Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 27.09.2021 w Wpisy na blogu
-
Post 22 Jurek W Polsce, po wyprawie dostałem od Jurka opracowanie - Hindukusz Zebak`u – KW Kraków 1974 r. Przetłumaczone na język angielski. Szczegółowy opis tego rejonu górskiego. Z mapami graniowymi, panoramami szczytów i dolin. Z podanymi wysokościami. Wszystko to było robione ręcznie przez jego żonę, na podstawie zdjęć, które uczestnicy różnych wypraw dostarczali Jurkowi. I on sam robił. Jurek miał swoją metodę określania wysokości ze zdjęć. Świetny materiał, dla alpinistów zainteresowanych tą właściwie dziewiczą grupą górską. Ze szczytami i zalodzonymi ścianami znacznie wyższymi niż Alpy, może z wyjątkiem Mont Blanc i rejonu Matterhornu. To mi blaknie, ponieważ było odbijane z kalki, jak rysunki w biurach projektów w owym czasie. Warto dodać, że Jurek był jednym z najlepszych znawców Hindukuszu. Cenionym wśród alpinistów zagranicznych. Bardzo miło wspominam Jurka. Był bardzo odpowiedzialny za ludzi. Dbał bardzo o bezpieczeństwo w górach. Poświęcił się w późniejszym wieku jego kwestiom. Interesował się wpływem starzenia się organizmu alpinisty, na jego wydajność w górach. Był okres w 1995 roku, że byłem w fatalnym nastroju psychicznym, z powodu utraty bliskiej osoby. Jurek wtedy współpracował z Towarzystwem Nauk o Ziemi, które urządzało wycieczki w Alpy, dla ludzi, których interesowała „turystyka” na wyższym poziomie. Wejścia turystyczne, ale na szczyty alpejskie. Czy chodzenie po lodowcach. Jurek był przewodnikiem i instruktorem. Jaki sprzęt należy posiadać i jak się go używa. Udało mi się wtedy namówić go na wyjazd do Austrii. Miałem auto. Weszliśmy, min., na Johannisberg i Grossglockner. Przed tym wyjazdem, parę miesięcy urządzałem sobie marszobiegi, po dziesięć kilometrów. Ale i tak na początku myślałem, że ducha wyzionę. Stary Alpinista. Starszy ode mnie o dziesięć lat. Miałem jeszcze propozycję wspólnego skituringu w Tatrach. Na tym by się może nie skończyło. Wtedy jego syn Józek pasjonował się w zjazdami skialpinistycznymi. Napisał zresztą potem wspólnie z Karolem Życzkowskim przewodnik - „Narciarstwo Wysokogórskie w Polskich Tatrach Wysokich”- 2004 r. Dowiedziałem się z niego jaki był trudny mój zjazd(dr. nr 2.7) z kolegą, czterdzieści kilka lat temu, z Miedzianego(2233 m ). W kierunku schroniska w Pięciu Stawach Polskich. Pojechaliśmy w Tatry, na początku maja Fiatem 127 Rysia „Brudasa’". Miał znajomego górala, którego zabudowania stały niedaleko Wodogrzmotów Mickiewicza. Zaparkowaliśmy obok jego stodoły i Doliną Roztoki podeszliśmy do schroniska w Pięciu Stawach Polskich. Zjechałem z Januszem z Walentkowego Wierchu(2156 m). A na końcu z Koziego Wierchu(2291 m). Ładnym, szerokim żlebem(dr. nr 2.28), na „puszczonym” leciutko firnie. Rysiek nie jeździł z nami. Na nartach wtedy radził sobie, zdaje mi się, dosyć kiepsko. Niemniej po latach spotkałem go jako instruktora narciarskiego. Na Miedziane weszliśmy od schroniska, przez Szpiglasową Przełęcz i dalej granią, do małej przełączki, gdzie zaczynały się dwa żlebiki. Zjechaliśmy prawym. Na górze była resztka świeżego śniegu na zamarzniętym podłożu, potem firn wiosenny, niżej coraz bardziej mokry. Maksymalne nachylenie - 42 st. Był to okres, gdy miałem ciągoty do takich zjazdów. Udało mi się dokonać kilka zjazdów w Tatrach Wysokich. Między innymi, z Krzyżnego przez Dolinę Waksmudzką, do szosy do Morskiego Oka i przez Dolinę Pańszczycy. Zjazd z Zółtej Turni. W Tatrach Zachodnich zjazd z Kasprowego Żlebem pod Palcem do Doliny Kasprowej. Granią z biwakami, na początku kwietnia, od Kasprowego do Przełęczy Pyszniańskiej i inne. Nazywano to wtedy narciarstwem wysokogórskim. Nie było tego dużo. Więcej w zamierzeniach. Propozycja Jurka wspólnego skituringu była kusząca. Nie mogłem jednak opuścić niedawno poślubionej damy mego serca. Która się zakochała nie tylko we mnie, ale i w nartach. Nie dałoby się tego skituringu pogodzić z nauką jazdy żony na nartach. I wspólnymi wypadami w góry. To było pasjonujące dla mnie doświadczenie, jak można opanować ten piękny sport od zera, nawet w zaawansowanym wieku. Powstała historia nauki jazdy pani Zagroniowej. Nie żałuję absolutnie swojej decyzji. Są w życiu ważniejsze sprawy, niż własne pasje, czy własny egoizm.2 punkty
