Narty - skionline.pl
Skocz do zawartości

Ranking

Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 07.12.2021 w Wpisy na blogu

  1. Post 26 Baku, Kijów Dwudziestego trzeciego września Rano lecimy do Baku. Samolot jest już znacznie większy. Odrzutowiec TU-135. Pogoda kiepska. Widać z góry szare pustynie, potem pojawia się morze. A na nim wieże naftowe. Morze Kaspijskie jest płytkie. Pomiędzy wieżami biegną nad wodą pomosty. Wież przybywa, jest ich coraz więcej, lepiej też już widocznych, bo samolot schodzi w dół. Pomostów też przybywa. W wodzie stoi już cały las wież. Widać Baku. Plątanina pomostów dąży w kierunku miasta. Lądujemy. Po obu stronach drogi z lotniska do miasta wieże i rury do transportu ropy. Biegnące po ziemi we wszystkich możliwych kierunkach. Jesteśmy w Baku. Idziemy spacerkiem nad morze. Ładna zatoka i przyjemny bulwar z restauracyjkami. Mamy nieco miejscowego grosza, po udanym handlu. Herbatę podają tu z dużych samowarów. Trochę na sposób afgański. Dostaje się duży, ceramiczny czajnik herbaty i do tego szklaneczkę. Na spodku leżą kawałki cukru, które się ssie, popijając ze szklaneczki gorącą, gorzką herbatą. Ma tu być ładne stare miasto. Zobaczymy więc, jak to jest w praktyce. Już nieco się naciąłem na Samarkandzie. Orbis organizował tam wycieczki i pisano dużo u nas, jaka tam jest egzotyka i wspaniałe zabytki. W czasie powrotu z Hindukuszu nieco sobie tam pospacerowałem. Z dużym jednak rozczarowaniem. Widzimy mury miejskie Baku. Od trzynastego do dziewiętnastego wieku. Dość prymitywnie to tu restaurują. Stare miasto jest wewnątrz nich. Wąskie uliczki. Meczet. Jakieś fragmenty dworu Szirwanszacha. Zdaje się szesnasty wiek. Nic specjalnie ciekawego. Może już jestem zepsuty po Iranie i Indiach. Hotel jest najbardziej luksusowy, jaki mamy w ZSSR, ale otrzymany po małej awanturze. Jest telewizor. Niestety, tak jak w Taszkiencie - zepsuty. Łazienka nieco zdewastowana. Ale za to z gorącą wodą. 24.09. Lecimy dziś do Kijowa. Wczoraj w Inturiście, przy kupnie biletu lotniczego, wyrażono wielkie zdziwienie. Skąd my znaleźliśmy się w Baku? Nie mieliśmy prawa tu być! Z Termezu powinno się nas było wyekspediować najkrótszą drogą do Polski. A mnie chodziło po głowie, że mając sporo rubli jak na mnie, moglibyśmy ewentualnie polecieć sobie do Irkucka i zobaczyć Bajkał. Jedno z moich marzeń. Zarzuciłem tą myśl, bo nie chciałem stresować żony, dodatkowym opóźnieniem i niewiedzą, gdzie jestem. I tak była wystarczająco zestresowana moich wyjazdem do Indii. Wiedziała przecież z praktyki w Iranie, jakich niespodzianek można się spodziewać w czasie takich wojaży jak nasze. Teraz wiedziała, że już wracam do domu. Pisałem kartkę o przewidywanej trasie powrotu. Teraz tu w Baku było już wiadomo, że nad żaden Bajkał byśmy nie polecieli. Nie sprzedano by nam biletów. Kasjerka na lotnisku w dalekim Termezie była zdaje się nie bardzo gramotna i nie powinna nam była sprzedać lotu do Baku, Tylko wprost do Kijowa przez Taszkient. No więc musieli z konieczności nam załatwić jak najszybciej lot do Kijowa, by „inostrańcy” nie włóczyli się po terytorium bratniego kraju. Lecimy