Narty - skionline.pl
Jump to content

Zagronie

Registered VIP Users
  • Posts

    357
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    15

Zagronie last won the day on September 29

Zagronie had the most liked content!

Recent Profile Visitors

The recent visitors block is disabled and is not being shown to other users.

Zagronie's Achievements

Średnio zaawansowany

Średnio zaawansowany (3/6)

1k

Reputation

  1. PS. Dodam jeszcze, że ja też miałem pewne osiągnięcia w kątach, jeśli chodzi o krawędzie. w pogoni, za tzw. "trzymaniem na lodzie". Doszedłem dla siebie i dla żony do skromnych 86,5 stopnia. Ponieważ jakoś nie zauważałem różnicy w miarę zmiany kąta, więc nie kontynuowałem dalej. Zapewniam przy tym, że nie mieliśmy oboje przypadku "łapania krawędzi". Teraz, idąc na całość, mam od dwóch lat "komórkę". I nawet się nie zainteresowałem, ile miała ona tych stopni, od początku. Ustawiłem sobie ostrzenie na moim Kuzmanie na 89,5 st. I co ciekawego lepiej się mi jeźdźi. Tylko mam problem na stoku, gdy jest dużo narciarzy. Coraz trudniej jest mi zjechać w dół. Nie z powodu trudności stoku, rodzaju śniegu. Tylko, że jedyna szansa, by nie być rozjechanym, przez być może podobnych do pana Piotra mistrzów slalomu, to tylko krecha na nartach o promieniu DH. To już jest absolutnie poza moim zasięgiem.
  2. Mam ciągoty do robienia wykładów. To jest teraz straszna wada. Ale mam z czasów, gdy pan wykładowca mazał kredą po tablicy, próbując coś wyjaśnić młodym głowom w czym rzecz. Nieco mi zostało jeszcze praktyki z czasów, gdy w pogoni za zielonymi uczyłem na kontynencie w strefie równika. Zapominam się i przepraszam! Wiem, że teraz się wiedzę czerpie głównie z internetu. I że wypowiedzi(odpowiedzi, rady itp.) na forum muszą być równie dokładne, jak w Wikipedii. Co podkreślił następny post. Clinton, jak był Prezydentem USA, mawiał do siebie "gospodarka durniu"! Ja sobie napiszę przy komputerze - "zastanów się durniu, z kim na forum prowadzisz dyskusję". Ponieważ już nieraz zdarzyło mi się, że w odpowiedzi na mój post dostawałem coś w rodzaju - "bełkoczesz", albo znacznie coś gorszego. A przecież nie stosuję uderzeń poniżej pasa. Jeśli się ktoś nie zgadza z moimi poglądami, to niech nie czyta moich postów. Lub krótko skwituje - mam zupełnie inne zdanie. Proszę tylko pana Piotra o jedno. Jak będzie jeździł na nartach, po stokach. To niech zwraca uwagę i ma tą wyrozumiałość dla ludzi w póżniejszym wieku. Niektórzy z nich(jak ja i moja żona) mają straszną wadę. Przyzwyczaili się regulować swoją szybkość zjazdu, przez niezlicznoną liczbę skrętów. Łatwo na takiego najechać. Co przydarzyło się już mojej żonie.
  3. Lubię rozwiązywać sobie takie różne zagadki, dotyczące wpływu konstrukcji( w tym przypadku narty) na jej własności jezdne. Własności odczuwane przez narciarza, gdy jest ich świadomy. Nie chodzi mi tylko o to, że by udowadniać, że nieco na jakiś taki temat wiem. Nie wiem wielu rzeczy. I nigdy się nie dowiem. Zresztą to są nieraz takie niuanse, że szkoda sobie zaprzątać głowę. Ale gdy pojawiły się pierwsze narty karwingowe. A był to dla amatora duży skok technologiczny, to podkreślano ich dwie szczególne cechy, oprócz kształtu("biszkopty")- elastyczność wzdłużną i sztywnść poprzeczną. Elastyczność wzdłużna taka, że narta uchwycona za dziub i piętkę, wygięta tworzyła dość regularny łuk zbliżony do wycinka okręgu. Stare narty(bardzo stare) były