-
Post 11 Karawana Karawana rusza w górę. Idziemy w górę doliny o takiej nazwie, jak wieś - Qazi Deh. Prowadzi na południe pod Noszak. W przybliżeniu, do podnóża tej góry, jest około dwudziestu kilometrów. Po około dziesięciu kilometrach skręcimy w lewo, na wschód do Doliny Mandaras. I nią, jeszcze około dziesięciu kilometrów, do obozu bazowego. Który stanie na wysokości 4300 m npm. Idziemy i żadnych bardzo wysokich szczytów na razie nie widać. Tylko czasem coś podrzędnego wystawia swój bardziej szpiczasty, pobielony wierzchołek. Z Qazi Deh widzieliśmy tylko jakieś wysokie bałuchy. Sterczące nad nami więcej niż kilometr. O wymiarach czterotysięczników alpejskich. Z Nowego Targu do Zakopanego też jest tyle, co pod Noszak. Ale Tatry są świetnie widoczne. Takie sytuacje były zapewne bardzo deprymujące, dla pierwszych rekonesansowych wypraw. Wszędzie na świecie. Zresztą wyprawa na Noszak w 1960 roku nie była pewna, gdzie on się znajduje. Dopiero wejście Biela i Mostowskiego na szczyt(4270 m) w pobliżu wioski, pozwoliło go im zobaczyć. I upewnić się, by iść w górę doliną, którą właśnie idziemy. Coś tam jednak, już widać białego. Postój i nocleg wypada na odgałęzieniu w Dolinę Mandaras. Gdzieś w tym miejscu stała japońska „Baza pod Wierzbami”, w roku 1960. Na wysokości ok. 3000 m npm. Faktycznie rosną tu jakieś drzewka. Ale w tym rejonie polujemy na coś innego. Na dzikie, czarne porzeczki. Są wyborne. Dojrzałe w słońcu Hindukuszu. Winni jesteśmy przyjaciołom z Qadzi Deh jakieś produkty. Herbatę, cukier, konserwy rybne, które chętnie biorą. Oni sobie gotują wodę w okopconych, dużych czajnikach na ognisku. My mamy „Juvle” i sporo benzyny na miesiąc gotowania. Potem wszystko się uciszyło, tylko słychać było szum potoku. Noc na tej wysokości była jeszcze ciepła. I bardzo gwiaździsta. Powietrze było idealne, czyste, przeźroczyste. Rano czekała nas przeprawa przez potok. Nie był szeroki, ale siła wody nie żartowała. Zostaje rozciągnięta poręczówka. Lepiej, aby żaden bęben się nie zamoczył. Szczególnie ten z cukrem i kaszą! Wspólnymi siłami dajemy radę pokonać tę przeszkodę. Droga zaczyna się piąć bardziej w górę, wzdłuż potoku. Jeszcze tylko z kilometr w pionie. Nagle coś się otwiera, ukazuje się pierwszy szczyt pokryty lodowcem. Potem miejscowy olbrzym Kohe Mandaras. Głowę ma w chmurach. Ale góra imponuje swoimi błyszczącymi lodowcami. Pierwszy raz widzę taką górę. Marzyłem przez lata, by kiedyś tylko na taką popatrzeć z dołu. Wyjść to zupełnie inna sprawa. To było coś, jak lot w kosmos dzisiaj. Mam dziwne górskie skrzywienie. Lubię bardzo górskie kwiatki. Nie chodzi mi o krokusy, ale o takie co rosną na „skale”. Nie na skale, tylko w szczelinie, gdzie jest odrobina humusu. No, więc sobie je lubię fotografować. One też należą w sposób pełnoprawny do gór. Nie tylko skały, lód i śnieg. Ożywiają góry. Nie jest to już martwy, nieludzki teren. I będę miał tematy - skała i kwiatki. Kwiatki i lód. Panie, które są może bardziej wrażliwe na piękno tych roślin, będą bardziej doceniać zdjęcia z kwiatkami. Nie będą to tylko ponure, groźne skały. Zabieram się do pracy. Zaczyna mnie boleć głowa. Znak, że się zbliżamy do