i zdenerwowany po drugim. Pierwszy przejechałem zupełnie normalnie, naprawdę nic nadzwyczajnego. Gdy dojeżdżałem do mety myślałem, że będę miał czas dający mi jakieś dwudzieste któreś miejsce. A tu na tablicy świetlnej świeciła się koło mojego nazwiska siódemka! W pierwszej chwili nie mogłem w to uwierzyć, myślałem, że to jakaś pomyłka! Gdy wreszcie do mnie to dotarło, postanowiłem w drugim zjeździe pójść na całość, zjechać całą trasę na 100 procent - bardzo agresywnie. Slalomową trasę, zwłaszcza tak stromą, trzeba naprawdę przez cały czas atakować - walczyć z każdą bramką, z każdą tyczką. Niestety wcale to nie jest takie łatwe... W tym drugim przejeździe miałem kłopoty w pierwszej części stoku - bardziej walczyłem ze sobą niż z trasą, byłem bardzo zblokowany, spięty. Na szczęście pod koniec środkowej ścianki trochę nerwy mi puściły i cały dół przejechałem dobrze. Gdy na mecie zobaczyłem, że jestem drugi ucieszyłem się, bo zrozumiałem, że zmieszczę się w pierwszej dziesiątce. Trochę mi to zadowolenie przeszło, gdy w końcu okazało się, że mam piąte miejsce. Zacząłem się wtedy na siebie wściekać, że gdybym lepiej pojechał ten drugi przejazd, to mógłbym być spokojnie czwarty, albo nawet wyżej, na podium... No, ale tak obiektywnie mówiąc, to piąte miejsce to oczywiście świetny wynik.
T.S.: Mówisz, że zmieniłeś swoje wewnętrzne nastawienie do zawodów. Sam do tego doszedłeś, czy może korzystałeś z pomocy jakiegoś psychologa? Ostatnio jest to przecież bardzo modne wśród narciarzy. Wielu ma swoich "trenerów od psychiki ".
A.B.: Nie, ja doszedłem do tego sam. Głównie wyciągając wnioski z swych dotychczasowych błędów. Wiele też rozmawiałem na ten temat z moim szwagrem Stéphanem Exartierem, który jeździł kiedyś na nartach zarówno w ekipie Francji, jak i Polski. Może to zabrzmi dziwnie, ale po prostu w ubiegłym roku, po powrocie z listopadowych zawodów w Ameryce, gdzie szło mi wyjątkowo źle, zdecydowałem, że muszę coś zmienić. Że tak dłużej być nie może. Zwłaszcza, że już podczas jesiennych treningów nabrałem wewnętrznego przekonania, że coś musi się stać. Że nie może być tak, iż człowiek tygodniami trenuje, trenuje, trenuje, szybko jeździ na treningach, a w zawodach nic z tego nie ma... Przez moment miałem nawet taki straszliwy dołek. Zacząłem przegrywać nawet na treningach, w pucharze kontynentalnym byłem ostatni! To było coś strasznego. Myślałem, że tego nie wytrzymam! No więc zdecydowałem, że muszę coś zmienić; zdecydowałem, że nie poddam się tak łatwo, że zacznę szybciej jeździć, zarówno na treningach jak i na zawodach, że zacznę się inaczej psychicznie nastawiać, intensywniej rozgrzewać ... Jak widać była to niezła decyzja.
T.S.: Jeszcze dwa lata temu, po nieudanych startach często powtarzałeś, że Ty się do nart nie nadajesz, że wolisz grać na gitarze. Już Ci się to nie zdarza?
A.B.: Jeszcze chwilami miewam takie słabości, ale coraz rzadziej. Walczę z tym energicznie. Jak czuję, że coś takiego mnie nachodzi, to włączam telewizor i staram się o niczym nie myśleć. Albo rzeczywiście gram na gitarze, coś komponuję - bardzo mnie to uspokaja. Ale póki co postanowiłem poświęcić się nartom. Zwłaszcza, że wreszcie przekonałem się, iż jestem w stanie na nich całkiem nieźle jeździć.