pod butem "grube" i sztywne. Zginały się tylko wiotkie końce przy dziobie i piętce. W miarę rozpowszechniania się narciarstwa zjazdowego. Pojawienia się maszyn ubijających i wyrównujących śnieg. A także wzięcia pod uwagę faktu, że narciarz w skręcie zawsze był wychylony do środka łuku(mogę podesłać kiedyś zdjęcie z Olimpiady, zorganizowanej w czasie drugiej wojny światowej w Cortinie)). Widać nim zawodnika, wypisz, wymaluj w układzie jak na "karwingach". Zawsze jednak jeździło się na krawędziach. To dyktuje mechanika ruchu narciarza po łuku, na równolegle prowadzonych nartach(pług jest bardziej statyczny). Tak więc ww. czyniki doprowadziły do nart karwingowych. Była to ewolucja. Zapoczątkowana przez zawodników(min. Stenmark). I takie narty dziś mamy. Sporo różniące się od ich pierwszych wzorów. Miałem je od 2002 roku. Ale już w czasie pobytu w 1998 roku w Cervinii zobaczyłem narty( w wagonie wyciągu), u kilku narciarzy wyraźnie różnice się przy dziobach od reszty. Były znacznie szersze. Ale na stokach nie zauważyłem ludzi, jakoś odmiennie jeżdżących. W każdym razie sztywność poprzeczna jest bardzo ważną cechą, szczególnie przy nartach, których używają zawodnicy. Na stokach twardych. Ale te narty muszą być także elastyczne wzdłużnie. To jest zapewne trudne do pogodzenia dla konstruktorów. Zależą obie te sztywności, od budowy wewnętrznej narty. Nie mieszajmy do tego płyty i wiązań. Które są potrzebne, by jakoś "przyczepić" narciarza do narty. Zostawmy też ścianki boczne, Ich wysokość może mieć wpływ na obie sztywności. To jest zmartwienie konstruktora.
  4. Pan Piotr zna się na nartach. Ale słabo na mechanice. Wiemy co to jest śmigło i jaki ma kształt. Wystarczy zamontować kawałek elastycznej deseczki w imadle i chwytając za koniec skręcić ją w bok. Skręcimy nieco, dostając "śmigło". Narciarz jedzie. I rozpoczyna skręt. Zaczyna się ten skręt od momentu, gdy obie narty są zrównane dziobami, odciążone i ich ślizgi są na jednakowej płaszczyźnie poziomej(wyobraźmy sobie poziomicę). Po tym momencie narta zewnętrzna zaczyna jechać po śniegu i narciarz ją pochyla na krawędź, do wnętrza skrętu. Pierwsze zaczepienie narty o śnieg następuję tuż przy dziobie. Najpiew przy dziobie powinna się wciąć w śnieg(szczególnie ważne gdy jest twardy, lód). Wcinając się napotyka na reakcję śniegu. Który stara się ją odgiąć w drugą stronę. W przeciwną do tej, w którą przekręca nartę narciarz. A narciarz skręca nartę nogą cisnącą na but. But obraca nartę. Tu przy okazji - płyta zwiększa nieco ramię siły(i moment skręcający nartę). Oraz zmniiejsza szanse, że but(wiązanie) bokiem zaczepi o śnieg. Jest jednak też wadą, ponieważ usztywnia środek narty. Co ma pewien wpływ na prowadzenie jej na krawędzi, po łuku skrętu. Śmigło się tworzy, po obu stronach buta(z przodu i z tyłu narty). Płyta jest "imadłem"! Jest jasne, że narty "miękkie"(można je łatwo przekręcić dzióbem, chwtając za wiązanie), radzą sobie w śniegu miękkim. A w twardym nie chcą się "wciąć" krawędziami, robiąc z siebie śmigło. Opisałem wyżej skręt najbardziej prawidłowy. Zawodnicy potrafią przekręcić krawędzie już w powietrzu. Ale problem ze śmigłem jest taki sam, gdy narta się zaczyna krawędzią wcinać w śnieg i jedzie potem na całej tej krawędzi. Więc prośba panie Piotrze. Niech ktoś przytrzyma pańską nartę za wiązanie. Chwyt za dziób i kręcić. Porównać wszystkie narty, jakie pan ma. Proszę mi napisać do jakiego wniosku pan doszedł.