razem z jakąś polską wycieczką starszych pań, które tu węszą za złotem. My też powęszymy. Bo co robić z rublami, które kupiliśmy za dolary, w pośredni sposób, poprzez chusteczki dla Uzbeczek? Kupimy złoto czternastokaratowe, bo tylko takie tu sprzedają i sprzeda się go u nas u Jubilera. W sumie cała operacja, biorąc u nas czarnorynkowy kurs zielonego, daje pewne dobre przebicie. Musimy sobie, jak jest okazja, powetować nieco straty, poniesione w Indiach przez głupią żądzę przygody. Nie lepiej to byłoby siedzieć w domu i ciułać na samochód? Podliczając te kilka eskapad - do Iranu, Afganistanu i Indii zebrałoby się może na jakąś, giełdową Skodę. Samolot znów inny. Tym razem Ił-18. Turboodrzutowy. Mam szczęście. Znowu mam miejsce przy oknie. I to właściwej strony. Czteromotorowy. Spoglądam przez okienko na skrzydło z przyczepionymi dwoma potężnymi silnikami. Każdy ma ogromne śmigło z czterema łopatami. Nagle łopaty skrajnego silnika zaczęły się pomału obracać. Szybkość ich wzrosła i z silnika buchnął bury dym. Silnik zaskoczył. Obroty śmigieł gwałtownie wzrosły. Już nie było widać pojedynczych obracających się łopat, tylko lekko drgające w miejscu śmigieł powietrzne koło. Silnik grzmiał. Przyszła potem kolej na następny, a z drugiej strony na pozostałe dwa. Koncert czterech potworów zagłuszał wszystko. Samolot drgał. Po uniesieniu się powietrze drgawki ustały, ale huk i wirujące koła za oknem pozostały. Lecimy najpierw na północ, omijając łańcuch Kaukazu, od strony Morza Kaspijskiego, a potem wzdłuż tego łańcucha na zachód. Właściwa strona dla mnie jest ta, z której widać góry. Oglądam wspaniałą panoramę ośnieżonych gór. Wprawdzie trochę daleko, ale widać nieźle. Nie leci też tak wysoko, jak duże odrzutowce. Wysokość gór wzrasta. Widać jakąś dużą grupę. Może to Uszba? Opisywana często w literaturze górskiej zalodzona grupa górska w Kaukazie. Potem widać potężny, dwuwierzchołkowy szczyt o łagodnych stokach. Wiem doskonale jak się nazywa - Elbrus. Najwyższy szczyt Kaukazu. Też podobno wygasły wulkan jak Demawend w Elbursie. Zaledwie niższy do niego tylko kilkadziesiąt metrów. Ale za to potężnie zalodzony. Tylko to on może być. Widać doskonale przełączkę między szczytami. Po minięciu tej góry samolot bierze zwrot na północ i Kaukaz znika. Widok był wspaniały. Białe chmury w dole i białe góry na horyzoncie. Kończy się moja indyjska przygoda. Epilog Co mi pozostało w pamięci po poznaniu Indii? Zaledwie po ich dotknięciu, a raczej muśnięciu. Pozostała wdzięczność Stwórcy, że się urodziłem w Polsce, a nie w Indiach! Byłem wykształcony, miałem pracę. Mieliśmy mieszkanie M-4 i telewizor czarno-biały. Wprawdzie się często psuł, ale zawsze udawało mi się go naprawić. Mieliśmy syna i nawet nowy samochód Syrenę. W niedzielę, a potem nawet w sobotę, bo Gierek pozwolił na sześć wolnych sobót w roku, jechaliśmy do Okocimia, gdzie mama spędzała z moją siostrą wakacje. W zimie były wypady na narty. Byłem szczęściarzem życiowym. Spłynął na mnie ogromny spokój. Nasze polskie problemy były jakieś małe, nikłe, bez porównania w stosunku do tego, co tam zobaczyłem. Ceny Termez - 5 