Świętuj z nami 30 lat
SportFelieton

Hermann Maier. Tako rzecze Herminator

Czyli Hermann Maier o swoich startach w sezonie 2000/01.

W tym tekście

Söelden - Park City

Trasa drugiego w tym sezonie giganta w Park City była przygotowana znakomicie, więc miałem nadzieję, że pojadę równie dobrze, jak w Gigancie otwarcia w Söelden, w którym wygrałem. W dniu zawodów było bardzo zimno: -18°C. Na pierwszym odcinku trasy nie jechałem wystarczająco agresywnie i straciłem tam mnóstwo czasu. Spowodowała to mgła, w której jeżdżę teraz bardzo ostrożnie. Dawniej ryzykowałem o wiele bardziej w takich warunkach, ale trzeba myśleć o całym sezonie, a nie tylko o jednych zawodach. W drugim przejeździe popełniłem kilka błędów, ale cóż, nie jestem maszyną. Ostatecznie Lasse i MvG byli tego dnia ode mnie lepsi, więc trzecie miejsce także jest OK. Wiele osób pytało mnie - "czy po tej porażce nie jestem w depresji?" - co za bzdury! Byliśmy tam w Ameryce zszokowani tragedią kolejki w Kaprun. Wiele razy jeździłem tym wagonikiem. Kiedy o tym myślę, zdaję sobie sprawę, jak w gruncie drugorzędną rzeczą jest ściganie się o najlepszy czas na stoku...

Lake Louise

Przed pierwszym zjazdem w tym sezonie bardzo już tęskniłem za tą konkurencją. Ostatni start odbył się przecież ponad pół roku wcześniej w Bormio. Bardzo lubię Lake Louise - są tam przepiękne krajobrazy i dzika natura Parku Narodowego... no i ten wspaniały hotel, który nie ma sobie równych! Okazało się, że wspomniany Zjazd był dla mnie fatalny, ale ostatecznie po Super Gigancie powróciłem z zaświatów i znów byłem na topie. To jednak o wiele lepsze uczucie niż być piętnastym, tak jak w zjeździe. Poprawdzie Super Gigant w Lake Louise był bardzo trudny. Zmienne warunki śniegowe i mnóstwo muld, w związku z cienką warstwą śniegu. Na trasie czułem się naprawdę mocny, choć po przekroczeniu linii mety nie byłem zadowolony na 100%. Po feralnym zjeździe, o którym z chwilę, jechałem zbyt ostrożnie i nie ryzykowałem tak jak zwykle, ale dzięki Bogu to i tak wystarczyło. Ostatecznie mam swoją rutynę i SuperG najbardziej mi pasuje ze wszystkich alpejskich konkurencji. Jak na SG osiągali Teraz kilka słów o zjeździe: po prostu wziąłem niewłaściwe narty. Koniecznie chciałem spróbować czegoś nowego i miałem upatrzoną taką parę treningową, która była bardzo szybka podczas zjazdów rozpoznawczych. Niestety nie była ona przygotowana na prawdziwy wyścig i jak można się było przekonać, mój wybór nie był... "właściwy". Na szczęście szybko zapomniałem o tym fatalnym zjeździe i spokojnie mogłem się skoncentrować na SG. Zwycięstwo w Lake Lousie było 30. w mojej pucharowej karierze.