  5. Pozdrawiam "starego" dyskutanta FE. Zostaw te krawędzie w spokoju, byle były ostre. Skup się na poważniejszych, narciarskich problemach(technicznych). A tak - to zaliczaj skręty, kilometry, trasy, masywy górskie. Będziesz miał, jak znalazł, gdy wejdziesz w wiek, który kiedyś był uważany, za godny szacunku. Wiem co piszę.
  6. Najstarsze narty na świecie i to z wiązaniami znalezione w lodowcu w Norwegii. Najpierw znalezioną jedną. Potem odczekawszy siedem lat wyłoniła się druga.
  7. Zresztą, komu leży na sercu problem środowiska może sobie poczytać coś takiego na pocieszenie https://time.com/6106341/green-energy-transition-iea/
  8. Ja nie będę dyskutował o żarówkach. Mimo, że ten temat jest mi bliski, z racji uprawianego w przeszłości zawodu. Teraz mnie nieco interesuje Słowacja. Narciarsko. Reszta jest "passe". I to spalinowym pojazdem. Który ma prawie 18 lat. Ale który, po włożeniu mu do odbytu czujnika, został bardzo pochwalony przy przeglądzie. Elektryczne pojazdy mają szanse dla szerokich mas ludności, pod warunkiem zupełnie nowych, lekkich i małgabartowych akumulatorów. Pik razy oko na min. 500 km. I skrócenia czasu ładowania do 15 min na wypicie kawy. A jeszcze gdyby z instalacji foto, albo z wiatraków, pochodziła energia to byłoby cudownie. Silnik elektryczny w stosunku do spalinowego jest bez porównania. Sama prostota. I kopa daje błyskawicznie.
  9. Nie zamierzałem nic pisać w tym temacie. W końcu tak naprawdę piszę na forum, ponieważ mnie interesują teraz praktycznie tylko narty. Nie potrzebuję żadnych rad. Wszystko co mnie ewentualnie zainteresuje znajdę sobie w sieci. Ale na forum rejestrują się osoby, które zostały jakoś zarażone nartami. Po wpisach widać, że mają problem z najprostrzymi rzeczami. W nartach jest tak, jak w każdym sporcie bardzo technicznym. Błyskawicznie się nabiera niewłaściwych nawyków, które jest później trudno wykorzenić. A są osoby, które szybko spostrzegają, że nie idą właściwą drogą. Daje się im radę, że powinni zacząć od instruktora. Rada teoretycznie dobra. Praktycznie trudna do realizacji, nie tylko ze względów finansowych. Szukają porad na forach narciarskich. Licząc, że znajdą osoby, które im pomogą. Nie wyśmieją. Nie będą udawać, że to takie jest proste. Z Mitkiem się zetknąłem, w czasie pierwszych zawodów skiforum na Czarnym Groniu. Potem była jeszcze jakaś okazjonalna rrozmowa, w tym samym miejscu. Organizował te zawody. Był w nie bardzo zaangażowany. Nic z nich chyba nie miał. Poprostu lubił narty i towarzystwo na stoku. Pisał na skiforum. Będę szczery, niektóre jego wpisy, w miarę lat stawały się coraz bardziej radykalne. Radykalność to nic specjalnie złego. Ale radykalność obrażająca drugą osobę jest dla mnie nie do przyjęcia. Nie jestem taki delikatny w tej materii. Pracowałem przed studiami parę lat na budowach, jako zwykły elektryk. Szybko zauważyłem, że normalna prośba do człowieka- "proszę nie ciągnąć tak tego kabla, bo mi pan urwie"(byłem odpowiedzialny za pracę tych kabli). Zupełnie nie skutkowała w praktyce. Dopiero użycie kilku dobrze znanych słów, powszechnie uważanych za obrażliwe, dawało błyskawiczny skutek. Nie chcę takiego języka na forum. To nie jest szczerość. Ja bym to inaczej nazwał. Nie po tu piszę, by wracać "na budowę". Nie będę oceniał Mitka jako fachowca od nart. Ale zauważyłem, że dawał ich bardzo dużo i według mnie bardzo sensownych, dla kogoś kto zaczyna z nartami. Nie interesuje mnie jego osobisty poziom. Zresztą nie jestem osobą, która to może ocenić. Wiem, że nie trzeba być profesorem wyższej uczelni, by uczyć w szkole podstawowej. Ta wiedza czasem tylko przeszkadza.
