Kowalczyk nie może się dogadać z nartami od łyżwy
- Z klasycznymi dogaduję się doskonale. Te od łyżwy nie chcą mnie słuchać, ale i na nie znajdę sposób. Mówi Justyna Kowalczyk w rozmowie z "Gazetą Wyborczą". Najlepsza polska narciarka wcale nie cieszy się z przerwy świątecznej, bo nie będzie wtedy mogła trenować na pełnych obrotach.
- Będzie to przerwa wymuszona. Denerwuje mnie, że w okolicy nie ma trasy i nie będę mogła przypiąć nartek. Ja przecież kocham na nich biegać i wcale nie musimy od siebie odpoczywać. Zostają mi treningi w siłowni, bieganie i trenażery. Odpocznę za to psychicznie, mam nadzieję, że ludzie nie będą mnie szarpać na lewo i prawo. Mówi Justyna Kowalczyk.
- Szkoda mi tych nart, bo czuję, że to moment, w którym powinna być z nimi jak najdłużej. Z nartkami trzeba rozmawiać, żeby potem z odpowiednią prędkością wiozły mnie tam, gdzie trzeba. Dodaje.
Kowalczyk łaknie treningów, dlatego przymusowa przerwa świąteczna nie za bardzo się jej uśmiecha. Szczególnie że forma rośnie. Polska królowa nart ma za sobą świetny weekend w Rogli, gdzie była druga i pierwsza. - Z Rogli wywiozłam niemal same dobre wspomnienia, ale radość miesza się z niedosytem, bo powinnam wygrać również sobotni sprint. Kręci głową Justyna Kowalczyk.
Na szczęście będzie się mogła poprawić już w drugi dzień świąt, gdy startuje Tour de Ski. Kowalczyk na razie nie wybiega myślami do igrzysk w Vancouver. - Zostało półtora miesiąca i wszystko może się zmienić. W klasyku na moją niekorzyść, w łyżwie - na korzyść. Nerwy nie mają sensu. Mówi.