rubli za przewóz kutrem po Amudarii do Ajratanu w Afganistanie. ● Afganistan Ajratan - Mazar-i Szerif - 30 Afs(afgani-waluta w Afganistanie). Hotel w Mazar-i Szerif – 30 do 60 Afs. Mazar-i Szerif – Kabul(ok. 600 km) - wynajęta taksówka – 100 Afs plus bagaż(pow. 20 kg – 15 Afs za 7 kg). Hotel w Kabulu - 25 Afs(Friends Hotel – Shar-I Nau). Kabul – Peszawar(ok. 500 km) - 100 Afs, plus opłata za bagaż jak z Mazar-i Szerif. Wymiana: 1$ = 43 do 45 Afs ● Pakistan Peszawar Hotel, ok. 5 Rp(rupii pakistańskich). Peszawar – Lahore – 25 Rp autobus(może wrosnąć do 40 Rp – zależnie od pojazdu). Hotel w Lahore – 6 Rp. Lahore – Amritsar – pociąg - ok. 6 Rp. Wymiana 1 $ = 9,5 Rp ● Indie Przelicznik; 1 $ = 8,7 R .W niektórych rejonach Indii dawano za dolara nieco ponad 9 R Amritsar – Deli – pociąg - ok. 26 R(rupii indyjskich). Hotel(w stylu indyjskim) w Deli – 2 do 10 R. Deli – Chandigarth – pociąg (266 km)- 18 R. Chandigarth – Manali –autobus(300 km) - 23 R, plus bagaż. Manali – Hotel – 6 R. Manali – Keylong – Darcha (170 km)– 13 R. Hotel w Keylong – 3 R. Kulis – 25 do 30 R na dzień do 30 kg. Koń(muł) – średnio 25 R na dzień – 60 kg. Pociąg na trasie Dehli – Madras – Trivandrum – Bangalore – Bombay – Janhsi - Dehli- 7500 km. Bilet specjalny zakupiony w Boroda House p. 35. Tzw. circular ticket – 196,9 R. Ceny autobusów – średnio- ok. 6 do 8 R za 100 km. Ceny pociągów – 40 R za 1000 km(2 klasa-sypialny), plus opłata za rezerwację miejsca 5,5 R Autobusy miejskie 30 pesa(z podziału rupii na 100 części). Potrawy w Indiach Mutton biriyani – ryż z baraniną(kawałkami), cebulką i kapustą – smaczny. Reis biriyani – ryż po wegetariańsku do tego 4 do 6 różnych bardzo ostrych sosów - podawany na południu Indii. Porotta albo Barotta – bardzo smaczne placuszki o różnych wymiarach, zależnie od okolicy – spotykane tylko na południu. Puri – też smaczne placuszki o dość różnej konsystencji – sprzedawane na północy. Placuszki z ryżu(południe) – niezbyt smaczne. Czapati(Chapati) – placki z mąki i wody, cienkie i o smaku przypieczonego ciasta na makaron – północ kraju. Jajka – sadzone, gotowane, omlet. Ryba z curry, ryba pieczona – południe, wybrzeże. Napoje Herbata z mlekiem – całe Indie Kawa(naturalna) z mlekiem – więcej na południu, gdzie jest tańsza od herbaty z mlekiem Mleko słodzone(bawolic, kozie) Napoje butelkowane – cola, fanta, woda sodowa i jeszcze inne – raczej słodkie Owoce Piru – owoc podobny do jabłka, ale smaku bliżej nieokreślonym, smak może pośredni między papierówką a dynią Ananas Orzech koksowy – dojrzały posiada mało mleczka a dużo miąższu. Niedojrzały gasi dobrze pragnienie. Zawiera ok. trzy czwarte szklanki mleczka. Są z grubsza biorąc - podłużny i podobny kształtem do orzecha laskowego – tylko b. duży. Banany – duże i małe żółte, zielone, czerwono-brązowe. Jabłka – tylko północ. Gruszka-jabłko? – smak podobny do gruszki. Mango – sezon lipiec, sierpień. Pomarańcze – mało soczyste i smaku gorszym od tych kupowanych w naszym kraju. Cytryny – malutkie z cienką skórką(limonki). Japoński owoc – czerwony, podobny do pomidora o zwartym miąższu. Zatyka jak niedobra gruszka. Winogrona.