T.S.: Pewnie jednak (jak chyba każdemu zawodowemu narciarzowi) wciąż zdarzają Ci się chwile, że zmuszasz się do wyjścia na stok?
A.B.: Oczywiście, że są momenty, w których mam dosyć nart. Ale to normalne. Przecież trening to bardzo ciężka praca. Te kilka startów w zawodach to efekt setek godzin spędzonych na stoku. I to bez względu na pogodę. Trenuję przy padającym śniegu, przy deszczu. Wciąż zjeżdżając między tymi samymi tyczkami. Są chwile, że mam tego naprawdę dosyć. Na szczęście o wiele więcej jest momentów radosnych, sprawiających wielką satysfakcję. Zwłaszcza, gdy (tak jak w ostatnim sezonie) zaczyna się uzyskiwać niezłe rezultaty.
T.S.: Jeździsz na nartach od małego, pierwsze nartki przypięto Ci, gdy miałeś 5 lat. I bardzo szybko zacząłeś startować i wygrywać w różnych dziecięcych zawodach. Miałeś wówczas jakiegoś swojego narciarskiego idola? Kto nim był, ojciec?
A.B.: Ojciec tylko trochę. On był wówczas moim trenerem, miałem go na co dzień obok siebie. To był w moich oczach po prostu ojciec, a nie wielki narciarz. To zupełnie inna relacja. Z narciarzy najbardziej podobał się wówczas Ingemar Stenmark, później Alberto Tomba. Gdy startowałem, często o nich myślałem. Od małego chciałem być w tej światowej czołówce ... Co jednak najdziwniejsze, nawet gdy mi nie szło, to wewnętrznie, gdzieś tam głęboko byłem święcie przekonany, że ja i tak już do tej światowej czołówki należę ... Dzisiaj oczywiście wiem, że dopiero się do niej przybliżam.
T.S.: A masz jakieś wzory wśród aktualnie startujących zawodników. Jest ktoś konkretny komu chciałbyś dorównać?
A.B.: Nie, raczej nie. Nie mam teraz takich idoli. Przecież wszystkich znam, to są po prostu moi koledzy, trudno się wzorować na kolegach. Oczywiście jednym idzie trochę lepiej, innym trochę gorzej. Jedni szybko dochodzą do szczytu, innym zajmuje to więcej czasu, niektórzy nigdy tam nie dotrą ... Jeśli już miałbym kogoś wybrać, to byłby to chyba Thomas Stangassinger, który w tym roku odszedł na sportową emeryturę. Zawsze bardzo mi się podobał sposób, w jaki jeździł. To było po prostu bardzo ładne, eleganckie. Widać było, że technikę ma opanowaną rewelacyjnie. To dzięki niej przez tyle lat był wśród najlepszych. Jak się na niego patrzyło, to zawsze wydawało się, że jedzie zupełnie bez wysiłku. Wszystkie jego ruchy były niesamowicie spokojne, płynne- On świetnie jeździł i wygrywał jeszcze w wieku 35 lat... Chciałbym, żeby mnie się też tak udało... Zobaczymy.
T.S.: W ubiegłym sezonie dokonała się "carvingowa rewolucja". Prawie wszyscy zawodnicy zaczęli jeździć na nartach nowej generacji, o wiele krótszych. Czy myślisz, że te nowe narty przyczyniły się w jakiś sposób do Twych dobrych rezultatów?
