Narty - skionline.pl
Jump to content

Zagronie

Registered VIP Users
  • Posts

    361
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    15

Everything posted by Zagronie

  1. Witam ogół forumowiczów! Pozwoliłem sobie na zamieszczenie prywatnego oświadczenia. Cenię sobie bardzo zdrowie fizyczne. Dzięki niemu mam jeszcze szanse stanąć na moich ukochanych nartach. Równie cenię sobie zdrowie psychiczne. Święty spokój. Psychikę należy zostawić na ważne sprawy tego świata. O wiele ważniejsze, niż wykonywanie łuczków na stoku. Proszę autorów biorących udział w dyskusji ze mną, którzy użyli w niej w stosunku do mnie słów, uważanych za obraźliwe. By nie zadawali sobie trudu na dalsze posty. W których będą mieć ostateczne zdanie na dyskutowaany temat. Nie zależy mi na ostatecznym zdaniu. I nie czytam potem ich postów, z powodów wyżej wymienionych. Zaoszczędzimy sobie wzajemnie nieco zdrowia i niepotrzebnej fatygi.
  2. No i konkretnego buta, nogi(piszczeli itp.) Widzę, że kolega zgłębił temat. Tylko, że od samej "gołej" narty przeszliśmy, przez płytę(wcześniej luz w wiązaniu) do samej nogi narciarza. Czyli już do jego cielesnych możliwości. Uciechę z tego miał zapewne "Raceman". Za darmo reklamę płyt. Zamieszanie w głowie 99.9 % czytających na forum. Którzy poprostu chcą tylko nieco lepiej jeździć. I którym wystarczy prosta informacja, jakie narty powinni sobie dobrać do swojego poziomu, by nieco pójść wyżej. Zresztą takie rady daje każdy producent. A tak dyskusja zaszła na niebotyczny poziom zawodników, trenerów, producentów nart, wiązań i płyt. Niestety sam w niej uczestniczyłem. Chociaż liczyłem, na bardziej rzeczową odpowiedź na moje wynurzenia(być może błędne). Nie musiała paść. Wystarczyło wzgardliwe milczenie! Zamiast takiej wzgardy, dostałem mniej przyjemny argument, jakim jest bełkot. A jest tyle pięknych słów - mylisz się, nie rozumiesz mojej wypowiedzi, jestem fachowcem w tej dziedzinie(i tu mały fragment życiorysu). No cóż panie Piotrze. Zaliczyłem pana do bardzo nielicznych uczestników forum, których postów nie będę komentował. To będzie zdrowsze dla nas obojgu. Życzę jednak wiele jeszcze w życiu przyjemności z nart. To wspaniały sport. Cały czas bardzo go doceniam. Ale cóż! Nieubłagany czas robi swoje.
  3. Zanim jeszcze zamknie temat pan Administrator, to może się dowiem, kto woził małego, czy małą, w nosidełku. I uważał, że to bezpieczne? Będę się lepiej teraz czuł, że nie byłem jedynym wybrykiem natury! Ponieważ to było bardzo rzadkie zjawisko. I w dodatku ja też mu uległem. Z miłości do nart i syna. Nie chciałem ich rozdzielić. Byłem pewny nart. Byłem pewny bezpieczeństwa. Do tego stopnia, że zrobiłem to na Goryczkowej, z samego Kasprowego. Jadąc nad Cichą. Trawersem, o którym krążyły legendy. Najgorsze jest to, że mimo upływu lat, dalej nie uważam, że popełniłem totalne głupstwo. Że byłem ryzykantem, nieodpowiedzialnym za swoją rodzinę. Potomstwo. Towarzyszyła mi żona. Kochająca bardzo nasze wspólne dzieło. Kto jest bez winy, niech rzuca we mnie kamieniem. Proszę by jedynie to były kamienie. A nie coś bardziej miękkiego. Zwracam jednak uwagę, tych przyszłych rzucających na fakt, że główne obecnie niebezpieczeństwo dla narciarza i jego rodziny to nie trudności stoku. Te się da jakoś zwalczyć. To inni, mało odpowiedzialni jego użytkownicy!
  4. Mnie też szkoda Mitka...Nie będę go oceniał. Ponieważ sam nie wiem, czy moja ocena jest właściwa. Zresztą bardzo rzadko kogoś oceniam. Nie jestem sędzią, prokuratorem, czy obrońcą. Czasem reaguję pod wpływem chwili. Potem żałuję. Gotów jestem przeprosić drugą stronę, ale już się rozeszliśmy. Ale wydaje mi się. Nawet jestem tego pewien, że harmonijne życie jest tylko możliwe, gdy się podchodzi do innych z życzliwością. Kto z nas jest bez wad? Niech pierwszy rzuci...Święte słowa. Na wieczność.
  5. PS. Dodam jeszcze, że ja też miałem pewne osiągnięcia w kątach, jeśli chodzi o krawędzie. w pogoni, za tzw. "trzymaniem na lodzie". Doszedłem dla siebie i dla żony do skromnych 86,5 stopnia. Ponieważ jakoś nie zauważałem różnicy w miarę zmiany kąta, więc nie kontynuowałem dalej. Zapewniam przy tym, że nie mieliśmy oboje przypadku "łapania krawędzi". Teraz, idąc na całość, mam od dwóch lat "komórkę". I nawet się nie zainteresowałem, ile miała ona tych stopni, od początku. Ustawiłem sobie ostrzenie na moim Kuzmanie na 89,5 st. I co ciekawego lepiej się mi jeźdźi. Tylko mam problem na stoku, gdy jest dużo narciarzy. Coraz trudniej jest mi zjechać w dół. Nie z powodu trudności stoku, rodzaju śniegu. Tylko, że jedyna szansa, by nie być rozjechanym, przez być może podobnych do pana Piotra mistrzów slalomu, to tylko krecha na nartach o promieniu DH. To już jest absolutnie poza moim zasięgiem.
  6. Mam ciągoty do robienia wykładów. To jest teraz straszna wada. Ale mam z czasów, gdy pan wykładowca mazał kredą po tablicy, próbując coś wyjaśnić młodym głowom w czym rzecz. Nieco mi zostało jeszcze praktyki z czasów, gdy w pogoni za zielonymi uczyłem na kontynencie w strefie równika. Zapominam się i przepraszam! Wiem, że teraz się wiedzę czerpie głównie z internetu. I że wypowiedzi(odpowiedzi, rady itp.) na forum muszą być równie dokładne, jak w Wikipedii. Co podkreślił następny post. Clinton, jak był Prezydentem USA, mawiał do siebie "gospodarka durniu"! Ja sobie napiszę przy komputerze - "zastanów się durniu, z kim na forum prowadzisz dyskusję". Ponieważ już nieraz zdarzyło mi się, że w odpowiedzi na mój post dostawałem coś w rodzaju - "bełkoczesz", albo znacznie coś gorszego. A przecież nie stosuję uderzeń poniżej pasa. Jeśli się ktoś nie zgadza z moimi poglądami, to niech nie czyta moich postów. Lub krótko skwituje - mam zupełnie inne zdanie. Proszę tylko pana Piotra o jedno. Jak będzie jeździł na nartach, po stokach. To niech zwraca uwagę i ma tą wyrozumiałość dla ludzi w póżniejszym wieku. Niektórzy z nich(jak ja i moja żona) mają straszną wadę. Przyzwyczaili się regulować swoją szybkość zjazdu, przez niezlicznoną liczbę skrętów. Łatwo na takiego najechać. Co przydarzyło się już mojej żonie.
  7. Lubię rozwiązywać sobie takie różne zagadki, dotyczące wpływu konstrukcji( w tym przypadku narty) na jej własności jezdne. Własności odczuwane przez narciarza, gdy jest ich świadomy. Nie chodzi mi tylko o to, że by udowadniać, że nieco na jakiś taki temat wiem. Nie wiem wielu rzeczy. I nigdy się nie dowiem. Zresztą to są nieraz takie niuanse, że szkoda sobie zaprzątać głowę. Ale gdy pojawiły się pierwsze narty karwingowe. A był to dla amatora duży skok technologiczny, to podkreślano ich dwie szczególne cechy, oprócz kształtu("biszkopty")- elastyczność wzdłużną i sztywnść poprzeczną. Elastyczność wzdłużna taka, że narta uchwycona za dziub i piętkę, wygięta tworzyła dość regularny łuk zbliżony do wycinka okręgu. Stare narty(bardzo stare) były pod butem "grube" i sztywne. Zginały się tylko wiotkie końce przy dziobie i piętce. W miarę rozpowszechniania się narciarstwa zjazdowego. Pojawienia się maszyn ubijających i wyrównujących śnieg. A także wzięcia pod uwagę faktu, że narciarz w skręcie zawsze był wychylony do środka łuku(mogę podesłać kiedyś zdjęcie z Olimpiady, zorganizowanej w czasie drugiej wojny światowej w Cortinie)). Widać nim zawodnika, wypisz, wymaluj w układzie jak na "karwingach". Zawsze jednak jeździło się na krawędziach. To dyktuje mechanika ruchu narciarza po łuku, na równolegle prowadzonych nartach(pług jest bardziej statyczny). Tak więc ww. czyniki doprowadziły do nart karwingowych. Była to ewolucja. Zapoczątkowana przez zawodników(min. Stenmark). I takie narty dziś mamy. Sporo różniące się od ich pierwszych wzorów. Miałem je od 2002 roku. Ale już w czasie pobytu w 1998 roku w Cervinii zobaczyłem narty( w wagonie wyciągu), u kilku narciarzy wyraźnie różnice się przy dziobach od reszty. Były znacznie szersze. Ale na stokach nie zauważyłem ludzi, jakoś odmiennie jeżdżących. W każdym razie sztywność poprzeczna jest bardzo ważną cechą, szczególnie przy nartach, których używają zawodnicy. Na stokach twardych. Ale te narty muszą być także elastyczne wzdłużnie. To jest zapewne trudne do pogodzenia dla konstruktorów. Zależą obie te sztywności, od budowy wewnętrznej narty. Nie mieszajmy do tego płyty i wiązań. Które są potrzebne, by jakoś "przyczepić" narciarza do narty. Zostawmy też ścianki boczne, Ich wysokość może mieć wpływ na obie sztywności. To jest zmartwienie konstruktora.