Vail / Beaver Creek

Po przelocie do Denver "wylądowaliśmy" ostatecznie w Vail. Trasa zjazdu w Beaver Creek (Birds of Pray) należy do moich ulubionych i wiele sobie obiecywałem po tamtym starcie. W końcu tam zostałem Mistrzem Świata! Chciałem się także odegrać po Lake Louise. No i udało się!!! Po prostu kocham te góry: ekstremalna stromizna, lód, spektakularne skoki i maksymalna prędkość! Po moim wielkim sukcesie w Mistrzostwach Świata, na starcie czułem się bardzo... bezpieczny. Miałem same pozytywne myśli i byłem pewien, że nikt mnie nie pokona. I szczęśliwe tak się stało! Po minięciu mety, gdy spojrzałem na tablicę wyników. Wiedziałem, że o to chodziło, że tego dnia ja będę na szczycie. Niedzielny Super Gigant był już o wiele "spokojniejszy", zwłaszcza, że po Zjeździe trochę świętowałem. Nie był to optymalny przejazd i od samego startu nie mogłem znaleźć właściwego rytmu. Tuż po zawodach byłem na siebie bardzo zły, ale chłodna kalkulacja wyników, które osiągnąłem za oceanem wprawiła mnie znów w dobry nastrój: 2 zwycięstwa na 5 startów i prowadzenie w łącznej klasyfikacji Pucharu Świata z 416 punktami.