A.B.: Wydaje mi się, że na starych, długich nartach nie było w ubiegłym sezonie szansy na wejście do pierwszej światowej piętnastki, czy nawet trzydziestki. Nawet jeden z najlepszych od lat slalomistów na świecie, wspomniany już, Austriak Thomas Stangassinger, który miał wielkie doświadczenie i długo się upierał przy swych starych nartach, musiał w trakcie sezonu przyznać, że jeżdżąc na nich nie będzie się w stanie utrzymać w czołówce. Ja też początkowo się bardzo wahałem. W trakcie letnich treningów przed poprzednim sezonem nie chciałem się przesiąść na krótkie deski. Przekonałem się do nich dopiero w Ameryce, gdy spostrzegłem, że początkujący zawodnicy na nowych nartach są ode mnie dużo szybsi. W slalomie i gigancie nie ma już odwrotu od carvingu. Czy się chce, czy nie trzeba się na nie przestawić. I nawet jeśli na początku jazda na tych krótkich nartach nie sprawia przyjemności, człowiek się czuje na nich dziwnie, to jednak nie ma cudów - jeździ się szybciej. I może w telewizji nie widać bardzo tej zmiany, ale naprawdę jest to nowa jakość. Jest to po prostu inna technika jazdy. Jeździ się o wiele agresywniej, robi się krótsze zakręty, bardziej bezpośrednio atakuje się tyczki. W sumie jazda jest o wiele bardziej ryzykowna. Trzeba mieć kolana wysunięte o wiele bardziej z przodu, całe ciało także musi być bardziej pochylone. W przeciwnym razie te krótkie, szybkie narty mogą po prostu spod Ciebie wyjechać! Ale też nie można z tym wychyleniem przesadzać, bo wtedy istnieje ryzyko, przy wyjściu z zakrętu, wbicia się szpicami w stok. Zwłaszcza na tych pucharowych trasach, gdzie po przejechaniu kilkudziesięciu zawodników są już niezłe dziury! W sumie bardzo ważne jest poczucie równowagi. O wywrotkę jest na nich o wiele łatwiej. Ja moje nowe 176-cm narty dostałem na zaledwie kilka dni przed ubiegłorocznym startem w Kranjskiej Gorze. Pierwsze treningi były straszne, ale na szczęście szybko zrozumiałem o co w tym chodzi. I na tamtych zawodach zająłem 21 pozycję!
T.S.: Ubiegłoroczne sukcesy sprawiły, że bardzo awansowałeś w klasyfikacji Pucharu Świata w slalomie. Dzięki temu będziesz miał w tym roku o wiele lepsze numery startowe. Czy myślisz, że pomoże Ci to w kolejnych sukcesach?
A.B.: Oczywiście, jest to bardzo ważne. Jedzie się przecież po mniejszych dziurach, niski numer poprawia mi też samopoczucie ... Chciałbym ten zaczynający się teraz sezon skończyć na co najmniej 15 miejscu w klasyfikacji slalomu. Jeśli mi to wyjdzie, to będę się bardzo cieszył, naprawdę! Ale mimo wszystko staram się zbytnio nie planować. Te ubiegłoroczne wyniki trochę mnie zaskoczyły. Ale rzeczywiście zaczynam powoli myśleć, że jeżdżę naprawdę dobrze. Ubiegłej zimy wygrałem też, po raz pierwszy w swej karierze, zawody zaliczane do Pucharu Europy, na treningach ze Szwajcarami byłem prawie zawsze najszybszy. Pozostaje mi więc jedynie przełożyć to wszystko na występy w Pucharze Świata, gdzie są stresy, liczna publiczność i presja mediów. Czuję ją pierwszy raz w życiu. Naraz wszyscy zaczęli się mną interesować, dzwonić do mnie, pisać o mnie. Zrozumiałem nagle, że ktoś się w Polsce tym moim jeżdżeniem interesuje. Nigdy jeszcze tego nie miałem. Wszyscy się tylko pytają: " kiedy podium"? Ale ja przecież nie potrafię na to odpowiedzieć! Jak dotąd miałem tylko jeden taki naprawdę bardzo dobry wynik - w Wengen. Mam nadzieję, że będę umiał go powtórzyć albo nawet poprawić. Naprawdę staram się jeździć jak najlepiej potrafię. Ale jestem jeszcze na takim etapie, że jeśli zajmę gdzieś 8 czy 15 miejsce to także będę, osobiście, bardzo szczęśliwy! Najbardziej bym chciał byt w tym sezonie bardziej regularny - nie wypadał już tak często z drugiego przejazdu. Bo jest to bardzo denerwujące!
