Świętuj z nami 30 lat
SportFelieton

Michael von Grueningen

Spokój na stoku

Michael von Gruenigen jest bez wątpienia jednym z najlepszych gigancistów alpejskiego Pucharu Świata. Jego technika jest już legendarna i można nie być kibicem tego skromnego i spokojnego Szwajcara, ale chyba nie ma widza, który nie zachwycałby się jego przejazdami. Miałem przyjemność spotkać go w kwietniu na polskim teście Fischera na lodowcu Stubai, gdzie Michael był zaproszoną gwiazdą. Zaproszenie przyjął i dzięki temu mogłem spotkać się z nim również na nartach, co było dodatkową, niespodziewaną atrakcją testu. W ten sposób powstała również poniższa rozmowa.

SKI: Na samym początku nie mogę nie zapytać Cię o fatalną dla Ciebie końcówkę zeszłorocznego giganta. Chodzi mi oczywiście o zawody z Áre, gdzie straciłeś pewny, wydawało się, tytuł? Jak się wtedy czułeś?

MvG: Na szczęście podchodzę do takich wypadków ze spokojem. Startuję już parę lat i różne rzeczy zdarzyły mi się na stoku. Ale fakt jest faktem, że zeszły sezon był dla mnie bardzo szczęśliwy, aż do tych ostatnich zawodów w Áre. Już dawno nie zrobiłem tak prostego błędu na trasie giganta. Nie była to jednak presja świetnej formy Hermanna Maiera i tego, że w pierwszym przejeździe pojechał znakomicie. Udowodnił nim, że był tego dnia w lepszej ode mnie formie.

SKI: Nie wierzyłeś w zwycięstwo?
MvG: To nie jest kwestia wiary, ale realna ocena faktów. Moim zadaniem nie było wygrać zawodów, lecz uplasować się na podium. Po pierwszym przejeździe wiedziałem, że raczej tych zawodów nie wygram, chyba że Maierowi w drugim przejeździe przydarzy się coś takiego jak mnie. Wszystko jednak było pod kontrolą. To Maier musiał wygrać nie ja.

SKI: Dekoncentracja?
MvG: Myślę, że tak. Widziałem już metę, wiedziałem, że jadę dobrze, że nie stracę przewagi i że wreszcie wygram klasyfikację giganta z Maierem. Tym niemniej nie tłumaczy mnie to wcale, bo z reguły nie daję się ponieść takim emocjom. Aby jednak oddać sprawiedliwość Maierowi: przypomnę, że różnica punktowa między nami wynikała z odebrania mu punktów w drugim gigancie w Val d´Isere. Trasa w Val d´Isere bardzo mu odpowiadała, co udowodnił wygrywając pierwszy gigant. Nawet jeśli nie wygrałby drugi raz, na pewno byłby w czołówce, a to oznacza, że finalnie przed Áre różnica punktowa między nami byłaby minimalna. W takiej sytuacji mój błąd niczego sensacyjnego by nie zmienił - prawdopodobnie to ja musiałbym wygrać w Áre. To dowodzi, że Maier jednak zasłużył
na kryształową kulę.

SKI: Za to w St. Anton był twój dzień...
MvG: Mistrzostwa Świata to loteria - jeden start, jeden wynik. Ale oczywiście każdy zawodnik chce być Mistrzem Świata! Tego dnia było dość ciepło, przez co śnieg stał się bardzo miękki. We wcześniejszych zawodach Pucharu Świata, kiedy były podobne warunki, zwyciężałem. Dlatego pomyślałem, że "teraz albo nigdy" - byłem bardzo umotywowany, bo w tym miękkim śniegu czułem swojego sprzymierzeńca. Jestem dość lekki jak na gigancistę i takie warunki sprzyjają mojej technice.

SKI: Jakie to uczucie wygrać Mistrzostwo Świata?
MvG: Czasem media zarzucają mi, że nie potrafię się spontanicznie cieszyć, ale taki już mam charakter, że wszystko przyjmuję na chłodno. Taka postawa broni mnie przed rozczarowaniami, takimi jak w Áre. Cieszą mnie wszystkie miejsca na podium, a nawet to w pierwszej dziesiątce. Przez lata startów nauczyłem się pokory. Nie muszę sobie niczego udowadniać - narciarstwo to mój zawód. W gigancie, jak wiesz, jest bardzo silna konkurencja, na dodatek rywalizacja coś na kształt "Austria kontra reszta świata". Austriacy, głównie trenerzy, wygłaszali przed St. Anton bardzo buńczuczne sentencje, ale finalnie poszło im poniżej oczekiwań. Ja byłem jednym z tych, którzy pokrzyżowali im
plany świętowania. Pewnie nie pałają do mnie sympatią. Nagie fakty są jednak takie, że Austria to narciarska potęga. "My" mamy dobrych zawodników - oni świetną reprezentację.

SKI: Wielkie poruszenie i komentarze w narciarskim światku spowodowała twoja decyzja zmiany Rossignola, z którym współpracowałeś przez wiele lat, na Fischera? Jakie były powody tej decyzji?

MvG: To jest złożona sprawa. Podjęcie takiej decyzji nie było łatwe. Startowałem w barwach Rossignola od bardzo dawna i bardzo dobrze nam się współpracowało. Ostatnie lata przyniosły ogromną zmianę w sprzęcie i teraz, jak nigdy dotąd, by osiągać wyniki, trzeba indywidualnie dobierać sprzęt. Miałem swoje przemyślenia w tym temacie. Zaproponowałem, by moje pomysły wdrożyć w produkowane narty. Czas naglił, bo zbliżał się nowy sezon, a ja miałem konkretne pomysły, które należało wprowadzić. Moje wymagania nie były łatwe do spełnienia. Zdawałem sobie z tego sprawę.