  10. Dolinki jurajskie Lata szęśćdziesiate ubiegłego wieku. Jest maj i pogodny poranek w niedzielę. Żółty pociąg z Krakowa do Katowic zatrzymuje się na stacji Zabierzów. W dalszą drogę wyrusza prawie pusty. Przez ukwiecone łąki, w stronę skałek, porusza się jego zawartość. Sami młodzi ludzie. Studentki i studenci. Wszyscy dążą do dolinek. Pierwsza jest bolechowicka. Z niej można dojść do karniowickiej. Kogo interesuje tylko wędrówka idzie dalej, do będkowskiej. Nazwy dolinek zapożyczyły miejscowe wioski. Dolinka Bolechowicka już przed wojną była terenem treningu Sekcji Taternickiej AZS. Od roku 1925 wspinali się tu tacy znakomici taternicy, jak bracia Szczepańscy, Kazimierz Dorawski(autor znakomitej książki o podboju Himalajów „Człowiek Zdobywa Himalaje”), Wiesław Marcinkowski, Adam Sokołowki, czy Karol Wallisch. W późniejszym okresie, przed wojną i w czasie wojny pojawili się tu kolejni uzdolnieni adepci wspinaczki skalnej. Od drugiej wojny światowej znani jako grupa „Pokutników”. Padają wtedy najtrudniejsze drogi techniką „hakową”(Czesław Łapiński i Kazimierz Paszucha). Dolinki były zawsze terenem treningowym dla krakowskich taterników. Tu urządzał swoje kursy Klub Wysokogórski. Także jego sekcja taternictwa jaskiniowego. Ponieważ w jurze są jaskinie. W pobliżu Krakowa jest jedna z nich „Wierzchowska Górna”. Wśród wysypująch się z pociągu w Zabierzowie było wielu adeptów wspinaczki. Już nieco doświadczonych, lub też kursantów. Szły z nimi dziewczyny, sympatie, czy też koleżanki. Mogące później obserwować nieustraszonych chłopaków, na prawdziwej skale o wysokości znacznie większej, niż kilkupietrowy dom. W pamięci mi został obraz pogodnego ranka w maju. Ukwiecone łąki i białe skałki wśród świeżej zieleni. Skałki były doskonale widoczne. W dolinkach rosła nowa trawa. Którą pokryte były jej zbocza. Większe partie drzew rosły już powyżej skał. Chodziłem w skałki z moją dziewczyną. Byłem kursantem na kursie wspinaczkowym. Leżałem z innym adeptami przy słynnym źródełku u góry doliny. Słuchając opowiadań instruktorów o Alpach , Dolomitach. Poznając ich twarze, nazwiska. Niektórzy z nich byli później opisywani w literaturze, jako znakomici alpiniści. W górach siedmio, czy ośmiotysięcznych. Taki obraz skałek zabrałem wczoraj ze sobą. Wybierając się wczoraj z żoną na spacer po dolinkach. Obiecywałem jej to od dawna. Nie miałem żadnych złudzeń, że spotkam tam ludzi, których poznałem pół wieku temu. Nie miałem złudzeń, że sposób uprawiania wspinaczki będzie dokładnie taki sam jak w okresie, gdy się sam wspinałem. Ale miałem złudzenia, że dolinki będą podobne. Że będą widoczne skały i będziemy sobie szli trawiastą ścieszką wzdłuż potoczku. To co zobaczyłem, ilustrują zdjęcia, które robiłem i moja żona. Zanim je opiszę i załączę, jeden wniosek do którego już dawno doszedłem, analizując postęp we wspinaczce. Poziom wspinania się bardzo podniósł. Pojawiły się stopnie powyżej „szóstki”(skrajnie trudna). Z coraz większymi niuansami. To są coraz lepsi wspinacze. Ale czy więcej ryzykują więcej, niż my dawniej? Czy to jest większa ekstrema? Z punktu widzenia ryzyka –nie! Nie ma znaczenia w ostateczności, jaką drogę się zrobi. Jak się