T.S.: Zdajesz sobie sprawę z tego, że dopiero swoim sukcesem w Wengen uświadomiłeś wielu Polakom, iż istnieje coś takiego jak narciarski Puchar Świata i że w dodatku są w nim polscy zawodnicy?
A.B.: Tak i bardzo się z tego cieszę. Bo przecież, jakby nie było, mamy duże narciarskie tradycje. I naprawdę jestem bardzo dumny, że w tych światowych klasyfikacjach wśród Austriaków, Francuzów, Szwajcarów, czy Słoweńców pojawiło się nagle moje nazwisko i słowo "Poland" przy nim. Mam nadzieję, że będzie tak częściej i że przede wszystkim, z czasem, będzie więcej tych polskich nazwisk.
T.S.: Znasz dobrze sytuację w Polskiej kadrze. Powiedz, czy wśród młodych zawodników widzisz już kandydatów do startów w Pucharze Świata?
A.B.: No jest kilku młodych, silnych, zdolnych chłopaków. Ich problem polega na tym, że przez długi czas nie mieli żadnego kontaktu z narciarstwem na takim naprawdę dobrym, światowym poziomie. Ja mam to szczęście, że mieszkałem we Francji i od niemal samego początku "ocierałem" się o tych największym mistrzów. Jeździłem na zawody do Włoch, do Austrii, brałem udział w mistrzostwach Francji juniorów, w mistrzostwach świata juniorów... Tak się właśnie nabiera doświadczenia. A w Polsce jest z tym ciężko. Ale jak ma być, skoro w naszym kraju nie ma żadnego ośrodka narciarskiego z prawdziwego zdarzenia? Aby móc wykształcić dobrą kadrę, powinno był w Polsce bardzo dużo klubów narciarskich i dużo dzieci w tych klubach, które by ze sobą konkurowały. Tymczasem polskie narciarstwo jest teraz bardzo małe. W kadrze jest teraz ze mną trzech, może czterech chłopców, którzy się liczą i mają talent. Związek robi wszystko, aby trenowało się im jak najlepiej, ja też życzę im wszystkiego najlepszego i mam nadzieję, że jak najszybciej osiągną międzynarodowy poziom... Jest jednak bardzo ciężko. W krajach takich jak Austria, czy Francja są tysiące dzieci-zawodników, z których do kadry wybiera się kilkunastu najlepszych i z których później w Pucharach odnosi sukcesy troje, czy czworo. W Polsce brakuje tego zaplecza, tej masy młodziutkich zawodników. Brakuje też struktur, które wyłapywałyby tych najlepszych. Bez bogatych rodziców trudno teraz zostać w Polsce zawodnikiem. Na pewno jest wielu zdolnych młodziutkich narciarzy, o których istnieniu nigdy się nie dowiemy, tylko z tego względu, że ich rodziców po prostu nie stać na to, aby zapisać ich na jakiekolwiek zawody, aby często jeździć z nimi na nartach, aby opłacić instruktora... Są też dzieci, które marzą o jeździe, a nawet nie mają nart! Smutno mi się robi, gdy patrzę na takie miasto jak Zakopane. Niby górskie centrum Polski, ale nic tam się przecież dla narciarstwa nie robi! I tak samo we wszystkich innych górskich miejscowościach. I ja wcale nie mówię o wielkich inwestycjach, ich nigdy nie będzie, bo po prostu nie mamy wielkich gór. Ale przecież nie jest wcale tak trudno ustawić na jakimś pagórku mały wyciąg - taki aby dzieciaki od małego się ślizgały! Właśnie takich maleńkich wyciągów powinny być setki, a nie ma ich prawie wcale! Naprawdę nie potrzeba do tego wielkich pieniędzy! We Francji, Szwajcarii, Austrii dzieci zaczynają jeździć na nartach już w wieku 2, 3 lat. W Polsce takie dzieci nie mają po prostu gdzie zaczynać! I to nie chodzi tylko o narciarstwo alpejskie. Tak jest z wieloma dyscyplinami. Nie ma małych skoczni, aby kształcić młodych skoczków, nie ma lodowisk... Mam głęboką nadzieję, że to się zmieni. Państwo zrozumie, iż opłaca się inwestować w sportowe infrastruktury.
