Narty - skionline.pl
Jump to content

Leaderboard

Popular Content

Showing content with the highest reputation since 07/01/2021 in all areas

  1. PIEKŁO NA STELVIO 48 zakrętów, ca. 1850m przewyższenia przy średnim nachyleniu 7,4% na odcinku 24km od Prato allo Stelvio (Prad am Stilfserjoch) – taką trasę wybraliśmy, jest jedną z trzech wariantów podjazdu – prawdziwe PIEKŁO KOLARZY. To był kolejny dzień po rozgrzewce, nasz drugi dzień pobytu w Alpach. „Ta góra jest chora” – powiedział do mnie kolega od żółtej szosy. Ja popłakałam się jak byłam już na szczycie. Wspinaczka zajęła mi jakieś 7,5h łącznie z postojami. Spore rozczarowanie spotkało mnie już na początku wspinaczki, kiedy zorientowałam się, że nie mam już lżejszego biegu 😄 (tarcze:46/30, kaseta:11-34). To był mój pierwszy pobyt w górach na rowerze. Pierwszy raz jeździłam na takiej wysokości i nie spodziewałam się, że jestem AŻ tak słaba ! Nie byłam w stanie utrzymać koła grupki niemieckich turystów w czerwonych koszulach..hehe, już na samym początku podjazdu – na pierwszej serpentynie z numerem 48. Trasę można podzielić z grubsza na dwa etapy – odcinek o mniejszym nachyleniu w lesie i odcinek poza lasem gdzie zaczyna się R Z E Ź. O ile w lesie każdy jeszcze wygląda jako tako, to z biegiem redukcji ilości zakrętów (numeracja maleje od podstawy podjazdu do szczytu) lwia część uczestników tego szalonego czynu zaczyna przypominać rozgrzany piec. Każdy wylewa siódme poty, każdy uprawia trening mentalny - prawdziwą walkę ze samym sobą i z tą piekielną górą. Dla mnie najtrudniejszy był odcinek w lesie. Człowiek nie widzi końca a zakręty mijają bardzo wolno z uwagi na długie odcinki drogi po między nimi. Niby nie widzisz nachylenia, niby jest niewielkie, a jednak płuca się wypluwa. Zresztą, zobaczcie sami jak to wygląda: Jednak im wyżej tym częściej drzewa ustępują i pojawiają się takie momenty: Wyjechałam z lasu i to był moment pierwszego wzruszenia – tak, jest !!! Widzę już szczyt. Mam nawet zdjęcie z tego miejsca – to była piękna chwila !!! Telefon mówi, że zdjęcie zostało wykonane o 13:48, wiec zostało mi jeszcze około 2h wspinaczki, gdzie procent nachylenia wynosił 8-12%. Jest już coraz wyżej i brak tlenu daje się mocno we znaki. Zdecydowana większość rowerzystów pozdrawia się nawzajem i wspiera się na tej morderczej trasie. Jak już byłam trochę wyżej i widziałam dokładnie wszystkie curviątka, które prowadzą na szczyt – wiem, bo je wtedy policzyłam ! Zobaczcie, jednak nie wszyscy wyglądali jak piece. Byli tacy, którzy prezentowali się niczym Vincenzo Nibali na Giro :-D: Trasa ponad lasem jest trudniejsza. Są dużo większe przewyższenia i ekspozycja słoneczna, nie ma się gdzie schować. Jest naprawdę gorąco. Pokonywanie kolejnych serpentyn idzie jednak sprawniej, odcinki pomiędzy nimi są krótsze. Zdecydowanie wolę tą formę wspinaczki. Jednak nadal się bardzo ciężko. Pamiętam jak, stanęłam na jednym z zakrętów , spojrzałam w górę i pomyślałam – „o jprdl, przecież to nie jest możliwe, żeby tam podjechać” – jedna z serpenty wisiała mi dosłownie nad głową :-D. Na szczęście można było zatrzymać się na chwilkę pod pretekstem wykonania dokumentacji fotograficznej hehe. Widoki zapierały dech w piersiach: Wreszcie byłam coraz bliżej szczytu. Tak sytuacja przedstawia się tuż tuż prze końcem (acha, tam gdzie widać pasmo drogi które zawija się za zboczem wypada mniej więcej 2/3 podjazd, licząc od dołu – czyli najdłuższego odcinka leśnego po prostu nie widać) : Na szczycie czekał na mnie kolega od żółtej szosy: Wjechaliśmy razem, ale w innym czasie. On wyprzedził mnie o jakieś 1,5h, a ma dużo twardsze przełożenie. Szacun dla niego, bo połowę podjazdu zrobił stojąc na pedałach. To jest widok ze szczytu najbardziej stromej części podjazdu: Zdobycie szczytu tej przełęczy, a w szczególności emocji, które temu towarzyszą, atmosfery morderczego podjazdu, a także wsparcia innych rowerzystów, motocyklistów oraz kierowców samochodów osobowych nie da się opisać – wszyscy kibicują !!! Na każdym kroku widzisz podniesione kciuki i słyszysz dopingujące klaksony. Coś niesamowitego !!! Jak wreszcie zakończyłam już wspinaczkę i byłam na szczycie, to zachowywałam się tak jak Mark Cavendish, który w tym roku wygrał swój pierwszy etap na TdF. Łzy szczęścia i niedowierzanie, że to mi się udało !!!!! Miałam też wrażenie, ze gratulacje spływają do mnie z całego świata (chociaż były to smsy od najbliższego grona znajomych ). O pracy mentalnej, którą wykonałam w czasie podjazdu mogłabym założyć chyba osobny watek na skionline O Stelvio dowiedziałam się dwa miesiące przed wyjazdem, od koleżanki. Wpisałam wtedy nazwę do Googla i już wiedziałam, że chcę tam pojechać. Wszystko zaczęło się od zakupu nowego roweru pod koniec zeszłego roku. Potem włączyłam przez przypadek Eurosport i natknęłam się na któryś z początkowych etapów Giro – no i poszło….. Teraz planuje zakup szosy. Chciałabym pokonać Stelvio właśnie na szosie, tak jak robi to Grande Giro. To moje kolejne marzenie. Mogę Was zapewnić, że było bardzo ciężko, ale życzę Wam wszystkim, abyście choć raz w życiu pokonali tą przełęcz. Po wyczerpującej wspinaczce czekał mnie jeszcze bajeczny, lecz ekstremalny zjazd. Wybraliśmy wariant przez Szwajcarię, zamykając trasę w pętlę. Strona Szwajcarska wygląda tak: Wyjechaliśmy z domu o 8:30, około 9:00 zaczęliśmy się wspinać. Ja ukończyłam walkę o 16:15, kolega o 15:00. Zjazd zajął nam około godziny. W domu byliśmy w okolicach 9:30. Zmęczeni, ale bardzo szczęśliwi :))) Dziękuję za uwagę 🙂 Do następnego razu !!
    29 points
  2. Rozgrzewka przed Dniem Piekła Kolarzy 🚲 W zasadzie na dzień przed. To był ostatni moment, bo w górach mogliśmy spędzić 3 dni, przy czym drugi był przeznaczony na Piekło. Dziś przedstawię Wam dzień pierwszy we włoskich Alpach, które znałam dotychczas tylko i wyłącznie z zimowych wyjazdów narciarskich, chociaż też nie do końca bo akurat w zachodniej części Południowego Tyrolu nigdy wcześniej nie byłam. Do Włoch jechaliśmy we trójkę jednym autem z trzema rowerami na dachu. Ruch był spory, przyznam, że nie spodziewałam się 12sto godzinnego dojazdu . Na granicy DE/AT i AT/IT bez kontroli. Wszyscy mieliśmy jednak paszporty covidowe i zarejestrowaliśmy swój pobyt na włoskiej stronie rządowej. Na miejscu przy zameldowaniu nikt nie wymagał od nas ani certyfikatu ani potwierdzenia rejestracji pobytu. Rozgrzewka polegała na przystosowaniu się do wysokości (chociaż wiadomo, że jeden dzień to za mało) oraz przygotowania mięśni na Piekło. Na tzw. przystawkę przed Daniem Zero pokonaliśmy przewyższenie 625m na długości ok.15km. Najwyższa rzędna - 1566m npm, ze startem z poziomu około 950m npm. Były więc i podjazdy i zjazdy gdzie rower rozpędzał się do steki w trzy sekundy (takie przynajmniej miałam wrażenie). Na co dzień mieszkamy na nizinach, więc takie wysokości były już dla nas odczuwalne. Po odespaniu trudów podróży, śniadaniu oraz kawusi wyruszyliśmy na trening. Po krótkiej wspinaczce naszym oczom ukazał się taki widok: Potem było już tylko gorzej: Trasa którą wybraliśmy w większości była drogą rowerową. Zamierzaliśmy objechać całe jezioro, które oplata z jednej strony gładki niczym lico młodej dziewanny asfalcik, o taki...... .....a z drugiej nawierzchnia szutrowa. Kolega na szosie z "opąką 25" musiał w tamtej części przemieszczać się drogą dla samochodów (ja i mój D. mamy grawele). Tutaj cała rowerowa trójca na jednej focie: Faktycznie objechaliśmy jezioro, pożerając po drodze różne pyszności: Po udanej wspinaczce i obczajce okolicy ruszyliśmy w dół. W teorii, bo żeby zjechać te 600m w dół trzeba było jeszcze trochę podjechać w górę:-))) O tutaj widać zdradliwy początek tego zjeździku: Jadąc w dół ćwiczyłam zachowanie zimnej krwi przy dużych prędkosciach i sprawdzałam skuteczność hamulców tarczowych. Spadek nie wydawał się zabójczy, ale potem na Stravie po analizie statsów wyszło, że jednej niepozornie wyglądającej górce rozwinęłam prędkość 70km/h !!! Tutaj jest jej początek (to co widać to podjazd, zjazd z drugiej strony). A tak sytuacja przedstawiała się na wzniesieniu pola, które widać na powyższym zdjęciu. Cóż...to tyle, jeśli chodzi o rozgrzewkę. Ciekawa jestem ilu z Was wie co czekało mnie następnego dnia - założę się że większość już się domyśla. Dzień Zero czyli to co nazywam Piekłem Kolarzy opiszę Wam w następnym odcinku :))))) Pozdrawiam serdecznie :*** STAY TUNED
    19 points
  3. Prowansja - cz. II - rekonesans Tych, którzy czekają na relację z Ventoux, musze rozczarować - to będzie opisane w cz. III moich przygód w Prowansji. Dzisiaj nasz pierwszy dzień pobytu. Pierwszy dzień na miejscu rozpoczął... deszcz. W sumie muszę powiedzieć, że nawet dobrze się stało. Przed wyjazdem oglądaliśmy długookresowe prognozy pogody i one nie wskazywały choćby na kropelkę deszczu, za to pokazywały mega upały po 36 stopni w cieniu. Wyrażaliśmy obawę, czy w tych warunkach jazda w ogóle będzie przyjemnością i nastawialiśmy się na jakieś pobudki typu 6-ta rano, żeby jeździć od 7-mej i kończyć zabawę przed 11-tą. Na szczęście prognozy pogody się zmieniły i poza jednym dniem, w którym upał naprawdę dał nam w kość - o tym napiszę w cz. IV - było temperaturowo bardzo znośnie (było po prostu ciepło, a nawet bardzo ciepło, ale nie nadludzko upalnie). Poza tym pierwszym dniem, w którym do popołudnia trochę popadało deszcz nie stanowił problemu. Dzięki natomiast temu, że deszcz spadł i padał do godz. 14-tej, mieliśmy szansę jednak trochę się lepiej zregenerować po dwudniowej podróży; nie rzuciliśmy się od rana na jakąś mega trasę, co miałoby wpływ zapewne na plany dnia kolejnego (podjazd pod Ventoux); zrobiliśmy szybki rekonesans okolicy i zrobiliśmy jakieś zakupy, ogarnęliśmy rowery (smarowanie łańcucha, pompowanie i tego typu czynności); wreszcie popołudniu w okolicach 16-tej; 17-tej w przyjemnej temperaturze typu 25-26 stopni mogliśmy ruszyć na mały rekonesans wokół Malaucene. Taki widok malował się z naszego tarasu przed wyjazdem - po deszczu ani śladu: Plan zakładał - jedziemy spokojnie, wręcz turystycznie - podziwiamy widoczki, robimy zdjęcia - pętla 47 km i około 1000 metrów przewyższenia i tak było fajne na rozruch i wiadomym było, że na jednym lub drugim podjeździe będzie można trochę bardziej dać się ponieść: Najpierw podjazd pod col de la Chaine - sam podjazd nie jest jakiś wymagający - ma długość pewnie około 3 km i jak zakładam około 200 m (może ciut mniej) przewyższenia w pionie; sam podjazd nie jest jak na tutejsze warunki jakiś mega malowniczy, jednak od szczytu col de la Chaine otwierają się naprawdę piękne widoki i od tego momentu nasza runda nabiera sporych walorów widokowych. Tu zdjęcie z przełęczy - piękne widoki, zapach lawendy: Droga nie jest zbytnio uczęszczana przez samochody; zdecydowanie więcej spotyka się kolarzy niż aut; asfalt - czego do końca nie widać na zdjęciu - jest pokryty drobnymi luźnymi kamyczkami, które trochę podnosiły ciśnienie na zjeździe, bo człowiek czuł się spięty, czy koło się nie ślizgnie - tak to mniej więcej wyglądało: Dalej jest naprawdę malowniczo - skały, piękne widoki, klimatyczne miasteczka, a nad tym wszystkim góruje wyłaniający się co jakiś czas na horyzoncie wierzchołek Mt. Ventoux: Dojeżdżamy do miejscowości La Barroux - sennej, ale bardzo ładnej (jak chyba większość tutejszych miasteczek), nad którą góruje zamek - nie zastanawiając się długo postanawiamy zrobić mały postój na foteczki i ogólne rozejrzenie się - zwłaszcza, że nasz "track" gpx coś się w tej miejscowości pogubił - jak się okazało próbował nas skierować na jakąś dróżkę bardziej na MTB, a i to byłoby raczej karkołomne - ale na szczęście znaleźliśmy szybki objazd. Tu kilka foteczek z zamku z Mt. Ventoux w tle: Na zwiedzanie czasu nie ma - więc sobie odpuszczamy i poprzez różna fajne miasteczka i drogi pomiędzy nimi ruszamy w kierunku ostatniej "przeszkody" dzisiejszego dnia, czyli Col de la Madeleine - ale nie jest to ta słynna sabaudzka przełęcz alpejska (ta ma coś 19 km długości i 8% średniego nachylenia) - tylko taki falujący kilkukilometrowy podjazd o przewyższeniu znów pewnie w okolicach 200 metrów: Po pokonaniu traski jesteśmy już pewni, że trafiliśmy w piękne miejsce, z pięknymi trasami i widokami; w sumie tak się fajnie poskładało - o czym wtedy nie wiedzieliśmy - że stopniowaliśmy sobie walory widokowe i trasowe niemal z każdym dniem. Tzn. jak już się nam wydawało, że jest pięknie i dużo ładniej nie będzie, to czas pokazał, że wcale tak nie było, bo kolejne dni przynosiły jeszcze lepsze widoki i jeszcze lepsze wrażenia. Ta trasa, która obiektywnie była przeładna, była słaba w porównaniu do tej jaką "zaliczyliśmy" jako naszą ostatnią w Prowansji. Stało się tak oczywiście przez zupełny przypadek - ale generalnie to też było bardzo fajnie, bo każdy kolejny dzień przynosił jeszcze fajniejsze wrażenia i nie był jakimś tam "krokiem w tył" w stosunku do poprzedniego. Dzień zakończyliśmy smakowitą sałatką przygotowaną przez jednego z moich kompanów i widokiem zachodzącego słońca. Dzień kolejny miał być dniem ataku na Ventoux. Choć wieczorem zaczęliśmy rozważać - jaki wariant tego "ataku" obrać, o czym napiszę w kolejnej części relacji. c.d.n.