przeżyje. Dawniej trudności techniczne były mniejsze. Ale też szansa przeżycia była mniejsza, gdy się odpadło. Nie dam się przekonać! Jedynym wyjątkiem jest wspinaczka solo! Zdjęcia: Brama Bolechowicka. Nie pamiętam nazw tych skał Grań. Widoczna skała jest łatwo dostępna z drugiej strony, po trawiastym zboczu Kolejka linowa. Wygląda na to, że zainstalowano sobie tu kolejkę dla „przejażdżki” między skałkami. Filar. Filar jest zawsze na „styku” dwóch ścian skalnych. Filar Abazego. Tak go nazywano. Skąd? Nie wiem. Wiem, że dopiero go „odhaczono” w połowie lat osiemdziesiątych. Ktoś zaczyna zjazd filarem. Jego wysokość ok. 25 m. Ryski. Pękniecia w skale, tak popularnie były nazywane. Dawniej do asekuracji do szerokiej(na parę cm) szczeliny wbijano twarde kołki z drewna, z małą petelką z cienkiej liny. Teraz są „kostki”, albo specjalne elementy blokujące się w szczelinie(friendy). Z prawej początkujący adepci. Asekurowani z góry na wędkę. Zjazd. Nazwa wskazuje co to za działanie. Zjeżdża regulując szybkość przy pomocy tzw. „ósemki”. Zjazd w kluczu zjazdowym był mniej przyjemny i bardziej niebezpieczny. Wędka. Bezpieczna wspinaczka z górną asekuracją. Jedyne niebezpieczeństwo, to ew. spadający kamień. Instruktorzy mają swoje grupki, które prywatnie szkolą. Mój szwagier jeszcze kilka lat temu zabierał w Tatry chętnych na łatwe wspinaczki. To dobra metoda poznania gór, gdy się ma pewną praktykę na skale. Trawki. W środku zdjęcia dwie „rysy” i wyżej rosnące trawki. „Droga przez trawki”. Emocjonująca i nie łatwa. Szczególnie, gdy się prowadziło, jak w moim przypadku. Na jeden wyciąg. Wybrzuszenia z lewej robiono hakówką. Pewno je ktoś później pokonał klasycznie. Skałki. Poza wejściem nie było dalej interesujących wspinaczkowo skał w Dolinie Bolechowickiej. Wejście do Doliny Karniowickiej. Z prawej Żabi Koń. Żabi Koń. Z krzyżem na szczycie. Grupa Żabiego Konia. Turnia Długosza. Jasna skała z prawej. Janek Długosz, znany taternik. Turnia. Nie wiem jaka? A mam przewodnik – Krzysztof Baran i Tomasz Opozda „Skałki Podkrakowskie – tom 1, 1983 r Okręt. Jego rufa wynurzyła się z zieleni. Jesień. Znowu coś się wynurzyło. Ale co? Płetwa. Płetwa w morzu zieleni. Ta zupełnie niepozorna skałka, to cała historia taternictwa. A wszyscy z Krakowa tu zaczynali. Kto nie wspinał się na płetwie? Stała obok wody. Niewysoka, do 8 m. Tu praktycznie nie stosowało się asekuracji liną. Robiono solówki, granią, filarem. Ew. robiąc nową drogę środkiem można było przerzucić linę górą i na „wędkę”. Zauważyłem na niej małe srebrne kółeczka. Wmontowano „spity” dla asekuracji. Ale nikt się nią teraz nie interesuje. Darmowe próby_1. Pozostało mi tylko liczyć na narty. Darmowe próby_2. Wronie Baszty. Na widocznej ponad lasem skale były takie małe nisze, tak gdzieś nieco ponad 10 m nad ziemią. Wzdłuż tych nisz biegł ciekawy trawers, I czasem, nagle nad głową z dziury wylatywała wrona. Miały tam swoje gniazda. Obelisk. Z tej skałki, z łatwym dostępem z tyłu, ćwiczono zjazdy. Była nieco podcięta u dołu i miało się kilka metrów zjazdu w zwisie swobodnym. Źródło. Szukałem źródełka, z którego brano wodę do gotowania. I przy którym leżały „vipy” alpinizmu i adepci. Źródełko dawało początek potokowi, który nieco niżej się pojawiał. Łożysko koło źródełka był suche. Tylko przy opadach coś tu płynęło. Potok w dolince brał początek z wwywierzyska. Nic się nie zmieniło w stosunkach wodnych. Jest źródełko i