Adam Małysz
Oddać dobry skok
Przed Wami pierwszy nasz tegoroczny wywiad. I choć dotyczy on skoków, o których nie pisaliśmy do tej pory szerzej, to po prostu nie mogliśmy nie porozmawiać z postaciami nr 1 w naszym narciarstwie: Adamem Małyszem i Apoloniuszem Tajnerem. Wywiad był przeprowadzony w Monachium na targach ISPO w lutym tego roku, gdzie Adam gościł jako gwiazda na stoisku Elana. Najpierw prezentujemy krótką rozmowę z trenerem polskich skoczków, Apoloniuszem Tajnerem.
Apoloniusz Tajner
SKI: Witam serdecznie. Jak wygląda wasz sezonowy kalendarz. Czy między turniejami odbywają się treningi, czy raczej zawodnicy wtedy odpoczywają?
Apoloniusz Tajner: Treningi odbywają się regularnie. Trenujemy także w trakcie trwania zawodów i oczywiście w przerwach między nimi. Mamy po prostu do wykonania określony program, więc go realizujemy.
SKI: Czy macie jakąś ulubioną skocznię do treningów?
A.T.: Tak. Nasza ulubiona skocznia znajduje się w Ramsau w Austrii. Tam bardzo lubimy skakać. Nie jest to skocznia duża, bo 90-metrowa. Można świetnie na niej ćwiczyć technikę.
SKI: Czy treningi tam odbywają się w ramach umowy PZN ze Styrią , o której pisaliśmy rok temu?
A.T.: Nie, ta umowa nas nie dotyczy. My mamy pełne zabezpieczenie finansowe w ramach grupy olimpijskiej i jesteśmy finansowani bezpośrednio przez UKFiS. Jest to po prostu zadanie państwowe. Z umowy ze Styrią korzystają szkoły mistrzostwa sportowego i te grupy, które nie mają pieniędzy na szkolenie.
SKI: Ilu skoczków jest we wspomnianej grupie?
A.T.: Sześciu. Oprócz podstawowej trójki tzn. Małysz, Mateja, Skupień, mamy jeszcze drugą trójkę, w której znajdują się: Marcin Bachleda, Grzegorz Śliwka i Krystian Długopolski.
SKI: Czy jest to zamknięta grupa, czy ktoś z zewnątrz ma szansę do niej dołączyć przed Olimpiadą?
A.T.: Grupa nie jest zamknięta. Chciałbym do nie dołączyć także młodych chłopaków, choćby pod kątem już następnej Olimpiady. Na przykład przed Mistrzostwami Świata do trójki podstawowej dołączył junior Tomek Pochwała (szósty w Mistrzostwach Świata Juniorów w Karpaczu) no i wspomniany Marcin Bachleda. Grupa musi być rzecz jasna wyrównana. Jest to bardzo ważne. Najlepiej widać to po Finach - tam praktycznie każdy może wygrać, cały zespół jest niezwykle mocny.
SKI: Dziękujemy za rozmowę i powodzenia.
Adam Małysz
SKI: Jak wytrzymujesz tę popularność. Chyba nie jest to łatwe?
Adam Małysz: Faktycznie nie jest to łatwe, ale jakoś muszę to znosić. Zawsze, niestety, jest coś za coś.
SKI: Parę lat temu dziennikarze właściwie przekreślili Twoją karierę. Czy tamten kryzys nie był spowodowany urodzeniem się Twojej córki?
A.M.: To samo mówiła i mówi niemiecka prasa: jak zawodnik się ożeni skacze 10 metrów mniej. Pierwsze dziecko to 20 metrów mniej, drugie dziecko - 30 metrów itd., czyli właściwie koniec kariery. W moim przypadku na szczęście kryzys nie miał trwałego wpływu na wyniki. Myślę, że był to spadek formy, dołek, który czyha na każdego zawodnika. Był on w moim przypadku na tyle poważny, że przez długi czas nie mogłem z niego wyjść. Na szczęście wszyscy najbliżsi bardzo mocno mnie wspierali. Najbardziej pomogła mi żona, która stwierdziła, że "mam talent, którego nie mogę zmarnować i po prostu muszę dalej skakać".
SKI: Czy ważna jest dla Ciebie statystyka, ile rekordów skoczni pobiłeś, ile wygrałeś zawodów etc.?
A.M.: Nie, zdecydowanie nie! Jak już wielokrotnie mówiłem, nie koncentruję się na wygrywaniu, czy na rekordach. Oczywiście jest to miłe, ale najważniejsze to oddać dobry skok.
SKI: Co było przyczyną powrotu z Rossignoli na Elany?
A.M.: Po pierwsze muszę wyjaśnić, że Rossignole to bardzo dobre narty. Każde narty są jednak specyficzne i dla każdego zawodnika różnie pracują. Dla mnie Rossignole były na przykład trochę za wrażliwe. Najpierw skakałem na nich dobrze, ale jak wszedłem w kryzys to nie mogłem z niego wyjść. Potrzebowałem nart bardziej dopasowanych do swoich cech. Wymyśliłem, że wyjdę z kryzysu, gdy wrócę na Elany. Była to rzecz jasna także sprawa podświadomości oraz tego, że Elany są dla mnie bardzo dobre. Okazało się, że miałem rację. Z moim zdaniem na temat dopasowania nart do zawodnika zgadza się także Martin Schmidt. On skacze na Rossignolach i dla niego właśnie te są najlepsze. Było to widać po przejściu na nowy model. Od razu zaczął skakać najdalej i wygrał w Hakubie. Była to także zmiana w podświadomości.
SKI: Jeśli mowa o Niemcach. Chyba mają teraz spory stres psychiczny?
A.M.: Nie zazdroszczę im - presja mediów w Niemczech jest ogromna. Nie dają skoczkom spokoju. Wszyscy są podenerwowani i odbija się to na skokach. Najlepiej widać to u Martina - kiedy się odbija, nie ma w tym poprzedniej swobody, lecz jest nerwowość i spięcie.
SKI: Co bezpośrednio spowodowało Twój powrót do tak wysokiej formy?
A.M.: Trwało to 2-3 lata i jest wynikiem pracy zespołu ludzi: trenerów i lekarzy. Atmosfera w całej drużynie jest bardzo dobra i to też jest bardzo ważne.
SKI: Czy czujesz swoją popularność i jak odbija się ona na trenowaniu?
A.M.: Zawsze powtarzam, że chciałbym skakać tak jak skaczę teraz, a być człowiekiem takim jak byłem przedtem. Chciałbym po prostu spokojnie żyć. Udzielam oczywiście wielu wywiadów, ale staram się to ograniczać. Dziennikarze są w stanie doprowadzić zawodnika do depresji.
SKI: Czy podczas zawodów czujesz na sobie presję faworyta?
A.M.: To właśnie dziennikarze kreują faworytów. Ja po prostu dobrze skaczę. Oczywiście lubię wygrywać, ale oprócz mnie jest wielu dobrych zawodników i każdy z nich może wygrać.
SKI: Ostatnie pytanie. Czy stosujesz jakąś specjalną dietę?
A.M.: Jem w zasadzie wszystko, tylko że w małych ilościach.
SKI: Dziękujemy bardzo za rozmowę i życzymy powodzenia oraz samych dalekich skoków.
Wywiad przeprowadzili
Jacek Ciszak
Jacek Trzemżalski
