Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 21.09.2021 w Wpisy na blogu
-
Post 7 Droga do Fajzabadu Pewnego dnia na drodze zatrzymał się samochód. Widać na nim było radosne buzie kolegów, siedzących na bębnach. No, nareszcie! Teraz tylko góry, lodowce, rekordy wysokości przed nami. I cel wyprawy zostanie osiągnięty. Złośliwość losu pojawiła się niebawem. Po niewielu kilometrach. Z pod skały wypływał strumień krystalicznej wody. Zasilający niewielki stawek, którego kamienne dno było doskonale widoczne. Ten wypływ, zwany wywierzyskiem świadczył, że mogą tu być jaskinie. W tym suchym kraju, woda w wywierzysku mogła pochodzić tylko z systemu jaskiń, w tych wapiennych górach. Nastąpiło jakieś nieporozumienie między Jurkiem, który powinien był znać to miejsce i Januszem. Tu w okolicy wywierzyska powinniśmy byli szukać jaskiń. Co w takim momencie się myśli? Nie myśli, tylko klnie w myśli. Mogliśmy pojechać jeszcze te parę kilometrów dalej. To byłyby cudowne dni nad tym stawkiem. Czułem to doskonale, pływając sobie w tej ciepłej, krystalicznej wodzie. I szukanie jaskiń byłoby o wiele łatwiejsze. Nasz najbliższy cel - stolica prowincji Badachszan, Fajzabad. W tej prowincji jest Hindukusz Wysoki. Jedziemy przez miasta, Kunduz, Chanabad, Talikan. Zaznaczyłem je na mapie Afganistanu, zamieszczonej w poście nr 1. Aby tam dotrzeć należało przejechać jeszcze wzdłuż Kokczy. Górskiej rzeki płynącej z Hindukuszu. Przejazd ten był, wśród bywalców w Hindukuszu, owiany legendami. W opowiadaniach słynne były groźne galeryjki nad Kokczą. Na razie jechaliśmy nową, asfaltową szosą do Kabulu. Wkrótce ją opuściliśmy asfalt i skierowaliśmy się na wschód. Mieliśmy do Fajzabadu około 400 km. Na razie góry były jeszcze niewysokie. Jechaliśmy szerokimi, suchymi, śródgórskimi dolinami. Jechaliśmy, poznając życie tego kraju. Miasteczka i wioski. Ludzi i ruch na drogach, krajobrazy. Mój radziecki aparat foto był w ustawicznym pogotowiu. Nic się nie działo. Nikt nie strzelał. Turysta, alpinista był wszędzie bezpieczny. Ludzie byli uprzejmi. Czasem może zbyt nachalni, ale chcieli zarobić na człowieku z Europy. Krajem rządził Szach(król). Dojechaliśmy nad Kokczę. Rzeka przedziera się w drodze do Amudarii przez niewysokie, jak na Afganistan góry. Które dochodzą do samej wody. W tych miejscach wykuto często w skale półki, na szerokość samochodu. Słynne galeryjki. Jeśli z boku dochodziła jakaś dolinka ze strumykiem. To nad nią był lichy most. Większe parowy wymagały solidniejszego mostu. Czasem teren stawał się bardziej płaski i widać było wieś. Tam gdzie jest woda, to można wybudować dom, żyć. Zresztą już wcześnie zaobserwowałem budowę takiego domu. Jedna z metod to wysuszone na słońcu cegły. Cegły z ziemi, może z dodatkiem trawy, słomy. Z takich cegieł były zbudowane meczety w Samarkandzie. Na zewnątrz piękna majolika. Chroniąca te cegły przed deszczem. Ale jak odpadła, to rozczarowanie. Toż to prawie „ziemia”! Prostsza metoda budowy domu, to mieszanie na miejscu miejscowej ziemi ze słomą. Z takiej ziemi wylepia się ściany, które szybko schną na słońcu. Zresztą dom z gliny ze słomą pamiętam jeszcze z dzieciństwa. Nasz sąsiad sobie coś takiego wybudował. Tu, na takich wylepionych ścianach, układa się drągi. Powstaje płaski dach. Konstrukcja z topoli afgańskiej i miejscowej gleby. Topola to jedyne drzewo budowlane w tym