    2 punkty
  2. Post 25 Termez, Taszkient Dwudziestego drugiego września Przed małym budyneczkiem portu lotniczego w Termezie, gdzie kupiliśmy bilety na lot do Baku, rośnie kilkanaście drzew. Pod nimi jest czajchana. Czajchaną nazywamy wszystko, gdzie sprzedają herbatę i coś do jedzenia. Zresztą nazwa wywodzi się od czaju i chyba domu. Nazwa nie łączy się koniecznie z budynkiem. Może to być miejsce pod drzewami. Tu nie ma budynku. Tylko jakby duży stół, bardziej przypominający szeroki, niski podest z desek. Na nim dywan. Można sobie na tym usiąść, jak komu wygodnie. Do jedzenia są tu, jak i w Afganistanie, szaszłyki z baraniny. Piecze je facet, na rożnie w kształcie podłużnego koryta z blachy, wypełnionego gorącym węglem. Smakowicie sobie skwierczą kawałki mięsa z cebulą i jeszcze czymś tam, ponabijane na drut. Obracane co pewien czas dla równomiernego przypieczenia. Jesteśmy w Związku Radzieckim i nie dziwią mnie stojące na dywanie znajome butelki z jakimś, zapewne mocnym płynem. Towarzyszą im szklanki z grubego szkła. Widok tych butelek za niedaleką Amudarią, w afgańskiej czajchanie, byłby zupełnie abstrakcyjny. Że facet robi świetne szaszłyki, to czuje się nosem. Andrzej przynosi z pobliskiego sklepu wino. Nie mamy wyboru, jest tylko słodkie. Popijemy sobie przed lotem do tych szaszłyków. Interes z chusteczkami poszedł nam wczoraj nadzwyczajnie dobrze. Wypijamy. Od strony butelek z wódką dolatują do nas zachęcające głosy, aby się koniecznie do nich przysiąść. Też, jak mi się zdaje, czekają na ten sam samolot. Stakan, czyli szklanka, zostaje napełniona nieco ponad połowę. Należy to wypić jednym ciągiem. Smaczny ten szaszłyk. Pijący zamawiają kolejne u „rożnownika”. Łatwo się rozmawia po rosyjsku w takim nastroju. Nie warto nawet pisać, że słoneczko świeci, bo w Termezie świeci sobie, tak bez przerwy, przez calutki cały dzień od kilku miesięcy. Miły jest za to cień pod drzewami i perspektywa przyjemnego lotu do Baku, bez nudnej jazdy pociągiem przez stepy. Po trzeciej półlitrówce, wypitej wspólnie z gościnnymi ludźmi, czuję że za chwilę będę leżał pod tym niskim stołem. Przepadnie bilet lotniczy. Musimy się od nich odczepić! Jeden z nich ma samochód i proponuje, że zawiezie nas na stacje kolejową, gdzie zostawiliśmy w przechowalni nasze plecaki. Nie dziękujemy, pojedziemy autobusem do miasta. Po wyjściu z autobusu wymiotuję. Dopada nas facet z Wołgą. Przyjechał jednak za nami. Koniecznie chce nas jeszcze kawałek podwieźć na stację. Jakoś w końcu odczepiliśmy się od niego. Ale dzięki za dobre chęci. Nie mam wcale ochoty jechać taksówką, której kierowca jest kompletnie urżnięty, mimo, że to radziecki człowiek. Idziemy z Andrzejem między domy. Siadamy pod płotem i rzygamy. W pobliżu sterczy z ziemi rurka z kranikiem. Okoliczni mieszkańcy biorą sobie zapewne stąd wodę. Głowa, raczej głupi łeb, pod kran i zrobiło mi się lepiej. Stara kobieta, która to widzi, mówi do nas coś tam w stylu - rebiata, rebiata. Rebiata za mocno się zetknęły z cywilizacją radziecką. Pierwszy raz w życiu tak się upiłem. Gorąco i zmęczenie też swoje dołożyły. Bardzo rzadko piję wódkę. Według polskiej miary jestem prawie abstynentem. Według rosyjskiej – to już zupełnym. Samolot jest niezbyt duży - AN 245. Niektórzy pasażerowie też wyglądają na lekko wstawionych. Lecą także ci z naszego stolika. Mam miejsce przy oknie. Nie leci wysoko. Najwyżej na wysokości kilku kilometrów. Widzę niezbyt wyraźnie jakieś wypalone góry. Rude i brązowe. Głowę mam ciężką i słabą ostrość widzenia, po tych ekscesach w czajchanie. Przed Taszkientem trochę rzuca. Lot do Baku mamy jutro, o ósmej czasu miejscowego. Jesteśmy pod opieką Inturistu i miejsce w hotelu mamy zapewnione. W Związku Radzieckim nie można tak sobie szukać hotelu, będąc „inostrańcem”. Dostajemy za pięć rubli pokój w hotelu dla wojskowych, tuż przy lotnisku. W pokoju jest toaleta z prysznicem i duży telewizor. Gałka kanałów się w nim coś kiwa. Niestety nie będzie atrakcji. Zepsuty. Wieczorem chodzimy sobie trochę po śródmieściu Taszkientu. Sklepy już pozamykane.