  8. Pan Piotr zna się na nartach. Ale słabo na mechanice. Wiemy co to jest śmigło i jaki ma kształt. Wystarczy zamontować kawałek elastycznej deseczki w imadle i chwytając za koniec skręcić ją w bok. Skręcimy nieco, dostając "śmigło". Narciarz jedzie. I rozpoczyna skręt. Zaczyna się ten skręt od momentu, gdy obie narty są zrównane dziobami, odciążone i ich ślizgi są na jednakowej płaszczyźnie poziomej(wyobraźmy sobie poziomicę). Po tym momencie narta zewnętrzna zaczyna jechać po śniegu i narciarz ją pochyla na krawędź, do wnętrza skrętu. Pierwsze zaczepienie narty o śnieg następuję tuż przy dziobie. Najpiew przy dziobie powinna się wciąć w śnieg(szczególnie ważne gdy jest twardy, lód). Wcinając się napotyka na reakcję śniegu. Który stara się ją odgiąć w drugą stronę. W przeciwną do tej, w którą przekręca nartę narciarz. A narciarz skręca nartę nogą cisnącą na but. But obraca nartę. Tu przy okazji - płyta zwiększa nieco ramię siły(i moment skręcający nartę). Oraz zmniiejsza szanse, że but(wiązanie) bokiem zaczepi o śnieg. Jest jednak też wadą, ponieważ usztywnia środek narty. Co ma pewien wpływ na prowadzenie jej na krawędzi, po łuku skrętu. Śmigło się tworzy, po obu stronach buta(z przodu i z tyłu narty). Płyta jest "imadłem"! Jest jasne, że narty "miękkie"(można je łatwo przekręcić dzióbem, chwtając za wiązanie), radzą sobie w śniegu miękkim. A w twardym nie chcą się "wciąć" krawędziami, robiąc z siebie śmigło. Opisałem wyżej skręt najbardziej prawidłowy. Zawodnicy potrafią przekręcić krawędzie już w powietrzu. Ale problem ze śmigłem jest taki sam, gdy narta się zaczyna krawędzią wcinać w śnieg i jedzie potem na całej tej krawędzi. Więc prośba panie Piotrze. Niech ktoś przytrzyma pańską nartę za wiązanie. Chwyt za dziób i kręcić. Porównać wszystkie narty, jakie pan ma. Proszę mi napisać do jakiego wniosku pan doszedł.
  9. Pozdrawiam "starego" dyskutanta FE. Zostaw te krawędzie w spokoju, byle były ostre. Skup się na poważniejszych, narciarskich problemach(technicznych). A tak - to zaliczaj skręty, kilometry, trasy, masywy górskie. Będziesz miał, jak znalazł, gdy wejdziesz w wiek, który kiedyś był uważany, za godny szacunku. Wiem co piszę.
  10. Najstarsze narty na świecie i to z wiązaniami znalezione w lodowcu w Norwegii. Najpierw znalezioną jedną. Potem odczekawszy siedem lat wyłoniła się druga.
  11. Zresztą, komu leży na sercu problem środowiska może sobie poczytać coś takiego na pocieszenie https://time.com/6106341/green-energy-transition-iea/
  12. Ja nie będę dyskutował o żarówkach. Mimo, że ten temat jest mi bliski, z racji uprawianego w przeszłości zawodu. Teraz mnie nieco interesuje Słowacja. Narciarsko. Reszta jest "passe". I to spalinowym pojazdem. Który ma prawie 18 lat. Ale który, po włożeniu mu do odbytu czujnika, został bardzo pochwalony przy przeglądzie. Elektryczne pojazdy mają szanse dla szerokich mas ludności, pod warunkiem zupełnie nowych, lekkich i małgabartowych akumulatorów. Pik razy oko na min. 500 km. I skrócenia czasu ładowania do 15 min na wypicie kawy. A jeszcze gdyby z instalacji foto, albo z wiatraków, pochodziła energia to byłoby cudownie. Silnik elektryczny w stosunku do spalinowego jest bez porównania. Sama prostota. I kopa daje błyskawicznie.
  13. Nie zamierzałem nic pisać w tym temacie. W końcu tak naprawdę piszę na forum, ponieważ mnie interesują teraz praktycznie tylko narty. Nie potrzebuję żadnych rad. Wszystko co mnie ewentualnie zainteresuje znajdę sobie w sieci. Ale na forum rejestrują się osoby, które zostały jakoś zarażone nartami. Po wpisach widać, że mają problem z najprostrzymi rzeczami. W nartach jest tak, jak w każdym sporcie bardzo technicznym. Błyskawicznie się nabiera niewłaściwych nawyków, które jest później trudno wykorzenić. A są osoby, które szybko spostrzegają, że nie idą właściwą drogą. Daje się im radę, że powinni zacząć od instruktora. Rada teoretycznie dobra. Praktycznie trudna do realizacji, nie tylko ze względów finansowych. Szukają porad na forach narciarskich. Licząc, że znajdą osoby, które im pomogą. Nie wyśmieją. Nie będą udawać, że to takie jest proste. Z Mitkiem się zetknąłem, w czasie pierwszych zawodów skiforum na Czarnym Groniu. Potem była jeszcze jakaś okazjonalna rrozmowa, w tym samym miejscu. Organizował te zawody. Był w nie bardzo zaangażowany. Nic z nich chyba nie miał. Poprostu lubił narty i towarzystwo na stoku. Pisał na skiforum. Będę szczery, niektóre jego wpisy, w miarę lat stawały się coraz bardziej radykalne. Radykalność to nic specjalnie złego. Ale radykalność obrażająca drugą osobę jest dla mnie nie do przyjęcia. Nie jestem taki delikatny w tej materii. Pracowałem przed studiami parę lat na budowach, jako zwykły elektryk. Szybko zauważyłem, że normalna prośba do człowieka- "proszę nie ciągnąć tak tego kabla, bo mi pan urwie"(byłem odpowiedzialny za pracę tych kabli). Zupełnie nie skutkowała w praktyce. Dopiero użycie kilku dobrze znanych słów, powszechnie uważanych za obrażliwe, dawało błyskawiczny skutek. Nie chcę takiego języka na forum. To nie jest szczerość. Ja bym to inaczej nazwał. Nie po tu piszę, by wracać "na budowę". Nie będę oceniał Mitka jako fachowca od nart. Ale zauważyłem, że dawał ich bardzo dużo i według mnie bardzo sensownych, dla kogoś kto zaczyna z nartami. Nie interesuje mnie jego osobisty poziom. Zresztą nie jestem osobą, która to może ocenić. Wiem, że nie trzeba być profesorem wyższej uczelni, by uczyć w szkole podstawowej. Ta wiedza czasem tylko przeszkadza.