potok niżej płynie. Teren, jak widać na zdjęciu. Skały nad źródełkiem. Te skały były widoczne z miejsca „leżenia”. Na nich wisieli i płakali przyszli taternicy. Co było mocno komentowane przy źródełku. Słoneczna Turnia. Ostatnia poważna skałka. Tu miałem ciągoty solo. A całej, bez asekuracji nigdy nie „wkosiłem”. Kończyłem przed najtrudniejszym miejscem. Szczytowym spiętrzeniem. Mała anegdota. Mój kolega Wacek, z którym się wspinałem w skałkach, oświadczył mi pewnego dnia- wiesz wczoraj był tu Kurtyka. Kurtyka? Nie znałem. Obleciał solo wszystkie najtrudniejsze drogi.
  11. Wybieram się za chwilę w dolinki podkrakowskie. Żona ich nigdy nie widziała. Na koniec obejrzymy Maczugę Herkulesa. Zobaczę, czy jeszcze skałki istnieją, czy też pomału są demontowane, na wapno budowlane. Opowiem żonie, jak tu w skałkach rodziło się polskie "Taternictwo". I że stąd wyszli zdobywcy ośmiotysięczników. Mam sklerozę i pomyliłem tematy. Więc wracam do właściwego. Czyli do banów, stosowanych przez Administratora, którego darzę wielkim szacunkiem, za próby ujarzmienia niektórych zbyt szczerych języków. Staram się też często być szczerym. Ale zbytnią szczerość owijam w tzw. aluzje. To jest zawsze dobre rozwiązanie. Stąd mam propozycję, aby autorów postów, którzy są przecież nieraz wartościowi, szczególnie dla zaczynających sie ślizgać po stokach, jakoś dalej udostępnić. Na szybko pomyślałem o jakimś kodzie. Dla tych co chcą sobie ich czytać. Szczegóły technicznie podadzą liczni na tym forum informatycy.
  12. Dziękuję. Dziękuję za link. Życie pędzi do przodu. Odchodzą ludzie, z którymi się kiedyś jadło z jednej miski.
  13. Pewny jesteś? Elżbieta zmarła? Znasz może Janusza? Nie mam żadnego kontaktu z nim. Bardzo mi przykro.
  14. Nie było mnie przy komputerze. Większość forsy to pewnie PTKK. Jakiś udział prywatny. Wysokościowo tylko jedna praca, bardziej dla reklamy, że alpiniści nie tylko zebrzą, ale starają się sami zarobić na wyprawę. W cegielni w Brzesku pękła obręcz pod szczytem komina i zaczepiona wisiała u góry. Pod kominem była mała hała, gdzie ludzie robili te cegłówki. Koledzy sprowadzili TV Kraków. Miałem spore doświadczenie z kominów w cementowni w Trzebini. Wysłali mnie na górę, by jakoś to poruszać i spadnie. Wychodziłem od środka po klamrach. Trochę się pomęczyłem i poleciała na dół. Pamiętam tylko, że był wiatr. Komin był "cieniutki". Przy każdym podmuchu czułem, że się odchyla. To trochę dziwnie, że kupka cegieł, połączonych zaprawą jest elastyczna. Wszystko się "kiwa". Wysokie żelbetowe kominy. Drapacze chmur itp.
  15. Post 22 Jurek W Polsce, po wyprawie dostałem od Jurka opracowanie - Hindukusz Zebak`u – KW Kraków 1974 r. Przetłumaczone na język angielski. Szczegółowy opis tego rejonu górskiego. Z mapami graniowymi, panoramami szczytów i dolin. Z podanymi wysokościami. Wszystko to było robione ręcznie przez jego żonę, na podstawie zdjęć, które uczestnicy różnych wypraw dostarczali Jurkowi. I on sam robił. Jurek miał swoją metodę określania wysokości ze zdjęć. Świetny materiał, dla alpinistów zainteresowanych tą właściwie dziewiczą grupą górską. Ze szczytami i zalodzonymi ścianami znacznie wyższymi niż Alpy, może z wyjątkiem Mont Blanc i rejonu Matterhornu. To mi blaknie, ponieważ było odbijane z kalki, jak rysunki w biurach projektów w owym czasie. Warto dodać, że Jurek był jednym z najlepszych znawców Hindukuszu. Cenionym wśród alpinistów