Należało stworzyć nowy zespół badawczy, a Rossignol miał już opracowaną koncepcję swojej narty gigantowej - nie chciał zaczynać wszystkiego od nowa. To było absolutnie zrozumiałe. Ja byłem jednak zdeterminowany. Postanowiłem, że jeśli nie uda mi się stworzyć narty "pod siebie" i jeździć komfortowo, to kończę karierę. Mam już swoje lata i sporo osiągnąłem.

Michael von Gruenigen jedzie po złoto w St.Anton
fot. Hans F.Punz
SKI: Ale skąd się wziął Fischer?
MvG: Fischer błyskawicznie odpowiedział na moje wymagania. Stworzył zespół kilku konsultantów, którzy pracowali tylko przy tym projekcie. W ciągu kilku miesięcy zbudowaliśmy ponad 100 par nart! Pracowaliśmy w systemie: projekt, narta, jazda na lodowiec, testy, poprawki itd. To była naprawdę ciężka praca, za co Fischerowi bardzo dziękuję. Efektem jest obecna narta gigantowa Fischera, która oczywiście bardzo mi odpowiada - bo to także "moja" narta! Myślę, że również wersja handlowa powinna zadowolić najwybredniejszych miłośników race carvingu. Potem przyszedł czas na slalomki...

SKI: Czy trasy giganta i slalomu zmieniły się wraz z carvingową rewolucją na stokach? Mam na myśli
sposób ich ustawiania.
MvG: Zmiany są bardzo wyraźne, ale tylko w gigancie. Jest teraz więcej miejsca między bramkami, a to oznacza, że jazda jest o wiele szybsza. Jednocześnie można jechać o wiele płynniej. Jest to ważne zwłaszcza na stromym stoku. Co się tyczy slalomów - moim zdaniem sposób ich ustawiania nie różni się zbytnio, lub nawet wcale od czasów sprzed carvingowego przełomu. A to, że wygrywają slalom carvery oznacza, że na tych nartach po prostu szybciej się jeździ.

SKI: No właśnie - masz za sobą długi staż slalomowy. Odnosiłeś spore sukcesy także w tej konkurencji, kiedy królowały jeszcze tradycyjne narty...

MvG: Zgadza się - nie było łatwo przestawić się na nową technikę, kiedy przez lata jeździliśmy zupełnie inaczej. Jednak trening wyniesiony z giganta dał mi wiele. Zauważ, że kryzys dotknął tak naprawdę tylko "zatwardziałych" slalomistów. Mnie pozostało pogodzić się z nowymi czasami i zabrać się do pracy. Może się zdziwisz, ale teraz poświęcam tyle samo czasu treningowi slalomowemu co gigantowemu. Nawet dzisiaj wziąłem slalomki, choć wiadomo, że jazda będzie raczej rekreacyjna. Uznałem, że do generalnej klasyfikacji brakuje mi właśnie punktów slalomowych.

SKI: Slalom zmienia się najbardziej ze wszystkich dyscyplin, czy przewidujesz jeszcze jakieś zmiany w tej konkurencji?

MvG: Przewiduję ciągłą zmianę samych nart slalomowych. Ich radius będzie coraz mniejszy, podobnie jak i długość. Oczywiście bez przesady, są pewne granice. Ale w poprzednim sezonie jeździłem na slalomkach 170 cm, teraz jak widzisz testuję 165, ale jestem prawie pewien, że zejdę na 160. No pewien to może nie, ale wszystko na to wskazuje. To już bardzo radykalna długość... Jeszcze kilka modyfikacji i będzie to możliwe.

SKI: Mieliśmy wczoraj spotkanie ze specjalistą z firmy Carrera, która jest także twoim sponsorem. Powiedz czym powinny się charakteryzować dobre gogle?

MvG: Dla zawodnika najważniejsza jest dobra widoczność. To jest absolutny priorytet. Szyba nie może być nawet minimalnie zarysowana, dlatego mimo ich stosunkowo dużej trwałości w ciągu sezonu zużywamy wielkie ilości szyb.

SKI: To musi być niezwykle kosztowne: te wszystkie warstwy "jednorazowego" użytku!? A parowanie?

MvG: Gogle zawodnicze mają szybę tylko i wyłącznie jednowarstwową - właśnie dlatego, że problem parowania zupełnie tu nie istnieje. Gogle przed startem są ocieplane, do czasu, kiedy zawodnik podchodzi do budki startowej. Potem jest jeszcze zjazd w dół. Łącznie niecałe 3 minuty. W tym czasie gogle nie zdążą zaparować - bo niby z czego? Zaparować mogą dopiero na mecie, ale tam jest już po problemie.

SKI: W Szwajcarii jesteś bardzo popularnym człowiekiem. Jak odnoszą się do ciebie kibice?

MvG: Najwierniejszymi kibicami są oczywiście moi chłopcy: Noel i Elio oraz żona Anna. Najbardziej cieszą się jednak jak wracam do domu, bez względu na to, czy z tarczą czy bez...

rozmowę przeprowadził
Jacek Trzemżalski
SKI magazyn

Dodaj skionline.pl do ekranu

iPhone i iPad Safari

  1. Stuknij Udostępnij (w nowszym Safari najpierw „•••”).
  2. Przewiń listę i wybierz „Do ekranu początkowego”.
  3. Stuknij „Dodaj”.

W innych przeglądarkach na iPhonie ta sama opcja jest w menu Udostępnij.

Więcej o aplikacji