Lodowcowy Tux
Dolina Tux (Tuxertal) ciągnie się na odcinku 8 km. Zamykają ją góry z lodowcem, natomiast z drugiej strony dołącza do niej inna, dużo większa dolina Zillertal (co ciekawe, mieszkańcy każdej doliny posługują się innym dialektem).

Do bieguna północnego 5478 km, do Sydney16 360, do Nowego Jorku 6523 km. Ile do Warszawy. Tablica, na którą patrzę, wprawdzie nie informuje, wiem jednak z autopsji, że zimą to ok. 14 godzin jazdy samochodem. Ale co tam Warszawa, jak tu takie widoki. Otaczają mnie strome alpejskie szczyty, których biała pokrywa tak pięknie kontrastuje z błękitem nieba. Na horyzoncie widać Dolomity. To już Włochy, z drugiej strony mam Alpy Niemieckie z ich najwyższym wierzchołkiem: Zugspitze. Nieco bliżej widzę Wildspitze: najwyższą górę Tyrolu (3774 m).

Taras, na którym stoję, na dachu schroniska Gefrorene Wand, to nowa, świeżo udostępniona do użytku atrakcja austriackiego lodowca Hintertux. Jestem na wysokości 3250 m. To najwyższy punkt tego słynnego regionu narciarskiego. Można tu dojechać wyciągiem, a ściślej: uruchomionymi od tego sezonu kabinkami zwanymi "Gletscherbus 3" . W sumie zimą na lodowcu działa 21 wyciągów (pięć gondoli, sześć krzeseł i dziesięć orczyków) obsługujących 89 km tras. Dobra infrastruktura sprawia, że chętnie przyjeżdżają tu na treningi ekipy wyczynowych narciarzy. Spotkać można m.in. Hermanna Mayera, a także polskich zawodników.
Znajdujący się w obrębie kompleksu sportów zimowych "Zillertal 3000" lodowiec to jednak tylko jeden z licznych tu terenów narciarskich. W zależności od tego, jaki ski-pass kupimy, codziennie możemy jeździć w innym miejscu. Jeśli weźmiemy pod uwagę najbliższe miejsca położone wzdłuż doliny Tux, do wyboru będzie 230 km i 67 wyciągów, jeśli dodamy ośrodki w sąsiedniej dolinie Zillertal, czeka 500 km nartostrad i ok. 150 km wyciągów.
A wracając do lodowca: na Hintertuxie można jeździć przez okrągły rok. Latem jest tu 18 km tras. Szczególnie chętnie przyjeżdżają wówczas snowboardziści: od maja do października przyciąga ich tu World Cup halfpipe oraz King Size Fun Park.
Uwaga lawiny!

Polacy na Hintertuksie są już coraz częstszymi gośćmi, nie spodziewaliśmy się jednak wśród instruktorów miejscowej szkoły narciarskiej spotkać naszego rodaka. Krzysiek Gąsiorek na stałe mieszka w Szklarskiej Porębie, w sezonie zimowym pracuje jednak w Austrii, właśnie na Hintertuksie, gdzie uczy jazdy zarówno na nartach, jak i na snowboardzie. Podpytujemy go o jazdę pozatrasową. - Widzicie tamtą dolinę? - pokazuje. - Wydaje się całkiem blisko, ale tak naprawdę zjeżdża się do niej bite dwie godziny - opowiada. Nie możemy jednak sprawdzić. Raz, że nie ma jeszcze wystarczającej ilości śniegu, dwa - od miejsca docelowego z powrotem do doliny Tux drogami jest, bagatela, 150 km.
Oczywiście, są też inne stoki do zjazdów "off- piste". Lepiej jednak nie próbować tego na własną rękę. W rejonie tym jest dość wysokie zagrożenie lawinowe, a choć lokalne służby przygotowane są do "szybkiego reagowania", lepiej nie lekceważyć ustawionych tu i ówdzie ostrzeżeń przed lawinami. Niebezpieczeństwo stanowią też szczeliny lodowcowe. Przewodnik je zna, przyjeżdżający urlopowicz zwykle nie.
Przy damskim pisuarze