    18 points
  4. Prowansja – cz. III – Mt. Ventoux – Na razie trochę teorii Po pierwszej zapoznawczej rundzie wokół Malaucene, kolejny dzień miał być dniem ataku na Mt. Ventoux. Tutaj chwila na wyjaśnienia o co chodzi z tą górą. Na szczyt Mt. Ventoux wiodą w sumie trzy drogi z trzech różnych stron. Od miejscowości Sault; od miejscowości Bedoin i trzeci od miejscowości Malaucene. Zdecydowanie najprostszym wariantem jest podjazd od strony miejscowości Sault – jest on co prawda najdłuższy – bo liczy sobie ok. 25 km – dwa inne to ok. 21 km każdy – ale z uwagi na to, że miejscowość Sault leży wyżej nad poziomem morza niż Malaucene i Bedoin, czyli punkty startowe dwóch pozostałych podjazdów, przewyższenie między punktem startowym a szczytem góry jest najmniejsze w porównaniu do tych dwóch innych podjazdów (ok. 1200 m vs. prawie 1600 m). Mniejsze przewyższenie rozkładające się dodatkowo na ponad 25 km vs. 21 km powoduje, że średnie nachylenie tego podjazdu to 4,5%, przy czym tak naprawdę większe trudności zaczynają się powyżej knajpy (takiej trochę tu kultowej) zwanej Chalet Reynard, czyli ok. 6 km przed szczytem. Zresztą właśnie przy Chalet Reynard podjazd od strony miejscowości Sault „spotyka” się z podjazdem od miejscowości Bedoin, czyli tym tzw. klasycznym i najtrudniejszym podjazdem. Innymi słowy – ostatnie 6 km tego podjazdu jest wspólne dla wariantu Sault i Bedoin. To właśnie nad Chalet Reynard zaczyna się ten księżycowy krajobraz, który znamy z relacji TDF i te najbardziej znane obrazki kojarzące się z tą górą. Tu profil podjazdu od Sault - widać wyraźnie, że znakomita część podjazdu to odcienie żółte, a wręcz w pewnym momencie jest płasko i dopiero końcówka jest pomarańczowo-czerwona: Jak już pisałem wcześniej - poza podjazdem od Sault, który ma ostatnie 6km wspólne z tym od Bedoin, są na górę jeszcze dwie drogi – jedna właśnie od rzeczonego Bedoin i druga od zupełnie drugiej strony, czyli od Malaucene. Bedoin to ten najbardziej klasyczny i hardcore’owy wariant znany z TDF. Jego podstawowa trudność polega na tym, że jak już złapie, to trzyma i nie odpuszcza do samej góry. Zresztą ładnie widać do na profilu. W zasadzie mniej więcej 16 km od szczytu zaczyna się tak średnio 9-10% i z małymi wyjątkami tak jest do samej góry. Podjazd ma ok. 21 km i przewyższenie ok. 1600 metrów, przy czym puryści nie liczą tych pierwszych 4-5 km, gdzie średnie nachylenie nie przekracza 5%. Tu profilik - widać czerwienie i mocne pomarańcze po pierwszych 4-5 km: Jest też trzeci wariant – najmniej uczęszczany i być może przez to mniej znany. To podjazd od miejscowości, w której my się zatrzymaliśmy – czyli od Malaucene. W liczbach bezwzględnych wygląda to bardzo podobnie jak wariant od Bedoin. Mniej więcej ten sam dystans – 21 km; to samo średnie nachylenie 7,5%; bardzo podobne przewyższenie – różnica bodaj 20 metrów. Ten wariant ma nawet dłuższy dystans odcinków 10% i więcej. Ma też bardziej strome kawałki niż ten od Bedoin; stromszy 1 km. Ale jednak ten wariant uchodzi za trochę łatwiejszy niż ten od Bedoin – są dwa powody – ten od Bedoin ma stosunkowo łatwe 4-5 km i potem do szczytu jest cały czas trudno; za to ten wariant od Bedoin jest mniej regularny strome dłuższe odcinki są jednak przeplatane takimi, które dają jednak trochę wytchnienia – po kilku km ze średnią 9-10%, to takie 6,7 czy nawet 8 nagle wydają się być miejscem, gdzie człowiek odpoczywa; drugi powód dlaczego ten wariant jest prostszy, to wiatr – w dni wietrzne, gdy Mistral daje w kość, najczęściej wieje „w mordę” jadąc od Bedoin (i także od Sault); z kolei od Malaucene jest się bardziej osłoniętym, do tego podjeżdża się dokładnie od przeciwnej strony niż od Sault i Bedoin, jest więc nadzieja, że wiatr będzie jednak wiatrem bocznym lub nawet wiatrem w plecy, a nie wiatrem w twarz – choć na samej górze często zmienia się kierunek wspinaczki. Profil podjazdu od Malaucene wygląda tak – w liczbach bardzo podobnie jak Bedoin, ale jednak te procenty „falują” – widać, że między kawałkami czerwonymi i pomarańczowymi, zdarza się trochę żółtych - tam można nieco odpocząć: Przed wyjazdem zastanawialiśmy się jak to będzie. Nikt z nas nie jeździł takich podjazdów. Wokół Krakowa, to może udało się gdzieś 2-3 km podjechać, ale 21, czy 25 km nigdy. Ja jechałem raz jeden w USA w Górach Skalistych podjazd 10 km, ale tam było średnio ok. 5%, czyli około 500 metrów w pionie. Co prawda na wysokościach powyżej 2.500 metrów, co dawało mi jakiś tam obraz tego co nas czeka, ale ciągle raczej mglisty. Jeden z moich kompanów, postanowił sprawdzić formę i „jak to jest” na podjeździe pod Żar – ale to 8km i ciągle nie te przewyższenia. Plan mieliśmy taki, że będziemy szlifować formę od początku roku; mieliśmy mieć co najmniej 2.000 km przejechane przed tym wyjazdem, miało być niewiadomo co. Ostatecznie oczywiście rodzina, obowiązki w pracy, spowodowały, że ja miałem przed tym wyjazdem nakręcone marne 1.000 km na rowerze. Wielkich przewyższeń też nie było. Raz jeden w ramach chęci wykonania co najmniej 1000 m przewyższenia na jakimś tam krótkim dystansie „zaliczyłem” podjazd pod kopiec Kościuszki w Krakowie bodaj 12 razy góra dół. Jakiś mi tam to obraz dało – trochę nauczyło panować nad tempem, biciem serca, no ale to były jednak takie podjazdy po 1,5 km ok. 100 metrów w pionie, przeplatane zjazdem. Do tego zrobiłem to tylko raz. Miałem sprawdzić się z kumplem na ten Żar, ale dzień wcześniej miałem drugą dawkę szczepienia na Covid i czułem, że organizm niekoniecznie jest gotowy na taki wysiłek. Pod względem formy rowerowej nie byłem na pewno tam, gdzie na początku roku sobie to założyłem; jednak trochę biegałem – starałem się dwa razy w tygodniu urywać na jakieś przebieżki po 8-9 km; zimą coś tam pochodziłem na ski-tourach. Jakąś tam bazę miałem. Był też plan zejścia z wagą do 80 kg, ale z po-covidowych 86-87 kg zszedłem na 82, więc trochę brakło. No ale pocieszałem się, że dramatu nie ma. Nie wiem ile razy oglądnąłem filmy Mike’a Cottyego na the Col Collective – zresztą bardzo polecam ten kanał na youtube każdemu – co prawda dzisiaj nie ma tam za wiele nowych filmów, ale te co są, pokazują bardzo wiele podjazdów i pięknych tras na całym świecie. Mike świetnie też o tym opowiada i mają bardzo ładne ujęcia. Na kanale Mike podjeżdżał na Ventoux od strony Bedoin i od strony Malaucene. Tu link to filmu z podjazdem od Bedoin: https://www.youtube.com/watch?v=zD-CjcwwU_w Tu link do filmu z podjazdem od Malaucene: https://www.youtube.com/watch?v=rsMSNeShliE Trochę uwag otrzymałem także od naszych forumowiczów @fafek i @agnel2748 – wielkie podziękowania przy okazji. Przed wyjazdem dokonałem też dwóch modyfikacji w moim rowerze – zmieniłem tarcze z takich bieda tarcz, które Cannondale wrzucał seryjnie do SuperSix’ów w roku 2020 na tarcze Ultegrowskie 160 mm z przodu i z tyłu – bo cały czas pisałem o jakimś tam respekcie przed trudami podjazdu, ale zjeżdżanie też było trochę rodzącą obawy perspektywą; drugą modyfikacja objęła korbę – seryjna korba FSA o przełożeniu 52/36 ustąpiła cannondelowskiemu spiderringowi typu kompakt o przełożeniu 50/34. Z tyłu miałem kasetę z największą zębatką 32. @agnel2748 polecał mi założenie kasety z zębatką 34, ale uznałem że zmiana korby i tak daje sporo, a na zmianę kasety już nawet nie było za bardzo czasu. Przełożenie 34 przód i 32 tył musiało wystarczyć - i tak było już dość emeryckie. No dobra – dużo się rozpisałem o teorii, o tym jakie mieliśmy obawy, przygotowania itd., ale siedzimy sobie po naszej pierwszej rundzie w Prowansji nad sałatką i coś trzeba postanowić – jak i skąd jedziemy. Przed wyjazdem wszystko było jasne – zaczynamy od Sault i zobaczymy jak to pójdzie. Jak się uda, to spróbujemy od Malaucene; a może jak i to wyjedzie i nie braknie czasu, to rzucimy się na podjazd od Bedoin. Taki był plan – tylko nad tą sałatką trochę zaczęliśmy dywagować – w sumie to jutro ma być idealna pogoda – nie za ciepło, bez wiatru, to Sault jednak trochę jest od nas daleko (autem ok. 50 min, rowerem dużo dłużej), a ten podjazd od Malaucene zaczyna się nam 100 metrów od naszej kwatery… ostatecznie podejmujemy spontaniczną decyzję i zmieniamy pierwotne plany – olewamy ten najprostszy wariant jedziemy od Malaucene – raz kozie śmierć. Rano wstajemy, ogarniamy śniadanie, bidony, liczniki, pasy tętna, ciuchy – klasyczny rowerowy gramoling i ruszamy. 100 metrów ciut w dół do skrzyżowania, w lewo i zaczynamy: O tym jak przebiegł sam podjazd, jak to wyglądało na zdjęciach. to już napiszę w kolejnej części relacji z Prowansji, bo zrobiło się późno, a ja się znów rozpisałem… c.d.n.