czterech kilometrów. Że nie jestem jeszcze zaaklimatyzowany. Pojawia się coraz więcej szczytów, coraz lepiej widocznych. Ale początkowa euforia ustąpiła zmęczeniu. Nie myślę już o tych górach. Nie myślę o następnych dniach. Tylko o tym, aby wreszcie dojść do miejsca, gdzie będzie baza. A przede wszystkim, aby mi zelżał ten ból głowy. Widać jęzor lodowca, spływającego gdzieś z góry. Z pod niego wypływa nasz potok. Kierujemy się w lewo, dość stromo, do góry. Za jego boczną morenę. Otwiera się tu płaska przestrzeń, z małym strumyczkiem, idyliczna, płaska łączka. Łączka była obficie ozdobiona kępkami czerwonych kwiatków. Idealne miejsce na bazę. Nic nam tu chyba nie spadnie z góry na głowę. To było to samo miejsce, gdzie mieli bazę Poznaniacy w roku 1962 roku. Skorygowana wysokość. Cztery tysiące trzysta metrów nad morzem. Tragarze zostawili bębny i sobie poszli. Kierownik jeszcze uzgodnił, kiedy mają przyjść na zakończenie wyprawy. Ludzkość jeszcze nie dysponuje telefonami satelitarnymi. Długo tu i tak nie posiedzimy. Zezwolenie jest tylko na trzydzieści dni. Czeka nas praca przy wypakowaniu bębnów i urządzeniu bazy. Ta odbyła się następnych dniach. Zdjęcia: Robiłem w miarę podejścia do bazy. Fotografowałem to, co mi się rzuciło w oczy. 1. Qadzi Deh. Opuszczamy wieś Qadzi Deh 2. Dwa dni. Dwa dni marszu do bazy 3. Bębny.Trzydzieści bębnów, benzyna i jakieś paczki. Kierownictwo jeszcze coś dokupiło. 4. Koliba. Schronienie pod skałą. Czasem też częściowo uzupełnione kamieniami. W Tatrach Wysokich jest sporo kolib. Zdarzyło się mi spać na Słowacji. Tylko nie wolno tego robić w parku. Tu dla pasterzy. 5. Wodospad. Mała dolinka z wodospadem 6. Potok. Coś białego się wyłoniło wyżej. Nie byłem w stanie tego zlokalizować na mapie Wali. 7. Darya-i Mandaras. Nazwa Doliny Mandaras 8. Porzeczki. Karol penetruje krzaki. 9. Biwak kulisów . Coś tam sobie pichcą. 10. Przeprawa_1. Wyjaśniło się, po co nieśli takie długie kije. 11. Przeprawa_2. 12. Przeprawa_3. 13. Awaria. Jednak zdarzyła się częściowa kąpiel. Bęben na szczęście nie popłynął 14. Po przeprawie. Andrzej i Karol 15. Zieleń. Wyłonił się prawdopodobnie M9(6028 m). Przed nim M10(5580 m). 16. Morena. Morena starego lodowca. W głębi M9 17. W Dolinie Mandaras. Na wprost dolne stoki M9. W głębi grań główna Hindukuszu Wysokiego(tu mocno obniżona) biegnąca do Gumbaze Safed(6800 m). 18. Kohe Mandaras. Ten szczyt miał nazwę miejscową, od nazwy doliny - 6631 m. Szczyt wznosi się nade mną ok. 3000 m. 19. Kobierzec 20. Kępa 21. Kępka 22. Lód i kwiaty 23. Szczyty. Szczyty na końcu Doliny Mandaras. Ten na samym końcu został, przez wyprawę z Poznania w 1962 roku, zlokalizowany na mapie „Survey of India”, jako siedmiotysięcznik, z kotą -7125 m. I dlatego weszli do tej doliny, by go zdobyć.1 punkt
-
Post 10 Wieś Qadzi Deh. Króciutko trwała jazda do tej wsi. Położonej na wysokości 2600 m npm. Mamy już Tatry pod sobą. We wsi pełnia lata. Trwają w niej żniwa Przyjechała ekspedycja w góry. Będzie spora kasa do zarobienia. Więc nie można tego zmarnować z powodu żniw. Robotę się podzieli. Wszystko musi się odbyć w określonym porządku, obowiązującym w cywilizowanym świecie. Przyjmuje nas na herbatę szef wioski. Czy też właściciel jej pól? Trudno zgadnąć, ponieważ jest bardzo młody. I też nie orientuję się, jakie tu są stosunki własnościowe. Jest też dumny z dużego, przenośnego radia na baterie. We wsi nie ma prądu. Prąd jest, ale po drugiej stronie Ab-e Pańdź, w ZSRR. Ponieważ w nocy coś tam się świeci. Sprawa oficjalnej wizyty była załatwiona. I można było przystąpić do najtrudniejszej części programu wyprawy. Negocjacji - po ile kosztować nas będzie dniówka, do niesienia jednego bębna? Bębnów jest trzydzieści. Droga do bazy zajmie