Narty - skionline.pl
Skocz do zawartości

Ranking

Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 05.02.2021 w Wpisy na blogu

  1. W ciągu następnych dni po dziewiątym sierpnia. Persepolis Pojechaliśmy do Persepolis. Po to głównie przyjechaliśmy do Szirazu. To tylko kilkadziesiąt kilometrów od tego miasta. Persepolis – miasto Persów, jak nazwali je Grecy. Uważane za jeden z cudów świata. W Iranie, jego miejscowa nazwa brzmi - Tacht-e-Jamshid. Chodziliśmy w Teheranie po takiej ulicy. Pierwsze, co się rzuca w oczy w pobliżu, jak się podejdzie, to długa platforma, zbudowana z ogromnych ściśle dopasowanych skalnych bloków. Wyrównywała ona teren do budowy. I zapewne dodatkowo broniła pałace. Jej wymiary wynoszą około czterysta na dwieście osiemdziesiąt metrów. Moje inżynierskie oko oceniło ją na ponad dziesięć metrów nad gruntem, w pobliżu wejścia. Nie pomyliłem się dużo, ponieważ największa jej wysokość sięga nieco ponad dwanaście metrów. Wysokość jej stopniowo malała, ponieważ teren się podnosił, w stronę pobliskiej góry. Wchodziliśmy na nią schodami, ozdobionymi płaskorzeźbami, w pobliżu jej lewego rogu. Wejście na platformę tworzy „Gate of All Nations”(Brama Wszystkich Narodów). Strzegą jej dwa skrzydlate byki z ludzką głową. Persja była wtedy mocarstwem. Jej posiadłości rozciągały się od Bałkanów po dolinę Indusu. Posiadała także kawałek Egiptu i Północnej Afryki. Królowie Perscy wyznawali Zoroastrianizm. Religia ta została założona około sześć set lat przed Chrystusem przez Zoroastra. Jedynym Bogiem był Ahura-Mazda. Wyznawcy tej religi umieszczali swoich zmarłych na wysokich wieżach. Zwanych „Tower of Silence”(wieża spokoju). Na cztery dni i noce. Sępy pozostawiały z nich tylko kości. Najazd Arabów w roku osiemsetnym spowodował ich wyparcie. W Persji rozpoczęła się era islamu. Resztki Zoroastrian jeszcze żyją w Indiach. Budowę Persepolis rozpoczął Dariusz Wielki(Dariusz I)z dynastii Achemenidów pięćset lat przed nową erą. Trwała sto pięćdziesiąt lat. Pałace były budowane z ciemnoszarego marmuru. Persepolis nie było stolicą Persji, w dosłownym słowa znaczeniu. Stolicami były Suza, Babilon. Był to zespół pałaców przeznaczony dla majestatycznych ceremonii. Świadczących o potędze władcy. Aleksander Wielki po pokonaniu Persów(Dariusza III) spalił je w roku 330 przed nową erą. Okoliczności tego aktu są dosyć tajemnicze. Mówiono, że to był rewanż, za wcześniejsze zniszczenie Aten przez Persów. Niektórzy starożytni historycy(min. Plutrach) pisali, że ucztujący w Persepolis pijani Grecy, po zwycięstwie nad Persami, zostali podpuszczeni przez kurtyzanę Atais. Szybko zebrano dużo pochodni i przy wtórze muzyki, za przykładem króla, zaczęto je wrzucać w materiały ozdabiające pałace. Grecy nienawidzili Persów za zniszczenie swoich świątyń. Za „Bramą Wszystkich Narodów” jest Pałac Apadana. Sala w swojej środkowej, podniesionej części była kwadratem o boku ponad sześćdziesiąt metrów. Była to wielka sala audiencyjna. Parę kolumn z tej sali jeszcze stało. Na kapitelach tych kolumn umieszczone były mityczne kreatury(griffiny), jak na zdjęciu nr 5. A na nich opierał się dach z cedrów libańskich. Obitych złotymi blachami. To może była bujda. Wymagałoby to ogromnych ilości złota? Może to była miedź, którą już parę tysięcy lat wcześniej znali Egipcjanie. A może miedź była pokryta cieniutkim złotem. W każdym razie, taki wielki i wysoki dach robił ogromne wrażenie na przybyszach. Gościach króla królów – jak tytułował się szach Persji. Za Apadaną była Sala Tronowa zwaną także Pałacem Stu Kolumn, z których zostały tylko „pieńki”. Jej wymiary wynosiły około osiemdziesiąt na osiemdziesiąt metrów. Prowadziło do niej osiem bram. Bardzo zdobionych płaskorzeźbami. Po dwie na każdy bok. Z boku tej sali, od strony góry, były pomieszczenia przeznaczone dla wojska i stajnie dla koni. Za Apadaną był osobisty pałac szacha Dariusza -Tachara. Jeszcze dalej, w prawo(w lewo na moim zdjęciu), pałac Xerxesa - Hadish. W środku platformy pałac - Hall of Tripylon. W rogu platformy po lewej stronie Sali Tronowej(na moim zdjęciu) były trzy duże sale, przeznaczone na skarbiec królewski. Obok nich podłużny budynek haremu. Aleksander Wielki podobno zdobył w Persepolis 3500 ton szlachetnych metali. Srebra i złota. Które kolejni władcy, z dynastii Achemenidów, gromadzili w tym miejscu. Inne źródła podają, że musiał na wywiezienie skarbu przeznaczyć trzy tysiące wielbłądów. Wielbłąd raczej nie poniesie jednej tony. Czas spowodował, że ruiny Persepolis były w dużym stopniu zasypane. Odkopywanie ich zaczęło się przed drugą wojną światową. Przy okazji wiele z wykopalisk znalazło się w muzeach w Stanach Zjednoczonych i Europie. Zdjęcia: 1. Wejście na poziom platformy. “Brama Wszystkich Narodów”- to jest narodów pod panowaniem dynastii Achemenidów. Z każdej jej strony skrzydlaty byk z ludzką głową. Jego wielkość można ocenić, porównując je do naszych postaci. Mierzyłem -175 cm. Przyglądając się bliżej nogom bydlęcia zauważyłem wyryte, czymś ostrym, daty -18…ileś tam lat. Może były też wcześniejsze lata? Zaznaczanie przez „wycieczkę” - tu byłem – jest, zdaje się, stare jak świat. 2. Te same skrzydlate byki z profilu. Dalej widoczna wysokość platformy. 