    17 points
  5. Wejście na Czerwoną Ławkę 2309 m npm, to dla Słowaków podobno najtrudniejszy szlak w Tatrach. Naszym zdaniem jest kilka innych, trudniejszych i bardziej wymagających choć, generalnie, nie było łatwo. Łańcuchy, klamry i główkowanie gdzie postawić nogę, a jak chwycić skałę. Dla kogoś kto ma lęk wysokości, pionowe ekspozycje zmroziłyby krew w żyłach. Nasz czwartkowy, 32 kilometrowy trekking wiódł dwiema urokliwymi dolinami Studeny Potoku. Jak było? Tatry za każdym razem zachwycają i witają nas bajkową, piękną pogodą! Opisać napotkane piękno, trudno. Mogę jedynie pokazać w fotorelacji i nowym wpisie na blogu Zapraszam. Początek dnia, tuż po deszczu. Idziemy szlakiem żółtym wzdłuż Studeny Potoku. Teraz trochę fotek wspomnianego cieku wodnego W lesie czuliśmy się jak w puszczy amazońskiej - wilgotność pewnie coś ok 90%. Urokliwe miejsca I co? Burza... Pół godzinki, kieliszeczek prądu i poszliśmy dalej. Poniżej nasza "spelunka" I ponownie spotkanie z "białą" wodą. Idziemy w górę. Wchodzimy w Małą Dolinę Studeny Potoku. Niebo się odsłania... ...jest pięknie! Paula na szlaku: Kwiatki numer 1: I kolejny wodospad z bliska: ...i jeszcze jeden: Dolina Spiskich jezior, powinna mieć inną nazwę...miliona wodospadów Pod Teryho Chatą. Widoki magiczne - gra światła i chmur. Mordor? Lodowa Przełęcz... tam byliśmy wczoraj (kolejny blog niebawem). Nasz cel - Czerwona Ławka: Gzie idziemy? Na jedną, czy na drugą przełęcz... oczywiście - Czerwona! ...a potem ta druga Śniegu Ci tutaj dostatek No, to co? w górę? Żelastwo w garść i w górę! Michał i Paula już walczą ...a ja za nimi. Halo!!! Kto to? I po klamrach, ku niebu! Po drodze czas na kontemplację otaczającej nas przyrody... Poniższe zdjęcie z tego dnia podoba mi się najbardziej Wam też się podoba? Wiecie dlaczego "Czerwona Ławka"? Od koloru skał... A na przełęczy... kwiatuszki i zlot motyli. 2309 m npm zdobyte... można schodzić Widok w stronę Gerlacha - w drugiej linii z chmurkami. Tą to zawsze do śniegu ciągnie Tak, tak - narty by się przydały. Przypomnę - mamy połowę lipca. Widok na dół z żółtego szlaku prowadzącego do Zbójnickiej Chaty. Już na dobre w Wielkiej Studeny Dolinie Zbójnicka na horyzoncie...i piwko Już kiedyś robiłem temu czemuś zdjęcie Na powrocie z Małej Wysokiej... Czerwony Kapturek Komu bije dzwon? I teraz tradycyjnie, fotki z GoPro Od początku naszej wędrówki. Perspektywa się zaokrągla Marboru na szlaku: A za plecami jakieś barany... Paula Ciągnie i mnie do śniegu... W środku wodospadu. T Chata Jeziorko, jedno ze "Spiskich" Będzie przerwa? Była! Kwiatki numer 2 a nawet 3. Moje ulubione Kolejne jeziorko: Pod słońce: Inna perspektywa: I jeszcze inna... Idą... Trzy w jednym - z wysokości: Marboru tuż przed rozstajem szlaków. I są. Łańcuchy na Czerwoną Ławkę - początek szlaku. No to idę Na klamrach: Przełęcz Czerwona Ławka zdobyta! Teraz zejście: Jak ja to lubię, wielkie klocki... ...może nie takie jak w Dolomitach, ale zawsze jakieś Droga powrotna... ...w środku lata prowadziła przez śnieg No i zleciało 72 zdjęcia z niezwykłej wędrówki. Nogi oczywiście bolały. 32 kilometry i droga od godziny 6 rano, do 20 wieczorem. Lekko, nieśpiesznie i z dwoma długimi przerwami z powodu deszczu, w schroniskach. Było niezwykle fajnie! Dzisiaj odpoczywały, po wczorajszej Lodowej Przełęczy...a jutro kolejne wyzwanie. Jakie? Zaprasza wkrótce do odwiedzin mojego bloga. Pozdrawiam serdecznie marboru
    17 points
  6. 15 points
  7. Ostatnio trafił mi się mega udany wyjazd co nabrał niespodzianie przygodowy charakter. W planie były dwa dni - kolejny kawałek ER6 (Jelonka - Barcinek), dalej mała pętla Kamienicy, pętla wokół Kwisy, ST na Zajęczniku i Czerniawskiej Kopie, później pętla wokół Świeradowa. Czyli 3 trasy z Rowerowej Krainy (21,22, 32) i kilka singletracków. Na koniec powrót do Barcinka i stamtąd do Bolesławca. Po pierwszym dniu jednak zrezygnowałem z tego ostatniego kawałka na rzecz penetracji nieznanej mi strony Bobru. Czyli powrót do Jeleniej Góry. Wyszło więc tak. O pierwszym dniu nie będę się rozwodził. Było bardzo fajnie a najlepsze były czarne i czerwone ST na Czarniawskiej Kopie. Podjazdy, miejscami zmiecione wodą, dały mi w kość. W drugim dniu grzecznie machnąłem plana, końcówka pętli 32 była niezłym prognostykiem. Zamiast dynamicznego zjazdu był dynamiczny potok tak ze 2 km. A ponieważ moje buty mają nie tylko siatkową górę ale także kanały wentylacyjne w podeszwie to było to dodatkowym wyzwaniem. Teraz druga strona J. Wrzeszczyńskiego, są tam liczne dopływy i było do pokonania parę brodów. Pierwszy łatwy, inne niekoniecznie. Ścieżka wzdłuż brzegu świetna choć z łanami korzeni. Nogi dalej suche. Po rozgrzewce pora zabrać się za przygodę. Chcę wylądować nad mostkiem przy Perle Zachodu. Obejrzałem sobie to z dołu dzień wcześniej. Te skały mają pewnie ze 30 m wysokości. Na górze jest według OSM ścieżka. Zgodnie z planem. Na górze jest tak. Trzeba zejść do lustra wody więc może jest nawet wyżej jak myślałem. Zejście jest na poziomie Orlej Perci (czyli 0) ale... z rowerem już nie jest to takie łatwe bo są stopnie 1,5 - 2 m do pokonania. Używam więc kierownicy, pedałów w roli "frienda", klinuję rower w szczelinach obchodzę i ściągam z dołu. Jedyny problem jaki mam to czy na dole nie pojawią się jacyś gapie i nie wyciągną komórek. Ale zdążam przed nimi. Pora na ostatni punkt programu. Jazda brzegiem Jeziora Modrego na przeciwko oficjałki ER 6. I ta ścieżka jest genialna, wyczesana, piękna, trudna jak skurczybyk, niebezpieczna. Są miejsca gdzie jedzie się półką nad pionową ścianą o wysokości 5-10 m i z dokładnością maks do grubości opony. W innych tuż przy wodzie, na szerokość ręki. W wielu miejscach trzeba zsiadać i prowadzić rower. Wszędzie głazy, kamulce w drodze. To po prostu parokilometrowy rock garden. Zdjęcia są ustawione w kolejności, widać więc, że w górę rzeki jest coraz łatwiej. I jeszcze gpx z jezior. i wyjście na grupę skał. Pozdro Wiesiek
    15 points
  8. Prowansja – cz. IV – wjeżdżamy na Mt. Ventoux No dobrze – skończę relację z pierwszego wjazdu na Ventoux – tu mały spoiler – podczas tego wyjazdu wrócimy tu raz jeszcze. Tak jak opisywałem w poprzedniej części relacji. Niedługo po ósmej rano ruszyliśmy w kierunku szczytu Mt. Ventoux podjeżdżając od strony miejscowości Malaucene. Trasa liczy 21 km, ma ok. 1600 metrów przewyższenia o średniej około 7,2-7,4 proc (różne źródła różnie podają). Początek podjazdu w lesie, cieniu, temperatura raczej rześka, ale wiadomo że jak zaczniemy się wspinać, to zrobi się ciepło. Każdy zatankował dwa duże bidony – u mnie jeden zawiera izotonik, drugi czystą wodę; jest też banan i ze dwa żele. Do tego kurtka wiatrówka w – w sumie to jedna z dobrych rad, którą dostałem przed wyjazdem. Nawet jeżeli dzień jest bardzo ciepły – weź na górę kurtkę – rada, której na szczęście posłuchałem. Początek w zasadzie daje już jakąś tam zapowiedź jak to będzie – w przeciwieństwie od strony Bedoin, gdzie pierwsze 5-6 km jest mniej strome i tym samym dobre na rozgrzewkę, tutaj stromiej zaczyna się już wcześniej. Obieramy spokojne tempo wychodząc z założenia, że trzeba jak najwięcej sił oszczędzać na tzw. potem. Nie przejmujemy się tym, czy ktoś nas wyprzedza, my nie napalamy się na wyprzedanie innych. Generalnie jakoś najtrudniej było mi sobie wyobrazić to wspinanie się przez 21 km, no ale postanowiłem do sprawy podejść metodycznie kilometr po kilometrze. Sprawę nieco ułatwiały charakterystyczne słupki przy drodze – na takim słupku pokazany jest dystans do szczytu; średnie nachylenie przez kolejny kilometr oraz wysokość na poziomem morza. Przy czym wiadomo – gdy na takim słupku było naście kilometrów do góry, to nie dodawały one animuszu, ale gdy dystans spadł poniżej liczby dwucyfrowej, to każdy taki słupek dodawał mi nieco otuchy. Dodatkowo w dość nieregularnych odstępach umieszczono kosze na śmieci, a każdy kosz miał tablicę ile dystansu było do kolejnego – czasem było to ponad 2,5 km, a czasem niespełna 4 km. W każdym razie chyba jeszcze nigdy nie cieszyłem się tak na widok kolejnych koszy na śmieci, jak tego dnia. Tu zdjęcie słupków – koszom na śmieci zdjęć nie robiłem 😉: Droga na górę jest piękna – sama droga dość szeroka, bardzo dobry, asfalt, momentami zupełnie nowiutki, bo położony specjalnie na TDF. Na razie nie widać szczytu i charakterystycznego przekaźnika – ten „pokaże się nam” przy rozjeździe na Mont Serein – tam też pokażą się nam tereny narciarskie, bo na Mt. Ventoux jest kilka wyciągów (z tego co rozumiem talerzyki/orczyki). Jedziemy w słońcu, robi się dość ciepło. Ja w moim liczniku Garmina (Edge 130), nie mam aplikacji/opcji Climb Pro, którą mają moi kompani (w Edge 130 plus i Edge 530). Oni mają rozrysowaną trasę aż do szczytu, z informacjami ile jeszcze zostało, jakie będą procentowo nachylenia itd. Ja koncentruję się na słupkach. Po ok. 10 km robimy sobie trochę dłuższą pauzę. Jeden z moich kompanów stwierdza, że teraz aż do Mont Serein będzie najtrudniejsze 4 km naszej wspinaczki – jak to pokonamy, to na pewno wiedziemy do góry. Podziwiamy widoczki, pozdrawiamy kolarzy zmierzających do góry, trochę się posilamy – żele, batony idą w ruch – i jazda w górę. Pierwszy słupek – pokazuję 12% – myślę sobie – w życiu nie jechałem tak stromego kilometra, ale ok – powoli, miarowo, jakoś to będzie; dojeżdżam do kolejnego słupka – 11% - myślę sobie – cholera, znów stromo, ale jakoś otuchy dodaje mi myśl, że to zawsze 1% mniej niż na poprzednim km, po dwóch takich kilometrach, znów słupek 11 lub 12 procent, ale mając już dwa takie kilometry za sobą, to jakoś złapałem swój rytm i szło to sobie i kolejne dwa kilometry jakoś też zmęczyłem. Po tym męczącym dłuższym kawałku, trochę się wypłaszczyło i za chwilę pojawił parking przy rozjeździe na Mont Serein. Tam znów zjechaliśmy się ze sobą, bo się w tamtym momencie trochę rozjechaliśmy, jako grupa. Tam znów chwila odpoczynku – może nie przybijaliśmy sobie jeszcze piątek, tym bardziej że czekał nas jeszcze najstromszy jeden kilometr tego podjazdu, ale humory generalnie były dobre. Widoczek znów tutaj bardzo ładny: Zastanawiamy się, czy nie zatrzymać się na zimną colę w Chalet Liotard – knajpie, która właśnie jest na parkingu na którym zatrzymaliśmy się, ale ostatecznie uznajemy, że taka nagroda to dopiero na szczycie. Wspinamy się więc dalej. Zostało jeszcze ok. 6 stromych kilometrów – oczywiście dużo, ale mamy w pamięci, że 15 km już mamy za sobą i jakoś od razu człowiekowi lepiej się robi. Nastroje generalnie dobre, tym bardziej, że po raz pierwszy widzimy szczyt i charakterystyczny przekaźnik – jeszcze dość wysoko nad nami – to w końcu jeszcze jakieś prawie 500 metrów w pionie. Po drodze robimy sobie jeszcze trochę fotek, ale już teraz ciągnie nas do góry – cel wydaje się na wyciągnięcie ręki. Wyjeżdżamy nad linię lasu i czujemy, że naprawdę jesteśmy coraz bliżej z każdym obrotem korby. To co nas nieco zaskakuje – to niewiele przed szczytem pojawiają się ludzie z profesjonalnym sprzętem foto – jak się okazuje, robią zdjęcia każdemu podjeżdżającemu, a następnie wrzucają karteczkę człowiekowi do kieszonki w koszulce – tam podany jest adres strony www i godzina – można potem znaleźć po dacie o godzinie. Widząc co jest grane, postanawiam wyglądać jak skrzyżowanie Alberto Contadora z Vicenzo Nibalim, staję w korbach i z poważną miną rozpoczynam finisz ku górze – efekt uważam całkiem fajny, co zresztą spowodowało, że staje się lżejszy o 40 EUR zamawiając parę pamiątkowych fotek: Niedługo potem osiągamy cel – jesteśmy na szczycie – tam czujemy po raz pierwszy chłodek – wietrzyk na spoconym ciele daje w kość – dobrze, że mamy kurteczki. Dawno zimna cola nie smakowała tak dobrze, jak na szczycie Mt. Ventoux. Oczywiście zdjęć robimy co niemiara – widok przepiękny. Niebo prawie bezchmurne. Wielka satysfakcja, choć obiektywnie czas wybitny nie jest – czasu jazdy wyszło coś 2h 40 min, choć pewnie gdyby nie zdjęcia, to pewnie byłoby bardziej 2:20, ale tak żeby było przyzwoicie w miarę, to pewnie jeszcze ze 30 min trzeba byłoby z tego ściąć. Może jeszcze kiedyś się uda. Pozostał nam jeszcze zjazd na dół - zjeżdżamy do Bedoin, bo pora na zasłużony posiłek. Sałatka, lasagna i deserek konsumujmy szybciutko. Z Bedoin trzeba się jeszcze przebić przez Col Madeleine, które znamy z dnia poprzedniego do Malaucene, gdzie po prysznicu ładujemy się do basenu. Piękny dzień w Prowansji - jak nam się wydawało absolutny "highlight" tego wyjazdu. Dziś wiem, że to był jeden z "highlightów"... c.d.n.