    2 punkty
  3. Post24 Kabul Dziewiętnastego września Kabul to jest dla mnie miasto, gdzie można wypocząć. Człowiek czuje się tu prawie jak w domu. Mamy już połowę drogi za sobą. Dużo jest tu teraz Polaków. Zwęszyli interes. Kupują kożuchy i inne rzeczy. Nawet starsze panie się tu zapuszczają. Dojazd nie jest trudny, jak się załatwi samolot przez ZSRR i ma się lekki bagaż. Kabul się zna. Na bazarze Sikhowie wymieniają walutę. Trzy i pół rubla za jednego dolara. Czterdzieści trzy i pół afgani za jednego zielonego. Chustki kaszmirowe, które świetnie idą w Termezie, kosztują 135 „afsów”(afgani). Uzbeczki powariowały na ich punkcie. Poprzetykane „złotymi” nitkami idą jak woda. Produkcja zdaje się japońska. W każdym razie robią je znacznie dalej na wschodzie. Przebicie jest kilkukrotne, takie mamy informacje od kolegów alpinistów. Mimo długich targów handlarze nie chcą spuścić. Kupuję cztery chustki. Andrzej zaś dwadzieścia. Po południu przychodzi do nas chłopak, pełniący rolę menedżera hotelu. Ma dziecko chłopca, siedmiomiesięcznego, który bez przerwy wymiotuje i ma biegunkę. Był z nim trzy razy u lekarza i nie pomogło. Mówi, że bardzo lubi małego. Rozumiemy z Andrzejem jego uczucia. Też przecież jesteśmy ojcami. Tłumaczę mu, że jest niebezpiecznie dawać dziecku leki, gdy się nie jest lekarzem. Widocznie jednak ma duże zaufanie do Europejczyków. Mamy tylko Mexaform i węgiel. Mexaform jedna czwarta tabletki, trzy razy dziennie. Potłuc i zmieszać z mlekiem. Wieczorem sprzedaję na bazarze aparat fotograficzny Leszka, kolegi, z którym pracuję w biurze projektów. Kupuję za to trzy chustki. Pożegnalna kolacja. Kebab i herbata. Dyskutujemy z chłopakami hotelowymi. Chcemy się obudzić o czwartej trzydzieści. Obiecują, że obudzą. Wcale w to nie wierzę. Mazar-i Szerif 20.09 Obudziliśmy się dlatego, że Andrzeja bolał brzuch, po wczorajszej kolacji. Te bóle są spowodowane gwałtowną zmianą odżywiania. Jarskie w Indiach i ostre. A tu baranina z tłuszczem. Bardzo zresztą sycąca. Autobus już stał, jak przyszliśmy. Pełny Afgańczyków i pełen bagażu na dachu. Rano w Kabulu już jest chłodno. Jesień i dwa kilometry nad poziomem morza robią swoje. Od okna ciągnie zimny wiatr. Ładny wschód słońca. Wjeżdżamy w dolinę pod Salangiem. Szczyty już są oświetlone słońcem, a w dolinie jeszcze cień. Wszystkie czajchany zamknięte. No cóż ramadan! Przełęcz Salang, a ściślej kilkuset metrowy tunel pod przełęczą. Strategiczna droga, łącząca północ kraju z Kabulem. Zimno. Za przełęczą mały postój. Jemy zimny Pulao. Zjazd w dolinę rzeki Kunduz. Na polach trwa zbiór ryżu. Tu ryż zbiera się chyba tylko raz w roku. Klimat jest w zimie ostry. Krajobraz dookoła jest smętny. Zniknęły resztki zieleni. Wszystko zżółkło, spopielało. Nawet drzewa, w pobliżu domów, są pokryte kurzem. Wszędzie kurz. Afganistan w jesieni jest zakurzony. Mijamy miejsce naszego biwaku z przed trzech lat, następnie miasteczko Chulm i dojeżdżamy do Mazare-i Szarif. Herbaty, oczywiście nie ma. Dopiero po szóstej. Miasto jest bardziej ortodoksyjne niż Kabul. Jutro przeprawa przez Amudarię. Rosjanie obiecali nam, że zabiorą nas do portu. Wieczorem zjadam świetną zupę. Niezbyt tłusta o smaku zupy ogonowej z torebki. Do tego kawałki baraniny i sałatka z pomidorów. Zupę je się z chlebem. Tutejszym. Widzę ją po raz pierwszy. Może ją jedzą tylko w czasie Ramadanu. Potrawy w czasie postu różnią się, jak mi się zdaje, od codziennych. Widzę gdzieś zsiadłe mleko. Jedzą winogrona. Dużo się teraz piecze specjalnych placków i ciast. W pozostałym okresie jedli tylko Pulao i Kebab. 