Val d’isere

W Val d’Isere byłem szczególnie umotywowany, a to ze względu na swój 99 i 100 start w zawodach Pucharu Świata. I nie tylko z tego względu mogę swój start w Val skomentować: "co za weekend!". Najpierw odbył się Zjazd, który był moim 33 zwycięstwem, a potem Gigant - 34 zwycięstwo. Z reguły mam gdzieś takie statystyki i zostawiam je dziennikarzom, ale z wynikiem 34 zwycięstwa na 100 startów czuję się naprawdę nieźle. Po prawdzie trasa zjazdu nie należała do najtrudniejszych, raczej sprawia trudności techniczne niż kondycyjne. Najważniejszą rzeczą jest zachowanie prędkości od startu do mety. Wszystkie skręty powodują jej wytracanie, a wypadałoby raczej przyspieszać. W związku z tym ten "nie najtrudniejszy zjazd" należy do najniebezpieczniejszych. Każdy zawodnik stara się pojechać jak najszybciej i wszyscy jadą ma swojego maxa, węsząc dla siebie szansę na sukces. Nie ma żadnej rezerwy, żadnej taryfy ulgowej. Podobnie było podczas pamiętnych Igrzysk w Nagano. Stając tam na starcie wiedziałem, że muszę iść na całego, że trasa jest na tyle łatwa, że każdy będzie myślał o medalu dla siebie. Pamiętacie, jak to się dla mnie skończyło... Zjazd w Val d’Isere wygrałem w środkowej części na super gigantowych łukach, które bardzo przypadły mi do gustu. Także fakt, że mieliśmy tylko jeden trening, pomógł mi bardzo. Z reguły po jednym treningu wiem już o trasie wszystko, a nie wszystkim to wystarcza. Także Gigant poszedł mi znakomicie, choć nie zapowiadało się wesoło. Trasa była źle przygotowana. Było bardzo miękko. Ponadto wśród trenerów rozgorzała dyskusja, jakie numery powinniśmy wybrać: czy jechać zanim trasa się zniszczy, czy raczej poczekać, co się będzie działo. Postanowiłem nie czekać na nikogo i pojechałem pierwszy, jako test pilot. Na miękkich trasach moja agresja nie jest wskazana, dlatego zdecydowanie wolę żywy lód. Na szczęście w Val udało mi się znaleźć optymalne połączenie agresywnego ataku z miękkim carvingiem. Na to potrzeba instynktu, który wyrabia się podczas wielu lat doświadczeń. Nabyłem tego jeszcze w czasach, kiedy jeździłem, tak sobie, dla przyjemności oraz jako instruktor. To samo zdanie ("co za weekend") mogę powiedzieć o następnych startach w Val d’Isere. W narciarstwie udało mi się osiągnąć więcej niż kiedykolwiek marzyłem. Jeżeli nie byłbym prawdziwym narciarzem, nie zawracałbym sobie głowy, tym co się stało przed drugim Gigantem w Val. Podjęte tam decyzje nie tylko dotknęły mnie osobiście, ale także źle świadczą o tym co się dzieje w narciarskim świecie. Oto krótki opis tego co się stało: Podczas oglądania trasy drugiego Giganta, wiedziałem, że będę bacznie obserwowany przez organizatorów i sędziów. Lubię po prostu oglądać trasę sam, kiedy już wszyscy zjadą na dół i dlatego nigdy się z tym nie spieszę. Szczególnie uważnie śledziłem więc wskazówki zegara, tak by nie przekroczyć limitu czasu, który mijał o 8:45. Zegar na mecie tego dnia nie działał... O godzinie 8:37:30 sędzia FIS - pan Hujara podał oficjalny czas jednemu z naszych trenerów. Wiedzieliśmy, że nasz czas się już kończy, więc niedługo ponownie poprosiliśmy o podanie oficjalnego czasu. Pomimo naszej podwójnej prośby pan Hujara nie podał nam czasu. Zaniepokojeni trenerzy kazali mi szybko zjeżdżać w kierunku mety, co niezwłocznie uczyniłem. Gdy się tam pojawiłem włączył się oficjalny zegar, który pokazywał godzinę 8:46. Gdy mijałem linię mety wyskoczyło właśnie 8:46:14. Popatrzyłem na swój zegarek. Pokazywał 8:45. Wyregulowałem go zaraz po rozmowie z panem Hujarą ok. 8:38... Regulamin zakłada minutową tolerancję, tak więc według czasu na mecie spóźniłem się 14 sekund. Koniec końców za przekroczenie limitu czasu na oglądanie trasy, FIS wykluczył mnie z zawodów. Ale naprawdę zdenerwowała mnie druga decyzja FIS. Z powodu protestu złożonego przez Szwajcarski Klub Narciarski FIS wykluczyła mnie z następnego Giganta w Bormio, uzasadniając to "niedozwolonym, szybkim zjazdem po trasie, który zagrażał osobom tam pracującym". Otrzymałem za to także karę pieniężną w wysokości 220 tys. ATS. Moja wersja wydarzeń wygląda tak: Nasz główny trener (Toni Giger), złożył protest przeciwko mojej dyskwalifikacji i wysłał mnie na start. Na 10 minut przed startem, mój pomocnik poinformował mnie o ostatecznej dyskwalifikacji. W związku z tym wolno, w normalnej kurtce i spodniach zjechałem na dół. Wszyscy, którzy widzieli to w telewizji mogą potwierdzić, że nie stworzyłem żadnej niebezpiecznej sytuacji na stoku. Nie wiedziałem, że obowiązuje mnie zakaz pojawiania się na trasie, a osoba na starcie nie powstrzymała mnie od zjazdu. Osobiście uważam, że na narciarskiej arenie pojawili się ludzie, którzy bardzo nie lubią moich sukcesów i na dodatek starają się mnie pokonać w inny niż sportowy sposób. W gruncie rzeczy nie zdarza się to po raz pierwszy, bo było już posądzenie mnie o doping, dyskwalifikacja, że odpiąłem narty przed czerwoną linią itp. Dzięki Bogu do tej pory jakoś radziłem sobie z tą formą psychicznego terroru i zawsze starałem się odpowiadać sportowym językiem. Bardzo mnie niepokoi ta manipulacja wynikami przy zielonym stoliku.

BORMIO
O Gigancie w Bormio, do którego ostatecznie mnie dopuszczono, chciałbym jak najszybciej zapomnieć. Po prostu nie zrobiłem tego, co do mnie należało. To nie była dobra praca, ale uwierzcie mi - czułem się bardzo zmęczony. Na szczęście Święta Bożego Narodzenia mogłem spokojnie spędzić z rodziną we Flachau i wreszcie psychicznie i fizycznie odpocząć. Do kolejnych zawodów przygotowywałem się jak zwykle w Centrum Olimpijskim w Obertauern - trening na sucho i na Reiteralm niedaleko Schladming w Styrii. Tym bardziej zależało mi na dobrych startach, że zamieszanie wokół startu w Bormio, zmobilizowało mnie, by wszystkim moim oponentom dać sportową odpowiedzieć na ich ataki.