3. Kolumny sali audiencyjnej - Apadany. Gładka kolumna miała swoje zwieńczenie wysokim kapitelem. Do którego był umocowany griffin - na przykład taki, jak na zdjęciu dalej. Wyszła ze mnie inżynierska dusza. Jak wysoko był dach Apadany? Zakładając, że jej belki, były układane na płaskiej części griffina? Mierząc na ekranie wysokości tych elementów i porównując z moim wzrostem oszacowałem, że dach z belek był układany na poziomie około dwudziestu kilku metrów nad platformą. Apadana w swojej środkowej, podniesionej, reprezentacyjnej części była kwadratem o boku około 65 metrów. Posiadając wewnątrz 36 filarów. 4. Kapitel kolumny 5. Griffin. Dwie głowy końskie. Można porównać jego wymiary z moją żoną(wzrost -160 cm). Oraz oszacować wagę. Były także głowy ptaków drapieżnych, w takim samym układzie. 6. Sala Tronowa. Zdjęcie przez jej bramę wejściową. Podstawy kamienne drewnianych kolumn. W głębi widać niską górę oraz wykute w niej miejsce na grób Atarxerxesa III. 7. Płyta na wejściem do grobu Atarxerxesa III. 8. Płaskorzeźba na bramie wejściowej do Sali Tronowej. Król siedzący na tronie. 9. Wyszedłem wyżej, w stronę grobu Atarxerxesa. I sfotografowałem widok platformy. Na pierwszym planie Sala Tronowa. Widać stojące jeszcze bramy. Po dwie na każdy bok. Z lewej strony tej sali zaznaczono mury i miejsca kolumn sal skarbca królewskiego. Wysokie kolumny z prawej to Apadana. U ich dołu, niskie schody, do wejścia małą platformę sali audiencyjnej. Bardziej w prawo, za kadrem, było wejście na platformę, na dziedziniec przed Apadaną. Kończąc opis zdjęcia: W środku, na platformie, na tle namiotów Szacha Pahlaviego, pałac Dariusza - Tachara. Z lewej strony kadru - pałac Xerxesa. A tuż za Salą Tronową - Tripylon. 10. Widok od strony skarbca. W środku Tripylon. Przeznaczenie jego nie bardzo było znane. Przypuszcza się, że był to pałac, gdzie król się spotykał prywatnie z notablami. 11. Król siedzący na tronie przyjmuje hołd swoich poddanych. 12. Żołnierze perscy przed swoim dowódcą. Zbrojni we włócznie i łuki 13. Król walczący z bykiem. 14. Lew walczący z bykiem. Pozwólmy teraz działać wyobraźni. Jest rok, powiedzmy - 350 przed Chrystusem. Do Persopolis zbliża się wędrowca, poddany króla. Przyjeżdża oddać mu hołd. Widzi ogromną, wysoką, kamienną platformę. Na niej szereg pałaców. Z dominującą Apadaną. Budynek mający sto metrów długości i wysoki na ponad dwadzieścia. Jego złoty dach błyszczy w silnym słońcu południa. Co za potężny władca to zbudował i ma tu swoją siedzibę? Namioty, w głębi, postawił Reza Pahlavi. Dla zaproszonych gości, możnych tego świata. Z okazji 2500 –lecia swojego imperium. Bilet na platformę kosztował pół dolara od łebka. Natomiast pięć razy więcej za zwiedzanie namiotów . Nie skorzystaliśmy. Snobizm kosztuje!
    2 punkty
  2. Dziewiątego sierpnia. Postanawiamy wstać wcześnie. Jedynie rano i wieczorem można, bez specjalnego wysiłku, zwiedzać Sziraz. Taksówką podjeżdżamy pod mauzoleum szacha Czeragha. Stąd kilkaset metrów i jesteśmy na dziedzińcu Meczetu Starego, zwanego inaczej Meczetem Piątkowym. Masdjed Jame Atigh. Meczet został wybudowany w siedemset sześćdziesiątym ósmym roku na rozkaz Amra Ibn Leith Safari. Szach Abuleshagh, panujący w czternastym wieku, kazał wybudować na środku dziedzińca czworokątny budynek imitujący Kaabę w Mekce. Rogi budyneczku mają małe baszty, pomiędzy którymi jest mały balkonik z dwoma niewielkimi kolumnami. W środku budyneczku jest niewielkie pomieszczenie w którym przechowywano Koran. Jeszcze jedna ciekawostką tego meczetu jest zimowa sala - Szabestan. Tu też jest dużo uczącej się młodzieży. Na balkonikach wspomnianego budyneczku śpią w cieniu starzy ludzie. Przez dziedziniec przejdzie czasem kobieta z dzieckiem. Pojawi się mułła w turbanie. Jest cicho i spokojnie. Tylko słońce przypieka. Pasja fotografowania powoduje, że ciągnę za sobą moją dwójkę po wąskich uliczkach miasta. Aby zrealizować motyw - wąska uliczka, zamknięta w tle kopułą meczetu i kobieta w czadorze na pierwszym planie. Jesteśmy w labiryncie. Wysoki gliniany mur z obu stron uliczki. Nagle skręcającej pod kątem prostym. Czasami mamy wrażenie, że znajdujemy się w długiej bramie jakiegoś domu, by za chwilę wynurzyć się z mroku na zalaną słońcem uliczkę. Z uliczki przez niewielkie otwory, w tym wysokim murze, wchodzi się w mroczne labirynty irańskiego szyity. Ale to strefa zakazana dla obcych, a tym bardziej dla niewiernych. Jedynie nędzne sklepiki są dostępne dla każdego. Tu już nie zagląda bogaty turysta. Dla niego jest Persepolis. I wspaniałe meczety. Tu też, jak w Isfahanie słyszymy - hallo mister! Hallo-madam! Nasza chęć do zwiedzania maleje w miarę wznoszenia się słońca w stronę zenitu. Bazar. Można go określić jednym zdaniem. Gdzie mu tam do isfahańskiego! Chociaż budynek jest może ładniejszy. Za to mieszanina ludzka jest coraz barwniejsza. Czadory. Oprócz czarnych, popielato-brązowych są też białe w małe kwiatuszki. Na głowach coraz więcej zawojów, turbanów. Jesteśmy coraz bliżej irackiego, perskiego Arabistanu. Dwieście kilometrów na południe jest Zatoka Perska. Za nią Kuwejt, Arabia Saudyjska. Orient. Arabski świat. Widzimy kobiety w czarnych czadorach, posiadające na twarzy coś na kształt masek na balu karnawałowym. Zasłaniają nos, policzki