    14 points
  9. [PROWANSJA] Część I - Wstęp Relacja wrzucona przez @barattolina skłania i mnie do opisania niedawno przeżytych absolutnie bajecznych chwil na wypadzie rowerowym do Prowansji. Wróciłem stamtąd już ponad tydzień temu, ale już w myślach kombinuje jak tam wrócić... Wszystko zaczęło się jesienią zeszłego roku - choć teraz jak sobie nad tym myślę, to zaczęło się w sumie wiele lat wcześniej - wiele lat wcześniej bowiem oglądając TDF w czasach Pantaniego i Armstronga, pomyślałem sobie, że fajnie byłoby samemu zmierzyć się z górą wiatrów, czyli słynnym Mt. Ventoux (francuskie słowo "ventoux" tłumaczy się jako wietrzny/wietrzna). Mityczna góra, zwana także gigantem Prowansji, która słynie z tego, że przez ok. 240-250 dni w roku wieje tam wiatr, zwany mistralem, który skutecznie utrudnia zadanie wjechania na górę. Więc sama myśl o wjechaniu na tą górę zakiełkowała już wiele lat temu; ok. 4 lata temu po raz pierwszy wsiadłem na szosę - co znów zaczęło gdzieś tam trochę pobudzać wyobraźnię; wreszcie - jesień zeszłego roku - na zewnętrz, któraś z kolei fala koronawirusa, lockdown i generalnie taki jesienny zjazd - w mojej skrzynce mailowej ląduje wiadomość email, której nie odfiltrował outlook o możliwości wynajęcia apartamentów i willi we Francji na kolejne wakacje. Do tego wskazano, że z uwagi na covid są możliwości anulowania takiej rezerwacji w zasadzie na tzw. ostatnią chwilę. Pewnie normalnie bym tego maila skasował, ale stwierdziłem, że w tej koronamizerii może warto mieć jakąkolwiek miłą nadzieję i perspektywę na coś fajnego. Do tego pamiętałem, że niedawno ogłoszono przebieg trasy Tour de France, gdzie dużo mówiło się o tym, że w tym roku kolarze pokonają po raz pierwszy w historii Mt. Ventoux nie jeden, ale dwa razy podczas jednego dnia. No i tak jakoś wszystko to się poskładało, że jesienią dokonałem rezerwacji wakacyjnego apartamentu - jak się okaże, zresztą bardzo fajnego - w miejscowości Malaucene, która nie tylko leży u podnóża Mt. Ventoux, ale także przy okazji była miejscowością, w której znajdowała się meta 11 etapu TDF. Plan wstępny zakładał, że rezerwuje, a potem się będę martwił, czy odwoływać z kim jechać itd. itd. Suma sumarum - szczepienia miałem za sobą; sytuacja epidemiologiczna w Polsce i Francji się mocno poprawiła, a moja żona stwierdziła, że dla niej to za daleko, więc ostatecznie tak się poukładało, że z trzema rowerami szosowymi na dachu, trzech kumpli obrało drogę na południe. Plan zakładał - pojeździmy na rowerach 4-5 dni; posiedzimy na basenie; pooglądamy TDF na żywo, a także w Eurosport; do tego mistrzostwa Europy w piłce kopanej; Hurkacz na Wimbledonie - no po prostu - dla facetów spuszczonych ze smyczy, bez żon i dzieciaków - raj na ziemi 😉 Czego można się spodziewać po Prowansji - to najpierw tak stereotypowo: Lawenda - BYŁA: Dobre żarcie - BYŁO Klimatyczne miasteczka - BYŁY: Nieprawdopodobne widoki - BYŁY: Zanim zakończę część wstępna relacji - to jak się jeździ na szosie po Prowansji? Generalnie większość osób zapewne zjawia się tu ze względu na Mt. Ventoux, ale prawda jest taka, że wokół Ventoux, - które samo w sobie jest pięknym miejscem - jest nieprzebrana możliwość skomponowania wielu zjawiskowych tras rowerowych o różnej długości i różnym stopniu trudności. Ktoś kto przyjechał tutaj tylko po to żeby wpaść i "zaliczyć" Ventoux, bez pojeżdżenia po okolicy, uważam że popełnia błąd. Przy czym trzeba generalnie liczyć się z tym, że trasy nie są płaskie - są różne podjazdy (3-4 km podjazdu zdarza się często, choć zwykle nie jakieś mega strome) - a nawet jak się wydaje, że jest płasko, to się okazuje, że było to raczej tzw. "false flat", czyli jednak takie 1-3 proc. pod górkę było; suma summarum należy przyjąć, że jeżdżąc wokół Ventoux tak średnio na ok. 50 km trasie uzbieramy ok. 1000 m przewyższenia. Dla mnie z KRK było to już jakieś tam wydarzenie, bo osobiście jeździłem trasy bardziej w stylu 400-500m przewyższenia na takim dystansie - takie po prostu trasy mam wokół siebie. Na pewno nie jest to jednak tak wymagające zajęcie jak jeżdżenie po stromych alpejskich przełęczach. Asfalty dobre lub bardzo dobre. Tylko w jednym miejscu przez kilka km spotkaliśmy się z takim asfaltem pokrytym drobnymi luźnymi kamyczkami, co rodziło obawy o kapcia, a także powodowało, że na zjeździe człowiek czuł się mocno spięty, bo czuło się, że rower myszkuje. Sieć drogowa bardzo dobrze rozwinięta - tzn. jest bardzo dużo mniejszych asfaltowych dróg, co pozwala naprawdę skomponować różne pętle i pętelki. Kierowcy - z tym nie mieliśmy żadnego problemu. Okolica żyje rowerami, ludzi na szosach jest wszędzie sporo i zdaje się, że kierowcy są po prostu do tego przyzwyczajeni. Jeździliśmy raczej mniejszymi drogami, gdzie ruch był naprawdę niewielki, natomiast zdarzyło nam się wyjechać na drogi trochę bardziej "główne", gdzie sprawę rozwiązano w ten sposób, że jest na nich wydzielone liniami pobocze na którym ludzie na rowerach się poruszają nie kolidując z ruchem samochodowym. W każdym razie - nie zdarzyło nam się jakieś trąbienie, wyprzedzanie na tzw. gazetę lub wrogość ze strony kogokolwiek w samochodzie. To co na pewno jest super fajne - to jeżeli ktoś lubi klimaty rowerowe - to atmosfera. W Malaucene, czy Bedoin można sobie po prostu siąść na kawkę w knajpce na zewnątrz i patrzeć jak co chwila towarzystwo rowerowe przejeżdża z prawej lub lewej; osoby młodsze, starsze; jeżdżące solo, w dwie, trzy osoby, ale także mniejsze lub większe peletony; rowery starsze, tańsze, ale także te z cyklu super rowerów, czyli najdroższe i najbardziej wypasione. Mogę jeszcze na koniec dodać, że uważam, że cenowo miejsce było OK. W sklepach rowerowych można awaryjnie zaopatrzyć się we wszystko - w cenach polskich lub... niższych. Obiad składający się z jakiejś przystawki, dania głównego, deseru, coli czy piwa to wydatek w okolicach 20-23 EUR. A jak widać na obrazkach, było to jeszcze naprawdę top jakości. To co jest może w tym wszystkim najtrudniejsze - to odległość. Z KRK do Malaucene jest ok. 1830 km. W drogę do Francji zdecydowaliśmy się na nocleg po drodze - po niecałych 12h godzinach jazdy padło na nocleg w Niemczech we Freiburgu. Stamtąd planowo mieliśmy jechać około 6-6,5h na miejsce - niestety Francja w sobotę w wakacje jest mega zakorkowana - jechaliśmy ponad 9h, co oznacza, że w korkach staliśmy blisko 3h. W drodze powrotnej też nastawialiśmy się raczej na spanie, ale ruszyliśmy około 8-mej rano i stwierdziliśmy, że zobaczymy jak pójdzie. W drodze powrotnej mieliśmy szczęście jedynie obserwować korki ze strony przeciwnej, tymczasem my pierwszy raz stanęliśmy na chwilę dłużej już około północy na bramkach autostradowych pod Gliwicami, a potem jeszcze wysadzaliśmy jednego z naszym kompanów w Katowicach. W sumie w Krakowie byliśmy nieco po pierwszej w nocy - więc uważam, że z rowerami na dachu, tankowaniami. postojami itp. to naprawdę sprawnie poszło. Najwygodniejszą opcją jest lot do Marsylii i stamtąd samochodem z wypożyczalni jest pewnie ok. 1,5 h drogi; w Malaucene czy Bedoin można bez problemu wypożyczyć markowy rower, choć ceny na pewno są wyższe niż w miejscu typu Gran Canaria, czy Majorka.
    14 points
  10. Dzisiaj będzie taki temacik z niedz/pon. Plan obejmował tutaj: "inwentaryzację" szlaku ER-6 (Magistrala Bobru) od Lubawki do JG, niebieskiego wokół Kowar, zielonego wokół Karpacza, żółtego z JG Zabobrza. Oprócz tego całkiem sporo było rowerowej obwodnicy JG (zielona). Sporą część z tego znałem fragmentami i prawdę powiedziawszy wiedziałem, że będzie co najmniej nieźle. GW Train z Sędzisławia jest atrakcją samą w sobie. To podróż w czasie. Kocham ten pojazd. Szlak wzdłuż Bobru to rewelacja, parę fotek z obu dni. Niebieski wokół Kowar (który znałem w 3/4) ta fota jest trochę obok ale TAKI świerk. To z tej leśnej części na Czarnym Grzbiecie co jej nie znałem Teraz niespodzianka wyjazdu. Pętla nazywa się "Karpacz przyjazny rowerom". Jakiej trasy byście się spodziewali??? Pomyślałem sobie, że to będzie spokojne mtb, jak te wokół Kowar. Otóż to było mocne XC, oznakowane skąpo w mieście ale w terenie... Kto by się tam takimi pierdołami zajmował! A ponieważ jeden z fragmentów biegł po terenach działalności ZUL-ów to słowo honoru, zatrzymywałem się i nie widziałem ścieżki. Ten najbardziej smakowity odcinek jechałem w burzy z duszą na ramieniu bo stromo, gałęzie sterczące w poprzek, więc każdy większy uślizg mógł się skończyć demolką koła czy wózka. Zdjęcia nawet w 10% nie pokazuję niestety tej zabawy. Fotograf dupa... a to na wyjeździe. Słowo honoru ucieszyłem się. Aby dla Was zrobić fotę to trochę z duszą na ramieniu przeszedłem po tych gnących się deskach. Karpacz przyjazny rowerom. Dobre! Na koniec była żółta pętla z JG. Ciekawy pomysł bo ogólnie po asfaltach z super widokami. Gravelowe miodzio. Ale też jakiś bród, jazda po rozrytym polu i długi, stromy, gruntowy podjazd z szaleńczym zjazdem w piargu dla kontrastu. Mnie się podobało. Zdołałem też zajrzeć w pierwszym dniu do Budnik (podjechałem na Ponurą Kaskadę a potem jest fajna ścieżka do mostka). Temat jest podwójnie albo potrójnie epicki. Raz, że polskie Anchorage (113 dni bez słońca), dwa, że miasteczko które znikło i praktycznie bez śladu. Trzecie to jest sztolnia 21 - 650 m dobrze zachowanych sztolni. Aby zwiedzić wystarczy tylko pokonać zacisk i pobrodzić w wodzie po pas przez pierwsze 100m. Aż taki zaciekły nie byłem. W statystykach wyszło 180 km i prawie 4000 m w górę. W dół ciut więcej. Pozdro Wiesiek
    13 points
  11. Sezon następny będzie w pełnym reżimie sanitarnym i jeszcze bardziej sportowy co oznacza, że bez odpowiednich koneksji i kontekstów pooglądacie PŚ w TV. Radzę już wyrabiać licencję, zapisywać się do klubów i trenować jak czempioni. Przesyłam Wam pozdrowienia z Krety, gdzie pełny reżim sanitarny wykorzystuję do robienia wydolności...