Les arcs

Nie był to start, którego mógłbym sobie życzyć. Trasa Giganta była bardzo długa i trudna. Pierwszy przejazd mimo mgły był OK., ale o drugim chciałbym jak najszybciej zapomnieć. Jest więcej niż jeden powód mojego słabego występu. Po pierwsze wciąż jeszcze odczuwałem skutki poświątecznego przeziębienia, a drugi powód to stan trasy. Widzialność z powodu mgły była bardzo zła, a śnieg niezwykle miękki i mokry. Dawało to duże zagrożenie wypadnięciem i kontuzją. Tak się stało z moim kolegą Andreasem Schiffererem. Ten incydent z Schiffim spowodował, że zwyczajnie jechałem bardzo ostrożnie. No ale to nie umniejsza wspaniałemu zwycięstwu Michaela von Gruenigena. Tego dnia był po prostu zdecydowanie najlepszy.

ADELBODEN
Na szczęście kilka dni później stok w Adelboden był taki, jaki tylko sobie mogłem wymarzyć. Bezchmurne niebo i naprawdę twarda, lodowa trasa, dodawały mi apetytu na zwycięstwo w tym Gigancie. Teren jest tam miejscami bardzo, bardzo stromy! Niedaleko przed metą, na ostatniej ścianie jest prawie pionowo! Tego naprawdę nie widać w TV. Tego dnia znów byłem na topie i zrewanżowałem się MvG w jego ojczyźnie. Jako nagrodę otrzymałem słynny pas z krowiej skóry - to już mój trzeci, bo tyle razy wygrywałem w Adelboden. Krótko po tym wyjechaliśmy na zjazd do Wengen. Bardzo lubię tamtejszą trasę, lecz niestety mgła uniemożliwiła rozegranie zawodów.

KITZBÜHEL
Tydzień przed zawodami w Kitz był znów stresujący i męczący. Właśnie wtedy odbierałem w Londynie nagrodę dla "najlepszego sportowca zimy" w 2000 roku, podczas dorocznych "World Sport Gala Award". Takie wydarzenia bardzo mnie motywują. Jak się okazało skutecznie, bo w piątek tego tygodnia wygrałem najbardziej spektakularny i najtrudniejszy Super Gigant, w jakim miałem okazję startować. Zastałem tam niezwykłą twardość stoku, lód i świetnie przygotowane podłoże. ...no i ci widzowie, którzy tworzą znakomitą atmosferę. Podsumowując: były to dwa dni, które wstrząsnęły "Świętą górą" Austriaków i faktycznie miały tu miejsce dwa moje wielkie zwycięstwa: w Super Gigancie i w Zjeździe. Zasmucił mnie upadek Hansa Knaussa na trasie zjazdu. Było to tuż przed moim przejazdem i od razu wiedziałem, co się stało. Na szczęście, w takiej sytuacji jestem jak w transie, znajduję się w moim własnym świecie. Staram się maksymalnie skoncentrować na jeździe. Mam nadzieję, że Hans szybko wróci do formy.

Garmisch partenkirchen

Przed czterema laty w Garmisch odniosłem swoje pierwsze pucharowe zwycięstwo, będąc jeszcze "nikim" (było to dokładnie 23.02.1997 roku). W tegorocznym Zjeździe pech nie chciał mnie zostawić w spokoju. Widzieliście to w TV. Podczas downhillu, w skręcie wiązanie pod butem odeszło na łączeniu z nartą i już było po zawodach. Prognoza na SG nie była więc dla mnie szczególnie optymistyczna. Jednak pojechałem na całego i wygrał ze mną tylko Christoph Gruber i to o 0,01 sekundy. Trzeba nadmienić, że Christoph całą trasę jechał na maxa, będąc na granicy wypadnięcia. Gratulacje!