czoło, pozostawiając otwór na oczy. Chodząc w półmroku po bazarze i słuchając dolatującej muzyki Wschodu, można by odnieść wrażenie, że jesteśmy na gigantycznym balu maskowym. Wchodzimy do dużego ogrodu. Przed nami ośmioboczny budynek z okresu panowania Karim Khan Zanda. Obecnie muzeum „Pars”. Ogród jest naprawdę śliczny. Wchodzimy do wnętrza muzeum. I małe rozczarowanie. W zasadzie jedyne eksponaty tworzą szabla fundatora budynku i Koran napisany pismem kufickim. Rozglądamy się daremnie za wspaniałościami opisywanymi przez prospekt. Obok budynku są trzy małe baseniki. Przyjemnie jest patrzeć na niebiesko -zieloną wodę i siedzieć w cieniu rozłożystych pinii i cyprysów, szczególnie gdy na ulicy jest temperatura ponad czterdzieści stopni. Jednak, mimo cienia, upał daje nam się we znaki. Postanawiamy wrócić na camping. W tym momencie każde z nas widzi się zanurzającego w „chłodnej” wodzie basenu. Ale przed tym wchodzimy do banku Pars, aby wymienić ostatnie nasze dolary. Miły chłód, klimatyzacja, miękkie skórzane ławy. Duży hall, z pracującymi za półkolistym kontuarem urzędnikami. Obok gabinet dyrektora. Przez uchylone drzwi widać szefa piszącego coś na biurku. Nad nim portret szacha Rezy Pahlawi. Szach na portrecie ma pozycję podobną do dyrektora. Ot - właściwy portret władcy do gabinetu dyrektora. Na ścianie obok gabinetu duży termometr. Wielka czerwona skala, z lewej strony, w stopniach Celsjusza, z drugiej Farenheita - dwadzieścia osiem stopni wskazuje Celsjusz. A my odczuwamy miły chłód. Co to znaczy aklimatyzacja. Nie do wysokości, ale do temperatury. I znów rozpalona ulica. Południe. Całe popołudnie spędzamy nad basenem, z małą tylko przerwą na obiad. Zresztą to jedyny sposób przeżycia szirazkiego południa. Camping położony jest poza miastem. Otoczony gustownym metalowym płotem. Czasem przyjeżdża z miasta jakiś samochód, wysiadają niego mężczyźni i siadają za tym płotem. Posiedzą pewien czas i odjeżdżają. Z ich strony za płotem widać kobiety w bikini. Szok! Kobiety w kostiumach kąpielowych. W Teheranie i Isfahanie campingi otaczał wysoki mur. Tylko obsługa oglądała, mówiąc trywialnie - „gołe baby”. Niedaleko campingu jest mauzoleum Saadiego, cel naszej dzisiejszej popołudniowej wędrówki. Saadi wielki perski poeta żył w trzynastym wieku. Na miejscu prymitywnego grobowca Karim Zand wybudował mauzoleum. W ostatnich latach budynek mauzoleum został przebudowany przez Związek Ochrony Pomników Narodowych. Za jedyne dziesięć rialsów wchodzimy do uroczego ogrodu. W jego środku w obszernej krypcie znajduje się grób poety. Na ścianach cytaty z dzieł Saadiego. Na grobem wisi ogromna lampa z brązu. Obok krypty grobowej słynne źródełko poety. Od kilku stuleci ogród i źródło jest miejscem spotkań literatów, i ludzi zakochanych w poezji, i literaturze. Siedzimy na schodach prowadzących do krypty. W dole zapalają się światła Szirazu. Wiatr delikatnie porusza koroną rosnącej obok palmy daktylowej. Ile ona może mieć lat? Zastanawiamy się we trójkę. Jest już stara, a przecież palmy nie rosną szybko. Podchodzi jakiś pan i delikatnie przypomina, że już siódma i że zamykają mauzoleum. Czas wracać. Za nami zamyka się brama z cytatem poety: „Pył z mojego ciała poniesie zapach miłości, nawet gdy tysiące lat przeminie”. Przekład mojego autorstwa z prospektu, w wersji angielskiej lub francuskiej. Więc proszę wybaczyć! Na skale, obok drogi, którą wracamy, zapala się kolorowy neon. Prawdopodobnie jest to też cytat z Saadiego. Zdjęcia: 1. Wejście na teren mauzoleum Saadi`ego. W głębi niski już Zagros. 2. Mauzoleum poety.
    1 punkt
  3. Ósmego sierpnia. Budzę się. Jednak mimo wygodnego, lotniczego siedzenia trudno się w autobusie wyspać. W pewnym momencie widzę przez okno zbliżającą się do szosy karawanę wielbłądów, oświetloną reflektorami samochodu. Trącam śpiącą Ryśkę. Budzi się - ale karawana została daleko w tyle. Przed nami pojawiają się góry o dziwnych kształtach. Góra w kształcie ekierki. Góra w kształcie walca, stojącego na kołowej podstawie, albo góra płaska, jak stół. Miga tablica z napisem –Persepolis, ileś tam kilometrów. Dziwne są koleje ludzkości. Dwa i pół tysiąca lat temu kwitła tu potężna cywilizacja. Budowano takie wspaniałe rzeczy, jak Persepolis. A u nas, w naszej części Europy, nasz przodek żył prawie w epoce kamienia łupanego. Teraz prawie się to odwróciło. Chłop perski, czy egipski niezbyt daleko odbiegł od tej epoki. Jedziemy śródgórskimi dolinami. Ślady zieleni wskazują, że tam jest woda. Od chwili wyjechania z Teheranu, nasza droga wiedzie prawie równolegle do gór Zagros. Niewiele niższych od Alp. Ostatnio było tu już parę wyjazdów z naszego kraju, w poszukiwaniu odkryć. Zagros ciągnie się od północnego zachodu na południe Iranu, w kierunku zatoki perskiej, albo arabskiej. Równolegle do granicy z Irakiem. Sąsiedzi tej zatoki nazywają ją po swojemu. Sziraz ma jeszcze do niej, około dwieście pięćdziesiąt kilometrów. Isfahan, ze swym wysokim położeniem, leżał już w Zagrosie. Za oknami mignie czasem jakaś wieś. Przesuną się gliniane chaty przylepione do stoku, obok drogi. Sziraz jest chyba już blisko. Miasto pojawia się dość nagle. Między dwoma niewysokimi górkami widać w dole gliniane dachy. Dachów tych jest już dużo. A