Sobota – powrót do Lienz
Padało w piątek wieczór i całą noc. W sobotę rano niebo było zaniesione, ale deszcz – pomimo pesymistycznych prognoz – ustał. Więc ruszamy w drogę, przez kukurydziane pola i karynckie wioski.
Czasem zza chmur wyłaniają się zarysy gór.
Nieopodal miejscowości Berg im Drautal trafiamy na drogowskazy do dwóch wąwozów – Ochsenschlucht i Geisslochklamm. Zaglądamy do drugiego z nich – wygodna ścieżka zmienia się jednak wkrótce w skakanie po kamieniach w korycie rzeki, a tabliczka oznajmia, że dalej szlaku nie ma. Próbujemy jeszcze kawałek, ale mżawka i śliskie głazy jednak zniechęcają i wkrótce zawracamy.
W wąwozie:
Dojeżdżamy do Oberdrauburga.
Tutaj, przy kolarskiej metaloplastyce symbolicznie zamykamy pętlę naszej objazdówki – w lewo odchodzi droga na przełęcz Gailbergsattel, na którą wjeżdżaliśmy w niedzielę, a prosto prowadzi szlak w stronę Lienzu.
I znów most graniczny między Karyntią i Tyrolem Wschodnim.
Wiatr wzmaga się, na szczęście mamy go „w plecy”, więc nie przeszkadza.
Nurt Drawy znów robi się bardziej rwący, a wokół wyłaniają się ponownie ostrzejsze kontury Dolomitów Lienzkich.
50 km do Lienzu - a właściwie do Leisach k/Lienzu - pokonujemy do około piętnastej – dziesięć minut później lunął deszcz i zaczęła się burza, która tłukła się cały wieczór. Ale mamy wyczucie czasu !
Spacer po lienzkiej starówce – niestety w strugach deszczu.
Ulewa towarzyszyła nam też w drodze powrotnej samochodem, ciężko się jechało 11 godzin w deszczu , dopiero przed samym Szczecinem przejaśniło się.
Za nami 520 km rowerowego szlaku oraz kilka krótszych i dłuższych wędrówek po górach. Pod powiekami wciąż obrazy sielankowych dolin z soczystą zielenią, lazurowych jezior i potężnych górskich pasm. W uszach wciąż brzmi szum rzeki i dzwonki alpejskich krów, których zapach też nam towarzyszył, nawet w większych miastach. Cóż, Austria latem zalatuje oborą, taki jej urok !
Było pięknie, kiedyś wrócimy, na pewno !