21.09 Rano awantura z posługaczem w tym dennym hotelu. Woda jest tu tylko okresowo i nie podoba mu się, że się za długo myję. Jest tak bezczelny, że ogląda mnie od strony ustępu. Może jest ciekawy, jak wygląda nie obrzezany facet. Mam ochotę mu przylać, ale to mogłoby opóźnić nasz wyjazd. Rosjanie nam robią niemiłą niespodziankę. Autobus jest pełny i nas nie biorą. Do Termezu jedzie teraz większa grupa Polaków. Razem jest nas dziewięć osób. Załatwiamy za osiemset „afsów” autobus. Mamy z Andrzejem tylko dziewięćdziesiąt. Resztę nam pożyczą rodacy, ale w zamian za ruble. Amudaria bardzo opadła. Wyszły ogromne łachy. Lodowce w górach przestają się topić. W Hindukuszu Wysokim zbliża się zima. Góry to przecież siedmiotysięczne. Kuter lawiruje między łachami. Polaków jest na nim jest szesnastu, reszta Rosjanie. Po odprawie granicznej i celnej na radzieckim brzegu, szukamy z Andrzejem hotelu. Niestety nie ma miejsc. Mamy jeszcze do spuszczenia chusteczki. Cenna rzecz. Szybko dowiadujemy się, gdzie można je sprzedać. Wiozą nas tam samochodem. Andrzej dość dobrze mówi po rysyjsku i podpuszcza Uzbeka, że chcemy się napić herbaty. W rezultacie przynosi Pulao, Nany(placki) i zieloną herbatę. Do tego wymuszamy na nim koniak. Potem następuje handel. Chusteczki oceniają kobiety. Są właściwe, te które tu idą. Ponieważ w Kabulu były różne. Tęga Uzbeczka sięga za obfity biust i wyjmuje gruby, zwinięty plik rubli i odlicza Andrzejowi i mnie odpowiednią sumę. Niewiele jej z niego ubyło. Tyle rubli jeszcze nie miałem, to dla mnie prawie fortuna. Rano pojedziemy sobie na lotnisko. Kupimy za to bilety do Baku przez Taszkient. Czytałem już coś o Baku. Stolica ropy nad Morzem Kaspijskim. Wieże stoją podobno w morzu. Dla inżyniera - takiego jak ja – ciekawostka techniczna. Chwalono tam też ładne, stare miasto. Nocujemy u uzbeckiej rodziny.
    2 punkty
  4. Post 23 Ameba Szesnastego września Rano w biurze turystycznym dostajemy prospekty z rejonu Bombaju. Douczę się kulturalnie. Potem szukamy ambasady afgańskiej, aby dostać wizy na powrót. Upadła wiec wersja powrotu przez Iran. Jest zbyt ryzykowna. I może trwać nie wiadomo ile czasu. Ta część Iranu od granicy z Pakistanem jest praktycznie pustynią i bardzo rzadko zamieszkana. Jest tam jedyna droga, która prowadzi w kierunku gór Zagros. Środek Iranu to prawie całkowita pustynia. Nie mam też czasu, ponieważ jeszcze z przylądka napisałem do mojego kierownika pracowni w biurze, że proszę o ewentualny bezpłatny urlop, gdy nie przyjdę do pracy następnego dnia po urlopie. Nie przyjdę! Nie wiadomo, gdzie jest pracownik? Nieusprawiedliwiona nieobecność, bumelka i dyscyplinarka. Napisałem, że do Polski mamy około trzynaście tysięcy kilometrów(„zgzakiem”) i stąd nie wszystko się da przewidzieć. Wracamy więc przetartym szlakiem. Wizy będą na jutro, z tym że musimy jeszcze jechać w stronę Comonwelth Place, aby wymienić forsę. W naszej ambasadzie dostajemy informację, gdzie możemy się zbadać na obecność ameby. Gdzie jak gdzie, ale tu powinni mieć dobrych fachowców. Szukamy następnie poleconego lekarza, który bada, czy się ma amebę. Doktor Kuhrana nazywa się ten pan. Adres - D-64 Defence Colony, obok hotelu Vikran. Doktor jest sympatyczny i ma bardzo ładną laborantkę. Studiował w Kijowie. No to pogadamy po rosyjsku – pomyślałem! Nie pogadamy, bo rosyjski to zna pan doktor, a my mówimy rosyjskim, w jego polskiej wersji. Rosjanin by się domyślił. Ale pan doktor nie, ponieważ zna porządny, literacki język. Wracamy więc do