więc to może być tylko Sziraz. Na szczycie lewej góry widać niewielką budowlę. To chyba świątynia ognia. Symbolu Boga Światłości i Dobra -Ahura Mazdy. Grecy nazwali go Zoroastrem. Potomkowie wyznawców Zoroastra żyją jeszcze w Indiach pod nazwą Parsów, gdzie wywędrowali po najeździe arabskim na Persję. Przed wyjazdem do Iranu przygotowałem się „kulturalnie”. Resztę dopełniły prospekty. Stąd domyślam się, że to ich świątynia. Do Szirazu wjeżdżamy przez bramę ozdobiona, jakby inaczej, majoliką. Autobus przejeżdża nad wyschniętym łożyskiem Rudkhan-e-Khosk. Jeszcze kilka minut jazdy i zatrzymujemy się na niewielkim placyku, obok wspomnianej rzeki, wybrukowanym kocimi łbami. Na pierwszy rzut oka widać, że na tym dworcu, w zgodnej symbiozie żyje kilka linii autobusowych. Wysiadamy i od razu stajemy się obiektem zainteresowania taksówkarzy. Są wyjątkowo nachalni. Ale my, w ciągu trzytygodniowego pobytu w Iranie, też zdobyliśmy pewne doświadczenie. Idziemy więc do miasta na poszukiwanie INTO. Po drodze mija nas taksówka z roześmianym towarzyszem podróży Jacka. Siedzieli obok siebie w autobusie. Być może odczuwa satysfakcję, że biali(on też jest biały)Europejczycy muszą teraz chodzić na piechotę. A przecież jeszcze kilkanaście lat temu biały tu, to był pan. Nam to jest zupełnie obojętne. Najwyżej pomyślą sobie, że Europa, albo matka Anglia robią bokami. Dla nas liczy się teraz Sziraz. Miasto perskiej poezji. Tu żyli, i tworzyli Saadi, i Hafiz. Miasto wina i kwiatów - jak jest reklamowane. Podobno jego historia zaczęła się w czasie, gdy powstawało Persepolis. Odległe stąd o kilkadziesiąt kilometrów. A może jeszcze wcześniej. Świadczyć ma o tym fakt, że w Persepolis znaleziono napis, w którym wspomniano o mieście „Szi Razi isz” i o robotnikach pochodzących z tego miasta. Właściwy rozwój miasta zaczął się dopiero w erze islamu. Ściślej w dziewiątym wieku. W dziesiątym wieku Sziraz był stolicą dynastii Dejlamitów. W dwunastym, trzynastym i czternastym stuleciu miasto zaliczało się do największych pod względem wielkości miast islamu. Następne wieki nie były dla miasta łaskawe. Miasto zostało zburzone i dopiero za panowania szacha Abbasa Wielkiego - początek siedemnastego wieku, zostało odbudowane. Karim Khan Zand, panujący w osiemnastym wieku, wybrał Sziraz na swoja stolicę. W tym okresie wybudowano bazar, wiele meczetów, ulic i pałaców. A jak odbywała się budowa, to możemy się dowiedzieć, czytając Mohammada Sadegh Szirazi, autora historii „Giti Ghoszaj Zand”. Pisał on: „Przy wznoszeniu budynków było zatrudnionych dwanaście tysięcy robotników, którym pracę umilali muzykanci”. Nic tylko budować! Gdy skończyła się epoka dynastii Zand, Sziraz został ponownie zburzony. A dziś ? „ Jest miastem trzystutysięcznym zabudowanym, jak wszystkie miasta irańskie, parterowymi i piętrowymi budynkami z gliny, które zamieszkują gościnni ludzie. Jest to miasto, gdzie można dostać dobre wino. A w okresie Now Ruz - Nowego Roku(21 marzec) miasto tonie w kwiatach. W powietrzu unosi się zapach kwitnących pomarańcz, wypełniających ulice”. Tyle dowiedzieliśmy się z prospektu. Na razie maszerujemy ulicą Kari Khan-e-Zand w kierunku INTO. Na wąskim pasku zieleni, oddzielającym jezdnie, rosną małe palmy. Drugi raz w Iranie spotykamy ten symbol subtropików. No cóż! Niezbyt przyjemny klimat mają Irańczycy. W lecie upały, a w zimie mróz. Rysię zostawiamy na ławce do pilnowania plecaków, a sami idziemy do INTO. Za wcześnie. Otwarte od ósmej. Obok biura niewielka budowla. Styl pracy robotników jest dziwnie znajomy. Wracamy do mojej żony. Obok ławki, na której siedzimy we trójkę, zaczyna rozkładać swój towar, na ruchomym wózku, sprzedawca papierosów, gumy do żucia i całego majdanu drobnych rzeczy. Znowu nasuwa mi się porównanie z naszymi kioskami, tylko bez gazet. W INTO dostajemy informacje, gdzie jest camping. Jedziemy taksówką w jego kierunku. Czterdzieści rialsów kosztuje nas ta przyjemność. Ale za to camping jest „very cheap” - bardzo tani - jak oświadcza nam recepcjonista. Siedzący w niewielkiej klimatyzowanej budce obok wejścia. To „very cheap” jest podkreślone zbliżeniem dłoni. Camping jest rzeczywiście very, very. Tylko mała niespodzianka. Śliczna trawa, której Anglicy by się nie powstydzili, jest nie do rozkładania namiotów, ale do podziwiania. Namiot rozbijamy na nieco zakurzonym i kamienistym terenie z tyłu campingu. Na pociechę nie tylko my. Poznajemy naszych miłych Francuzów z Isfahanu. Nieco dalej stoją jeszcze inne namioty. Można, oczywiście, nie spać we własnym namiocie. Do dyspozycji są duże campingowe namioty. Cena umiarkowana pięćdziesiąt rialsów. Od osoby. My płacimy tylko połowę. Czym bliżej końca, tym przyjemniejsze stają się dni naszego pobytu w Iranie. Leżymy obok basenu pod młodymi narwanami. Słońce w zenicie. W dali wypalone góry Zagrosu. Kwitnące oleandry i basen. Czegóż można chcieć więcej? Po południu jedziemy taksówką do miasta. Przed nami prześliczna kopuła meczetu, a właściwie grobu Sajeda Ahmada zwanego także Szachem Czeraghem. Brata Rezy ósmego Imama szyitów. Zwiedzamy? Kobiety - no! Starszy człowiek daje nam do zrozumienia, że Rysi nie puści! Może wejść, jak założy czador. I pokazuje dużą czarną płachtę. Rysia rezygnuje. W bramie tłum, na