nam dwa dni. Ze strony tragarzy, czy też kulisów, negocjacje prowadzi ich szef. Z naszej Karol. Chroniący się przed słońcem w kasku tropikalnym. Negocjacje są długie. Tu chodzi o poważne pieniądze dla dwóch stron. My mamy zielonych marną kupkę. Dla nich to rzadka okazja, by zarobić. Hindukusz jest już prawie wyeksplorowany. Oczy świata alpejskiego zwracają się w kierunku Himalajów i Karakorum. Korzystając z wolnego, bawię się w fotoreportera. I poluję z aparatem na ciekawe ujęcia. Szczególnie mnie interesują miejscowi. Ludzie. I nieco upolowałem. Troskliwy ojciec z dziećmi. Dwie dziewczynki, miejscowe góralki, w pięknych kostiumach ludowych. Chłopiec z bębenkiem. Chłopiec z koszem. Ten lejkowaty kosz, znany jest chyba na całym obszarze górskim Środkowej Azji. Kobiety z takimi koszami spotykałem później w Zachodnich Himalajach. Nawet trafiła mi się piękna zieleń z bydełkiem. Gdzie woda, tam życie. Staje na siedmiu dolarach na osobę, za dzień pracy. Plus coś tam z żywności. Zresztą - jeszcze muszą po nas posprzątać, po zakończeniu wyprawy. Już same puste bębny są coś warte. Liny też są cenione. Można pociąć na kawałki dla celów gospodarczych. O puszkach po konserwach pisałem, gdy byliśmy w Fajzabadzie. Można więc sobie będzie wybrać bęben do niesienia. Wszystkie są identyczne, żółte. Z identycznymi napisami. Ale nie wszystkie takie same. Podniesie jeden do góry, potem drugi, trzeci, …. Każdy nieco inaczej waży. Wybieram sobie najlżejszy. Kolegom zostawiam te cięższe. Teraz się wyjaśnia, po co każdy był ważony na wadze sprężynowej. I troskliwie dopychany, lub odciążany. Praktyka wypraw. Inaczej będzie rewolucja, zanim jeszcze wyprawa wyruszy w drogę. Rewolucja zawsze wisiała w powietrzu. Pisano całe strony w książkach, o strajku tragarzy, kulisów. Im się nie spieszyło, tylko tym zwariowanym ludziom, by wychodzić tam, gdzie nic już nie rośnie. Jak się strajkuje, to się odpoczywa i jeszcze się więcej zarobi. Przygotowanie bębna do niesienia. Zadziwia mnie mocowanie bębna na plecach. Waży średnio 33 kilogramy. Szerokich pasków, jak u plecaka nie ma. Tylko wełniany sznur. Maszeruje człowiek cały dzień z tym ciężarem. Niektórzy mają jakieś liche buty. U niektórych coś w rodzaju klapek. Podeszwa wycięta, ze zużytej opony. Ci ludzi są chudzi, nie odżywieni. Koledzy, którzy tu już byli, rozpytują o tego, czy tamtego. Nie żyje. Średnia życia, gdzieś koło czterdziestki. Mieliśmy też przypadek jednego z kulisów. Uszkodził sobie nogę i jeden z nich, na polecenie ich szefa niósł dwa bębny. Trudno w to uwierzyć, ale widziałem człowieka na własne oczy. Zdjęcia: 1. Mieszkańcy. Przyjechała wyprawa. Mieszkańcy mają nadzieję na poważny zarobek. 2. Żniwa. We wsi Qadzi Deh. 3. Ojciec. I córki. Miałem wątpliwości, czy to nie dziadek? Ale biorąc pod uwagę długość życia i kiedy się ożenił, doszedłem do wniosku, że ojciec. 4. Góralki. Dziewczyny pięknie ubrane. Stanowią silny kontrast w stosunku do poprzedniego zdjęcia i tych dwóch chłopaków na następnych zdjęciach. Gdzie ich ubiór, to łata naszywana na następną. Te wszystkie zdjęcia były robione w Qadzi Deh. 5. Kosz. Chłopiec z koszem. Takie lejkowate kosze spotykane były także w Himalajach 6. Bębenek. Chłopiec z bębenkiem. 7. Karol. Zdaje się, że Karol wyjaśnia jakąś sprawę. Może stosunkowo dobrze znał słownik Chwaścińskiego. Był już tutaj w 1962 roku. 8. Negocjacje. Karol prowadzi negocjacje z szefem kulisów. Po ile Afgani, za dzień niesienia wyposażenia wyprawy? 9. Oczekiwanie. Czekamy, na koniec negocjacji. Sprawa jest delikatna. Ze względu na nasze skromne zasoby dewizowe. Bębny ustawione jeden na drugim i osłonięte przed słońcem. 10. Tona. W sumie tyle ważyło nasze wyposażenie. Wyprawa została zorganizowana w bardzo oszczędny sposób. Bębny czekaja na kulisów. W karnistrze benzyna do prymusów „Juvel”. 11. Wybór. Przed startem karawany. Zaczęło się sprawdzanie, który bęben jest lżejszy. 12. Przygotowanie. Przygotowanie bębna do niesienia. Sznur z wełny owczej. Kupowali od nas potem liny. Które pocięte były znacznie bardziej trwałe, niż te sznury. 13. 33 kg. Taka była średnia waga bębna. Co nie było takie łatwe, by wyrównać ich wagi. Bęben wybrany. Będzie można iść i zarobić 15 dolarów. 14. Zieleń. Rzadki, nadzwyczaj obrazek w tym wypalonym, górskim kraju.1 punkt