języka Angoli. Andrzej robi od razu kupkę na miejscu. Mnie nic nie wychodzi, chociaż laborantka wręczyła mi małe naczyńko i dyskretnie wskazała ubikację. Trudno się mówi. Przyjdę jutro rano. Kolejnym punktem dzisiejszego dnia jest muzeum. Dużo rzeźb, płaskorzeźb, obrazów. Podzielone na okresy historyczne(kultury). Zaczyna się od prehistorii, potem kultura Harappy i Mohenjo-daro w dolinie Indusu. Następnie Ariowie, Kuszanie i tak dalej, aż do czasów obecnych. Nie zdążyłem do końca obejrzeć. Muzeum jest bardzo duże. 17.09 Rano ożywiona dyskusja w hotelu, hosstelu, campingu – jak prawidłowo nazwać to miejsce. Zdaje się, że nazwa jest używana w zależności od potrzeb. Bez starego nie wydadzą nam naszych rzeczy, które u niego zostawiliśmy dwa tygodnie temu. Może będzie o jedenastej. Pojechał na urlop poza Deli. Paszporty w wizą afgańską dostajemy w południe. Potem wizyta na poczcie. Nic dla mnie nie ma. Po drugiej jesteśmy u lekarza. Wyszedł. Laborantka pochodzi z Kerali. Ma więc sporo do domu, że trzy tysiące kilometrów. Nie wie, gdzie są wyniki. Przychodzi pan doktor. Dostajemy certyfikaty opisane po angielsku. Nie mamy ameb, ale nasi koledzy niestety złapali. To jest ta dwójka, z którą Andrzej zawarł znajomość jeszcze w Warszawie. Też objechali Indie. Tylko, że oni pili wodę na stacjach, a my nie. Na każdej prawie stacji stały takie duże stągwie z gliny. Glina ma pory i dobrze chłodzi wodę. U dołu był kranik i przyczepiony na łańcuszku metalowy kubek. Pisało na tej stągwi „drinking water”- woda do picia. Hindusi wysiadali z gorącego pociągu, więc chciało się im pić. Tak więc z troski o człowieka przygotowywano dla nich taką możliwość. Wysoko w górach, gdzie jest zimno, woda była pewna. W dużych miastach, można było domniemywać, że wodociągi miały wodę kontrolowaną. Czym mniejsza miejscowość to zaufanie nasze do wodociągu malało. Inne źródła, poza wodociągiem, nie wchodziły w rachubę. Z tym, że surowej wody nigdy nie piliśmy. Tylko płyny z kapslowanych butelek. Niemniej trzeba było myć zęby, czasem myć owoce. Mieliśmy środki(chlor) do odkażania wody. Ale na ile były one skuteczne? Nie było mi to wiadomo. Jedynie zaufanie miało się do gotowania, z tym że praktycznie już nie mieliśmy takiej możliwości. Przeszliśmy całkowicie na miejscowe, „restauracyjne” wyżywienie. Plecak horolezkę mi wydano. Lekko zapleśniały skórzane paski. Starego dalej nie ma. W nocy pojedziemy do Amritsaru. Pożegnalny spacer po Deli. Zwiedzamy świątynię Jinistów(Dźinistów). Ta religia wyodrębniła się około dwa tysiące lat temu z Buddyzmu. W środku małe sanktuaria, w których widzimy postacie Buddy. Powtarza się motyw - Budda w otoczeniu dwóch nagich mężczyzn. Wchodzimy do dużej sali, która pełni rolę czegoś w rodzaju „zakrystii” Na ścianach bardzo duże obrazy. Centralne miejsce zajmuje portret nagiego mężczyzny. Trwają tu przygotowania, jakby do posiłku, dla większej liczby osób. Świątynia jest bardzo czysta. Następnie wizyta w „Red Fort”- Czerwony Fort. Duża budowla z czerwonego piaskowca. Nie robi na mnie specjalnego wrażenia. Andrzej usiłuje sprzedać aparat fotograficzny – niemiecką Praktikę. Nie chcą dać gotówki, tylko kamienie półszlachetne, których począwszy od Afganistanu, jest tu zatrzęsienie. W nocy w pociągu do Amritsaru nie mogę spać. Jestem cały zlany potem. W przedziale jest bardzo gorąco. Pakistan, Afganistan 18.09 Rano jedziemy dalej z Amritsaru do Lahore. Stacja graniczna. Odprawa przebiega bez kłopotów, ale celnik, przeglądając paszport, sprawdza czy mam aparat fotograficzny. Gdyby