    13 points
  12. Tak z tydzień temu zajrzałem do Szklarskiej na dwa "krótsze" dni. Był to wyjazd z cyklu "spalonej ziemi". Wyszło razem 176 km i 4150 m vertical Ogólnie teren jest dość łatwy ale oznaczyłem na niebiesko ładniejsze fragmenty do jazdy a wykrzyknikami te najtrudniejsze. Ten z trzema to się trochę spociłem z wrażenia. Na początek 4x Stanisław Cały kawałek wzdłuż Mumlawy jest super i multum fajnych miejsc. Najbardziej spektakularny Mumlawski Wodospad Teraz singletrack Szklarska (zdecydowanie wart oddzielnej recenzji) Powiedzmy, że okolice Jakuszyc To już Czechy i trójwykrzyknikowy zjazd Z powrotem Polska i polana Izerska Wiadomo Powrót do Szklarskiej A to już z dworca, w plecaku mam gorące placki ziemniaczane (z Żabki) i marzę aby je wciąć. Pozdro Wiesiek
    13 points
  13. W zeszłą niedzielę byliśmy w Narnii… Tak, tak ta bajkowa kraina leży tuż obok nas, w Szklarskiej Porębie. Odwiedziliśmy Wodospad Kamieńczyka gdzie kręcone były sceny do „Opowieści z Narnii i Księcia Kaspiana”. Gościliśmy na szczycie Szrenicy 1362 m npm oraz deptaliśmy po „Trzech Świnkach”… czeskich „Trzech Świnkach”, pięknej formacji skalnej. Zapraszam na kolejną fotorelację i wpis na blogu z dnia, w którym nogi nas na koniec bolały Schronisko na szczycie Szrenicy - jeden z naszych celów kolejnego dnia naszej wędrówki: Wodospad Kamieńczyka - to tu kamerzyści i aktorzy tworzyli bajkową krainę, Narnię Księżniczka na skale Książe Boruta na Świnkach A to? Oczywiście akcent narciarski Oj nie byłem tu z deskami 15 lat... Świnka z boku jest zgrabna 😮 Świnka, na śwince Karkonoskie klimaty Ponownie jakieś "Pigi" W oddali polka wersja warchlaczków Szczyt jest oznaczony jeśli ktoś by szukał Szklarska Poręba i trasa narciarska...zielona, a jak jest biała, to z reguły nieczynna Schronisko na hali...wyciągi i tutejsze trasy nie są takie malutkie, jak na to wskazują ski mapy ze Szrenicy. Tuż przed spadkiem i Kamieńczykowym widokiem Schroniska olbrzymy są tutaj 😮 Świnki z oddali: marboru, a z tyłu gdzieś daleko Śnieżne Kotły: Górna stacja kolejki 2 osobowej: Stacja przekaźnikowa górująca nad ŚK: Widok ze Szrenicy na stronę czeską: Szlak wokół szczytu Sz: Początek nieczynnej od lat czarnej FIS Lola Paula: Szrenica 1362 m npm: Zakochana para, "Jacek i Barbara" W Karkonoszach byliśmy krótko, ale było intensywnie i fajnie mimo odwiedzonych bardzo komercyjnych miejsc. Turystów było niewielu, a pogoda nam dopisała... ...tęsknimy za górami i choć było krótko, to wyjechaliśmy z Karkonoszy szczęśliwi pozdrowienia dla wszystkich marboru i Paula
    13 points
  14. Prowansja - cz. V - dzień "po"... Trzeci dzień na miejscu był dniem pewnego przesilenia. Po Mt. Ventoux emocje jakby nieco opadły, nogi były jakby ciężkie, ale postanowiliśmy ruszyć przed siebie. Towarzyszyły nam przy tym skrajne emocje - jeden z moich kompanów uważał, że powinniśmy pojechać do Sault i stamtąd jeszcze raz wjechać na Mt. Ventoux i zjechać do Malaucene (trasa blisko 100 km i nieco powyżej 2 tys metrów przewyższenia); drugi z kompanów był kompletnie zniechęcony i w zasadzie uznał, że 20-30 km to wszystko na co go stać. Ja byłem gdzieś pomiędzy - tzn. serce chciało ruszyć w długą trasę do Sault i przez Ventoux do domu, a rozum podpowiadał, że będzie to chyba jednak trudne. Uznałem jednak, że ruszymy przed siebie i zobaczymy co się stanie i jak to będzie. Tym razem postanowiliśmy ruszyć na północ od Malaucene - w tamtym kierunku jeszcze nie jechaliśmy - i dalej na wschód w kierunku Sault. Okazało się jednak, że jest cieplej niż sądziliśmy - ponieważ dwa pierwsze dni nie dały nam szczególnie w kość jeżeli chodzi o upały, jakoś nikt nie zwrócił uwagi na to, że w momencie jak ruszaliśmy jest już dobrze powyżej 30 kresek w cieniu na termometrze, a dzień dopiero się rozkręcał. Upał dawał się nam we znaki z każdym kilometrem, trzeba jednak przyznać, że trasa była niezwykle krajobrazowa: Tu widać piękne którędy będziemy jechać za chwilę i trochę później - w tle droga która wcina się we wzgórze: Początkowo jedziemy odcinkiem drogi, na którym prawie nie ma ruchu samochodowego, a i kolarzy jakby mniej niż zwykle w tej okolicy. Później łączymy się z drogą bardziej główną, gdzie ruch samochodowy jest trochę większy, ale ciągle generalnie nie stanowiący wielkiego problemu. Widoki znów bombowe - po prawej stronie nad okolicą góruje Mt. Ventoux, po lewej zielone wzgórza, po prostu odlot. Dojeżdżamy jednak do pierwszej większej trudności tego dnia - ok. 4,5 km podjazd i różnica poziomów, może nie olbrzymia - bo raptem 250 metrów w pionie - ale w upale i po wczorajszych harcach na Mt. Ventoux - widać, że idzie to bardzo opornie. Pije już drugi bidon, a mamy raptem 20 km za sobą. W kolejnej wiosce znajduje się fontanna/źródełko gdzie uzupełniamy zapas wody. Widoki cały czas przefajne, ale rośnie we mnie świadomość tego, że organizm wysyła mi sygnały, że jest zmęczony. Mimo, że trasa nie wydaje się jakaś stroma, to jednak Garmin pokazuje, że metry w pionie cały czas się akumulują. Jeden z moich kolegów narzeka otwarcie coraz bardziej, że on ma dość. Drugi dalej jednak ciągnie do Sault i na Ventoux. Pierwszy raz podczas tego wyjazdu nie jesteśmy idealnie zgodni co do tego, co robimy dalej. Koledzy zaczynają się nawzajem przekonywać do swoich racji, co raz bardziej patrząc w moim kierunku jako rozjemcę. Jedziemy trochę dalej - bardziej narzekający kolega zostaje z tyłu, ten ciągnący na Ventoux prze do przodu. Ja jestem z przodu razem z bardziej ambitnym z moich kompanów, ale uznaje że to przestaje mieć walor towarzysko-krajobrazowy i budzą się jakieś niepotrzebne emocje, więc zarządzam przerwę na lunch. Po prawej stronie od drogi wyłania się jakieś miasteczko, które wygląda na małe, urokliwe, ale takie, gdzie pewnie jakąś knajpkę znajdziemy. Miejscowość nazywa się Savoillan. Zostawiam kumpla przy drodze, żeby poczekał na tego który został w tyle, a sam jadę zobaczyć, czy coś tu zjemy. Knajpka wygląda sympatycznie, oczywiście nikt nie mówi w innym języku iż francuski, ale jedzenie wygląda przyzwoicie, a samo miasteczko przy bliższym poznaniu też jest bardzo fajne: Przerwa i jedzenie poprawiły nastroje. Postanawiamy - tym razem znów zgodnie - że podjazd od Sault na Ventoux musi poczekać, skoro jeden z nas nie czuje się w ogóle na siłach. Trasa, którą jechaliśmy jest na tyle piękna, że dzień i tak jest udany i nie ma co się napinać. Wracamy więc częściowo tą samą trasą, a częściowo innym wariantem do domu, dalej ciesząc się wspaniałymi widokami: Po powrocie okazuje się, że przejechaliśmy blisko 70 km i ponad tysiąc metrów w pionie. Jak na dzień, w którym nogi średnio niosły lub niektórych nie niosły wcale i w którym było naprawdę gorąco, to wynik i tak więcej niż przyzwoity. Tradycyjnie lecimy na basen i czekamy na kolejny dzień, który przyniesie nowe emocje, tym razem spod znaku Tour de France. c.d.n.
    12 points
  15. Czy warto jechać na narty latem, pewnie ilu narciarzy tyle opini. Jednak moim zdaniem warto. Nie ma tłoku, dla mnie to jeden z ważnych argumentów. Dużo słońca jak się trafi z pogodą, choć wyjeźdżałem z myślą o jeździe w deszczu i burzami. A miałem dwa dni naprawdę ładnej pogody. Jutro to już raczej o dobrej pogodzie mogę tylko śnić. Wyjechałem z myślą o jeździe po trasach, ale zabrałem narty na miękki śnieg i tak bez sensu sprzęt skiturowy, miejsce w aucie było, to co mam sobie żałować. Za Monachium zamiast na Kufstein zjeżdżam z 8 na Holzkirchen i 318 oraz 307 kieruję sìe na Achenwald. Po drodze zachaczam o Tegernsse. Moim zdaniem bardzo ładne jezioro i piekna panorama na góry. Hintertux wita letnią pogodą, na dole lato w pełni Ale widać, że góra jeszcze daje radę jeśli chodzi o warunki narciarskie Im wyżej tym lepiej, na Sommerbergalm czuje się już powiew zimy warunki mieszkaniowe na 2660 m bardzo dobre Wreszcie w punkcie docelowym, na właśiwym miejscu... Niestety w wysokich górach problemy z internetem dokuczają, może w nocy będzie lepiej. Pozdrawiam serdecznie.