-
Post 9 Droga do Qadzi Deh Jurek przyjechał z papierem. Możemy jechać dalej. Potem się okazało, że szach pojechał sobie za granicę. Zięć skorzystał i tatusia zrzucił z tronu. Od tego momentu w Afganistanie zaczęło się coraz gorzej dziać. Coraz gorzej i gorzej. I tak trwało, i trwa do dzisiaj. Koniec z wyjazdami w Hindukusz. Strzelają. A takie piękne są te góry! Znacznie tańsze, niż Himalaje, Karakorum. Bardzo długo będą czekać na zapaleńców dziewicze szczyty. Znacznie wyższe, niż szczyty w Alpach. I równie piękne. I takie, że góra i my, a nie tłumy wspinaczy i widzów. Wynajmiemy samochód, zapakujemy bety, i siebie, i w drogę. To już ostatni etap. Przed siedmiotysięcznikami. Samochód daleko nie ujechał. Zaledwie kilkadziesiąt kilometrów. Droga przestała istnieć. Kokcza po prostu zabrała sobie jej kawałek. Aż do skały. Podjechaliśmy i widać, że odbywa się remont brakującego kawałka. Po drugiej stronie wyrwy też stoją samochody. Wyglądają, że są chętne na wynajęcie. Remont jest nadzorowany przez wojsko. To przecież strategiczna droga. Wiedzie do Doliny Wachanu. Długiej bardzo doliny. Strategicznej. Innej drogi nie ma. Przyglądam się pracom remontowym. Dwóch wieśniaków, z okolic, przycina piłą taśmową długą belkę z topoli. Bardzo niesprawnie to robią. Widać, że to narzędzie jest im obce. Nadzoruje cięcie, i zapewne instruuje co jak, wyższa szarża wojskowa. Poznaję to po dystynkcjach. Nie ma co czekać na zakończenie remontu. Bębny na plecy i na drugą stronę dziury w drodze. Ten moment mi uwiadomił, co to jest zespół. Zgrany zespół. Mający jeden cel. Wydawało mi się, że niektórzy sądzili, że bębny same przejdą na druga stronę. No, ale jedziemy dalej. Jak wracaliśmy po ponad miesiącu, to remont nie był jeszcze ukończony. Kokcza jest coraz mniejsza. Mijamy miejscowość, gdzie na dachach domów suszą się apetyczne morele. Przekraczamy rzekę, już wąską, ale mostek taki sobie. Zsiedliśmy z auta. Strzeżonego, Pan Bóg strzeże. Koledzy pobiegli do wody z bańkami. Ja byłem reporter. Więc fotografuję. Czekam na przejazd naszego samochodu. Belki się uginają i leci z nich kurz. Przejechał. Dolina robi się węższa. Rosną w niej drzewa orzechowe. Mają ogromne korony. Rejon sadów orzechowych. Mają tu dobry klimat. Jedziemy ciągle do góry. W poprzek doliny usypany wysoki kamienny wał, przez który płynie nasza mała rzeka. Potem parę kilometrów następny. Moja wiedza geograficzno-glacjologiczna podpowiada, że to stare moreny czołowe lodowca. Stał sobie, może tysiące, albo więcej lat w jednym miejscu. Niósł na swoim grzbiecie kamienie spadające ze skał, które go otaczały. No i w tym miejscu je zrzucał, usypyjąc morenę. Góry coraz wyższe i coraz bliżej drogi. Od czasu do czasu mignie, między tymi gigantycznymi bałuchami, jakiś szpiczasty, biały wierzchołek. Po prawej stronie mamy grupę Kohe Zebak. Wjechaliśmy w rejon, gdzie góry się znów rozstąpiły. Było szeroko, i płasko, oraz kamienisto. Rzeczka, już tylko potok - meandrowała po tym rumowisku. Po prawej stronie mieliśmy strome dość wysokie „ściany”. Tak wyglądały z daleka. Gdy samochód podjechał bliżej widać było, że to nie skała. Tylko ziemia, do której bardzo gęsto ktoś