zagranicznych. Bardzo miło wspominam Jurka. Był bardzo odpowiedzialny za ludzi. Dbał bardzo o bezpieczeństwo w górach. Poświęcił się w późniejszym wieku jego kwestiom. Interesował się wpływem starzenia się organizmu alpinisty, na jego wydajność w górach. Był okres w 1995 roku, że byłem w fatalnym nastroju psychicznym, z powodu utraty bliskiej osoby. Jurek wtedy współpracował z Towarzystwem Nauk o Ziemi, które urządzało wycieczki w Alpy, dla ludzi, których interesowała „turystyka” na wyższym poziomie. Wejścia turystyczne, ale na szczyty alpejskie. Czy chodzenie po lodowcach. Jurek był przewodnikiem i instruktorem. Jaki sprzęt należy posiadać i jak się go używa. Udało mi się wtedy namówić go na wyjazd do Austrii. Miałem auto. Weszliśmy, min., na Johannisberg i Grossglockner. Przed tym wyjazdem, parę miesięcy urządzałem sobie marszobiegi, po dziesięć kilometrów. Ale i tak na początku myślałem, że ducha wyzionę. Stary Alpinista. Starszy ode mnie o dziesięć lat. Miałem jeszcze propozycję wspólnego skituringu w Tatrach. Na tym by się może nie skończyło. Wtedy jego syn Józek pasjonował się w zjazdami skialpinistycznymi. Napisał zresztą potem wspólnie z Karolem Życzkowskim przewodnik - „Narciarstwo Wysokogórskie w Polskich Tatrach Wysokich”- 2004 r. Dowiedziałem się z niego jaki był trudny mój zjazd(dr. nr 2.7) z kolegą, czterdzieści kilka lat temu, z Miedzianego(2233 m ). W kierunku schroniska w Pięciu Stawach Polskich. Pojechaliśmy w Tatry, na początku maja Fiatem 127 Rysia „Brudasa’". Miał znajomego górala, którego zabudowania stały niedaleko Wodogrzmotów Mickiewicza. Zaparkowaliśmy obok jego stodoły i Doliną Roztoki podeszliśmy do schroniska w Pięciu Stawach Polskich. Zjechałem z Januszem z Walentkowego Wierchu(2156 m). A na końcu z Koziego Wierchu(2291 m). Ładnym, szerokim żlebem(dr. nr 2.28), na „puszczonym” leciutko firnie. Rysiek nie jeździł z nami. Na nartach wtedy radził sobie, zdaje mi się, dosyć kiepsko. Niemniej po latach spotkałem go jako instruktora narciarskiego. Na Miedziane weszliśmy od schroniska, przez Szpiglasową Przełęcz i dalej granią, do małej przełączki, gdzie zaczynały się dwa żlebiki. Zjechaliśmy prawym. Na górze była resztka świeżego śniegu na zamarzniętym podłożu, potem firn wiosenny, niżej coraz bardziej mokry. Maksymalne nachylenie - 42 st. Był to okres, gdy miałem ciągoty do takich zjazdów. Udało mi się dokonać kilka zjazdów w Tatrach Wysokich. Między innymi, z Krzyżnego przez Dolinę Waksmudzką, do szosy do Morskiego Oka i przez Dolinę Pańszczycy. Zjazd z Zółtej Turni. W Tatrach Zachodnich zjazd z Kasprowego Żlebem pod Palcem do Doliny Kasprowej. Granią z biwakami, na początku kwietnia, od Kasprowego do Przełęczy Pyszniańskiej i inne. Nazywano to wtedy narciarstwem wysokogórskim. Nie było tego dużo. Więcej w zamierzeniach. Propozycja Jurka wspólnego skituringu była kusząca. Nie mogłem jednak opuścić niedawno poślubionej damy mego serca. Która się zakochała nie tylko we mnie, ale i w nartach. Nie dałoby się tego skituringu pogodzić z nauką jazdy żony na nartach. I wspólnymi wypadami w góry. To było pasjonujące dla mnie doświadczenie, jak można opanować ten piękny sport od zera, nawet w zaawansowanym wieku. Powstała historia nauki jazdy pani Zagroniowej. Nie żałuję absolutnie swojej decyzji. Są w życiu ważniejsze sprawy, niż własne pasje, czy własny egoizm.
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2021
×
×
  • Create New...