    11 points
  16. Jeszcze kilka informacji na temat letniego nartowania. Podstawowa sprawa to odpowiedni ubiór. Tydzień poprzedzający to utrzymujące się temperatury w okolicy 12 stopni. W sobotę od 11:00 - 24 stopnie. Trzeba mieć na sobie warstwy, które można szybko zdjąć. Cała frajda z jazdy dopóki zbyt nie zmięknie śnieg, potem jazda staje się ciężka. Druga sprawa, której nie wzięliśmy pod uwagę to kanapki. Jedyna czynna knajpa to bar na 2800, ceny raczej mało przystępne. Dla kogoś takiego jak ja z regulowanym niskim ciśnieniem, mniejszą ilością tlenu na tej wysokości i lekkim głodem ciągle pobudzonym ciągła jazdą powoduje zawroty głowy. Od 9:00 do 13:00 nakręciliśmy po 30 km. Super szybka kolejka wydrążona pod górą robi wrażenie, wywozi z 1200 na około 2400. Acha, i dobre hamulce w samochodzie, ciągłe pokonywanie różnicy wysokości pomiędzy 600 a 1200m powoduje dym za samochodem
    11 points
  17. Jagnięcy Szczyt 2230 m npm, to ostatni cel naszej weekendowej wędrówki po Tatrach słowackich. A po drodze? Zielony Staw Kieżmarski przyrównywany do Morskiego Oka wraz z klimatycznym Schroniskiem. Widok na tatrzańskie giganty: Jastrzębią Turnię, Kieżmarski Szczyt, Baranie Rogi, czy najwyższy Durny Szczyt. Widocznych szczytów z samego otoczenia "jeziorka" ciężko z pamięci zliczyć 😮 Czy spotkaliśmy jakieś jagnięta na szlaku do Jagnięcego Szczytu? Tak! Dowód poniżej No, to co? Fotorelacja start! Startowaliśmy z Kieżmarskiej Doliny Białej Wody. Tuż po wyjściu na malutką polanę widok na Tatrzańską Łomnicę: Kieżmarska Biała Woda: Mała Świstówka: Woda biała, to fakt! Dolina Zielonego Jeziora, tuż przed Schroniskiem... Dziarskim krokiem do przerwy śniadaniowej A co do jedzenia? Coś co przypomina Jastrzębią Wierzę Na "paszę" był też inny chętny... ...nie dostał. Turyści z Polski, a na dodatek z Radomia, chytrzy! Szybkie, widokowe foto i... ...w drogę! Na szlak! Auta schroniskowe... też malownicze! Idziemy ...i widoki, są! A z tyłu kolejna wieża? Przerwa na kamieniu... No i trzeba pokazać gdzie idziemy... ...idziemy tam! Na Jagnięcy Szczyt! Z bliska, ten szczyt, to wygląda dokładnie tak... ...a jeszcze dokładniej, to tak...i nawet, ktoś się nie bał i wszedł przed nami 😮 Tym czasem jeszcze jedna perspektywa... perspektywa kontemplacji Krok za krokiem, krok za krokiem... ...a tu śnieg 😮 Też go dotknąłem Jeszcze trochę w górę i napotykamy kilka łańcuchów. Marboru: Paula: Wchodzimy na grań: Tu też fotosy Idziemy północno zachodnią częścią grani. Chmury... Tuż przed szczytem historia z okularami... Klasyczny Hilary... Myślałem, że zgubiłem, a one spadły mi z czapki i przyczepiły się do plecaka. Jeszcze kilka kroków i jesteśmy!!! Szczyt "Jagniątka" zdobyty Jemy i czekamy aż chociaż trochę przewieje te chmury... ...doczekaliśmy się! Grań, przy której szliśmy... płonęła!!! 😮 Widoki... ... I jeszcze... I tak długo... W tych okularach widziałem zdecydowanie wszystko większe Schodzimy! Żegnamy Jagnięcy Szczyt. Szlak: "Oczko"... Bliżej... Kozi Szczyt: No i Kozice!!! Słodziaki!!! I jagniątka też były malutkie! Zero lęku przed ludźmi 😮 Schodzimy dalej... Zielony, z góry! Ukwiecona "Nimfa" I z bliska pachnidło... Kto zgadnie, co to za "szpica"? Schronisko: I widoczek w całości ale bez zielonej wody Trochę tutejszych zachwycających krajobrazów... Kto by nie chciał mieć takiego tła? Aż do znudzenia... ...zbliżenia 😮 I zoom X30: Robimy ostatnie zdjęcie... ...i spadamy na dół. Do domu daleko, i chcemy wrócić przed 20stą. Ten cel również udało się zrealizować. Korki umiarkowane...a tuż po wejściu do auta - burza. Kolejny raz się udało Nie ma jak pogoda i radar Kolejna nasza wizyta w Tatrach niezwykle udana. W nogach grubo powyżej 80 km. Skreślamy kolejne trzy sztuki z Turystycznej Korony Tatr... na liście do zrobienia zostało już niewiele Co będziemy robić później? Trzeba wyznaczyć sobie kolejne wyzwania. Pozdrawiam serdecznie marboru i Paula
    11 points
  18. Korzystając z tego, że w sobotę w końcu temperatura zrobiła się całkiem znośna wybrałem się rowerem na grilla do znajomego w okolice Rawy Mazowieckiej. Początkowa trasa do Tarczyna znana na pamięć, ale już za tą miejscowością wjeżdżam na dziewicze dla mnie tereny. Stawy na rzece Tarczynce w Drozdach Jeziorka w Jeziorach Stawy na Jeziorce w okolicach Osieczka - bardzo ładne miejsce. Kawałek dalej jadę ładnym szuterkiem Początek głównego szlaku rowerowego krainy Jeziorki w Wygnance, prowadzącego do jej ujścia do Wisły w okolicy Obórek za Konstancinem - Jeziorną. Tu też definitywnie żegnam się z Jeziorką i przez Turową Wolę i Kowiesy jadę kierunku Bolimowskiego Parku Krajobrazowego. Centralna Magistrala Kolejowa - CMK Przepust pod S8 w Kowiesach. Krótki odpoczynek I dalej w las Rzeka Rawka - stąd już tylko w górę:-) Mój kokpit wraz z pierwszy raz testowanym koszyczkiem na bidon przy kierownicy - świetne rozwiązanie, mieści bidon i 2 batony. wymagał jeszcze drobnych korekt w mocowaniu, ale jestem mega zadowolony z zakupu. Ostatnie kilometry przed Głuchowem. I tyle, później był grill i rozmowy Polaków przy ognisku:-)\
    11 points
  19. Jeździmy dalej...🇭🇷🔥🚲 Podsyłam kilka zdjęć ,opisywać wrażeń nie będę -jeździ się cudownie 😃 Trzeba to samemu przeżyć .Kto kocha rower ten wie o co chodzi 😁 Trasa wybrana,kilka podjazdów ,następnie zjaaaaazdy ( nie wiem czy moje hamulce to wytrzymają ). Żeby tu podjechać trzeba było sie namachać 😂 już wiem ze kaseta 11-28 to troszkę za ,,mało,, na pagórki W oddali widać kościółek ,znów pod górkę ... Następnie zjazd ,hamulce się grzeją hehe Zjeżdżam na odprawę promową...równiutka droga i prędkości max.65km/h - można więcej ale boję się (na rowerze inaczej czuć prędkość) Jak na złość ,miałem ochotę na zimną colę,nie można płacić kartą...wracam więc 🔥 znów podjazd... Wdrapuję się na górę i stąd już spokojna droga ,, w dół,, ,na rondzie prosto... Tak się prezentuje trasa ... Hvala Lukasz
    11 points
  20. Nie mam siły nic napisać, za dużo w nogach. Polecam na sezonce. https://youtube.com/shorts/jbTs0X4clXA?feature=share
    10 points
  21. 2241 m npm, stacja przesiadkowa, aklimatyzuję się, karnety działają, na razie lekko przyspieszony puls. W trakcie pisania postu zorientował em się, że zapasowe baterie do mego sztucznego serca zostały w wagoniku. Uff zdążyłem. Znów puls przyspiesza.
    10 points
  22. Lodowa Przełęcz 2372 m npm – najwyższa w Tatrach. W piątek kolejna wyrypa i ok 30 kilometrów marszu. Jeśli szukacie ciszy, spokoju, dziewiczej przyrody, to polecamy szlak zielony przez Dolinę Jaworową. W ciągu całego dnia spotkaliśmy: dwójkę turystów i trzy kozice. Dlaczego? Może to miejsce ma złą sławę i ludzie unikają tego miejsca? W 1925 roku, to właśnie w Dolinie Jaworowej, pod Lodową Przełęczą, w tajemniczych okolicznościach, wydarzyła się tragedia rodziny Kaszniców. W tym wypadku zginęło troje Ludzi – do dzisiaj okoliczności tych zgonów nie są wyjaśnione. Zapraszam do kolejnej fotorelacji... ...i tym razem kolejny długi szlak. Nogi bolały, oj bolały... Nim spotkaliśmy jakiegokolwiek człowieka na szlaku zielonym...spotykaliśmy Kozice Oko Saurona było ogniste, to jest błękitne... Czyje to oko? Na Lodowej Przełęczy: Chwaścik Start szlaku - Tatrzańska Jawornia: Drogowskazy: Co widać w panoramie: Idziemy przez las, idziemy, idziemy i końca nie widać...a między drzewami taki oto widok: I gdzieś w tym lesie zagubiona chatka... Ciekawe czyje to, i po co to komu ? Wilgoć, woda, las i takie klimaty: Kolejny prześwit: Wracamy nad Jaworinkę Kwiatki, to ja lubię A Pani, to przypadkiem nie pomyliła kierunków? Na szlaku: Jaworowe szczyty w chmurze: Pniemy się w górę: Niestety błękitnego nieba na razie jak na lekarstwo Lodowy Szczyt skrywa swój wierzchołek: Mały Lodowy Szczyt nie Żabie Jaworowe Pleso... to gdzieś w tych okolicach rozegrała się tragedia rodziny Kaszniców. Przejaśnia się? Coraz wyżej... Idziemy w chmurę! Zbliżamy się do celu i powoli wiatr robi dla nas robotę Jaworowe szczyty się ujawniają I jesteśmy! Widok na drugą stronę przełęczy - dzień wcześniej byliśmy tam na dole idąc od T Chaty na Czerwoną Ławkę. Paula I tradycyjnie zdjęcia z GoPro Szlak: I ja na nim Od razu wiadomo, kto obsługuje aparat, a kto kamerę...choć to nie reguła Często ją przejmuję, bądź zwyczajnie wyręcza nas statyw i samowyzwalacz Blisko, coraz bliżej Mozolnie do przodu... Błękitne oczko To miejsce ma złą sławę... ...bryyy było lodowato, i jakoś tak strasznie. Pusto, cicho tajemniczo... naprawdę można od tego sfiksować Tak, tak...ona Kocha te widoki! Marboru na Lodowej Przełęczy Żegnamy się z Doliną Jaworową Jeśli szukacie spokoju i odosobnienia w Tatrach, to właśnie to miejsce polecamy! Po dwóch dniach wędrówki: Czerwona Ławka 32,2 km, Lodowa Przełęcz 26,2 km nogi dały znać o sobie i dość mocno zabolały W sobotę postanowiliśmy zrobić sobie dzień przerwy, i była to dobra decyzja - w górach padało. Za to dzisiaj... nim wróciliśmy do domu ruszyliśmy na Jagnięcy Szczyt, no ale to foto opowieść na inny wpis - ten niebawem. Pozdrawiam marboru
    10 points
  23. Wśród Bułgarów (oraz innych nacji zamieszkujących Republikę Bułgarii) oraz obywateli Macedonii Północnej - tych Bułgarów którzy się od kilkudziesięciu lat próbują mianować "macedończykami", mówiących archaicznym bułgarskim (od lat 50tych XX wieku nazwanym jako macedoński), oraz przy okazji innych nacji tam mieszkających wytworzył się bardzo specyficzny zwyczaj. Zapewne w większości te nekrologi które widziałeś, to są wspominki osób które umarły x lub xx miesięcy/lat temu. Bułgarzy przez swoje specyficzne podejście do kultury śmierci, rozwieszają "wspominkowe" nekrologi gdzie tylko się da. Pomimo tego że w wielu miejscach są wyznaczone specjalne tablice do tego, większość ludzi drukuje kilkanaście/dziesiąt takich ogłoszeń, wieszając je w najbliższej okolicy. I tak regularnie, w zależności od upodobań danej rodziny. Zwyczaj ten ponoć przybrał w szczególności na sile po II wojnie Światowej. Oczywiście są też bieżące nekrologi. W Bułgarii (nie wiem czy w Macedonii Północnej też), wielokrotnie podnoszono temat wspominkowych nekrologów aby ukrócić ten zwyczaj. Dotąd, nieskutecznie. "Bułgarskie nekrologi nazywane są klepsydrami, co adekwatnie opisuje ich rolę w tradycji Bułgarów. Nekrologi nie są tam tylko formą poinformowania o stracie danej osoby, a są bardziej formą upamiętnienia. Początkowo nekrolog jest wywieszany tak jak w Polsce - zaraz po śmierci członka rodziny. Kolejne powieszenie następuje po 40 dniach od śmierci, kolejno po 3 miesiącach, 9 miesiącach i po roku. Po upływie tego okresu klepsydrę wywiesza się tylko raz w roku na rocznicę śmierci danej osoby. Jak długo trwa taki proces? Klepsydry są wywieszane do momentu śmierci ostatniego członka rodziny, który będzie pielęgnował pamięć o bliskich, dlatego nie powinna zdziwić nikogo klepsydra z datą śmierci np. 1973. Klepsydry możemy zauważyć nie tylko w małych wioskach, ale też dużych miastach, czy miejscach zabytkowych. Bardzo często występują na płotach, ścianach budynków, czy słupach." źródło: https://mors.ug.edu.pl/media/aktualnosci/99677/bulgaria_-_panstwo_wypelnione_nekrologami
    10 points
  24. Ja wczoraj tylko 50 😀
    9 points
  25. Wczorajszy spontaniczny jednodniowy wypad na Drawę. Jadąc rano na umówione z dalszą rodziną spotkanie w wypożyczalni kajaków nawet nie do końca było ustalone, który odcinek i którą rzekę będziemy spływać. Po przedstawieniu wszystkich za i przeciw mieli podjąć decyzję, ponieważ płynęły z nimi dzieci, a grupa miała zróżnicowane umiejętności. Zwyciężyła chyba jednak chęć przygody nad chęcią wygody i popłynęliśmy od Drawna na Bogdankę. Cudowna pogoda - słońce, temperatura ok. 27 stopni, woda w jeziorach niestety trochę kwitnie, widać to po rzece. Przez cały dzień minęliśmy się może z pięcioma innymi kajakami. Spokój, cisza - mimo iż to środek wakacji. Drawa parkowa od bodajże dwóch sezonów (może dłużej, nie pamiętam) jest rzeczywiście trochę wyczyszczona z największych przeszkód, co w połączeniu z wysokim stanem wody po ostatnich opadach sprawiło, że tylko w jednym miejscu - za kładką w Konotopiu jest kłoda, której nie da się ominąć. Jest też jedna przenoska ze slipem dla kajaków przed biwakiem Barnimie. Ale to już od paru lat. Zamieszczam kilka zdjęć z wczorajszego dnia: Pozdrawiam.