Wśród wyznaczonych nartostrad większość to trasy średnio trudne, tj. czerwone (42 km), niemniej nie brak też stoków łatwych (oznaczonych na niebiesko) i trudnych (czarne). O ile warunki śniegowe pozwolą (o umiejętnościach nie wspomnę), warto zjechać z lodowca do doliny Tux dwunastokilometrową trasą Schwarze Pfanne. Różnica poziomów, jaką trzeba pokonać, wynosi 1750 metrów. Swoją drogą patrząc na sieć tras i wyciągów, trudno sobie wyobrazić, jak kiedyś, przed rokiem 1965, kiedy to postawiono pierwszy wyciąg krzesełkowy, wyglądały tutejsze stoki. Teraz z każdym sezonem czegoś przybywa. W ubiegłym roku pojawił się np. supernowoczesny wyciąg 150er Tux łączący tereny narciarskie Rastkogel oraz Penken. W dwóch kabinach o pojemności 150 osób wjeżdża się na górę z szybkością 12 m na sekundę. Tegoroczną nowością jest oddana na zboczach Rastkogel 8er Horbergjoch - ośmioosobowa "kanapa" z przeciwwiatrowymi osłonami z pleksi.
Ruch na świeżym powietrzu zaostrza apetyt. Bez lunchu trudno nam się obejść. W schronisku tłok taki, że wydający posiłki rezygnuje z pojedynczego przyjmowania zamówień. - Wiener schnicel hande hoch! - krzyczy. Okrzyk rozbawia nas, ale grzecznie i my, jako chętni, podnosimy ręce. Do popicia biorę szklankę spieze. Tak nazywa się popularny tutaj miks coli z fantą.
Po obiedzie znowu przypinamy deski - jeździmy aż do zachodu słońca, kiedy to góry stają się czerwone i w końcu stają wyciągi. Resztki niewykorzystanej energii wykorzystujemy w barze "pod parasolem" przy stacji gondoli. Grzane wino leje się strumieniami, tłum śpiewa tutejszy przebój o "Antonie aus Tirol...", wszyscy się kiwają albo i tańczą, w czym buty narciarskie wcale nie przeszkadzają.

Propozycji tzw. apres ski nie brakuje też i na dole, w dolinie. Bawić się można do późnej nocy. Powrót na kwaterę zapewnia jeżdżący aż do wpół do trzeciej nad ranem specjalny Nachtbus.
Najpopularniejszym obecnie lokalem, dopiero co zresztą otwartym, jest Hohenhaus Tenne tuż przy stacji kolejki w wiosce Hintertux. Odbywają się tam "narciarskie dyskoteki", jest głośno i... swojsko. - Koniecznie musicie zobaczyć toalety - podpuszcza nas Krzysiek. Idziemy i - zgadzamy się, że to faktycznie główna atrakcja knajpki. W pełnym niespodzianek wystroju najbardziej podobają mi się... damskie pisuary. W nawiązaniu do tego można kupić nawet koszulki z karykaturalnym rysunkiem i niemieckojęzycznym napisem: "Upadł ostatni bastion męskości".
Wyrwy w chodniku
Niestety, następnego dnia mamy pecha. Już rano przy śniadaniu, oglądając telewizyjną "Panoramę", czyli specjalny program pokazujący warunki w regionach narciarskich, widzimy, że... nic nie widzimy. Totalna mgła. Ponoć średnio na Hintertuksie mglistych jest 19 dni w roku. Akurat się załapaliśmy. Wątpliwe to szczęście. Na dodatek jest silny wiatr i spory mróz. Tak to w górach bywa.
Tego dnia kończymy jazdę nieco szybciej, czego zresztą specjalnie nie żałujemy, bo jest w tych okolicach co robić. Przede wszystkim mamy czas, by przejść się po samym Hintertuksie. Miasteczko nie jest duże. Właściwie to tylko hotele i pensjonaty. Naszą uwagę przykuwa dziwne zwężenie chodnika. - Ten chodnik to nasza wspólna inwestycja - tłumaczą miejscowi. - Wszyscy składaliśmy się na pokrycie kosztów jego budowy, wyłamał się jedynie właściciel kilku okolicznych hoteli, zresztą bardzo bogaty człowiek. "Jego" odcinek zostawiliśmy taki, jaki był - wąski, byle jaki.
Nie powiem, pomysł "uczczenia" wyalienowanego skąpca całkiem mi się podoba.
My tymczasem dochodzimy do wybudowanego na powietrzu basenu z napisem: "Najwyżej w Europie położone źródła termalne". Zimą kąpiele odbywają się jednak nie pod chmurką, lecz w pobliskim hotelu Kirchler. Woda wypływająca ze źródeł ma temperaturę 22,5 st., a dzięki zawartym w niej minerałom leczy choroby reumatyczne, koi zranienia, pomaga w schorzeniach wywołanych starością. Już w połowie XIX wieku szeroko opisywano dobroczynne działanie źródeł termalnych w dolinie Tux - w sumie jest tu ich ponad 20.
Z bykiem w herbie

