Świętuj z nami 30 lat

Kvitfjell. Od wschodu do zachodu słońca przy -26°C

Spędzając święta w Norwegii, postanowiłam zarezerwować cztery dni na białe szaleństwo. Pierwsze w tym sezonie. Najbliżej było do Kvitfjell. Wśród większości miłośników dwóch desek ośrodek ten znany jest z rozgrywanych tu zawodów Pucharu Świata w zjeździe i super gigancie (w tym roku zawody odbędą się 6. i 7. marca 2010).

fot. N7ASIA
fot. N7ASIA

Zaraz po świątecznym grzaniu się przy kominku sprawdzam na stronie www.kvitfjell.no: ceny karnetów, wypożyczalnie, mapkę i prognozę pogody. Mój niepokój budzi temperatura. Prognoza brzmi: piękne słońce ale i duuużooooo poniżej 0°C (brrrr...). Grudzień to okres, w którym w Norwegii panują naprawdę niskie temperatury, a ja zaś należę do miłośników kwietniowego szusowania w krótkim rękawku. Ale postanawiam zmierzyć się z norweską zimą.

Dzień pierwszy

O wschodzie słońca czyli o 9.30 zjawiam się w wypożyczalni w poszukiwaniu Rossignol Radical WC Oversize lub Voekl Racetiger. Niestety- brak topowego sprzętu, nawet z sezonu 08/09! Zadowolić się muszę Voekl SuperSport S5. Wypożyczenie nart na 4 dni kosztuje mnie 765 NOK (ok. 390 zł). W Alpach dodatkowo ubezpieczam sprzęt od kradzieży lecz tu nie ma takiej potrzeby i... usługi, co wynika z mentalności Norwegów. Karnet na 4 dni kosztuje 1070 NOK (ok. 540 zł) + karta 70 NOK (niestety bezzwrotna). Co najważniejsze: karnet ten jest również do wykorzystania w innych ośrodkach narciarskich, oddalonych zaledwie o ok. 50 km od Kvitfjell, tj. w Hafjell, Skeikampen, Gala i Sjusjoen. Dla zmotoryzowanych i żądnych "zaliczania" codziennie innych stoków to idealne rozwiązanie.

Ruszam do wyciągu; jest -18°C. Kurtka, polar, kominiarka pod kaskiem, maska, 2 pary skarpet, ale i tak nie czuję się komfortowo. Obowiązkowa rozgrzewka i ruszam na pucharową czarną (The Olympic Hill - 3,5 km), mając nadzieję, że wrażenia mnie rozgrzeją. Tego dnia juniorzy trenują na bramkach. Klasa! Pokonuję pierwszy odcinek, ale stylem daleko odbiegającym od trenujących. Trasa jest dość wymagająca, zmienna, kręta, łatwo o złą ocenę tego co zaraz będzie. Mówiąc krótko, budzi respekt www.kvitfjell.no/ep/830. Emocje podczas zjazdu mnie rozgrzały, lecz nie na długo. Po 3 godz. poznawania wschodniej części Kvitfjell (głównie zielone i niebieskie trasy plus jedna, wyżej wspomniana czarna), zjeżdżam do odpowiednika polskiego schroniska, zwanego tu "warmestue", gdzie można zjeść przyniesione przez siebie kanapki, napić się gorącego kakao z automatu i w końcu ogrzać się.

Stoki są bardzo dobrze przygotowane. Ratraki wyjeżdżają wieczorami. Jeżeli w nocy nie spadnie śnieg, dzień zaczyna się po cudownym sztruksie. Poza tym ten śnieg - och! Jest suchy i bardzo szybki. Trasy nie są tak długie, jak te w Alpach, jednakże są wymagające niezależnie od koloru; wiją się wśród drzew, często nawet zielone zaskakują nagłymi, znacznymi nachyleniami. Niestety miejsc, gdzie pojeździć można poza trasami nie jest zbyt dużo, gdyż stoki pokrywają głównie drzewa i krzewy. W puchu można pośmigać w zasadzie jedynie pod wyciągami. W Kvitfjell królują narty typu twintip, dużo osób zjeżdża telemarkiem, sporo jest także desek snowboardowych. Tego dnia na stokach wytrzymuję tylko do 13.00. Ja versus mróz: 0-1.

Dzień drugi

Jest -16°C. Nauczona wczorajszym doświadczeniem, dziś mam na sobie dodatkowy polar i jeszcze jedną parę skarpet. Czuję się jak ludzik Michelin, ale najważniejsze, że jest mi ciepło. Piękny wschód słońca rekompensuje mroźne powietrze. Drugi dzień spędzam na wschodniej stronie stoku w cudnym słońcu. Mam tu do dyspozycji czerwone i niebieskie trasy, krzesełko i orczyk. Doskonalę technikę i trenuję najeżdżanie na niebyt duże skocznie. Moje pierwsze loty! Norwedzy bardzo dobrze jeżdżą na nartach - bez wyjątku: dzieci, młodzież, dorośli. Nie uraczysz na czerwonej jadącego pługiem narciarza.