St. Anton

fot. Allsport/Eurosport
Mistrzostwa zaczęły się dla mnie na brązowo i nie bardzo mnie to zmartwiło. Byłem co prawda "dopiero" trzeci w "mojej" konkurencji - czyli Super Gigancie, ale właśnie brązowego medalu brakowało mi do kolekcji. Wiele znów było po tym starcie komentarzy dotyczących mojego zachowania. Na mecie uśmiechałem się ironicznie, ale nie dlatego, że Daaron zepchnął Steffa Eberhartera z pierwszego miejsca. Śmiać mi się chciało dlatego, że Rahlves był jednym z tych narciarzy, którzy często prosili nas o wspólne oglądanie trasy, "tak by nie stracić kontaktu z najlepszymi narciarzami świata". I właśnie teraz, podczas najważniejszego startu w roku, dokopał nam na całego! Niektórzy zawodnicy żałują - "jaka szkoda, że już po Mistrzostwach". A ja wręcz przeciwnie - cieszę się, że to już się skończyło. Co tu dużo mówić, byłem faworytem we wszystkich trzech konkurencjach, w których startowałem. Nikt się nie spodziewał jakichś specjalnych niespodzianek, nie wyłączając mnie. Ale po prawdzie, od samego początku Mistrzostwa nie układały się po mojej myśli. Było po prostu zbyt ciepło, a co za tym idzie trasy bardzo rozmiękły. W takim terenie, nie będę ukrywał, nie czuję się najmocniejszy. Dlatego brąz w SG, a potem srebro w Zjeździe naprawdę mnie ucieszyły. Ale już 4 miejsce w Gigancie bardzo mnie rozczarowało. Teraz, kilka dni po skończonych zawodach, mogę spokojnie się nad tym zastanowić i wiem, że nie byłem dobrze psychicznie przygotowany do tych Mistrzostw. Po tych wszystkich zamieszaniach wokół mojej osoby, zatraciłem coś, co można by nazwać "instynktem zabójcy". W St. Anton nie byłem umotywowany tak, jak np. 2 tygodnie wcześniej w Kitzbühel, kiedy w głowie miałem tylko zwycięstwo. Oczywiście moją frustrację pogłębia fakt, że chciałem pokazać się w ojczyźnie, pokazać sponsorom i partnerom. Czasem myślę, że rację ma Lasse Kjus, który protestuje przeciwko przeładowanemu kalendarzowi zawodów. Ja nie czułem się taki zmęczony od bardzo, bardzo dawna. Teraz marzę tylko o jednym: chcę spędzić kilka dni w domu i odpocząć. Mam już opracowany program nie treningu, lecz odpoczynku i regeneracji! Jeśli się on powiedzie następne zwycięstwa, czekają tuż, tuż za rogiem.

Herminator

Opracowano na podstawie "Herminators Newsletters",
www.hm1.com

Udostępnij ten tekst
Jacek Ciszak
Autor i redaktor skionline.pl · vlog „JC w podróży”

Od 30 lat odwiedza ośrodki narciarskie na całym świecie, od Kanady przez Europę po Japonię. Każdy ośrodek, o którym pisze, sprawdza na miejscu, z nartami na nogach.

Ubezpieczenie na narty od 34,51 zł/os. za 7 dni 
Pewne ubezpieczenie narciarskie: ratownictwo na stoku i leczenie za granicą, w wyższych wariantach także OC narciarza. Polisa przychodzi e-mailem kilka minut po płatności.
Oblicz cenę

Dodaj skionline.pl do ekranu

iPhone i iPad Safari

  1. Stuknij Udostępnij (w nowszym Safari najpierw „•••”).
  2. Przewiń listę i wybierz „Do ekranu początkowego”.
  3. Stuknij „Dodaj”.

W innych przeglądarkach na iPhonie ta sama opcja jest w menu Udostępnij.

Więcej o aplikacji