    9 points
  26. No cóż, czas wracać… wykręcone 148 km przez 5 dni. Velo Dunajec (Szczawnica - Niedzica Zamek) zaliczone - to był mój pierwszy raz rowerem w górach. Wczoraj Radziejowa była pochmurna. Na szlaku Jaworki - Biała Woda - aż do Przehyby właściwie pusto. Skiturowcy tu mają raj, rowerzyści zresztą też. Chciałam też liznąć Gorce, ale 29 na termometrze skutecznie mnie zniechęciło. Grajcarek i Zaskalnik był bardziej odpowiednim miejscem. Póki co najadłam się ciszy, spokoju i endorfin wrócę tu którąś jesienią…
    9 points
  27. Pogoda nie była jakaś specjalna, niby w Beskidach nie zapowiadali deszczu ale ciężkie chmury wisiały w powietrzu. Całkiem fajnie jak na niedziele pod warunkiem żeby "gdzieś z boku" - nie tam gdzie idą w niedziele zdobywcy najwyższych szczytów. Ot wycieczka jak każda inna ..bez historii.. bez widoków na Tatry (na to akurat najbardziej liczyłem )..taka wycieczka na borówki.. Borówki są jakieś małe.. Okrąglica to szczyt znajdujący się powyżej hali Krupowej nieopodal popularnego schroniska "na Hali Krupowej" - znajdującego się dla zmylenia przeciwnika kilometr dalej przy Hali Kucałowej..😉 Nie ma tutaj specjalnego tłoku bo wiekszosc turystów wybiera przeważnie właśnie szlak koło schroniska i w stronę wyższych partii Beskidów - w stronę Policy i Babiej Góry. Na Okrąglice przychodzą właściwie tylko ci którzy idą po Głównym Szlaku Beskidzkim a warto choćby ze względu na kaplicę która znajduje się na szczycie. Kaplica pod wezwaniem Matki Bożej Opiekunki Turystów jest piękna i bardzo zadbana W kaplicy wiszą tablice upamiętniające ludzi którzy stracili życie w górach lub takich którzy byli z górami mocno związani. Epitafia na których widnieją nazwy szczytów i nazwiska ludzi o których czytałem w gazetach ale tez i ludzi całkiem mi nieznanych i gór z najbliższej okolicy ... choćby ten Przewodnik Gorski który zginał pod Turbaczem.. Warto tutaj zajrzeć - kaplica stanowi swoiste memento - potrafi uświadomić jak mali jesteśmy w stosunku do sił przyrody. @Ziemowit w którymś wątku sąsiednim napisał: "Nawet jak masz tę wiedzę w 1 paluszku, to będąc wyżej w górach gdy już rozszaleje się burza uświadamiasz sobie, że zanim zejdziesz miną wieki, w okolicy nie bardzo jest gdzie się schować i tak w ogóle to jesteś w ciemnej d*pie" - czytając te tablice nabierasz pewności ze to prawda... to darmowa nauka.
    8 points
  28. Będę wrzucał relacje w kawałkach, bo trochę pojeździliśmy i fajnych wrażeń było sporo. Co do czasu przejazdu - przed tym wyjazdem nie jeździłem nigdy w taką trasę z rowerami na dachu. Mam auto kombi, więc do tej pory jak były dwa rowery i dwie osoby, to wrzucaliśmy na tzw. pakę i jazda. Czasem woziłem rowery na dachu na jakiś krótkich dystansach. Tu obawiałem się jak to będzie, z trzema szosami na dachu i na taką odległość, ale generalnie tempomat był ustawiony na 140-145 kmh, więc nie było jakiegoś wielkiego "pycenia", a i szum był do wytrzymania (producenci bagażników jak zakładam pewnie rekomendują nieco niższą prędkość, choć znam takich którzy jeździli w rowerami i 200 kmh). Sporą część przez Niemcy jechaliśmy z jakimiś ograniczeniami w okolicach 120 kmh, we Francji obowiązuje 130 kmh - pozwalaliśmy sobie licznikowo na +10 kmh względem limitów. Generalnie średnia (mówię o powrocie) wyszła coś koło 118 kmh na całej trasie jako stricte czas jazdy (to już uwzględnia 20 minut stania na bramkach pod Gliwicami) - do tego doszły postoje (czego średnia już nie uwzględnia). W drodze do Prowansji prowadziłem cały czas sam - no ale był nocleg, więc było ok. Ponieważ w drodze powrotnej zakładaliśmy, że może uda się przejechać "na raz" (pierwotny plan zakładał spanie), to wprowadziliśmy spory rygor, którego się trzymaliśmy - postoje co 400 km i bez ociągania się w tańcu. Wtedy się zmieniamy za kierownicą, tankujemy, sikamy - kto musi to papierosek. Jeden tankował, dwóch leciało do toalety i płacenia; tych dwóch wracało - ogarniało śmieci, szyby, co pozwalało tankującemu na załatwienie jego potrzeb. Szybki streching i w drogę. W aucie mieliśmy od groma prowiantu, łakoci i picia, więc nie stawaliśmy specjalnie na obiadki - jedynie kupowaliśmy na postojach kawę. Dzięki takiej "żelaznej" dyscyplinie i zasadniczo braku korków udało się to sprawnie przejechać w okolicach 17h. Gdyby nie 20 min na bramkach w Gliwicach i jakieś 20-25 min w Katowicach, gdzie wypakowaliśmy jednego z kolegów, co wiązało się ze ściąganiem roweru i co ważniejsze bagażnika i instalowaniem wszystkiego u niego na aucie, to czas do KRK byłby bardziej w okolicach 16h. Nie dlatego, że jakoś strasznie zasuwaliśmy, tylko dlatego, że nie traciliśmy czasu na postoje i jakieś wielkie korki. Trudno natomiast byłoby mi to samo zrealizować na wyjeździe z rodzinką - tu było trzech ogarniętych kierowców, którzy nie krzyczeli "tato chce siusiu" w najmniej oczekiwanych momentach 😉
    8 points
  29. Wybrałem się na kolejną trasę rowerową. Pętla, którą przejechałem po Beskidzie Śląskim sprawi wiele przyjemności nie tylko rowerzystom, ale także miłośnikom pięknych widoków i ciszy. Z przełęczy Salmopol, na granicy Wisły i Szczyrku pojechałem do źródeł Wisły. Odwiedziłem źródło potoku Malinka, przejechałem wzdłuż Białej i Czarnej Wisełki, objechałem Baranią Górę, sprawdziłem, czy Prezydent jest na urlopie, a na koniec wspiąłem się pod jeden z najstromszych podjazdów w Beskidach. Mapa trasy Do pobrania GPX trasy
    8 points
  30. Pomysł na niedzielną wycieczkę powstał tydzień wcześniej, gdy jechaliśmy z Darkiem rowerem wzdłuż Drawy. Zauważyłam wówczas, że wytyczono szlak dookoła jeziora Lubie, przez które przepływa rzeka Drawa. Nie było wtedy czasu, aby zapuszczać się w teren, ale w sumie to nie tak daleko, więc co się odwlecze, to nie uciecze. Z mapy wyszło mi, że najlepszy dojazd mamy od Sienicy, więc - ponieważ mieliśmy do dyspozycji tylko pół dnia - podjechaliśmy tam samochodem z rowerami na dachu. Przejechaliśmy pętlę na trasie Sienica - Lubieszewo - Gudowo - Karwice - Sienica, zasadniczo czerwonym szlakiem rowerowym, ale w dwóch miejscach odbiłam na szlak żółty. Cały szlak ma ok. 50 km długości (w zależności od wybranego wariantu - nam wyszło nieco mniej), jest dobrze oznakowany i bardzo urozmaicony. Brzeg północny to głównie asfalt i parę miejscowości letniskowych po drodze, brzeg południowy natomiast to droga przez poligon i malowniczą skarpą przez las nad jeziorem. Sporo jazdy po pagórkowatym terenie i piękne widoki. Zapraszam na fotorelację: Ośrodek wypoczynkowego Zatonie. To tutaj po raz pierwszy widać taflę jeziora. Od Zatonia jedzie się asfaltem - sporo tutaj działek letniskowych, jest kilka miejscowości turystycznych - Lubieszewo, Linowno i Gudowo. Od czasu do czasu boczne drogi prowadzą nad jezioro. Jest tu też parę knajp - niektóre ponoć dość popularne, jak restauracja rybna "Ryby Lubie" czy "Karczma Tyrolska" na prywatnej wyspie, prowadzona przez Austriaka. Główny szlak rowerowy (czerwony) prowadzi asfaltem ... .. my zbaczamy za Linownem na wariant żółty, nieco bliżej jeziora i terenowy. W Gudowie zaglądamy na plażę - chyba tutaj jest najładniejsze kąpielisko i najczystsza woda: Od Gudowa do Dzikowa jedziemy tym samym, asfaltowym odcinkiem co w sobotę - doliną Drawy. W Dzikowie odbijamy jednak na polne drogi - tak jak prowadzi czerwony szlak. Piękny odcinek leśną drogą, wysoką skarpą nad jeziorem: Pod Karwicami: I w samych Karwicach. Pałac Brockhausenów - znany z obiadu drawskiego w 1994 r., z udziałem Lecha Wałęsy. Tablica informacyjna o szlaku, a w tle - kapliczka: Dojeżdżamy na pole biwakowe Murzynka nad jeziorem i most na Drawie o tej samej nazwie. Ładnie tutaj, choć klimaty militarne. Jeszcze rolniczy widok przed Sienicą i zamykamy naszą pętlę wokół jeziora Lubie.
    8 points
  31. Jak Cie nie ma dyskusje sa znacznie ciekawsze. Fora zyja off-topiciem, nie wiem czemu koniecznie chcesz z tym walczyc? Co ciekawe, nawet nikt sie specjalnie nie wyzywal. Prawie same kulturalne dyskusje.
    8 points
  32. „Owa góra wielkiej doznawała czci u wszystkich mieszkańców z powodu swego ogromu oraz przeznaczenia, jako, że odprawiano na niej przeklęte, pogańskie obrzędy” – pisał o Ślęży po łacinie niemiecki kronikarz Thietmar z Merseburga na początku XI wieku. Mijałam ją dziesiątki razy, majaczącą jako ciemny zarys na horyzoncie, jadąc autostradą A4 w kierunku na Wrocław. Czasem warto jednak zwolnić, zboczyć z autostrady i spotkać się z tym niezwykłym miejscem. Dlaczego niezwykłym? Z kilku powodów. Jadąc w stronę Sobótki przemierzamy płaską jak stół dolnośląską dolinę. Wszędzie pola, zboża, miasteczka i wioski i nagle – taki masyw, nie wiadomo skąd. Błąd systemu – stwierdziła moja córka, stojąc na szczycie i spoglądając dookoła. Irytacja niemieckiego biskupa nie była bezzasadna – od starożytności Ślęża była miejscem kultu solarnego, o czym świadczą zachowane kamienne kręgi na niej i na pobliskiej Wieżycy. Może nie tak spektakularne jak w Stonehenge, ale jednak są. Do dziś uznawana jest za jedno z potężniejszych miejsc energetycznych w Polsce, zaraz po Wzgórzu Wawelskim, choć jej moc zakłóca ponoć ogromny maszt przekaźnikowy na szczycie. Stojący nieopodal schroniska i kościoła. Tak, oczywiście – duchowni chrystianizujący pogańskie plemiona często budowali świątynie na miejscu dawnych obrządków. Tak też uczyniono na Ślęży i jeszcze poprowadzono tędy szlak Jakubowy. Archeologowie wykopali tutaj również kilka kamiennych posągów – między innymi niedźwiadka, będącego niejako maskotką Ślęży. Początkowo datowano znaleziska na czasy starożytne i kulturę łużycką, ale jednak nowsze badania wskazują na wczesnośredniowieczne pochodzenie tych rzeźb. Na szczyt prowadzi kilka szlaków – z przełęczy Tąpadła (to najkrótsza droga) oraz z Sobótki (nieco dłuższe podejście). Są też szlaki okrężne, archeologiczne i boczne – do dalszych wiosek, więc różnych wariantów na wycieczkę jest sporo. My wybraliśmy wejście żółtym szlakiem z Sobótki przez Wieżycę, a zejście niebieskim do zamku w Górce i powrót do Sobótki nieoznakowaną ścieżką przez las. Pomimo pogodnej i dość ciepłej niedzieli wędrowców na szlaku nie było zbyt wielu, na niebieskim spotkaliśmy może z pięć osób, za to na kopule – kupa luda. Widok na Sobótkę z żółtego szlaku: Nie uszliśmy za daleko, a tu już pierwsza pokusa - pomimo dość wczesnej pory skusiliśmy się na szklaneczkę bursztynowego, z lokalnego browaru. Krasnoludki dobrze się postarały. Podejście pod Wieżycę trochę nas zaskoczyło - kawałek stromej i bardzo kamienistej ścieżki, za to na szczycie - nagroda. Ponad stuletnia wieża Bismarcka i piękne z niej widoki. Gdzieś w oddali, na horyzoncie majaczą Góry Wałbrzyskie (chyba): Idziemy dalej przez liściasty las, zastanawiając się, co widziały te majestatyczne głazy. Przy szlaku wyeksponowano dwie kamienne rzeźby - postać z rybą oraz niedźwiadka (drugi podobny jest na szczycie Ślęży): Na szlaku: I na polanie, na szczycie - 718 m npm.: Proszę Państwa, oto miś: Taras widokowy na kościele jest płatny, kawałek dalej jest bezpłatna wieża. Idziemy! Schodzimy niebieskim szlakiem wśród skał i lasu. Stromą i krętą ścieżką. Przy schodzeniu niestety jakoś głupio się potknęłam o kamień i wyłożyłam. Promieniujący ból w nadgarstku, ale mogę ruszać ręką. Nie przechodzi, trzymam w górę - źle, w dół - jeszcze gorzej, w końcu zrobiłam sobie temblak i było lepiej. Godzinę pobolało, potem jakoś zaczęło przechodzić. Skończyło się tylko na sporym krwiaku, uff. Jednak dobra ta energia Ślęży. Dochodzimy do zamku w Górce. Zamek jest w remoncie, daleko mu do wymuskanego Książa ale ma klimacik: Siedzi ofiara losu ... Wycieczka na pół dnia, nieco ponad 16 km, w sam raz, żeby zdążyć jeszcze późniejszym popołudniem na rodzinne spotkanie. Pozdrawiam.