powtykał, duże otoczaki. To się dziwnie trzymało kupy i nie waliło na dół. Ale tu deszcze są rzadkością. Bardziej śnieg i mróz. Francuzi, którzy jeździli też tędy w Hindukusz, nazwali te formy „merde montagne”(gówniana góra). Nieco dalej z lewej strony była wieś. Płaskie domy, niewielkie zielone pola. Nad wsią bardzo wysoki, goły stok. Przecięty ukośnie wąziutkim pasemkiem zieleni biegnącym od wsi w górę, do jakby bardzo wąskiej doliny, prawie żlebu. Rzecz typowa na wsi afgańskiej, szczególnie w górach. W tym pasemku zieleni jest woda. To jest, wykopany w zboczu wąski rów(„dżuja”), którym jest doprowadzona do wsi. Dla ludzi, zwierząt i dla nawadniania. Dżuje mogły biec kilometrami z miejsc, gdzie ta woda była przez cały rok. Dżujami nazywano też rowy w miastach, doprowadzające ten cenny płyn. Zaczynamy powoli zjeżdżać w dół. Byliśmy więc na bardzo szerokiej przełęczy. Iskaszim. Miasteczko broniące dostępu do Wachanu. Broni dosłownie - żołnierzami. Jedyna możliwość dojazdu do Korytarza Wachanu to ta droga, po której jedziemy. Jest do niego łatwiejszy dostęp. Ale za Amudarią, za granicą w Tadżykistanie Przyjmuje nas miejscowy, burmistrz, czy też mer. W bardzo eleganckim, typowym stroju afgańskim. Materiał delikatny, w kolorze nieba. Pierwsza klasa. Strój taki składał się szarawarów. Bardzo szerokich i zwężających się mocno u dołu. Do tego koszula, przypominającą nocną. Kiedyś męska część społeczeństwa w Europie też w takich sypiała. Strój wypraktykowany przez pokolenia. Afganistan jest krajem suchym i gorącym. Strój jest bardzo luźny i pozwala na swobodny przepływ powietrza między ciałem i tkaniną. Na głowie turban(najczęściej). Furażerkę karakułową mogli nosić tylko Pusztuni. Strój kobiety składał się z długiej szaty do kostek(burka), szczelnie okrywającej całe ciało, łącznie z głową. Oczy, nos, za małą siateczką. Kobiety uwięziono w tym stroju, by nie kusiły mężczyzn. Wojsko przyjmuje naszego reprezentanta. Którym jest vice-kierownik Karol. Herbata z czajniczka, słodycze. Bardzo elegancko. Na pożegnanie Iskaszimu fotografuję jeszcze ciekawostkę hodowlaną. Mały baranek z czterema rogami. Jego właściciel był niesłychanie dumny ze swego zwierzęcia. Niewiele ujechaliśmy i proszę takie zdjęcie, taki pejzaż! Otwarła się przed nami dolina Wachanu. Dołem płynie Ab-e Pańdź. Górny bieg Amudarii. Stanowi granicę między ZSSR(republika Tadżykistanu) a Afganistanem. Po stronie tadżyckiej mamy Pamir. Po afgańskiej Hindukusz. Na tle nieba, z prawej, widać białe zarysy jego sześcio i siedmiotysięczników. Te są te wymarzone i pierwszy raz widoczne szczyty. Tam będę za kilka dni. Będę chodził po tym samym śniegu i lodzie, co ci z książek K. Seysse –Tobiczyka. Zdjęcia: W drogę. Ładujemy na samochód trzydzieści bębnów i spore plecaki. Musi także zabrać dziewięciu chłopa. Na zdjęciu pomyłka. Odjeżdżamy z Fajzabadu, a nie przjechaliśmy. Opisując go kiedyś, nie zwróciłem uwagi, jakim samochodem tu przyjechaliśmy. Melon. Karol zadbał o wszystkich, kupując melona. Nad Kokczą. Samochód był chyba rosyjski. Te mniejsze kupowali w ZSSR. Większe były Bedfordy. Remont. No cóż! Siła wyższa. Wściekła Kokcza, gdy zaczęło się gwałtowne topnienie śniegów w górach, pewnie mocno wezbrała i taki mamy efekt. Na pewno nie spowodowały tego deszcze. Zmiana samochodu. Ci z drugiej strony wyrwy też zostali zablokowani. Więc aby przeżyć czekali na klienta. Droga do Wachanu była praktycznie jedna. Nią właśnie jechaliśmy. I taka, jak na zdjęciu nr 3. Jej przerwanie oznaczało, że dosłownie było się w saku, bez możliwości wyjazdu, Z terenu, który należał do Afganistanu i jeszcze się ciagnął przez prawie czterysta kilometrów, aż do Chin. Drewniany mostek. Wjechaliśmy w teren, gdzie góry się oddaliły