  14. Dolinki jurajskie Lata szęśćdziesiate ubiegłego wieku. Jest maj i pogodny poranek w niedzielę. Żółty pociąg z Krakowa do Katowic zatrzymuje się na stacji Zabierzów. W dalszą drogę wyrusza prawie pusty. Przez ukwiecone łąki, w stronę skałek, porusza się jego zawartość. Sami młodzi ludzie. Studentki i studenci. Wszyscy dążą do dolinek. Pierwsza jest bolechowicka. Z niej można dojść do karniowickiej. Kogo interesuje tylko wędrówka idzie dalej, do będkowskiej. Nazwy dolinek zapożyczyły miejscowe wioski. Dolinka Bolechowicka już przed wojną była terenem treningu Sekcji Taternickiej AZS. Od roku 1925 wspinali się tu tacy znakomici taternicy, jak bracia Szczepańscy, Kazimierz Dorawski(autor znakomitej książki o podboju Himalajów „Człowiek Zdobywa Himalaje”), Wiesław Marcinkowski, Adam Sokołowki, czy Karol Wallisch. W późniejszym okresie, przed wojną i w czasie wojny pojawili się tu kolejni uzdolnieni adepci wspinaczki skalnej. Od drugiej wojny światowej znani jako grupa „Pokutników”. Padają wtedy najtrudniejsze drogi techniką „hakową”(Czesław Łapiński i Kazimierz Paszucha). Dolinki były zawsze terenem treningowym dla krakowskich taterników. Tu urządzał swoje kursy Klub Wysokogórski. Także jego sekcja taternictwa jaskiniowego. Ponieważ w jurze są jaskinie. W pobliżu Krakowa jest jedna z nich „Wierzchowska Górna”. Wśród wysypująch się z pociągu w Zabierzowie było wielu adeptów wspinaczki. Już nieco doświadczonych, lub też kursantów. Szły z nimi dziewczyny, sympatie, czy też koleżanki. Mogące później obserwować nieustraszonych chłopaków, na prawdziwej skale o wysokości znacznie większej, niż kilkupietrowy dom. W pamięci mi został obraz pogodnego ranka w maju. Ukwiecone łąki i białe skałki wśród świeżej zieleni. Skałki były doskonale widoczne. W dolinkach rosła nowa trawa. Którą pokryte były jej zbocza. Większe partie drzew rosły już powyżej skał. Chodziłem w skałki z moją dziewczyną. Byłem kursantem na kursie wspinaczkowym. Leżałem z innym adeptami przy słynnym źródełku u góry doliny. Słuchając opowiadań instruktorów o Alpach , Dolomitach. Poznając ich twarze, nazwiska. Niektórzy z nich byli później opisywani w literaturze, jako znakomici alpiniści. W górach siedmio, czy ośmiotysięcznych. Taki obraz skałek zabrałem wczoraj ze sobą. Wybierając się wczoraj z żoną na spacer po dolinkach. Obiecywałem jej to od dawna. Nie miałem żadnych złudzeń, że spotkam tam ludzi, których poznałem pół wieku temu. Nie miałem złudzeń, że sposób uprawiania wspinaczki będzie dokładnie taki sam jak w okresie, gdy się sam wspinałem. Ale miałem złudzenia, że dolinki będą podobne. Że będą widoczne skały i będziemy sobie szli trawiastą ścieszką wzdłuż potoczku. To co zobaczyłem, ilustrują zdjęcia, które robiłem i moja żona. Zanim je opiszę i załączę, jeden wniosek do którego już dawno doszedłem, analizując postęp we wspinaczce. Poziom wspinania się bardzo podniósł. Pojawiły się stopnie powyżej „szóstki”(skrajnie trudna). Z coraz większymi niuansami. To są coraz lepsi wspinacze. Ale czy więcej ryzykują więcej, niż my dawniej? Czy to jest większa ekstrema? Z punktu widzenia ryzyka –nie! Nie ma znaczenia w ostateczności, jaką drogę się zrobi. Jak się przeżyje. Dawniej trudności techniczne były mniejsze. Ale też szansa przeżycia była mniejsza, gdy się odpadło. Nie dam się przekonać! Jedynym wyjątkiem jest wspinaczka solo! Zdjęcia: Brama Bolechowicka. Nie pamiętam nazw tych skał Grań. Widoczna skała jest łatwo dostępna z drugiej strony, po trawiastym zboczu Kolejka linowa. Wygląda na to, że zainstalowano sobie tu kolejkę dla „przejażdżki” między skałkami. Filar. Filar jest zawsze na „styku” dwóch ścian skalnych. Filar Abazego. Tak go nazywano. Skąd? Nie wiem. Wiem, że dopiero go „odhaczono” w połowie lat osiemdziesiątych. Ktoś zaczyna zjazd filarem. Jego wysokość ok. 25 m. Ryski. Pękniecia w skale, tak popularnie były nazywane. Dawniej do asekuracji do szerokiej(na parę cm) szczeliny wbijano twarde kołki z drewna, z małą petelką z cienkiej liny. Teraz są „kostki”, albo specjalne elementy blokujące się w szczelinie(friendy). Z prawej początkujący adepci. Asekurowani z góry na wędkę. Zjazd. Nazwa wskazuje co to za działanie. Zjeżdża regulując szybkość przy pomocy tzw. „ósemki”. Zjazd w kluczu zjazdowym był mniej przyjemny i bardziej niebezpieczny. Wędka. Bezpieczna wspinaczka z górną asekuracją. Jedyne niebezpieczeństwo, to ew. spadający kamień. Instruktorzy mają swoje grupki, które prywatnie szkolą. Mój szwagier jeszcze kilka lat temu zabierał w Tatry chętnych na łatwe wspinaczki. To dobra metoda poznania gór, gdy się ma pewną praktykę na skale. Trawki. W środku zdjęcia dwie „rysy” i wyżej rosnące trawki. „Droga przez trawki”. Emocjonująca i nie łatwa. Szczególnie, gdy się prowadziło, jak w moim przypadku. Na jeden wyciąg. Wybrzuszenia z lewej robiono hakówką. Pewno je ktoś później pokonał klasycznie. Skałki. Poza wejściem nie było dalej interesujących wspinaczkowo skał w Dolinie Bolechowickiej. Wejście do Doliny Karniowickiej. Z prawej Żabi Koń. Żabi Koń. Z krzyżem na szczycie. Grupa Żabiego Konia. Turnia Długosza. Jasna skała z prawej. Janek Długosz, znany taternik. Turnia. Nie wiem jaka? A mam przewodnik – Krzysztof Baran i Tomasz Opozda „Skałki Podkrakowskie – tom 1, 1983 r Okręt. Jego rufa wynurzyła się z zieleni. Jesień. Znowu coś się wynurzyło. Ale co? Płetwa. Płetwa w morzu zieleni. Ta zupełnie niepozorna skałka, to cała historia taternictwa. A wszyscy z Krakowa tu zaczynali. Kto nie wspinał się na płetwie? Stała obok wody. Niewysoka, do 8 m. Tu praktycznie nie stosowało się asekuracji liną. Robiono solówki, granią, filarem. Ew. robiąc nową drogę środkiem można było przerzucić linę górą i na „wędkę”. Zauważyłem na niej małe srebrne kółeczka. Wmontowano „spity” dla asekuracji. Ale nikt się nią teraz nie interesuje. Darmowe próby_1. Pozostało mi tylko liczyć na narty. Darmowe próby_2. Wronie Baszty. Na widocznej ponad lasem skale były takie małe nisze, tak gdzieś nieco ponad 10 m nad ziemią. Wzdłuż tych nisz biegł ciekawy trawers, I czasem, nagle nad głową z dziury wylatywała wrona. Miały tam swoje gniazda. Obelisk. Z tej skałki, z łatwym dostępem z tyłu, ćwiczono zjazdy. Była nieco podcięta u dołu i miało się kilka metrów zjazdu w zwisie swobodnym. Źródło. Szukałem źródełka, z którego brano wodę do gotowania. I przy którym leżały „vipy” alpinizmu i adepci. Źródełko dawało początek potokowi, który nieco niżej się pojawiał. Łożysko koło źródełka był suche. Tylko przy opadach coś tu płynęło. Potok w dolince brał początek z wwywierzyska. Nic się nie zmieniło w stosunkach wodnych. Jest źródełko i potok niżej płynie. Teren, jak widać na zdjęciu. Skały nad źródełkiem. Te skały były widoczne z miejsca „leżenia”. Na nich wisieli i płakali przyszli taternicy. Co było mocno komentowane przy źródełku. Słoneczna Turnia. Ostatnia poważna skałka. Tu miałem ciągoty solo. A całej, bez asekuracji nigdy nie „wkosiłem”. Kończyłem przed najtrudniejszym miejscem. Szczytowym spiętrzeniem. Mała anegdota. Mój kolega Wacek, z którym się wspinałem w skałkach, oświadczył mi pewnego dnia- wiesz wczoraj był tu Kurtyka. Kurtyka? Nie znałem. Obleciał solo wszystkie najtrudniejsze drogi.
  15. Wybieram się za chwilę w dolinki podkrakowskie. Żona ich nigdy nie widziała. Na koniec obejrzymy Maczugę Herkulesa. Zobaczę, czy jeszcze skałki istnieją, czy też pomału są demontowane, na wapno budowlane. Opowiem żonie, jak tu w skałkach rodziło się polskie "Taternictwo". I że stąd wyszli zdobywcy ośmiotysięczników. Mam sklerozę i pomyliłem tematy. Więc wracam do właściwego. Czyli do banów, stosowanych przez Administratora, którego darzę wielkim szacunkiem, za próby ujarzmienia niektórych zbyt szczerych języków. Staram się też często być szczerym. Ale zbytnią szczerość owijam w tzw. aluzje. To jest zawsze dobre rozwiązanie. Stąd mam propozycję, aby autorów postów, którzy są przecież nieraz wartościowi, szczególnie dla zaczynających sie ślizgać po stokach, jakoś dalej udostępnić. Na szybko pomyślałem o jakimś kodzie. Dla tych co chcą sobie ich czytać. Szczegóły technicznie podadzą liczni na tym forum informatycy.
  16. Dziękuję. Dziękuję za link. Życie pędzi do przodu. Odchodzą ludzie, z którymi się kiedyś jadło z jednej miski.
  17. Pewny jesteś? Elżbieta zmarła? Znasz może Janusza? Nie mam żadnego kontaktu z nim. Bardzo mi przykro.
  18. Nie było mnie przy komputerze. Większość forsy to pewnie PTKK. Jakiś udział prywatny. Wysokościowo tylko jedna praca, bardziej dla reklamy, że alpiniści nie tylko zebrzą, ale starają się sami zarobić na wyprawę. W cegielni w Brzesku pękła obręcz pod szczytem komina i zaczepiona wisiała u góry. Pod kominem była mała hała, gdzie ludzie robili te cegłówki. Koledzy sprowadzili TV Kraków. Miałem spore doświadczenie z kominów w cementowni w Trzebini. Wysłali mnie na górę, by jakoś to poruszać i spadnie. Wychodziłem od środka po klamrach. Trochę się pomęczyłem i poleciała na dół. Pamiętam tylko, że był wiatr. Komin był "cieniutki". Przy każdym podmuchu czułem, że się odchyla. To trochę dziwnie, że kupka cegieł, połączonych zaprawą jest elastyczna. Wszystko się "kiwa". Wysokie żelbetowe kominy. Drapacze chmur itp.