dziedzińcu jeszcze większy. Na ziemi siedzą grupy ludzi, przeważnie kobiety z dziećmi. Meczet jest dla irańskich szyitów miejscem pielgrzymek. Zdejmujemy buty i oddajemy na przechowanie do małej budy, w której pracuje cała rodzina właściciela tego biznesu. Dalszy ciąg naszego zwiedzania jest trudny do opisania. Nie wiadomo co opisywać - wnętrze mauzoleum, czy fanatyzm religijny. Nie mogę znaleźć innego, właściwego słowa, które opisywałoby to co widzę. Słowo fanatyzm użyłem tu tylko w celu podkreślenia atmosfery. Nie zaś w sensie ujemnym! Nie chciałbym nikogo obrażać. Szanuję każdą religię! O nas, katolikach, też tak można byłoby napisać. Zacznę od wnętrza, które absolutnie całe jest wyłożone kawałeczkami lustra mocowanymi przy pomocy srebra. Wnętrze jest jednym lustrem, tylko, że nie płaskim, ale takim pogiętym. Pogięcie - jakie wynika z ukształtowania ścian , sufitów, filarów. W środku duża, srebrna klatka. Grobowiec Imama. Drzwi do niej zamknięte na dużą srebrną kłódę. Dziesiątki ludzi tłoczą się dookoła klatki. Dziesiątki ust całują srebrną kłódkę. Trudna do określenia atmosfera. Jedni płaczą, inni jakby się śmiali. Na podłodze koczują kobiety w czarnych czadorach z dziećmi. Obok mały remont. Robotnicy spawają i śmieją się głośno. Ostrożnie, nie pozwalając sobie na najlżejszy gest lekceważenia, czy choćby uśmiech, zwiedzamy mauzoleum. Niektóre spojrzenia dają nam do zrozumienia, że nie jesteśmy tu mile widzianymi gośćmi. Odnoszę wrażenie, że łatwo mogłaby powstać sytuacja, która mogła by się źle dla nas skończyć. Wracamy do Rysi. Żona zdecydowała się na włożenie czadoru. Teraz we trójkę idziemy do wnętrza. Zwiedzamy jeszcze raz. Obok znajduje się małe muzeum. Za trzydzieści rialsów. Wchodzimy do środka. Dwa mikroskopijne pokoiki. Jakieś nieznane zbroje. Przedmioty z mosiądzu, których wieku i przeznaczenia nie mogę się domyślić. Wychodząc z meczetu oddajemy czador. Ku naszemu zdziwieniu, wypożyczający nie chce jednego tomana. Dlaczego? Otóż, gdyśmy wchodzili do meczetu, to przeczytałem wiszący nad bramą napis: „Honorowe panie proszone są o włożenie czadoru”. Rysia była honorowa i stąd zaoszczędziliśmy dziesięć rialsów. Choć odniosłem wrażenie, że czadory wypożyczano nie tylko ze względu na świętość miejsca. Bardziej ze względów bardziej prozaicznych. Petunia… Kolejnym punktem naszego dzisiejszego zwiedzania jest meczet Nowy. Budowa jego rozpoczęła się w roku tysiąc sto osiemdziesiątym piątym i trwała siedemnaście lat. Budowniczym był podobno, opiewany przez Saadiego - Sad Zangi. Nazwa jego wzięła się stąd, że był często restaurowany, a poza tym został wybudowany później, niż Meczet Piątkowy. Dziedziniec meczetu ma powierzchnie prawie dwadzieścia tysięcy metrów kwadratowych, to jest dwa hektary. Spacerujemy po nim. Cisza i spokój. Gwar rozpalonego popołudnia został za nami. Potężne stare platany dają miły cień. Meczet jest zniszczony. W cieniu siedzą, lub spacerują z zeszytami młodzi ludzie, ale tylko chłopcy. Rysia z zawodowego przyzwyczajenia bierze jeden zeszyt. Chemia. Znane wzory. Z jednej strony po arabsku(litery), z drugiej - po angielsku. Meczet jest znakomitym miejscem do nauki. Meczet Vakil to nasz kolejny cel. Na środku ma prostokątny basenik. Sala kolumnowa z czterdziesto ośmioma pięknymi kolumnami. Śliczne kwiatowe wzory na krużgankach. Meczet jest stosunkowo nowy. Pochodzi z czasów Karima Khane Zanda. Wszystkie budowle z tego okresu są bardzo mocne. Dowodem tego jest fakt, że wytrzymał dwa silne trzęsienia ziemi, jakie zdarzyły się od momentu jego powstania. Trwoniąc dewizy, wracamy taksówką na camping. Innego wyjścia nie mamy. Nie jest wprawdzie daleko, ale przy tych temperaturach to nawet kilkuset metrowy spacer jest wystarczająco wyczerpujący. Basen, kolacja i śpimy. W nocy gryzą komary i gniotą kamyczki pod podłogą namiotu. Skąd biorą się te bestie w tym wypalonym na wiór kraju. Trudno zgadnąć. Zdjęcia: 1. Camping w Szirazie. 2. W cieniu narwana i nad basenem. 3. Kopuła mauzoleum Sajeda Ahmada. 4. Pod platanami meczetu Nowego. 5. Piękne kolumny meczetu Vakil
    1 punkt
  4. Siódmego sierpnia Rano. Zanim zacznie się ten piekielny upał, wyruszamy w kierunku Majdan-e-Szach. Bardzo miłe są dzieci w Isfahanie. Co kilka metrów jakiś mały berbeć woła do nas - hallo mister, albo rzadziej - hallo madam! To ostatnie skierowane jest do Rysi. Idziemy ulicą w stronę przystanku autobusowego i bez przerwy odpowiadamy - hallo. Plac Majdan-e-Szach jest wypełniony promieniami porannego słońca, przebiegającymi między budynkami, prześwitującymi pomiędzy gałęziami drzew. W słońcu błyszczy pomarańczowo - niebieska kopuła meczetu szejka Lotfollaha. Kolor niebieski ma również woda w basenie na środku placu, niebo i cały meczet królewski. Nie gorączkujmy się - wszystko po kolei. Najpierw zwiedzamy meczet szacha(królewski). Kilka danych historycznych. Meczet zbudowany przez Ostad Ali Akbar-e-Esfahani na polecenie szacha Abbasa Wielkiego. Jest to największy meczet zbudowany za panowania Safawidów. Fronton bramy wejściowej zdobią cytaty z Koranu. Białe kufickie pismo, na niebieskim tle, biegnie w górę po obu stronach wejścia. Przez piękną bramę wchodzimy na podwórze meczetu. Chodzimy po krużgankach, podziwiając śliczne