Kowalczyk po triumfie: Czułam się jak zając
Justyna Kowalczyk po raz drugi z rzędu wygrała prestiżowy Tour de Ski. Ta sztuka nie udała się dotąd żadnemu biegaczowi. Tegoroczna rywalizacja była dla Polki znacznie większym wyzwaniem, gdyż to ona była murowaną faworytką. Cały czas byłam zającem, przyznała Kowalczyk na mecie ostatniego etapu.
Przed startem do niedzielnego etapu, z metą na stromym podbiegu Alpe Cermis, jej przewaga nad drugą w klasyfikacji Marianną Longą wynosiła 2 minuty i 8 sekund. Zwycięstwo było więc na wyciągnięcie ręki.
- Jak człowiek jest mniej zmobilizowany to trudniej mu przychodzi pokonywanie trudności, a dzisiaj była jedna taka trudność (śmiech), wyznała po biegu Justyna Kowalczyk. - W sporcie wszystko jest jednak możliwe. Moim celem było jak najszybsze wystartowanie. Wiedziałam, że mniej więcej w połowie podbiegu, jeżeli utrzymam przewagę, będę mogła zacząć sobie odpuszczać. Nie było przecież możliwości, żebym na dystansie kilometra aż tak bardzo "siadła", żeby szarżująca z tyłu Johaug mnie doszła. Pod koniec Alpe Cermis nie biegłam więc na 100 procent swoich możliwości, a na 95, dodała.
- Dzisiejszy bieg mnie w ogóle nie zaskoczył. Wcale nie dziwię się, że dziś najlepsza była Johaug. Ta trasa była idealna dla jej stylu biegania i jej budowy. Zaskoczyła mnie na pewno jej wczorajsza dyspozycja, ale to kolejny dowód na to, że obecnie jest ona w świetnej formie. Myślę, że będzie ona bardzo mocna również w dalszej części sezonu, powiedziała biegaczka AZS AWF Katowice.
Podczas tegorocznego cyklu Justyna niemal w każdym starcie musiała samotnie uciekać przed rywalkami. To, jej zdaniem, była największa różnica w porównaniu z ubiegłorocznym Tour de Ski.