  19. Post 22 Jurek W Polsce, po wyprawie dostałem od Jurka opracowanie - Hindukusz Zebak`u – KW Kraków 1974 r. Przetłumaczone na język angielski. Szczegółowy opis tego rejonu górskiego. Z mapami graniowymi, panoramami szczytów i dolin. Z podanymi wysokościami. Wszystko to było robione ręcznie przez jego żonę, na podstawie zdjęć, które uczestnicy różnych wypraw dostarczali Jurkowi. I on sam robił. Jurek miał swoją metodę określania wysokości ze zdjęć. Świetny materiał, dla alpinistów zainteresowanych tą właściwie dziewiczą grupą górską. Ze szczytami i zalodzonymi ścianami znacznie wyższymi niż Alpy, może z wyjątkiem Mont Blanc i rejonu Matterhornu. To mi blaknie, ponieważ było odbijane z kalki, jak rysunki w biurach projektów w owym czasie. Warto dodać, że Jurek był jednym z najlepszych znawców Hindukuszu. Cenionym wśród alpinistów zagranicznych. Bardzo miło wspominam Jurka. Był bardzo odpowiedzialny za ludzi. Dbał bardzo o bezpieczeństwo w górach. Poświęcił się w późniejszym wieku jego kwestiom. Interesował się wpływem starzenia się organizmu alpinisty, na jego wydajność w górach. Był okres w 1995 roku, że byłem w fatalnym nastroju psychicznym, z powodu utraty bliskiej osoby. Jurek wtedy współpracował z Towarzystwem Nauk o Ziemi, które urządzało wycieczki w Alpy, dla ludzi, których interesowała „turystyka” na wyższym poziomie. Wejścia turystyczne, ale na szczyty alpejskie. Czy chodzenie po lodowcach. Jurek był przewodnikiem i instruktorem. Jaki sprzęt należy posiadać i jak się go używa. Udało mi się wtedy namówić go na wyjazd do Austrii. Miałem auto. Weszliśmy, min., na Johannisberg i Grossglockner. Przed tym wyjazdem, parę miesięcy urządzałem sobie marszobiegi, po dziesięć kilometrów. Ale i tak na początku myślałem, że ducha wyzionę. Stary Alpinista. Starszy ode mnie o dziesięć lat. Miałem jeszcze propozycję wspólnego skituringu w Tatrach. Na tym by się może nie skończyło. Wtedy jego syn Józek pasjonował się w zjazdami skialpinistycznymi. Napisał zresztą potem wspólnie z Karolem Życzkowskim przewodnik - „Narciarstwo Wysokogórskie w Polskich Tatrach Wysokich”- 2004 r. Dowiedziałem się z niego jaki był trudny mój zjazd(dr. nr 2.7) z kolegą, czterdzieści kilka lat temu, z Miedzianego(2233 m ). W kierunku schroniska w Pięciu Stawach Polskich. Pojechaliśmy w Tatry, na początku maja Fiatem 127 Rysia „Brudasa’". Miał znajomego górala, którego zabudowania stały niedaleko Wodogrzmotów Mickiewicza. Zaparkowaliśmy obok jego stodoły i Doliną Roztoki podeszliśmy do schroniska w Pięciu Stawach Polskich. Zjechałem z Januszem z Walentkowego Wierchu(2156 m). A na końcu z Koziego Wierchu(2291 m). Ładnym, szerokim żlebem(dr. nr 2.28), na „puszczonym” leciutko firnie. Rysiek nie jeździł z nami. Na nartach wtedy radził sobie, zdaje mi się, dosyć kiepsko. Niemniej po latach spotkałem go jako instruktora narciarskiego. Na Miedziane weszliśmy od schroniska, przez Szpiglasową Przełęcz i dalej granią, do małej przełączki, gdzie zaczynały się dwa żlebiki. Zjechaliśmy prawym. Na górze była resztka świeżego śniegu na zamarzniętym podłożu, potem firn wiosenny, niżej coraz bardziej mokry. Maksymalne nachylenie - 42 st. Był to okres, gdy miałem ciągoty do takich zjazdów. Udało mi się dokonać kilka zjazdów w Tatrach Wysokich. Między innymi, z Krzyżnego przez Dolinę Waksmudzką, do szosy do Morskiego Oka i przez Dolinę Pańszczycy. Zjazd z Zółtej Turni. W Tatrach Zachodnich zjazd z Kasprowego Żlebem pod Palcem do Doliny Kasprowej. Granią z biwakami, na początku kwietnia, od Kasprowego do Przełęczy Pyszniańskiej i inne. Nazywano to wtedy narciarstwem wysokogórskim. Nie było tego dużo. Więcej w zamierzeniach. Propozycja Jurka wspólnego skituringu była kusząca. Nie mogłem jednak opuścić niedawno poślubionej damy mego serca. Która się zakochała nie tylko we mnie, ale i w nartach. Nie dałoby się tego skituringu pogodzić z nauką jazdy żony na nartach. I wspólnymi wypadami w góry. To było pasjonujące dla mnie doświadczenie, jak można opanować ten piękny sport od zera, nawet w zaawansowanym wieku. Powstała historia nauki jazdy pani Zagroniowej. Nie żałuję absolutnie swojej decyzji. Są w życiu ważniejsze sprawy, niż własne pasje, czy własny egoizm.
  20. Post 21 Kabul Pojechaliśmy wszyscy na zakończenie wyprawy do Kabulu. Przyjechać do tego kraju nie można było bez wizy. Bez innej, wyjazdowej, się nie wyjedzie. I znów jedziemy wzdłuż Kokczy, do szosy Mazar-i Szerif – Kabul. Cieplutko, kończy się lato. Szosa przecina kolejne ramiona Hindukuszu. Mijamy kolejne doliny, prawie pustynne. W nich wędrowały stada owiec i kóz. Spotykaliśmy także wielbłądy. Zwierzęta są w ciągłym ruchu, w poszukiwaniu czegoś do skubnięcia. Parę razy, kilkaset metrów od szosy, gdzie było nieco zieleni, rzucały się w oczy namioty. Mające czarny, duży dach z płótna, oparty na palikach. Zupełnie otwarty u dołu. Pod takim przewiewnym namiotem jest chłodniej w piekielnym upale. Nomadzi. W Afganistanie było ich podobno cztery miliony. Ludzie bez stałych domów. Szli już ze swoimi stadami owiec, kóz, z końmi i całymi rodzinami niżej, do Pakistanu. Do doliny Indusu. Spędzą tam zimę. Tam będzie trawa i ciepło. Wyżej w góry, w Hindukusz, wrócą na wiosnę. Na zieloną trawkę. Trafiliśmy na dolinę, w której rośnie nawet ryż. Zbiór tylko jeden raz w roku. Zatrzymujemy się przed czajhaną. Podają tu ten miejscowy specjał. Ciemne, sypkie ziarna. Podany z kawałkami baraniego mięsa. Po tygodniach polskich konserw, wszystko tu mi bardzo smakuje, gdy jest świeże, z ognia. Odbudowuję szybko, moje wychudłe w Hindukuszu ciało. Podjeżdżamy pod Salang. Przełęcz w wysokim ramieniu, Hindukuszu. Wyżej pojawiają się plamy śniegu. Szczyty w tym rejonie sięgają pięć tysięcy, z małymi polami lodowymi. Przełęcz ma 3300 m. Przejeżdżamy ją tunelem, trzysta metrów niżej. Na drodze spory ruch ciężarowy. Zdominowany przez angielskie „Bedfordy”. Auta są maksymalnie obciążone. Droga ma czasem strome podjazdy. Samochód na najniższym biegu nie jest w stanie jechać prosto do przodu. Więc jedzie sobie slalomem. Od prawej do lewej. Za tunelem ostry zjazd po zakrętach. W kotlinę Kabulu. Zatrzymaliśmy się przed czajhaną. Przyjemnie jest w cieniu, wypić niedużą szklaneczkę, bardzo słodkiej herbatki. Mamy towarzystwo w turbanach. Spokojnie rozmawiające przy swoich szklaneczkach. Mijamy Bagram, lotnisko. Bagram jest teraz znany na całym świecie, jako potężna baza wojskowa. W której też byli polscy żołnierze. Jesteśmy już prawie w Kabulu. Jeszcze tylko przed miastem rzut oka, na jakiś duży kompleks „europejskich” budynków za metalowym płotem. Budynki się okazały nie europejskie, tylko amerykańskie. Ponieważ ten imponujący obiekt był ich ambasadą. Kwaterujemy się w hotelu Friends. Hotel, jak hotel. Ale też nie należy sobie absolutnie kojarzyć takiego obiektu z europejskim hotelem. Nawet jednogwiazdkowym. Pościel tu nie istnieje. Przynosi się własną. Łóżka na ogół są. Niekoniecznie z materacami. Miejsce do siku jest. Woda też. Ale nie musi być zawsze. I jej instalacja była ograniczana do prostej armatury jednego, czy kilku kurków. Ale można spać legalnie. W razie spacerów po okolicy, nie musi się chodzić z wypchanym plecakiem. Zostaje w hotelu i jest pilnowany. Taki był nasz Friends. Miał jeszcze jedną, ogromną zaletę. Cienisty ogród. W którym się świetnie spało na materacu plażowym. Mając przed sobą parę dni, na beztroski urlop w egzotycznym kraju, nie omieszkałem skorzystać ze sposobności bliższego poznania stolicy kraju wysokich gór. Położona w kotlinie górskiej, na wysokości dwóch kilometrów, ma w lecie całkiem przyjemny klimat. Do zwiedzania nie było tu za dużo. Poważny zabytek, o poziomie światowym był w Bamianie. Ogromna statua Buddy, 55-cio metrowa. Nie było do tego miejsca kosmicznie daleko. Niestety nie było czasu i pieniędzy by tam jechać. Fanatyzm religijny i materiały wybuchowe zniszczyły potem to, co wybudowano i stało półtora tysiąca lat. Zostały więc nam tylko wycieczki do środka miasta. Przez który płynęła rzeka Kabul. W lecie był to bardzo szeroki rów, obramowany ściankami betonowymi na obu brzegach. W środku coś