kaszi. Właściwy meczet jest wewnątrz. Jego fronton zdobi wspaniała płyta przedstawiająca dwa pawie w kolorze szmaragdowym, z niebieskim wazonem pośrodku nich. Wewnętrzny ejwan(krużganek) wyłożony jest majolikowymi płytami, wspomnianymi kaszi, w tonacjach żółtych, niebieskich i zielonych. Stoimy pod olbrzymią kopułą. Do szczytu kopuły mamy dziewięćdziesiąt stóp. Podobno pod nią rozlega się, aż jedenastokrotne echo. Właśnie widzimy, jak irański tata demonstruje swojej pociesze figle echa. Tupią obydwoje o posadzkę, a pod kopułą jeszcze długo słychać tupanie. Dzieciak się cieszy. Podziwiamy olbrzymią kazalnicę wykutą z jednej bryły alabastru. Mihrab też jest wykuty z jednego bloku tego kamienia. W jednej z sal wystawa fotograficzna. Jego wysokość Szach Reza Pahlawi podczas różnych uroczystości religijnych. Szach modlący się z odsłoniętą, gołą piersią. Szach w jakimś świętym miejscu w otoczeniu notabli. I na dziesiątkach zdjęć Szach. Ile w tym pobożności, a ile wyrachowania politycznego - to trudno zgadnąć. Marzy mi się takie ujęcie fotograficzne - na pierwszym planie duchowny muzułmański w turbanie, a w tle minarety i niebieska kopuła meczetu. Owszem - duchowni są i kopuła jest, tylko nie w takim układzie, jaki mi się podoba. Za to ten nie ma problemów. Ten - to jest malarz wykańczający pod kolumnami malutkim pędzelkiem swoje arcydzieło. Wszystko tu jest - i kopuła, i minarety, i mędrcy w turbanach. Tonacja obrazka sina. Obok mniejsze „dzieło” czeka na klientów. Wychodząc z meczetu spotykamy przed wejściem wycieczkę amerykańską. Towarzyszy im irański przewodnik. Nie wydają się być zbytnio zainteresowanymi jego objaśnieniami. Obok na murku siedzi duchowny i przygląda się temu z obojętną miną. Przed chwilą w meczecie spotkaliśmy również Amerykanów. Dwie panie i jednego pana w towarzystwie prywatnego przewodnika. Tamci byli bardziej zainteresowani. Przynajmniej panie, które zawzięcie fotografowały. Idziemy w stronę pałacu Ali Ghapu(Kapu). Część obrzeża placu, między meczetem królewskim a Ali Ghapu, jest zajęta przez kowali. Ale jakich kowali! Słynna uliczka kowali z Sarajewa, ani się do nich nie umywa. Ogromne tace o średnicy jednego metra. Koronkowe, zdawało by się, wazy. Czajniki, samowary, dzbany na wodę. Wszystko to błyszczy czerwonawym kolorem miedzi, w wysoko już stojącym słońcu. Towar jest wyłożony na chodniku. Ogromny czajnik sięgający mi prawie do pasa. Wieżyczka zapewnie minaretu, wysoka prawie na trzy metry. Oczy błądzą po tych cackach kowalskiej roboty i po niebieskiej kopule meczetu, tworzącego tło tego niepowtarzalnego widoku. Kto robi te cuda, możemy się za moment przekonać. Mistrz siedzi przed warsztatem i ostrym rylcem rysuje na miedzianej blasze swoje wzory. W głębi warsztatu słychać stukanie malutkich młoteczków, które poruszają jeszcze dziecinne ręce. Mali chłopcy punkt, po punkcie, wykuwają te misterne wzory na blasze, umieszczonej na grubym podkładzie z filcu. Powstanie z tego piękna taca. Wchodzimy do pałacu Ali Ghapu. Po krętych schodach, których sklepienie i ściany ozdobione są, nieco już startymi motywami roślinnymi, dostajemy się do sali osiemnastu kolumn. Na środku sali znajdował się dawniej basen z wodotryskami. Pozostała z niego niecka, zbudowana ze znitowanych blach miedzianych. Kolejną atrakcją w pałacu jest sala skrzypcowa. W niej ściany i sufit pokrywają małe nisze w kształcie skrzypiec. Przez otwory w niszach płynęła muzyka, z innego pomieszczenia. Wykonywana przez orkiestrę dla zgromadzonych w sali skrzypcowej pań. A pań w tym pałacu było dużo. Podobno około dwieście pięćdziesiąt. Pałac służył bardzo prozaicznemu przeznaczeniu. Był haremem szejka Abassa Wielkiego. Pod sklepieniem stoi rusztowanie i robotnicy konserwują malowidła, powstałe z ręki Reza Abbassi, słynnego miniaturzysty z epoki Safawidów i jego uczniów. Wychodzimy na najwyższe piętro. Pod naszymi stopami rozciągają się gliniane dachy domów Isfahanu. W głębi, w rozpalonym słońcu, sterczy szczyt góry Soffe. Zbiegamy w dół. Teraz kolej na meczet - Shikh Lotfolah Mosque - szejka Lotfolaha, teścia szacha Abbasa. Zięć polecił zbudować ten meczet dla królewskiej rodziny. I być może to zadecydowało, że Mohammad Reza budowniczy, nadał mu zdecydowanie inny kształt, niż meczety dotychczas przez nas oglądane. Meczet nie ma podwórza, ani minaretu. Kopuła, z zewnątrz, żółto-niebiesko-zielona należy do najładniejszych w Iranie. Przez biegnący łukiem korytarz wchodzimy do wnętrza, pod kopułę. Wnętrze, swoim pięknem, nie ustępuje wcale kopule. Dominuje kolor niebieski. Ściany meczetu zdobią napisy arabskie - katiby. Tajemnicze dla nas litery, biegną w górę po niebieskim tle, by skończyć się w szerokim zapisanym pasie biegnącym dookoła pod kopułą. Mihrab jest ozdobiony misternymi wzorami. Na te właśnie wzory - zwraca uwagę licznej wycieczce Francuzów - przewodnik. Większe elementy majoliki, jak na przykład kopuła, wykonywane były przez dawnych mistrzów majolikarstwa z płytek fajansu z namalowanymi wzorami. Wyższą formą tej sztuki było układanie wzorów z malutkich różnokolorowych kawałeczków fajansu, ściśle przylegających do siebie. Możemy się teraz przekonać, oglądając ten meczet, ile ta praca wymagała wyobraźni, precyzji i cierpliwości od jego twórców. Kolejną