    7 points
  33. Czytając w czerwcu wpis @marboru, pomyślałam sobie - taki spektakularny zamek, a jeszcze mnie tam nie było? Minęły trzy tygodnie i nadarzyła się sposobność - przy okazji wyjazdu do Wrocławia. Autor bloga bardzo skrupulatnie opisał historię i udokumentował fotograficznie zakamarki Książa, więc pozwolę sobie tylko na parę uzupełniających impresji. Trafiliśmy akurat na międzynarodowy konkurs tradycyjnego powożenia, więc na podjeździe kolejno prezentowały się bardzo eleganckie bryczki i powozy - a szykowna damska publiczność niewiele ustępowała tej z wyścigów w Ascot: oszałamiające kapelusze, długie suknie i niebotyczne szpilki. Tutaj prezentuje się duet krakowski: I kolejne powozy, czekające na swój występ: Zamek pieczołowicie odrestaurowano, niestety z oryginalnego wystroju zostało niewiele, bo hitlerowcy - planujący przerobić pałac na siedzibę Führera - nie patyczkowali się i dość brutalnie potraktowali zabytkowe wnętrza. A za czasów administracji czerwonoarmistów i PRL-u było jeszcze gorzej. Wiele pomieszczeń ma więc wygląd z epoki, ale nie oryginalny. Sala myśliwska: Okna i balkony w sali Maksymiliana - najbardziej okazałej w zamku. Tej samej, w której uwagę @marboru przykuły cycate sfinksy Sporą część pomieszczeń zajmuje ciekawa wystawa fotograficzna. Pasją kucharza księżnej Daisy była bowiem fotografia i uwiecznił w bardzo udany sposób wiele scen z życia mieszkańców zamku - dwu- i czteronożnych. Między innymi udomowionego białego wilka księżnej. Jeszcze raz piękne ogrody: Wsporniki balkonu z motywami zwierzęcymi na fasadzie: i tanova w hortensjach w wałbrzyskiej palmiarni Hochbergów: Wkrótce postaram się wrzucić - już chyba na własnym blogu - relację z drugiej części dolnośląskiego weekendu. Pozdrawiam
    7 points
  34. Wracamy do kraju. Granica Rumunia - Węgry, około 25 minut stania, szukają covidu w bagażnikach samochodów (każdy otwiera bagażnik) . Zero pytań o cel podróży, szczepienie itp. Na Węgrzech, bardzo faje i tanie kąpielisko. 3 baseny, w tym dwa z wodą termalną. Basen sportowy, gdzie można skakać. I basen kolejny termalny. Węgry mają praktycznie gotowy odcinek autostrady M30 (skraca powrót do Polski o około 30 minut). Czekamy jeszcze na Słowaków. I jeszcze jedno zdjęcie. Tu już jedziemy po nowym odcinku. Po naszej stronie, żadnej kontroli, wywiadu epidemiologicznego. Stało jedynie 2 Słowaków którzy machnęli nam, byśmy jechali. Witamy w Polsce.
    7 points
  35. Spotykamy konika. Owce jakby szybsze od nas. Wyżej otwiera się widok na kolejną dolinę z osadą pasterską. Szlak jest częściowo prowadzony nowym śladem, są montowane nowe oznaczenia. Czasem idzie się miejscami jeszcze nie wydeptanymi. Czasem warto te nowe miejsca obejść starym szlakiem z oznaczeniami na kamieniach, bo na trawie bywa ślisko, a jest stosunkowo mało kamieni. Pojawia się śnieg. Czasem bywa go całkiem sporo. Niestety pogoda od strony Albańskiej zaczyna się wyraźnie psuć. Im wyżej tym mniej widać. Podejmujemy decyzję o odwrocie dziewczyn. Te piękne łąki po których się idzie, w razie deszczu zmienią się w ślizgawki, a nie za bardzo jest się o co zaprzeć butem. Dziewczyny doszły do wysokości około 2200 metrów. My idziemy dalej, pogoda coraz gorsza. Na wysokości Siodła, kompletnie już nic nie widać. Podejmujemy decyzję o odwrocie (przy tej widoczności, ryzyku deszczu to nie ma dalszego sensu i jest niebezpieczne). To znaczy ja podejmuję tą decyzję, przy protestach mojego syna. Pewnie za jakiś czas spróbujemy raz jeszcze. Schodzimy z wysokości około 2400, do szczytu zostało nam około 2 godzin. Może gdybym znał tę trasę podjąłbym inną decyzję, ale idąc tam pierwszy raz, z moim dzieckiem, wolałem być bardziej zachowawczy. Doganiamy dziewczyny nieco poniżej chaty pasterzy. Na zejściu deszcz nas nie dopada, dopiero jak zjeżdżamy z drogi szutrowej w asfalt, ten jest mokry. Za chwilę pada już na całego. Dzień zdecydowanie zaliczam na plus. Dla moich najbliższych duże brawa za podjęty trud i walkę z samym sobą. Możliwość obcowania z górami praktycznie w gronie najbliższych - bezcenna. Macedonia to cudowny kraj, gdzie góry masz na wyciągnięcie ręki, bez tłumów. Warto było pojechać te parę kilometrów dla tej możliwości obcowania z naturą sam na sam.
    7 points
  36. Ośrodki narciarskie w hali SnowWorld w NL w pełni funkcjonują normalnie . Wszystkie restrykcje covidowe zniesione w NL oprócz masek w transporcie publicznym. SnowWorld zaprasza serdecznie. Certyfikaty covidowe zbędne ,testy również. Hotel funkcjonuje normalnie,park linowy również i hala ski w Landgraaf działa bez zarzutu ! Jednak jedna cześć jest wyłączona dla klubów trenujących tyczki. Park dla deskarzy również funkcjonuje . Ceny poszybowały do góry . Za dwie godziny krzyczą 34.50€ a za cztery 44.50€. Wybrałem tą druga opcje z racji przerwy na browarka i delikatnego odpoczynku podczas szusowania . Rezerwacje zrobiłem z jednym dniem wyprzedzenia późnym wieczorem . Mozliwosc tylko rezerwacji online. Na miejscu byłem o 9.15 parking praktycznie pusty,płatny 5€ za dzień.W środku przebierała się dość duża grupa narciarzy i deskarzy z Ukrainy . Chwilkę porozmawiałem z jednym z nich, powiedział ze właśnie skończyli swój trening,są od tygodnia w hotelu a w hali trenują. Po wejściu na obiekt pełne zdziwienie -pustka ! Mega zadowolony z sytuacji mogłem sobie spokojne trenować . W przerwie mały browarek na świeżym powietrzu..z widokiem na park linowy. Restauracja czynna na miejscu, można śmiało coś zamówić do jedzenia . Ogólnie jeżdżących było max 10osob,około 12 godziny pojawiły się już szkółki dziecięce. Kilka zdjęć z szatni i wypożyczalni sprzętu Tak wiec śmiało można wybrać się do NL,ogólnie paranoi covidowej brak, ludzie żyją i funkcjonują normalnie . Co będzie niebawem czas pokaże . pozdrawiam serdecznie
    7 points
  37. Można i tak podróżować rowerem po pięknych i, mam nadzieję, dobrze eksploatowanych lasach wokół mojego miasta. Trzeba przyzwyczajać od malenkosci.
    7 points
  38. Przypomnę bo coś Ci umyka. Szczepienia pozwalają wyeliminować bakterie i wirusy (tak stało się z ospą) lub zasadniczo zmniejszyć ilość zachorowań (polio, odra) wtedy gdy są powszechne. Opinia Twoja ma więc charakter samospełniającej się przepowiedni.
    7 points
  39. Musisz tam wrócić z nartami , a letniej trasy Wam gratuluję bo bez nart bym się nie odważył.
    6 points
  40. @barattolina Gratulacje!!! Aczkolwiek co do jednego nie mogę się zgodzić: to nie jest Piekło Kolarzy, to jest Raj
    6 points
  41. 3 impreza Wielko-Szlemowa w tym roku i 3 zwycięstwo arcymistrza tenisowego Novaka Djokovica. Co ten facet wyprawia na korcie, jest niesamowity. Praca najpierw z Borisem Beckeram, a przede wszystkim z Goranem Ivanisevicem pozwoliła wspiąć sie na wyżyny sportu. Juz nie tylko defensywa, skróty (drop shoty), slajs, uderzenia płaskie, najlepszy return ale i atak na siatce, doskonałe woleje i pół woleje, świetny choć nie najszybszy serwis. Oczywiście cały czas doskonała współpraca z treneren Marianem Vajdą i sam charakter Serba zrobiły z Niego niemal niezwycieżonego zawodnika. Jedyny słaby punkt Nolego to słaby smecz, widać jednak można się obyć bez tego elementu tenisowego po wynikach jakie zdobywa od wielu lat. Co mnie jeszcze cieszy jest też świetnym narciarzem, co w świecie tenisowym nie jest zbyt powszechne. Odwrotnie jest z narciarzami, prawie wszyscy których znam włacznie z najlepszymi, grają w tenisa, osobiscie tenis jest moim sportem numer 2 zaraz po nartach. Wracając do Djokera, to choć urodził się w Belgradzie wychowywał sie na Kopaoniku, gdzie jego rodzice prowadzili restaurację pizzerię. Jego tato Srdjan to mistrz Jugosławii w narciarstwie alpejskim, a mama Dijana również trenowała ten sport, acz podstawową dyscyplina było łyżwiarstwo figurowe. Dzisiaj Novak zdobył 20 tytuł szlemowy, ile jeszcze wygra tego oczywiście nie wiem, sądzę iż nie zatrzyma sie na tej cyfrze. Dla mnie Nole to nie tylko GOAT tenisa ale i światowego sportu. Z tym co potrafi wyprawiać ze Swoim ciałem nadaje się do cyrku... 7 letni Novak marzył o zwycięstwie w Wimbledonie, pierwszy Puchar wyciął Sobie z papieru, później już nie musiał wycinać... Szkoda czasu na pisanie o Jego wynikach lepiej ogladać... Gratuluję Novakovi i pozdrawiam fanów tenisa...
    6 points
  42. Fala upałów konsekwentnie od tygodni omija Pomorze Zachodnie, ale wczoraj było łaskawsze okienko pogodowe - słonecznie, lekki wiatr i ok. 25 stopni. Pokręcone za miedzą u sąsiada, a konkretnie dookoła poligonu Bundeswehry Jägerbrück i nad Zalew Szczeciński w Ueckermünde. A dziś znów chłodno i deszcz ...
    6 points
  43. I jeszcze kilka zdjęć. Klatka schodowa. Korytarze. Korytarze cd. Lampka górnicza. Widok z góry na jeziorko. Widok w drugą stronę. Ładnie podświetlone miejsca. Dodatkowe "atrakcje", dodatkowo płatne. Pozamykana część ekspozycji. I kolejne miejsce z zakazem wstępu.
    6 points
  44. Mówiłeś o tym już swojej żonie?....... 😄
    6 points
  45. Tym razem rzeka Tanew.
    6 points
  46. Trochę zdjęć z Macedonii. W Ochrydzie trochę zabytków. Kolejny. Docieramy na zamek. Zwiedzamy. Zwiedzamy cd. Jest widokowo. Zamknęli nas na zamku ? Kolejne zabytki. Tłum ludzi bawi się dobrze, trochę niepokoi ilość nekrologów wisząca na drzwiach domów, w bocznych uliczkach.
    6 points
  47. Aktualnie funkcjonuje bardzo dobrze. Za nami Słowacja, Węgry, Chorwacja, Bośnia i Hercegowina, Czarnogóra oraz szykujemy się do opuszczenia Albanii. Jak do tej pory wszystkie granice szybko i sprawnie. Do każdej granicy jestem przygotowany i pokazuję dokładnie to czego na niej wymagają.
    6 points
  48. W miniony weekend wybrałam się w "podróż za jeden uśmiech" doliną Drawy - kolejowo-rowerową: Zapraszam na bloga .
    6 points
  49. Albania to też bunkry, stojące w różnych często bardzo dziwnych miejscach. W wodzie sporo meduz. Jest widokowo.
    6 points
Booking.com


www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2021
×
×
  • Create New...