T.S.: Idea Olimpiady w Zakopanem jak na razie upadła, czy nie uważasz, że nasza zimowa stolica mogłaby się postarać np. o organizację slalomowego etapu Pucharu Świata. Przecież mamy tam trasę posiadającą homologację FIS i już kiedyś - w latach 70- tych - Puchar Świata się na niej odbył. Nie chciałbyś wystartować w Zakopanym, przecież bardzo by to pomogło promocji narciarstwa w naszym kraju.
A.B.: No pewnie, że bardzo bym chciał, ale po prostu nie wierzę w taką możliwość. Jest to obecnie nierealne. Mamy wprawdzie piękną trasę slalomową na Nosalu, ale co z tego skoro obok nie ma żadnej trasy rozgrzewkowej. A taka jest konieczna. Niestety w obecnych warunkach nie ma, moim zdaniem, szans na organizację żadnych poważnych narciarskich zawodów w Zakopanem. Może w Krynicy?
T.S.: Bardzo ważne jest, aby móc podczas treningów porównywać się z innymi. Jak sobie z tym radzisz, skoro w polskiej kadrze wciąż nie ma nikogo kto mógłby się z Tobą równać?
A.B.: Na razie trenuję sam, ale może się uda załatwić, abym przygotowywał się z resztą polskiej kadry przez cały rok, byłoby to naprawdę bardzo dobre.
T.S.: W tym sezonie mamy alpejskie Mistrzostwa Świata w Sankt Anton. Czy w związku z ubiegłorocznymi sukcesami zaostrzył Ci się apetyt związany z tą imprezą?
A.B.: No pewnie. Ale nie chcę o tym mówić, nie chcę nawet myśleć. Na pewno będę starał się pojechać jak najlepiej w slalomie. Może wystartuję też w gigancie i kombinacji. Chociaż mój start w kombinacji zależeć będzie od tamtejszej trasy zjazdowej. Zrezygnuję, jeśli będzie zbyt ostra. Zjazd nigdy nie był i nie będzie moją specjalnością. Nie chcę więc ryzykować jakiejś kontuzji.
T.S.: Powszechnie wiadomo, że poza nartami Twoją wielką pasją jest gra na gitarze i komponowanie muzyki. Tego lata nagrałeś materiał na swoją debiutancką płytę. Możesz zdradzić, na jakiem etapie jest ten projekt?
A.B.: Na przełomie kwietnia i maja w studio nagraniowym spędziłem ponad 3 tygodnie. Oczywiście nie sam, do nagrania zaprosiłem kilku świetnych muzyków sesyjnych - Francuzów, Włochów, Szwajcarów... I muszę przyznać, że z rezultatu jestem dość zadowolony. Materiał jest już gotowy, zmiksowany. Szukam teraz wydawców. Chciałbym, aby płyta ukazała się w Polsce, Wielkiej Brytanii i USA. Ale aby posłuchać niektórych moich utworów, nie trzeba czekać na płytę. Lada moment uruchomić swoją stronę internetową i będzie można na niej posłuchać fragmentów mojej muzycznej twórczości...
Rozmawiał Tomasz Surdel
