Pocztówka z Oslo: Kto (nie) smaruje, ten jedzie?
Człowiek się uczy całe życie. Jakoś 10 lat temu z niewielkim okładem Polacy stali się niesłychanymi znawcami skoków narciarskich, ze szczególnym uwzględnieniem wpływu wiatru na sportowy wynik zawodników. Czy powiało mocniej, czy słabiej, w plecy, z boku - można było na ten temat zagadnąć dowolnie spotkaną osobę i była duża szansa, że wywiąże się ożywiona dyskusja.
To była sprawka Adama Małysza. Teraz, za przyczyną Justyny Kowalczyk, coraz liczniejsze grono kibiców będzie mogło zapewne wymieniać uwagi dotyczące właściwego smarowania nart, bo przecież to też bardzo wdzięczny temat do dyskusji. Notabene, spory, kto i jak posmarował, są wiodącym tematem także w Oslo.
Zaczęło się od pierwszej konkurencji biegowej, kiedy to Marcus Hellner wygrał z dużą łatwością w sprincie. Poza głosami uznania dla Szweda liczne były także opinie, że nie byłoby tego sukcesu, gdyby nie świetnie przygotowane narty przez szwedzkich serwismenów. W biegu łączonym jednak specjaliści od smarowania ze Szwecji nie spisali się już tak dobrze; po dzisiejszym klasyku zaś zupełnie uzasadnione są obawy, że serwismenów ekipy Trzech Koron czeka rytualny mord tępa narta. Najlepszy biegacz tej reprezentacji z trudem zmieścił się w drugiej dziesiątce, zaś błyszczący w sprincie Hellner ledwie wyprzedził naszych biegaczy, co trudno uważać za sukces.