malutkiego i podejrzanego ciekło. Rzeka płynie do Indusu. Jak wyglądała jej dalsza droga, dowiedziałem się za trzy lata. Domy biedoty Kabulu wspinały się w górę, na okoliczne wzgórza. Im biedniej tym wyżej. Miasto jest zbudowane na stokach. Za miastem na wzgórku zauważyłem jakiś obiekt, przypominający z daleka coś na kształt zamku. Pytam człowieka, co to jest? Pałac szacha. Ale teraz go tu nie ma. Z tronu w pałacu zrzucił go niewdzięczny zięć. Wrócił po wielu latach do kraju. Ale zapewne tylko po to, by tu umrzeć. Był jeszcze porządek w kraju. Rządził zięć Daud, teraz prezydent. Ten porządek widoczny był w działaniach policji. Idąc raz ulicą widzę, że z pobliskiej szkoły wychodzi tłumek dziewcząt. Wszystkie w ciemnych, jednakowych „sukienkach”. Pod spodem mają jasne pantalony. Na głowie jasna chusta. Idą afgańskie nastolatki przyglądając się, jak działa ich policja. Dwóch krzepkich mundurowych okłada długimi pałami, leżącego na chodniku człowieka. Prosta i skuteczna metoda przywracania porządku w społeczeństwie. Jak również praktyczna lekcja wychowawcza. Kręciłem się po bazarze, podglądając ludzi. Aparat zarejestrował, przypadkowo scenę z kobietami. Trzy panie całkowicie zasłonięte, coś oglądają. Z za siteczek na twarzy nie widać nawet oczu. Ale coś ciekawego jest widoczne u jednej z nich. Torebka! Wskazująca, że to wyższej jakości wyrób. Może z Europy, od znanego w modzie producenta. Pani nie jest biedna. Jest zapewne żoną bogatego Afgańczyka. Tradycji musi dochować. Pod suknią może mieć najlepsze materiały z całego świata. Zupełnie inne problemy ma matka trójki chłopców, siedząca na ziemi. Inna scena. Trzech panów, w szatach typowych dla tego ludu. Ale cieńszych, czystych, z lepszego materiału. Pan w środku ma małe pudełeczko, jak z kremu. W środku coś ciemnego. Ciemno zielony proszek. Szczypta tego proszku wzięta w dwa palce i pod język. Ten z prawej otwarł już buzię. Często się to spotykało. Powracała na chwilę energia. Nie, było problemu, by popalić sobie fajkę z czymś, po którym się odlatywało. Fajki wodne to był powszedni widok. Zręczność rzemieślnicza Afgańczyków, podejrzana w Fajzabadzie, była widoczna w sklepach, które u nas nazwano by metalowymi. Było tu mnóstwo ozdób, najróżniejszych, z kamieniami półszlachetnymi. Ładnie oszlifowane kamyki były wmontowane w metal. Najcenniejszym, miejscowym kamieniem był ciemnoniebieski „lapis lazuri”. Z którego wydobycia słynie kraj. Ale były tu też inne ciekawe rzeczy. Broń. Masowo „produkowana”, dla turystów i miejscowych. Wyglądała na zabytkową. Pistolety, jak z przed kilkuset lat. Strzelby. Czy z tego dało się strzelać? Chyba tak, przynajmniej z niektórych modeli. Wydawało mi się czasem, że prawie każdy Afgańczyk musiał obowiązkowo posiadać palną broń. Całe zestawy najróżniejszych noży. I innych narzędzi tnących. Co do tego wyrobu miałem wątpliwości. Ta stal była kiepska. Na takie wyroby musi być stal specjalna, narzędziowa. Taka stal była droga, ponieważ tylko najbardziej rozwinięte kraje ją produkowały. Ta zręczność Afgańczyków do metalu przeniosła się potem na AK-47. Ale to drażliwy temat. Jak się zgłodniało, to można było przeznaczyć skromne dewizy na pysznego skwierczącego nad grillem szaszłyka, ze świetnej baraniny. Do której nasza się nie umywa. W Kabulu było wtedy zatrzęsienie winogron. Różnych odmian. Wszystkie bardzo słodkie. Słońca w lecie, w Afganistanie jest , aż za dużo. Cukier się obficie tworzy w gronach. Najsłodsze zwane „kisz-misz”, malutkie, bezpestkowe, były suszone na rodzynki. Których góry, o różnych odcieniach owocu, sprzedawane były na bazarze. Melony, kawony też dla nich był sezon. Atrakcją w pobliżu hotelu była uliczka „Chicken Street”. Na tej ulicy było dużo sklepików, w których stoły klatki z kurami. Które, głupie, w niewoli, znosiły jajka. Ale też w klatkach były bardziej męskie osobniki. I takiego można było sobie kupić żywego lub martwego. Martwy był oskubany, gotowy prawie do konsumpcji. Znacznie później w Tunezji ten proceder był udoskonalony. Wskazany palcem kurczak był błyskawicznie pozbawiany życia. Maszyna z parą, czy też gorącą wodą, bez trudu radziła sobie z piórami. Proszę! Pan sobie życzy bez bebechów? Ruch nożem i gotowe. Z początku, licząc dolary na codzienne wyżywienie, kupowałem te kurczaki. Za każdym razem moje serce krwawiło. Wiadomo z jakiego powodu. Niektórzy to nawet maleńkiego robaczka nie zabiją. Przeszedłem na droższy wikt. Kupowałem gotowe filety z indyka. Nie chodziliśmy, na „kurzą, kurczakową” ulicę, tylko z powodu tych pożytecznych ptaków. Na tej ulicy było mnóstwo sklepów z kożuchami. Kożuchy w tym okresie w Polsce to było coś pożądanego. Panie miały kożuszki z Nowego Targu. Panowie większe, też z tych okolic. Kożuch był drogi. Szybko rozeszła się po Polsce wieść, że w Afganistanie są piękne kożuchy. Wyszywane i tanie. Wyszywane rzeczywiście były. Kolorowe nici, najróżniejsze wzory, przepiękne. Ale jak tanie? To jest, dla każdego włóczącego się po świecie, wielka zagadka. Nie ma karteczek z cenami. Sprzedawca zapytany o cenę, podaje ją błyskawicznie. Jakie są kryteria z jego strony. Wygląd klienta, ocena ile ma w kieszeni, jak jest zdeterminowany i jeszcze może kilka czynników wpływających na cenę, których nie znam. Chciałem kupić dwa kożuchy, dla żony i siebie. Zaszpanujemy w Krakowie. Mam parę zielonych, ale chcę wydać, jak najmniej. Pytam o cenę. Drogo! Mogę zaproponować mniej. Zacznie się dyskusja. Ale to trochę głupio i nie poważnie tak uzgadniać, gdy w końcu zauważam, że ten kożuch mi się już teraz nie podoba, ma jakąś wadę. Po cholerę ta cała gadka. A stosów kożuchów i sklepów jest tu tyle, że głowa boli. Czytałem różne wspomnienia ze wschodu, tych co tam już byli. Podkreślano, że Arabowie lubią się targować. Że, jak taki się nie potarguje, to nie jest zadowolony. Większych idiotyzmów trudno się było spodziewać. Sprzedawca się targuje, bo i klient uparty, by dać mniej. To jest jedyny powód targów. Jaki idiota na świecie nie sprzedałby za podaną cenę. Gdyby klient zapłacił i poszedł sobie. Wymyśliłem - mając podaną cenę, zaproponuję jedną czwartą. Jeśli mnie złapie w drzwiach, to jesteśmy blisko prawdy. Po kilku próbach i uprzejmym, wyrozumiałym uśmiechu, bez dalszej reakcji, podniosłem poprzeczkę. Kupiłem dwa kożuchy za pięćdziesiąt parę zielonych. Długo w nich nie szpanowaliśmy. Były kiepsko zszyte. Nie mieli dobrej technologii wyprawiania. Nasi to byli mistrzowie w tej dziedzinie. Skóra po deszczu szybko sztywniała. Szwy się rozłaziły. Włosy wypadały. Ale niektórzy handlarze na tym nieźle zarobili. Zdjęcia: 1. Nomadzi. Namioty nomadów 2. Centrum. Centrum Kabulu 3. Ulica. Ulica w pobliżu centrum. Miłośnicy motoryzacji odgadną szybko, jakie osobowe samochody jeździły po Kabulu w roku 1973. 4. Rzeka. Rzeka Kabul. Wpada do Indusu. Zapewne bardzo wzbierała, na wiosnę, gdy topniały śniegi w Hindukuszu. 5. Bazar. Bazar nad rzeką Kabul. 6. Meczet. Główny meczet. 7. Uliczka. Domy miasta wspinają się wysoko na stoki. 8. Restauracja. Gęsta zabudowa stoków. Obok opon stoi sobie łóżko z plecionki. Powszechnie używane od Iranu do Indii. Można sobie było wędrować z własną „sypialnią”. 9. Drzewa. Im wyżej to skromniejsze domy. 10. Domy. Domy mieszkalne Kabulu w roku 1973. Widać po stojaku z przewodami, że była tu energia elektryczna. 11. Kobiety. Kabulskie elegantki. 12. Matka. Przypuszczam, że tych trzech chłopców. Z lewej ci goście coś przedają do jedzenia. Obok niej leży cały jej dobytek. 13. Opium. Panowie zażywają miejscowy dopalacz. 14. Uczennice. Smutne dziewczęta wracają z e szkoły. 15. Handel. Handel na bazarze. Sprzedawali świetne winogrona. 16. Sprzedawca. Handel „obnożny”. Osiołek transportuje sprzedawany towar. Powiększając nieco zdjęcie, widać nieco w prawo od osiołka, wiszące połcie mięsa. Sklep mięsny. Mięso było czasem płukane w pobliskiej "dżuji"(rowie z wodą). 17. Na głowie. Co ten człowiek sprzedaje? Kukurydzę? Nie miał problemu, by zmienić miejsce sprzedaży. 18. Waga. Tak ważono. Znowu sprzęt, tak jako łóżko, spotykany od Iranu po Indie. Dalej nie byłem. Więc nie wiem, jak tam ważono towar.