i pojawiły się pola uprawne, sady. U zbiegu kilku rzeczek. Zatrzymaliśmy się przed mostkiem. Koledzy pobiegli z bańkami do wody. Ja byłem fotoreporter i czekałem z aparatem. Przejazd. Jedzie nasz samochód. Mostek się ugiął i zakurzyło się. Ale przejechał! Zebak. Jedziemy coraz wyżej. Góry coraz wyższe. Wąska dolina. Z prawej strony pojawia się jakiś biały dziubek. Należy do gór Zebak. Będzie o nich mowa w następnych postach. Przełęcz. Po prawej strony zdjęcia strome stoki ziemne z powtykanymi gęsto niewielkimi otoczakami, "gówniane góry”. Afgańczyk. Afgańczycy. Żołnierze. Herbatka. Hindukusz Wysoki. Wachan. Ten gigantyczny szczyt w Hindukuszu to Noszak. Jesteśmy na poziomie ok. 2600 m. Wznosi się nad nami ok. pięciu kilometrów. W odległości ok. 30 kilometrów. Tiricz Mir był w prawo od Noszaka. Całkowicie zasłonięty, w odległości prawie 50 km. Dalej w lewo ciągnie się Hindukusz Wysoki. Tadżykistan. Zrobiłem to zdjęcie, jadąc wzdłuż Ab-e Pańdź do Qadzi Deh. Wieś tadżycka za rzeką. Pola uprawne. Duże, niskie budynki, o płaskich dachach. Mają nawet stadion. Była tu też energia elektryczna. Bałuchowate, stoki Pamiru.1 punkt
-
Post 8 Fajzabad Nie! Nie będziemy mogli spać, tam gdzie nocował szach. Dla nas był przeznaczony mały budynek gospodarczy, tuż przy grobli. Możemy też postawić sobie namiot. Nie jest źle. W nocy utuli nas do snu szum Kokczy. Wyładowujemy bębny. Postój na wysepce będzie dłuższy. Jurek z kolega pojadą do Kabulu, po zezwolenie na działalność w górach. Owszem dostaliśmy z ambasady w Warszawie takie przyrzeczenie. Ale tu na miejscu trzeba mieć konkretny papier dla gubernatora prowincji. No, więc będziemy czekać. Czas można sobie było skrócić włóczęgą po ulicach stolicy Badachszanu, lub też grą w bridża. Gra odbywa się w sali reprezentacyjnej szacha. Leży tu ogromny dywan. Jest nawet światło elektryczne. Jakaś pojedyncza żarówka zwisa z sufitu Jestem jednym z czwórki. Zestaw jest międzynarodowy. Gra z nami lekarz, Amerykanin. Starszy, dość gruby facet. Pracuje tu z ramienia ONZ. Jego język angielski był dla mnie trudny. Słowa miał jakieś gardłowe. Co za amerykański slang! Ale bridż nie potrzebuje słów. Nazwy kolorów, licytacja. A potem wszystko widać. Toteż nie mamy problemów z grą. Ja się lubię, będąc w obcym kraju, włóczyć. Podglądać ludzi. Jak wyglądają. Jakie są sklepy, ulice itd. Zwracam uwagę na dzieci. Dzieci na całym świecie zachowują się podobnie. Więc włóczyłem się z aparatem fotograficznym po ulicach. Miasto nie jest duże. Ale poza nim tylko kopulaste, puste, dzikie góry. Bez drzew, czy krzaków. W jednym miejscu sprzedają owoce z okolic. Stoję w małej kolejce, by sobie kupić morele. Przede mną stoji żołnierz. Biedny chłopak. Widzę jak sprzedawca mu wkłada do papierowej torebki, co gorsze sztuki. Chwyt znany na całym świecie. W Krakowie, jak się szło na dworzec, to sprzedawali tu jabłka. Sprzedawca miał ustawioną piękną, błyszczącą piramidę owoców. Każdy, co chwila polerowany tą samą brudną szmatką. W torebce były wyłącznie te z tyłu, niewidoczne. Zwróciłem dwie morele. Nadgnite. W innym miejscu piekarnia. Placki, podobne jak w Iranie. Chłopak na rowerze układa sobie ich stos na bagażniku. Przyciska sprężyną. I zakurzoną ulica rozwozi do miejscowych sklepików. Przyglądam się produkcji metalowych kubków. Mistrz ma zgromadzony duży stos puszek po konserwach. Razem z odchylonymi wieczkami. Takiego materiału nie brakuje, w miejscach gdzie biwakowali górołazcy. Z wieczka tworzy się uszko. Przynitowane do puszki. Super kubek. Trwały i tani. I jeszcze może być z ładnymi wzorami. I tak się kręciłem po ulicach. Mycie nasze odbywało się w rzece. Ciała i zębów. Rzeka była źródłem wody pitnej dla wszystkich. Co prawda przez miasto płynął