pozycją na dzisiaj w naszym planie zwiedzania jest Czahel-Sotu. Czyli pałac czterdziestu kolumn. Zwany też pałacem na wodzie. Został zbudowany na rozkaz szacha Abbasa II. Przed pałacem rozciąga się, być może najdłuższy basen na świecie. Sto dziesięć metrów długi, a szeroki na – szesnaście. Odbicie w wodzie zwielokrotniło liczbę kolumn, bo w rzeczywistości jest ich tylko dwadzieścia i stąd prawdopodobnie pochodzi nazwa pałac o czterdziestu kolumnach. Lub pałac na wodzie. Z kolei, w innej wersji, pałac miał rzeczywiście czterdzieści kolumn, ale odbudowany po pożarze otrzymał ich tylko dwadzieścia. Pałac służył Szachowi do oficjalnych przyjęć. Z krużganku, oficjalny gość szacha Abbasa Drugiego wchodził do westybulu, pokrytego lustrami, złożonym z małych kawałków połączonych srebrem. Podążając tą samą drogą, którą chodzili kilkaset lat temu władcy tych ziem, wchodzimy do reprezentacyjnej auli. Ściany pokryte są malowidłami. Bitwa szacha Emaila pod Chalderanem. Szach Tasmab przyjmujący króla Indii - Homajuna. Uczta szacha Abbasa. Przed naszym wzrokiem wiją się gibkie tancerki, patrzą na nas otyli władcy tych ziem. Czerwienią - zwraca uwagę przekrojony melon. Siedzę z Rysią pod kolumnami. Jacek poszedł w głąb ogrodu, w którym stoi pałac. Poszedł zobaczyć, co tam jest - jak się wyraził. Jesteśmy z Ryśką może mniej odporni na zmęczenie, lub mniej zapaleni. Z nieba leje się - oczywiście - żar. Zielonkawa woda basenu zachęca do zanurzenia się. Pomiędzy drzewami wiszą girlandy kolorowych żarówek. Pozostałość po Dniu Konstytucji. Zbliża się południe. Z głośnika umieszczonego w pobliżu, widocznie w jakimś małym meczecie, rozlega się wezwanie do modlitwy. Wraca Jacek. Wychodzimy na rozpaloną ulicę. Za nami zatrzaskują bramę do ogrodu. Pora na południową sjestę. Tylko nie dla nas. Nogi nas wiodą do Iran Peymy, po bilet autobusowy do Szirazu. Po drodze wykorzystujemy każdy kawałek cienia, prześlizgując się przy ścianach domów, pod drzewami. Prawie każde biuro linii ozdabiają dwa portrety-Szacha Rezy Pahlawi i Alego zięcia Mahometa. Podobizny Alego spotykaliśmy w prawie każdym autobusie. Strzeżonego Pan Bóg strzeże. Za sto trzydzieści rialsów nabyliśmy prawo przejazdu do Szirazu. Wracamy do miejsca, z którego odjeżdża autobus „ósemka”. Na chodnikach, pod drzewami leżą ludzie. Starają się przespać, tę najmniej przyjemną porę dnia. Czekamy na autobus. Obok rozłożył swój interes właściciel kilkudziesięciu butelek coca-coli. Z lodu sterczą długie ich szyjki. Nasze przyjście na przystanek zwiększyło jego czujność. Jego rozczarowanie wyraziło się w wymownymi splunięciu. Do licha z taki klientami! Wyglądają prawie jak Anglicy, a nie mają osiem rialsów na butelkę koki. Pierwszą rzeczą, którą się wykonuje w takim przypadku, po powrocie na camping, jest udanie się pod prysznic. Po południu znów jedziemy do „miasta". W planie mamy najpierw meczet piątkowy - Masdjet Djame. Największy i najstarszy meczet Isfahanu, ale nie najładniejszy. Jego budowa rozpoczęła się jeszcze za panowania Dejlamitów - dziesiąty wiek. Główna jego część została wzniesiona w okresie panowania Seldżukidów. Nawet Mongołowie maczali tu swe palce. Skończyli rozbudowę Safavidzi. Trwało to wszystko przez stulecia. Osiem wieków architektury irańskiej pokazują te kamienie - od dziesiątego do siedemnastego. Kopuły Kadje Nezam-ol-Molk i Tadj-ol-Mlk ministrów szacha Maleka są podobno wzorem architektury z epoki Seldżuckiej. Nie znam się na tym, aby twierdzić, czy jest tak, czy nie. Meczet robi na nas kiepskie wrażenie. Poza ślicznymi kolumnami, reszta sprawia wrażenie zaniedbania i rozpadu. Widać jedynie tylko nikłe ślady konserwowania. Na środku podwórza basen do rytualnych ablucji. Obok niego niewielkie kamienne podwyższenie, na którym się modli kilkadziesiąt osób. Powraca Ryśka, która zapuściła się gdzieś do wnętrza. Widziała modlące się kobiety. Modliły się w czymś w rodzaju kaplicy. Był z nimi mułła. Przedmiotem kultu była jakaś płyta, którą gładziły i krata, którą całowały. Jedziemy autobusem do szkoły muzułmańskiej. Po drodze przypominam sobie, że jeszcze nie zrobiłem zdjęć tych kowalskich cudeniek, na placu Majdan-e-Szach. Wracamy z powrotem i w rezultacie, jak przychodzimy do Medresy, to na podwórzu robi się zmrok. Ostatni król z dynastii Safavidów, Szach Zoltan Ossein był podobno bardzo pobożny. On to właśnie, przy ulicy Char Baugh, polecił wybudować szkole Char Bagh School dla studentów teologii. Jak w każdej Medresie, dookoła podwórza znajdują się cele uczniów. Cela ma drzwi od dziedzińca meczetu i malutkie zakratowane okienko. Miał tu swoja celę również szach Zoltan Hossein. Cela ta mieściła się na północnym skrzydle meczetu. Jedynie niewielkie różnice dekoracji odróżniały ją od pozostałych. Na dziedzińcu szkoły rosną wspaniałe pinie i platany. Środkiem płynie woda w betonowym kanale. Nad którym siedzi teraz Iranka z kilkoma dziećmi. Obok kanału okrągły basenik do mycia nóg. W zapadającym zmroku przechadzają się po dziedzińcu elewi w turbanach. W innym miejscu modli się kilka osób. Zegar wskazuje czas, płynący w Mekce. Śliczne są majoliki Medresy. Wyłożono nimi prawie wszystko co się dało. Główne dominujące kolory zielony, żółty i niebieski. Do pokrycia ścian, minaretów