  21. Post 20 Powrót z gór I na tym był koniec! Dalej było prosto. Znieść z góry sprzęt do bazy. Do bazy przyszli kulisi ze wsi Qadzi Deh, po resztę wyposażenia. Okazało się, że i tak nie można było dłużej tu być. Skończyło się pozwolenie. Jeszcze przed zejściem do Qazi Deh robię kolegom portrety. Hindukusz zostawił na nas swój ślad. Na mnie też. Z Qazi Deh do Iskaszimu idziemy na piechotę. Tam będzie łatwiej o pojazd. To tylko paręnaście kilometrów. Przy drodze rosną afgańskie topole. Muszą być nawadniane. Piękna plantacja.Zdjęcie pokazuje, że wleczemy się drogą, bez pośpiechu. Ostatnie spojrzenia do tyłu na góry. Hindukusz Wysoki zostaje za nami. Dominuje bardzo wysoki Noszak. Osiołek niesie nam bagaż. Skrzydła mi urosły. Przybyło dużo czerwonych ciałek w mojej krwi. Idzie mi się dziwnie lekko. Nie muszę też nic praktycznie nieść. Załatwia to za nas to sympatyczne zwierzę. I tylko tak sobie rozmyślam. Nie osiągnęliśmy, jako wyprawa, sukcesu. Nie napiszą w gazetach, że taki poważny problem alpinistyczny został rozwiązany przez alpinistów z małego Klubu Tatrzańskiego PTTK w Krakowie. Środowisko też wzruszy ramionami. Wyprawa wyszła na cztery szczyty - M2(6460 m), M5(6076 m), bez nazwy(6021 m) i M3b(5918 m). Te dwa ostatnie były moim udziałem. Może to nie najgorzej, jak na „tragarza”. Ale to mnie prawie nie obchodzi. Ja miałem swój cel. Zobaczyć te góry. Wyjść jak najwyżej. A może przekroczyć nawet te siedem kilometrów. Ja tu przyjechałem prawie jak turysta. Zobaczyłem je, dotknąłem ich i żyję. Ponieważ i takie miałem obawy. Ale jakiś żal jednak pozostał! Zdjęcia: 1. Koniec. Likwidacja bazy, pakowanie. 2. Łąka. Tragarze znoszą bębny do Qadzi Deh. Portrety kolegów, zdjęcia nr: 3-Jurek, 4-Karol, 5-Leszek, 6-Maciek, 7-Rysiu, 8-Andrzej, 9-Janusz, 10-Wojtek, 11-Gienek 12. Resztki. Sortowanie potrzebnych rzeczy w Qadzi Deh 13. Topole. Topola afgańska. Plantacja nawadnina. 14. Piechotą. Droga do Iskaszimu. 15. Osty. Pasowały do mojego nastroju. 16. Powrót. Ostatnie spojrzenia na Hindukusz Wysoki. 17. Osiołek. Nasz dzielny osiołek
  22. Post 19 M2 Nocujemy w szóstkę w obozie pierwszym. Pogodę cały czas pobytu w Hindukuszu mamy idealną. Jurek postanowił, że wyjdziemy stąd, w szóstkę, na przełęcz, między M2(6460 m) i szczytem(6021 m). Wychodzimy na przełęcz, mającą około - 5820 m. Lodowym, szerokim żlebem. W którym można się było spotkać z lawiną kamienną. Z przełęczy otwiera się widok, na wschód, na Dolinę Szachaur. W której działała wyprawa autora „Pokutująch śniegów” Andrzeja Wilczkowskiego w 1966 roku. Od razu rozpoznaję Szachaura, Langutę-i Barfi, Langar Zom. Czekała nas tu mała niespodzianka. Wcześniej, działający w tym rejonie Francuzi, zostawili niepotrzebne im już rzeczy. Wśród nich wspaniała lina - osiemdziesiąt metrów. Wyglądała na nowiutką. Puszki z pysznościami. Tabliczki Ovomaltiny. Nie wszystko pamiętam. Jesteśmy z biednego kraju. A tu taki skarb. O cenniejsze rzeczy ciągniemy losy. Który się do mnie uśmiecha i wygrywam tą linę. Nie wspinałem się na niej. Już się potem nie wspinałem. Na nieznanej linie nie powinno się wspinać. Za to tuńczyk w konserwie, otworzonej scyzorykiem, był owszem, ale…? Ciągle ten brak apetytu! O Ovomaltinie czytało się tylko w książkach. Jak alpiniści się „dopalali”, w krytycznej sytuacji. Coś w tym było, ponieważ po zjedzeniu kilku kawałków urosły mi „skrzydła”. Ale nie na długo, ponieważ szybko opadły. Tu się rozdzieliliśmy. Czwórka doświadczonych, pod batutą Jurka, poszła w lewo na M2(6460 m). Mnie z Maćkiem przypadł zaszczyt wejścia na pierwszy nasz sześciotysięcznik -6021 m. Nie był daleki, ale skrzydła już mi wisiały. Wchodzimy północnym, lodowym stokiem. Tyle się teraz czyta o ośmiotysięcznikach. O chodzeniu bez tlenu, prawie bieganiu z góry na górę. I to w zimie. Co ten facet pisze? Sześć tysięcy metrów nad poziomem morza? Przecież to proste! Gospodynie domowe, od kuchni wybierają się w takie góry. Nie mam argumentów, w takich dyskusjach. Patrzyłem tylko w książkach na zdjęcia, jak nawet, na takiej wysokości, ludzie się wlekli. A na siedmiu - jeszcze bardziej. Lub też nie mogli wyjść tak wysoko. O tym już wiedziano, w okresie, gdy Kazimierz Dorawski pisał swoją znakomitą książkę „Człowiek zdobywa Himalaje” – 1957 r. Niektórzy alpiniści nie przekroczą 6500 m npm. Średnio pułap możliwości sięga siedem tysięcy i kilkaset metrów. Wyjątkowo uzdolnieni przekraczają bez tlenu osiem kilometrów. Jak to jest z wysokością to boleśnie się o tym przekonał Jerzy Kukuczka, gdy po raz pierwszy spotkał się górami wyższymi od Alp. W czasie wprawy katowickiej na Mc Kinley, na Alasce(1974 r) z najwyższym trudem dotarł na ten sześciotysięczny szczyt. I jeszcze ta tragedia Bułgarów, przy próbie wejścia na Noszak. Argumenty są! Kondycja zdobywana przed wyjazdem, a nie przy biurku. Częste pobyty wysoko, przyspieszające aklimatyzację. Wyżywienie, wyspanie się, „wykąpanie się”. Czarna robota dla tragarzy, szerpów. Dojazd „luksusowy”. w rejon gór wysokich. Wszystko jest maksymalnie ułatwione. Zresztą, co tu gadać! Ci od ośmiotysięczników wyselekcjonowali się z dziesiątków tysięcy, pętających się „alpinistycznie” po górach na całym świecie. Tak, jak trzydziestka w Pucharze Świata jest wyselekcjonowana z dziesiątków, lub więcej tysięcy obijających tyki. Wyszedłem z Maćkiem na nasz sześciotysięcznik. Może lepszą kondycję już tu miałem. Schudłem przez ten brak apetytu. Trzeba też jeść białko, nie tylko węglowodany. Wypoczynek i żywienie jest bardzo ważne w górach. Widok na wchód się poszerzył. Na pierwszym planie otoczenie Doliny Szachaur. Te góry przede mną na dole są bez śniegu! A przecież to szczyty ponad pięć tysięcy metrów. To ich południowe, lub zachodnie zbocza, skały wystawione na słońce. Hindukusz jest „suchy” i gorący. Daleko na horyzoncie coś wyraźnie większego. Pamir w Tadżykistanie. Za korytarzem Wachanu. No i świetnie teraz widoczny Szachaur. Widzę wyraźnie tą grań w stronę Nadir Szacha. Którą mieliśmy iść. Z opisu wyprawy poznańskiej, która wyszła po raz pierwszy na Nadir Szacha wynika, że szli na niego szerokim żlebem śnieżnym. Stąd nie widocznym, ale lepiej widocznym z Doliny Szachaur. Maciek, po naszym powrocie do obozu, powiedział, że nie czeka na nich, tylko schodzi do bazy wysuniętej. Ja postanowiłem poczekać. Ugotowałem herbatę i przelałem ją do plastykowej flaszki. Ciepłą flaszkę włożyłem do śpiwora. Po łyku dla każdego. Czwórka wróciła w środku nocy, po wyjściu na szczyt. Drzemiąc, słyszę opowiadanie o wejściu. Znaleźli flaszkę z herbatą! Zdjęcia: 1. Czwórka. Czwórka kolegów odchodzi w stronę M2. 2. Na 6021 m. Mój rekord wysokości. Wysokość(napis na zdjęciu) została potem skorygowana przez Jurka. W głębi Szachaur(7118 m). Notka: Kolejne zdjęcia tworzą panoramę, od lewej strony. Od kierunku na północ do wschodu 3. Stoki płd. Granie w stronę M2 i Kiszmi Chana i ich stoki południowe. Tu działała wyprawa Andrzeja Wilczkowskiego w 1964 r. 4. Dolina Szachaur. Na pierwszym planie lodowiec Szachaur Mjani, spływający do doliny. Z jego prawej strony długa grań biegnąca z M3 w kierunku pn-wsch. Niżej słabo widoczny Lodowiec Hoszk. Na nim stała baza główna wyprawy łódzkiej. W głębi Pamir. Na prawo stoki Languta-i Barfii. 5. Pamir. Daleko na horyzoncie szczyty Pamiru. 6. Languta. Languta-i Barfi(6827 m ), w chmurach Langar Zom, Szachaur. 7. Langar. W środku widoczny dwuwierchołkowy Langar Zom( 6750 m i 7061 m). Bliżej, filar północny Szachaura. 8. Wysoka grań. Szachaur i Nadir Szach. Widok na grań(długość ok. 5 km), będącą naszym celem. Na tle Nadir Szacha szczyt M3(6109 m). 9. Szachaur. Szachaur(7118 m). Bariery lodowca w kierunku jego szczytu. Panorama z M3b kończyła się na szczytach M2 i Kiszmi Chan. Tu zaczyna się od ich wschodnich grani. Kończy na Nadir Szachu. Pomiędzy tym szczytem i M3b jest w lini prostej niecałe dwa kilometry. I mają niewiele różniącą się wysokość.