Na pewno warto znaleźć czas, by zwiedzić znajdującą się pod lodowcem jaskinię Spannagel. Podziemny spacer z przewodnikiem to okazja, by poznać liczącą 300 mln lat historię tego miejsca, podziwiać imponujące kryształy i stalaktyty.
Tych, których interesuje geologia, powinno zainteresować prywatne Muzeum Kryształów w miejscowości Finkenberg. Największe wrażenie robią fioletowe ametysty oraz ogromne kryształy górskie. Wszystkie eksponaty to pochodzące z okolicy znaleziska emerytowanego obecnie pracownika pobliskiej kolejki gondolowej. Co do minerałów to jeszcze nie tak dawno tutejsze okolice słynne były z wydobycia odkrytych na początku XX wieku magnezytów, jednak od 1976 roku zaprzestano już tej działalności.
Ten, kto interesuje się tradycjami ludowymi, powinien się wybrać do muzeum "chłopskiego" w Höllensteinhüte. To już jednak prawdziwa górska wyprawa. Od głównej drogi ponad godzina wędrówki po górach. Głównym zajęciem miejscowej ludności od wieków było pasterstwo, co zresztą podkreśla herb doliny Tux, w którym widnieje wielka głowa barana. Z pasterstwem związana była też produkcja masła i sera. Jaak wygląda ich tradycyjny wyrób, można obejrzeć w alpejskiej wytwórni tego typu specjałów w Junsalm.
Sanki czy masaż?

Znajdujące się w dolinie Tux miejscowości (w sumie pięć: Vorderlanersbach, Lanersbach, Juns, Madseit i Hintertux) żyją głównie z turystów i narciarzy. Bazą noclegową (zwykle tańszą niż hotele tuż pod lodowcem) mogą być też miejscowości należące już do doliny Zillertal.
My na przykład mieszkamy we wspomnianym już Finkenbergu. Ta uroczo położona miejscowość, której najbardziej charakterystycznym obiektem jest wybudowany w 1721 roku kościół pw. św. Leopolda, liczy zaledwie 1,5 tys. mieszkańców. To stąd pochodzi Leonhard Stock, złoty medalista z olimpiady w 1980 roku, a także Peter Habeler, pierwszy człowiek, który wszedł na Mount Everest bez butli z tlenem.
Spokojna, cicha atmosfera Finkenbergu bynajmniej nie nudzi. Zawsze przecież można wyskoczyć na dyskotekę do nie tak odległego Hintertuksu albo położonego 3 km w drugą stronę Mayrhofen, gdzie mamy basen, kort tenisowy, halę do squasha, a nawet kasyno. W samym Finkenbergu jest natomiast lodowisko i kręgielnia, zaś w okolicy - kilka tras saneczkowych oświetlonych nocą oraz tory do austriackiej odmiany curlingu.
Wiele osób przyjeżdża tu też specjalnie po zdrowie i urodę, w czym specjalizuje się ekskluzywny Stock Sporthotel & Welness w centrum Finkenbergu. My też postanawiamy skorzystać z jego usług. Dostajemy szlafroczki, specjalne kapcie i z przyjemnością oddajemy się w ręce sympatycznych dziewczyn, które na dobry początek zapraszają do relaksującej kąpieli. 20 minut w wygodnej wannie z pianą, wśród unoszących się aromatów, przy blasku dyskretnej lampki i dźwiękach uspokajającej muzyki nie jest wcale mniej przyjemne od zjazdów na nartach. Błogie chwile przerywa zaproszenie na masaż. Co za ulga dla zbolałych mięśni. Potem jeszcze basen, sauna (do wyboru kilka rodzajów). Żyć, nie umierać! Z siłowni rezygnujemy. Zakładamy, że następnego dnia pogoda się poprawi i ćwiczyć będziemy już na stoku.
Paweł Witkowski