malutki strumyczek, z nawet niby czystą wodą. Ale kto wie, co tam jest? Ameba jest? I inne ciekawe żyjątka. Kokcza to masa wody. Zimnej wody z lodowców. Jakaś zabłąkana bakteria nie przeżyje. Kręcąc się trafiam na człowieka nieco lepiej ubranego. Nauczyciel miejscowej szkoły. Właściwie to on mnie zaczepił, informując mnie, że są republiką! Republiką? Przecież macie szacha. To jest król. Król został właśnie obalony. Mamy prezydenta! Tego jeszcze brakowało! Nie dość, że się bębny zatrzymały, to teraz jeszcze mamy zamach stanu w Afganistanie! A Jurek jest w Kabulu po zezwolenie na działalność w górach. Wykorzystałem naszą „Pocztówkę” i napisałem do żony. „Temperatura na pustyniach nad Amudarią osiągała czterdzieści pięć stopni w cieniu. Jesteśmy w Fajzabadzie i czekamy na zezwolenie na działanie w górach. Wyprawa się opóźnia z powodu bagażu. Do gór mamy jeszcze 150 km”. Poszedłem na pocztę. Rozpznałem ją po skrzynce na listy. W malutkim pomieszczeniu za biurkiem siedział urzędnik . Proszę o znaczek. No, ale do jakiego kraju? Cena jego zależy od miejsca na ziemi. Nie może być tańszy, ani droższy. Poland! Holland – słyszę w odpowiedzi. Holandię znają. Już to samo było w Iranie. Poland to jest tutaj nie znany kraj. Szybko myślę, jak mu wyjaśnić, gdzie on leży na kuli ziemskiej, mam - „between(pomiędzy) Germany and Russia”. Podchodzimy, do odręcznie narysowanej mapy politycznej Europy. Wiszącej na ścianie. Tu! Wskazuję palcem. Ale to „tu” ma granice przedwojenne! Nieważne, znaczek był właściwy i kartka doszła. Zdjęcia: Wysepka. Z tyłu droga dojazdowa do Fajzabadu. Jechaliśmy czały czas, orograficznie lewą stroną Kokczy. Hotel Szacha. Wybudowany przed wizytą króla Afganistanu w prowincji Badachszan. Widok z okna. Widok z okna na rzekę. Na prawo, wzmocniona podmurówką droga, którą przyjechaliśmy. Most żelazny. Miejscowi zażywający kąpieli. I skóry baranie na murku, po ich wymoczeniu w wodzie. Owoce. Mały owocowy targ w cieniu pod drzewami. W takim suchym, górskim terenie było zadziwiająco dużo owoców. Drzewa owocowe rosły nawadniane, w śródgórskich dolinach. Słońca było nadmiar. Owoce były badzo słodkie. W pewnym rejonie za Fajzabadem, dachy płaskich domów były żółto- czerwone, od szuszących się moreli Ulica. Nie jakaś podmiejska. W pobliżu hotelu. Ten rejon miasta był reprezentacyjny. Dom. Wyglądał na opuszczony. Była to posiadłość bogatego tutaj człowieka. Piekarnia. Chleb był pieczony, w postaci dużych, dość cienkich placków. Świeży bardzo smakował. Szczególnie, gdy się go porównało z chlebem, który mieliśmy w dużych puszkach, czy pumperniklem. Gdy wysechł, kruszył się i bardzo tracił na smaku, Ablucje. Kokcza była jedynym źródłem bezpiecznej wody. Nie było wodociągów w Fajzabadzie. Źródło wody. Wszyscy się zaopatrywali w wodę z Kokczy. Czwórka przyjaciół. Panowie nie protestowali, gdy zapytałem-czy mogę zrobić zdjęcie? Więc pstryknąłem. Chłopcy. Dzieci wszędzie są ciekawe. Co to za gość je fotografuje? Zrobiłem sobie dawno temu album i podpisałem niektóre zdjęcia. Tu napisałem, czy jeszcze żyją? Dla siebie. Na zdjęciu jest rok 1973. Potem już byli dorośli, gdy zaczęła się w ich kraju wojna, trwająca do dziś. Dostali być może w ręce pistolety maszynowe Kałasznikowa. Przyjaciel. Wracam z „zakupów” z siateczką. Spotkaliśmy się na grobli. Ja jestem jego przyjacielem. On moim. Pusztun(furażerka). Administrował hotelem samego Szacha. Takiej funkcji nie można było powierzyć pierwszemu, lepszemu. Grajek. Poznałem drugi instrument muzyczny w Afganistanie. Piszczłkę. Schody. Wejście na taras rezydencji królewskiej. Pan gra, panowie może nucą. To teraz moje przypuszczenie. Plaża. Nad dziką Kokczą zdarzyło się i takie sympatyczne miejsce nad wodą.1 punkt