  23. Post 18 Penitenty Od prawie dwóch tygodni kursujemy między obozem pierwszym a bazą wysuniętą. Z rzadkim wypadem, niżej do bazy głównej. Właśnie taki wypad wykorzystuję, rozmyślając, jakby się tu umyć. Brud od dłuższego czasu narasta na mnie. Ostatnie, jakie takie mycie od połowy w górę, to jeszcze było w Fajzabadzie, w Kokczy. Wspaniała była kąpiel w wodzie z wywierzyska. Strumyk na łączce z kwiatkami, gdzie stoi baza, płynie. Wpadłem na genialny pomysł. Który powtórzyłem, trzy lata później w niskich Himalajach. Wykopię rano dołek w kamieniach. Wyłożę go folią. Wleję wodę ze strumyka. I poczekam do popołudnia. Słońce tu grzeje, jak kwarcówka. Wyszła całkiem przyjemna letnia kąpiel. Kapitalnie! Mydełko i na golasa. Kąpiel była bajkowa, boska. Na gruzowisku, pod lodospadem Khumbu, wiedzą co robią, instalując prysznice z ciepłą wodą. Która sobie odpływa do górskiego, krystalicznego potoku. Wychodzimy we trójkę z bazy wysuniętej. Jurek, Maciek i ja. Jest już dosyć późno. Słońce zaczęło swoją codzienną pracę. Nasz cel - szczyt w grani głównej, dobrze widoczny na prawo od kierunku marszu - M5(6076 m). Idziemy w kierunku czarnej piramidy, zachodniej ściany Nadir Szacha. Najpierw przez pole penitentów. Nie jest to szczyt przyjemności. Wolno się posuwamy do przodu. Pole jest za nami i zaczyna się lodowiec, który sobie płynie dalej, za moreną boczną obok naszej bazy.. Pojawiają się szczeliny, coraz szersze i głębsze. Szerokie trzeba obchodzić, lub szukać mostków do przejścia. Słońce operuje. Przybliża się ściana Nadir Szacha. Z jego szczytu główna grań Hindukuszu spada nagle, dobre kilkaset metrów, na przełęcz. Wisi tu doskonale widoczny, lodowiec. Między Nadir Szachem i M4a. Wisi on też nad swoją czarną ścianą. Ja mam zawodową wprawę w liczeniu w głowie. Kolega w biurze dawał takie zagadki. Strzel, nie licz! Ile jest ziarenek maku w metrze sześciennym? Policzyć nie jest tak trudno. Więc idę sobie i liczę. Podnóże ściany Nadir Szacha to jakieś 5700 m npm. Jego szczyt ponad kilometr wyżej. W proporcji, ten lodowiec ma około ze sto metrów grubości, i wisi nad ścianą. Która ma też, w proporcji, z kilkaset metrów wysokości. W „Taterniku” czytałem o urwaniu się wiszącego lodowca w Pamirze, w rejonie piku Lenina. Podano tam niewiarygodne dane, jak daleko poleciały odłamki. Jak się ten nasz się ”ocieli”, to polecimy wszyscy w kosmos. Od podmuchu. Mamy wyjść stokiem lodowym w prawo, ze trzysta metrów, na dość płaską przełęcz. I z niej jeszcze ze dwieście metrów i będziemy mieli z Maćkiem swoje rekordy wysokości. Da się to zrobić. Jurek jednak się czemuś przygląda na tym stoku. Nie cały jest gładki. Na naszej drodze sterczy serak. Z daleka wydaje się być nie dużym. Może nie duży, ale ma z dziesięć, piętnaście, metrów wysokości. Jurek rozmawia ze sobą. Jest południe, słońce bardzo mocno grzeje. Ten stok jest prawie prostopadły do jego promieni. Jurek jest inżynierem. Konstruktorem sprężarek. Może się ten serak ruszyć. Mróz zawsze wszystko doskonale spaja. Zastanawia się, czy nie zrezygnować. Waha się. Nie mówię nic. Mam obok siebie, jednego z najlepszych polskich znawców takich gór. Szkoda tego szczytu! To czuję wyraźnie. Ale nie mówię-tylko w myślach. Maćkowi też bardzo szkoda. Zaczyna dyskusję z Jurkiem. W ferworze - padają jakieś słowa o strachu, prawie o tchórzostwie. Siedzimy na plecakach i gadamy ze sobą. Jurkowi robi się bardzo przykro. Mówi o swojej dwójce dzieci. Maciek jest nachalny. Uspokajam Jurka. Nie denerwuj się. Ty odpowiadasz! I zawróciliśmy. Następnego dni wyszli inni. Tylko znacznie wcześniej. Szczyt został zaliczony wyprawie. To był praktyczny przykład odpowiedzialności i rezygnacji. Ile jest warta góra, gdy się nie wróci? Lub wróci kaleką. Wydaje mi się, że nasze pozwolenie się niedługo skończy. Niedługo będzie miesiąc, jak tu siedzimy. Grani z Nadir Szacha na Szachaur na pewno nie zrobimy. Mnie się wydawało, że o wiele bardziej doświadczeni koledzy to zrobią. Ja będę niżej nosił swój bagaż. Ale pisząc to teraz uświadomiłem sobie, czytając relacje uczestników wypraw, w monografii K. Seysse –Tobiczyka. A jest tam relacja z wyprawy w 1971 roku w Hindukusz, napisana przez naszego kolegę Ryszarda Zawadzkiego, że zamierzenia swoje. A rzeczywistość na miejscu - swoja. To mi uświadomiło, że inaczej spojrzałem na nasz pobyt w Dolinie Mandaras Zdjęcia: 1. Penitenty i Kohe Mandaras. 2. Pole. 3. Penitenty. W tle szczyty M9 i M10. 4. Ostrza. Penitenty z bliska 5. Czarna ściana. Nadir Szach(6814 m), wiszący lodowiec, M4a(6274 m) 6. Trawers. Przejście szczeliny po mostku lodowcowym 7. M5. Nasz dzisiejszy cel M5(6076 m). Na tym lodowym stoku tkwił ten feralny seraks.
