Dzień dobry Mont-Blanc
Już na lotnisku w Genewie wszędzie słychać było jedno tylko słowo: Chamonix. W busie, który dowiózł nas na miejsce, w rozmowach wciąż przewijały się wtręty o piątkowym szaleństwie, które tam na nas czeka. "Ski or board?" ("narty czy deska?"), zamiast standardowego "hi" lub "hello" na powitanie, od razu wprowadza nas w klimat. W miarę oddalania się od Genewy, w oczach rosną kolejne skalne masywy. To znak, że zbliżamy do doliny Chamonix.
Miasteczko powitało nas spokojną, wieczorną atmosferą. Francuskie wille, utrzymane w charakterze alpejskiej architektury, wyglądały nieco sennie. W kilku barach i pubach tętniło wprawdzie życie, ale na "piątkowe szaleństwo" się nie zanosiło. Rzeczy wrzuciliśmy do hotelowego pokoju. Sprawdziło się to, co przeczytaliśmy na internetowej stronie. Przytulny hotelik, w samym centrum, około 100 metrów od kolejki na Aiguille du Midi, tuż przy głównym placu, na którego środku stoi rzeźba Horacego de Saussura i Jacquesa Balmata. Ostatni z nich, wspólnie z Michelem Piccardem, w 1786 jako pierwszy zdobył Mont-Blanc. Z kolei Saussur określił wówczas wysokość szczytu.
Posągowy palec Balmata wskazuje wierzchołek masywu. Zobaczyliśmy go dopiero rano, rozświetlony słońcem… za to wprost z naszych łóżek! Silny wiatr, wiejący prawie 4 tysiące metrów nad nami, zdmuchiwał śnieg ze szczytów. Potężne wierzchołki wypuszczały w niebo gęsty, biały dym.
W dolinie słońce wschodzi nieco później. Chamonix leży w samym środku, ze wszystkich stron otoczone wyciągami narciarskimi. Z jednej strony kolejka na Aiguille du Midi, z drugiej pasmo Brévent-Flégére. Z centrum narciarzy rozwożą też busy do stacji w pobliskich Argentiere, Le Tour i Les Houches. Dlatego panuje tu specyficzny klimat. Od wczesnego rana do wieczora uliczkami przechadzają się narciarze i snowboardziści ze sprzętem pod pachą (nawet po północy można jeszcze spotkać kogoś w butach narciarskich…). My również w drodze na stok "zaparkowaliśmy" deski przed kultowym barem Moyo's przy placu Balmata. Ciepłe kanapki i kawa przy świeżym i mroźnym powietrzu na ponad tysiącu metrów smakują niebiańsko. Dopiero po 10.00 do centrum Chamonix zaczyna wdzierać się słońce. Robi się ciepło i przyjemnie. Kuszą nas ulice wzdłuż, których ciągną się pasaże gęsto utkane sklepami, wszystkich najlepszych światowych firm z zimowym sprzętem i ubraniami. Zostawiamy to na inną okazję.
Więcej przeczytasz na blogu Chamonix Tour 2010