go nie było, należałoby opłacić cło. Wydajemy ostatnie rupie. Dalej mają wartość papieru. Kupujemy ostatnie tanie banany. Lahore. Znów jesteśmy w Pakistanie. Plecaki zostawiamy na stacji. Decydujemy się na autobus, na dalszą drogę. Włóczę się po bazarze. Miejscowe knajpy strasznie brudne. Masy much. Plącze się po ulicach jakieś bydło. Zjadam porcję szaszłyków z plackami. Wreszcie dobry kawałek mięsa. Na deser kupuję kilo gruszek, które obierając scyzorykiem zjadam, siedząc obok kościoła protestanckiego. Jest to jedyne miejsce, gdzie można usiąść. Po drodze na stację autobusową sprzedaję swego rosyjskiego Feda za sto dziewiętnaście rupii, ale pakistańskich. Autobus odjeżdża o dwudziestej. Przed odjazdem wypijam kilka szklanek ciepłego mleka. W nocy jest zimno. Marznę w cienkiej koszulce. Autobus jedzie bardzo szybko do Peszawaru. Gdzieś koło czwartej nad ranem zjadamy placki w przydrożnej knajpie. Gorące i smażone na oleju. W Peszawarze jesteśmy przed szóstą rano. Gruby ryksiarz wyczuł interes i za dziesięć rupii wiezie nas do miejsca, skąd odjeżdżają afgańskie autobusy do Kabulu. Autobusy już stoją, a w autobusie nasi przygodni znajomi z Amritsaru - Anglicy, Amerykanie. Małżeństwo z dwu i pół letnim dzieckiem. Żeby wykupić bilet trzeba mieć wizę wjazdową do Afganistanu. Nie dostaniemy, niestety, herbaty ani czegoś do jedzenia. Post. Zaczął się Ramadan. Od szóstej rano do szóstej wieczorem nic nie jedzą i nie piją. Nasi zagraniczni znajomi zostali w Peszawarze. Tutejsi ryksiarze tak się wycwaniaczyli, że wożą ich od hotelu do autobusu, do konsulatu. Wiedzą gdzie, co trzeba załatwić. Oczywiście cena za rykszę wzrasta dwukrotnie Przed wyjazdem mała awantura. Przejeżdżający inny autobus, obok naszego, urwał mu lusterko wsteczne. Kłótnia trwała pół godziny. Wreszcie jedziemy. W autobusie są wolne miejsca. Z nami jedzie tylko dwóch „białych” z dużym instrumentem muzycznym. Kupiony zapewnie w Indiach. Jedziemy znów w górę w stronę przełęczy Khajber. Za nami zostaje zieleń, palmy, banany, mango. Jednym słowem tropik. Gorąco jeszcze będzie, ale to już będzie upał pustynny. Granica pakistańsko-afgańska jest warta powieści. Znów całe masy cinkciarzy. Kurs rupii pakistańskiej jest niski. Tracę przy wymianie na afgany parę dolarów. Dolar też poszedł w dół o dwa afgany. Urzędnicy na tej granicy są bardzo leniwi. Celnikowi nie chce się zupełnie coś robić. Dane z paszportów do dużej księgi za niego wpisują sami klienci. Kontrola paszportów tak wygląda, że jeden z typów przepisuje z nich dane na maszynie i rzuca wściekły je potem po stole. Widać, że z powodu podróżnych ma dodatkową robotę. Teren dookoła nas wygląda jak wypalony. Przez te dwa miesiące, gdy byliśmy w Indiach, nastąpiły tu duże zmiany. Góry dookoła zupełnie wyschły. Znów przejeżdżamy przez miasteczko Dżelalabad. Herbaty, oczywiście, nie dostaniemy – ramadan. Zjadamy z Andrzejem duże placki biszkoptowe, jeszcze z Pakistanu. Potem zjadam kilo wspaniałych winogron. To był błąd - za dużo i zbyt łapczywie. Do zasnutego kurzem Kabulu dojechałem z bólem żołądka. A tu, jak na złość, nigdzie nie ma herbaty. Wreszcie ją dostajemy w jakiejś czajchanie. Ładuję w siebie węgiel, Hydroxinum i Mexaform. To jeszcze pozostało nam z zapasów naszej apteki. W Friends Hotelu wymiotuję całą menażkę. Wszystkie absolutnie winogrona ze mnie wyszły. Jest mi zimno i mam dreszcze. Śpiwór puchowy to jednak świetna rzecz, nawet w ciepłym klimacie.
    1 punkt
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2026
×
×
  • Dodaj nową pozycję...