  24. Post 17 Pierwszy szczyt wyprawy W każdym razie Jurek zdecydował, że nie pójdziemy w tą stronę. Przedsięwzięcie jest bardzo trudne. I było nas tylko czterech do jego dyspozycji. Janusz, Karol i Leszek poszli już do Zebaku. Natomiast ja i Andrzej mamy wejść granią z tej przełęczy na M3b(5918 m). Wybieramy się w któryś z następnych dni. Grań nie jest długa. Lodowiec z daleka wydaje się stromy. Przy bliższym poznaniu tworzy, jakby schodki. Kilka razy wkręcona przeze mnie śruba lodowa. Potem łupek, czarna, krucha skała i szczyt. Kręcę głową i aparatem, siedząc na kamieniach. Co za widok! Najwyższy Hindukusz z góry! Naprzeciw na południowy zachód. Tylko pięć km, w linii prostej, Kohe Mandaras. Za nim, w prawo, ale kilometrów około piętnaście, Noszak. Przed moimi oczami wspaniała panorama najwyższego Hindukuszu. Na początku „maleństwa” sześciotysięczne grani głównej. Szczyty: M4a(6274 m), M5(6076 m), M6(6138 m), M7(6224 m), Kohe Mandaras(6631 m), jako dominator doliny. Dalej główna grań biegnie ku Noszakowi. Przez szczyty M9(6028 m), Gumbaze Safed(6800 m). Gdzieś tam w głębi, na lewo od Noszaka, przysłonięty ukrywa się Tiricz Mir(7700 m). To już jeden z większych światowych gigantów. Głowa obraca się dalej w prawo od Noszaka. Głęboko wcięta przełęcz i kopuła Gumbaze Safed. Szczyt M10(5580 m) w naszej dolinie, szczyty sześciotysięczne, blisko Ab-e Pańdź. Jeszcze dalej w prawo. Całkiem już blisko mamy szczyt M2(6460 m), ze swoim wiszącym groźnie lodowcem. Za nim wychyla się „dziubek” szczytu Kiszmi Chan(6745 m). Ten szczyt jest dla mnie charakterystyczny. Ponieważ czytałem o nim w książce Andrzeja Wilczkowskiego. Weszli na niego. Miejscowa ludność uważa go za najwyższy w Hindukuszu. Dlatego, że jest na skraju pasma, blisko korytarza Wachanu. Rozmawiałem w Qazi Deh z Niemcem. Właśnie wrócili z wyprawy na ten szczyt. Pytam się go, jak tam u nich się organizuje taką wyprawę jak nasza. Mają przecież dewizy. Kupę kasy. Więc, jakiś ciekawy wyjazd, dla grupki alpinistów, to betka. Narodowa wyprawa musi mieć narodowy cel. Godny narodu. Taka zawsze znajdzie pieniądze. Nie, nie! Nie jest tak prosto! Odpowiada. Szukamy sponsorów. Więc odbywa się taka sama „żebranina”, jak i u nas. Ale sponsor żąda coś, za coś. U nich były to zdjęcia, na tle wysokiej, ładnej góry. Alpinista pije „red bull” na jej tle. Który dodaje mu skrzydeł, by na nią wejść. My nie musimy robić zdjęć, za mleko w puszkach. Za sobą mam Nadir Szacha. Tam się jednak nie wyjdzie. Nie wiem, ile jeszcze mamy czasu do dyspozycji. Nie pytam Jurka. Nie wypada! Ale skoro nie kontynuujemy w stronę M3, to Rysiek widocznie ocenił, że dalej łatwo nie „puści’. Andrzejowi jeszcze wpada do głowy pomysł, by przetrawersować granią na niedaleki M3a(5900 m). Jest wcześnie. Grań nie jest zbyt trudna. Zaliczymy dwa szczyty. Obniżenie, między szczytami, też niewielkie. Ale nie podoba mi się ten pomysł. Mamy wejść tylko na M3b i wracać. Wracamy drogą wejścia. Karol nam potem w bazie gratuluje zdobycia pierwszego szczytu dla wyprawy. To nie pierwsze, tylko drugie wejście. Dla mnie i Andrzeja pierwsze. Nikt nam nie zostawił szczegółowego opisu, jak tam wejść. Widok z M3b był jednym chyba najciekawszym dla mnie w Hindukuszu. Doskonała pogoda spowodowała, że mój aparat był w nieustannym ruchu. Resztę wyjaśniają zdjęcia. Zdjęcia: 1. Grań. Północno-wschodnia grań M3b. 2. W lodzie. Wspinaczka w lodzie. 3. Czekan. Andrzej wznosi dumnie swój czekan na tle Nadir Szacha(6814 m). Jesteśmy obaj „małymi”alpinistami. Więc i górka jest mała, na którą weszliśmy. Tylko 5918 metrów. Podwyższając jednak swoje „rekordy” wysokości. Byłem zadowolony, że weszliśmy. Mogłem być w tych górach. I mieć życiową okazję widzieć takie piękne, górskie widoki. Chwilowe marzenia sięgały jednak wyżej. 4. Nadir Szach. Teraz ja, siedząc na tym samym tle. 5. Andrzej. Na tle szczytu M2. 6. Gienek. Teraz ja na tle M2. 7. Na M3b. Taki pierwszy widok mi się ukazał, gdy dotarłem na szczyt M3b. Potem robiłem kolejne zdjęcia. Chodząc po M3b. Były robione z ręki. I z nieco z różnych miejsc, ale leżących blisko siebie. Zestawiłem je i tworzą panoramę. Mając mapę doliny(post nr 12). Należy obracać się w prawo, ze środkiem na szczycie M3b. Rozpoczyna się ona od M4a, leżącego na południowy-wschód, od M3b. Zdjęcia zachodzą na siebie. Można sobie wyobrazić, jak wyglądał Hindukusz Wysoki z wysokości prawie sześciu kilometrów. 8. M4a. M4a(6274 m), w głównej grani. Z lewej jest widoczny fragment wiszącego lodowca, między tym szczytem i Nadir Szachem. Na prawo od niego przełęcz między nim a szczytem M5. 9. M5 i M6. Dalej w głównej grani szczyty M5(6076 m) i M6(6138 m). Za nimi Pakistan. 10. Grań Hindukuszu. Szczyty M5, M6 i M7(6224 m). 11. Hindukusz. Zdjęcie nieco dalej w prawo, niż poprzednie.. Powtórzony M6 i M7, dalej pojawiła się grań Kohe Mandaras W głębi wysoki szczyt w Pakistanie. Napis poprawny -zdjęcie z M3b, a nie M3a. 12. M7. Powtórzony M7. Grań dalej się wznosi na Kohe Mandaras. 13. Kohe Mandaras. Kohe Mandaras(6631 m), dalej w głębi, nieco z prawej Noszak(7492 m), mocno wcięta przełęcz i kopulasty Gumbaze Safed(6800 m). Oba te szczyty w kierunku południowo-zachodnim.. 14. M9 i M10. M9(6028 m) i M10(5580 m). M9 leży w głównej grani. Natomiast M10 całkowicie w Dolinie Mandaras. 15. M3a. Z lewej fragmet stoku M10, ”wcięcie” Doliny Mandaras i bardzo blisko M3a(5900 m). W tle, z lewej prawdopodobnie Kohe Zebak. 16. M2. Obracając głowę dalej w prawo, prawie dokładnie na północ, pojawia się szeroka grań śnieżna szczytu M2(6460 m) z wiszącym lodowcem. W głębi, za nim wychyla się „dziubek”Kiszmi Chana(Kohe Kesnikhan-6745 m). 17. Intruzja. Z tyłu za plecami, na wschód, miałem bardzo bliskiego Nadir Szacha(6814 m), ze swoją zachodnią ścianą, przeciętą ukośnie pasem bardzo jasnej skały. Geolog może by bliżej to wyjaśnił. Co to za minerał? Powyższą panoramę uzupełni widok z szczytu -6021 m, pod którym stały namioty obozu I. W sumie obydwie dadzą okrężny widok, na otaczający Hindukusz Wysoki.
  25. Post 16 Nadir Szach – ew. droga wejścia Jurek ma swoją koncepcję realizacji programu wyprawy. Cel, który był postawiony w Krakowie, wydaje się tu na miejscu mało prawdopodobny. Nie zastanawiam się na tym, ponieważ kierownik uzgadnia te sprawy z Ryśkiem, czy Karolem, którzy mają doświadczenie z poprzednich wypraw. Ja jestem tragarzem i staram się robić to dobrze. Następną rzeczą po założeniu obozu pierwszego, było wejście stokiem lodowym na nieodległą przełęcz między M3 i M3b. Jej wysokość podał Jurek w opisie działań wyprawy w „Taterniku” nr 1 -1975 r. - 5860 m. Zostaje założona lina poręczowa z przełęczy na prawie płaski już lodowiec. Podejście na przełęcz nie jest zbyt strome, ale zjazd po stoku na dół z plecakiem, w rakach, mógł przynieść sporą krzywdę delikwentowi. Lepiej się zabezpieczyć przed taką ewentualnością. Siedzimy we czwórkę na tej przełęczy. Słońce grzeje mocno. Codziennie grzeje. Pogodę mamy jak drut. Lodowiec rankiem jest jak beton. Zgrzyta pod rakami. W południe grząska, mokra kasza, jak na nartach na wiosnę. I płyną po nim malutkie strumyczki. Widok z przełęczy jest śliczny. Na główną grań Hindukuszu i dalej na południowy zachód. Grań tu ma obniżenie do sześciu kilometrów. Zaledwie sześć, ale te niektóre szczyty są trudne do wejścia. Rysiek, nasza wyprawowa gwiazda. Trzeci raz w Hindukuszu(p. poprzednie wyprawy). Według kolegów, wyjątkowo źle się aklimatyzujący. I mający kłopot, by przekroczyć siedem kilometrów. Razem z Wojtkiem zabierają ze sobą namiot(jako zaczątek obozu drugiego) i wspinają się na razie trawersem, po rumoszu w kierunku M3. Który jest zasłonięty. I jest gdzieś wyżej i dalej. Dalej, za tym rumoszem, mieli grań śnieżną. Wracają zostawiwszy namiot w pobliżu M3. Nie pamiętam, co nam powiedzieli. Zdjęcia: 1. Stok. Podejście pod przełęcz -5860 m. Z tyłu lodowiec spadający z M3a 2. Poręczówka. Rysiek i Andrzej przy poręczówce. Po poręczówce ślizga się „pętla”z węzłem „Prusika”. 3. Podejście. Było dość ciężkie. Jeszcze była za słaba aklimatyzacja. Księżyc? 4. Przełęcz. Weszliśmy w czwórkę- Rysiek, Wojtek, Andrzej i ja. Poręczówka zamocowana do bloku. 5. M6 i M7. Widok na główną grań Hindukuszu. M6(6136 m) i M7(6224 m). 6. M7 i M8. Dalej główna grań. Powtórzony M7 i M8(Kohe Mandaras – 6631 m). Tak roboczo go oznaczyli Poznaniacy. Za granią Pakistan, prowincja Chitral. 7. M3. Grań śnieżna w stronę szczytu M3(zdjęcie zrobione z wejścia na M3b). 8. Trawers. Rysiek na trawersie w stronę M3(6109 m).
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2021
×
×
  • Create New...