i kopuły wykorzystano całe doświadczenia mistrzów tej sztuki z epoki Safavidów. Wychodzimy na ulicę. Tu jest znacznie jaśniej. Słońce jeszcze nie zaszło. Wrażenie, że zapada zmrok spotęgowały wysokie mury Medresy. Kolejnym naszym celem są mosty na Zayandeh Rud. Rzece, która płynie przez Isfahan. Jesteśmy przy moście – Pole Si-o-seh-czesmeh u si-o-seh-pol, czyli most o trzydziestu trzech przęsłach. Nazwa trochę przydługa. Most zbudował generał szacha Abbasa Wielkiego – Allah - Verdikhan. Most znajduje się na przedłużeniu ulicy Czar Baugh. Długi na trzysta sześćdziesiąt metrów. I szeroki na czternaście. Dotrwał do naszych czasów w doskonałym stanie. Popędzam moją dwójkę, bo słońce ma wyraźną ochotę schować pod ziemię swoja tarczę, a błona filmowa nie lubi takich figli. Idziemy do następnego mostu. Pol-e-Khadju. Za czasów Szacha Abbasa Drugiego znajdował się wtedy na drodze do Szirazu. Zapada zmrok. Obok mostu zapalają się reflektory, służące do jego oświetlania. Chodzimy po arkadach. Jezdnia jest bardzo wąska. Zaledwie jeden samochód osobowy się przeciśnie. No tak, ale jego budowniczy nie zakładał, że jego dzieło dotrwa do dwudziestego wieku i będą po nim jeździły, w nadmiernych ilościach, jakieś dziwne, warczące stwory. Gdy płynąca teraz z szumem pod mostem, niewielka i niezbyt czysta Zayande podnosi swoje wody, to most się „zatyka” i powstaje małe sztuczne jezioro. Wracamy na camping. Wędrujemy przez przedmieście Isfahanu. Wreszcie rezygnujemy z braku czasu z tego spaceru i postanawiamy złapać taksówkę. Gdzieś w głębi nad Zayande Rud porusza się jakieś czerwone światełko, za moment widać zielone. To samolot. Maszyna nabiera wysokości na tle ledwo widocznej Soffe. Samolot skręca i bierze kurs na Teheran i znika na wygwieżdżonym niebie. A my za godzinę pojedziemy w przeciwnym kierunku -do Szirazu. Szybko pakujemy nasze graty do plecaków. Płacę pięćdziesiąt rialsów za nocleg, zabieram paszporty i przy okazji kilka prospektów. Gotujemy herbatę i nalewamy do zielonej bańki. Nasze obawy przed amebą ciągle istnieją, aby pić darmową wodę z kranu. Czy słusznie nie wiem. Na cuda kapitalistyczne - kokę i „seven up” nie możemy niestety sobie pozwolić. Musimy z tymi paroma dolarami tu jeszcze pobyć i wrócić do domu. Zresztą herbata doskonale gasi pragnienie. Wychodzimy. Po kilkuset metrach jesteśmy na znajomym przystanku autobusowym, z którego jeździliśmy do Majdan-e-Szach. Sprzedawca biletów przy przystanku kończy swoją pracę i chowa rozłożone bilety, ale nam jeszcze sprzedaje. Bilety mamy, tylko autobusu nie widać. Zbliża się dziesiąta i widocznie kończą pracę. Jedziemy taksówką - denerwuje się Rysia. Spokojnie -mamy czas - odpowiadam. W końcu rezygnujemy i jedziemy taksówką. Bilety zostaną na pamiątkę. Autobus do Szirazu stoi na brudnym podwórzu. Bez pytania o bilety, ktoś z obsługi przyjmuje nasze plecaczki. I ładuje na dach. Pasażerowie robią pożegnalne siusiu. W dworcowej, dokładnie podwórzowej latrynie i jedziemy. Latryny takie są nawet przy większych przystankach w terenie przy drodze. Mała kamienna budka, W podłodze dziura i dzban z wodą, tam gdzie jest dostępna. Czasem nawet kranik obok. Wymogi bezpieczeństwa są spełnione. Robi się to co musi, bez dotykania czegokolwiek. Nic lepszego i tańszego nie można wymyślić w tym gorącym i suchym klimacie. Linie autobusowe dbają tylko o swoje reprezentacyjne biura i autobusy. Reszta ich zupełnie nie interesuje. Dobre autobusy mają te lepsze linie! Niemieckie. Inne, najczęściej spotykane samochody, są z Japonii. Nie jest to nasza socjalistyczna szarzyzna. Miękko sobie suniemy ulicami Isfahanu. Przy wyjeździe z miasta kontrola policyjna. Kierowca dostaje coś na kształt krążka. Który wkłada pod szybkościomierz. Na tym krążku otrzymuje się, w ten sposób, wykres szybkości autobusu. Tachograf. W ten sposób policja w Szirazie będzie wiedziała, co ewentualnie wyprawiał z nami nasz kierowca. Znikają światła Isfahanu. Na horyzoncie zostaje za nami tylko ich łuna. W reflektorach samochodu migają rzadkie kępy trawy rosnącej po obu stronach szosy. Przed nami pięćset kilometrów górskiej półpustyni i cała noc jazdy. Boy roznosi pepsi-colę i sok pomarańczowy. Vive la Iran Peyma! Odtąd jeździmy tylko tą linią! Nogi majtają mi się w powietrzu, bo tym razem znowu przegiąłem przysłowiową pałę, wybierając miejsca z samego przodu. Kierowca ma wygląd człowieka, któremu można zaufać. Dookoła nas wygwieżdżona irańsko-perska noc. Jedynym żyjącym punktem, w tej pustynno-nocnej pustce, wydaje się nasz drzemiący pojazd. Zdjęcia: 1. Wejście do meczetu królewskiego(Szacha). Teraz meczet Imama. Jacek i Rysia. 2. Główny budynek meczetu królewskiego. 3. Pałac Ali Ghapu. Z tyłu był pałac na wodzie. 4. Meczet Lotfollacha. 5. Sklepienie kopuły meczetu Lotfollacha. 6. Motyw roślinny w meczecie Lotfollacha. 7. Kopuła meczetu, która się mi bardzo podobała. Meczet na pewno był przy placu Majdan-e-Szach(teraz Imama). Ale jaki meczet? Szukałem w sieci. Nadaremnie. 8. Meczet Piątkowy. 9. Modlitwa w Meczecie Piątkowym. !0. Motyw ze szkoły religijnej. 11. Most Siose Pol, na rzece Zayande Rud. Most o długości ponad trzysta metrów.
    1 punkt
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2026
×
×
  • Dodaj nową pozycję...