Zobacz zdjęcia z wyjazdu do Norwegii

Kvitfjell ma tylko 28 km tras (5 km zielonych, 9 km niebieskich, 9 km czerwonych, 5 km czarnych), ale nie można narzekać na nudę, pomimo, że zalicza się wszystkie trasy już po 2 dniach. Można by porównać Kvitfjell wielkością do polskich ośrodków, jednakże… jest to ośrodek dużo bardziej kompleksowy: dla kochających podniebne loty: www.kvitfjell.no/ep/622;

dla kochających adrenalinę i rywalizację - 650-metrowy Skicross ze startem równoległym - ww.kvitfjell.no/Skiers+Cross/623; dla miłośników slalomu i giganta dwie niebieskie do treningów - wprawdzie bez pomiaru czasu, ale z zawsze obecnym instruktorem i przede wszystkim dla każdego!

Drugiego dnia również nie mam okazji wyjeździć się do końca. Kapituluję po 14.00. Prosto ze stoku podjeżdżam do hotelu GudbrandsGard, przed wejściem zostawiam narty, buty zaraz za drzwiami i w skarpetach lecę do sauny. Odmrażam się przez następne 3 godziny. Hmmm... Ja versus mróz: 0-2.

Dzień trzeci -16°C. Świeci piękne słonko, objeżdżam wszystkie trasy wielokrotnie. Ogrzewam się co 3 godziny w Warmestue i tak wytrzymuję do zamknięcia wyciągów czyli do 15.30. Na koniec dnia zaliczam jeszcze raz The Olympic Hill. Trasa jest rozjeżdżona, łaty lodu na największych spadkach. Niezbyt przyjemnie, tym bardziej że była już szarówka. Ja versus mróz: 1-2.

Dzień czwarty Rano słupek rtęci budzi moje przerażenie -26°C. Brat podrzuca mnie pod wyciąg, klepie mnie po plecach, przytula jakby na pożegnanie. Czyżby myślał, że nie przetrwam? Dopinam buty i jazda… od ciepłego oddechu maska zmienia się w twardy pancerz. Zdaje się, że tubylcy też się przestraszyli temperatury, gdyż jestem jedną z niewielu osób na wyciągu. Postanawiam zatem trenować na The Olympic Hill do południa. Mróz coraz bardziej doskwiera: bolą palce u rąk i nóg, mięśnie czworogłowe, uda zmarznięte. Niestety mam również problem z butami. Skorupy nieznośnie stwardniały, bolą mnie łydki. Zjeżdżam do Warmestue i tak jak inni zdejmuję buty, skarpety i rozcieram dłońmi zimne stopy. Po południu "loguję się" na niebieskiej z bramkami. Koniec z wygłupami, czas na naukę. Pierwszy przejazd. Bramki są dość ciasno ustawione jak na gigant, na trasie bardzo twardy śnieg. Nabieram prędkości, zaskakuje mnie małe wzniesienie i krótki lot, nie mieszczę się w końcowe bramki… Wrrrr... wstyd przed samą sobą i innymi, co za mną jadą. Op…rzam się sama głośno. Dobrze, że nikt mnie nie rozumie. Wsiadam na orczyk i pokornie próbuję dalej. Każdy następny zjazd jest już lepszy, krawędź, biodro… Walka z bramkami tak mnie wciągnęła, że nie zorientowałam się, że słońce zaszło. Ja versus mróz: 2-2.

Szusowanie w tych warunkach wymagało ode mnie samozaparcia, jednakże warto było pośmigać na świetnie przygotowanych i niezatłoczonych trasach. Korci mnie niezmiernie, by odwiedzić brata jeszcze raz w marcu 2010 w okresie trwania PŚ i walczyć dalej z bramkami.

Autorką tekstu jest miłośniczka dwóch desek udzielająca się na forum skionline.pl pod nickiem N7ASIA. Podziękowania od redakcji za zgodę na publikację materiału.

Podyskutuj o tym na forum

UbezpieczenieUbezpieczenie na narty w Norwegii od 34,51 zł/os. za 7 dni 
Oblicz cenę

Dodaj skionline.pl do ekranu

iPhone i iPad Safari

  1. Stuknij Udostępnij (w nowszym Safari najpierw „•••”).
  2. Przewiń listę i wybierz „Do ekranu początkowego”.
  3. Stuknij „Dodaj”.

W innych przeglądarkach na iPhonie ta sama opcja jest w menu Udostępnij.

Więcej o aplikacji