kraju. Rośnie tam gdzie jest woda. Ładny zagajnik topoli trzeba nawadniać w okresie suszy. Służy ona też do wyrobu mebli wszelkiego rodzaju. Drewno było drogie. Gałęzie na pokrycie prostego domu, nie muszą być wyszukane. Deszcze tu są rzadkie i tylko w chłodniejszym okresie. Jak dach przecieknie, to naprawa jest prosta. Takie dachy są świetne do suszenia. W pewnym rejonie za Fajzabadem były sady morelowe. Na tych płaskich dachach suszyły się te pyszne owoce. Jechaliśmy po galeryjkach nad Kokczą. Mijaliśmy wsie. Na ich polach rósł mak opiumowy. Wyglądał niewinnie, jak nasz mak, tylko kwiaty miał bardziej różowe. Afganistan to było zagłębie tej produkcji. Afgańczycy nosili takie małe pudełeczka, jakby z kremu. W środku był zielony proszek. Szczypta w palce i pod język. Działanie było natychmiastowe. Człowiek się ożywiał, wracała energia. Samochód nie był na rajdzie i się nie spieszył. Upał, podrygiwanie maszyny i zmęczenie powodowało, że w milczeniu jechaliśmy, siedząc na stercie bagażu. Otępieni. Tylko czasem, jakieś ciekawsze miejsce skupiało wzrok. Obojętni na to, gdzie te koła jadą. Jak daleko są od skraju drogi. To była sprawa kierowcy. Rzeka była ładna i wartka. Przypominała Dunajec w górnym biegu. Tylko o wiele szersza. Czasem się zatrzymywaliśmy, by rozprostować kości. Umyć ręce i twarz. No i była jeszcze inna przyczyna dość częstych postojów. Rolka papieru toaletowego w ręce i szukanie na chwilę ukrycia. Nasi specjaliści jeden od „robaczków”, drugi od krojenia ludzi wyjaśniali. Zmieniło się pożywienie i zmieniła flora bakteryjna w człowieku. Stąd takie częste reakcje. Po drodze szła grupka maluchów. Dziewczynki. Ubiory miały nawet dość ujednolicone. W rękach miały małe, czarne tabliczki. Idą ze szkoły, czy do szkoły? Tu jeszcze pisze się na tabliczkach? Fajzabad pojawił się do nagle. Na drugim brzegu rzeki widać było pełno glinianych domów o płaskich dachach. Między nimi rosły drzewa. Brzegi rzeki łączył żelazny most. Skręciliśmy w lewo na niego. Za mostem skrzyżowanie zakurzonych ulic. Ruchem, nielicznym bardzo, kieruje policjant. Ma na środku jakiś podest, z którego wymachuje rękami. Kolejny skręt w lewo. Jeszcze kawałeczek i znów w lewo na groblę, która łączy małą wysepkę na Kokczy z lądem. Na wysepce stał widziany wcześniej budynek, ze skośnym dachem. Ewenement! Jak się później wyjaśniło, w tym miejscu, tą rezydencję, w porównaniu z otoczeniem, wybudowano specjalnie na przyjazd szacha, który wizytował prowincję Badachszan. Zdjęcia: Wywierzysko. Woda była cudowna. Szczególnie, gdy się czuło na własnej skórze palące słońce. Kopułki. Tam gdzie nie ma drewna na budowę dachu domu, to można go wylepić w postaci małej kopuły. To konstrukcja samonośna. Takie „osiedle” spotkaliśmy także na przedmieściu Teheranu. Podróźni na dachu. Często spotykany widok. Ludzie podróżowali wewnątrz i na dachu. Pola. Wykorzystwało się każdy kawałek terenu, gdzie można było coś uprawiać. Na skale się nie da siać zboża. Drugim warunkiem była możliwość nawadniania. Osiołki. Powszechny środek transportu na wsi i w małych miastach. Rozmowa. Typowa ulica w małym mieście. Ten człowiek w furażerce z karakułów należy do plemienia Pusztunów. Trójka przyjaciół. Z lutnią już się spotkałem w namiocie nad Amudarią. W środku żołnierz afgański. Czajhana. W czajchanie nie tylko można było dostać bardzo słodką herbatę, w małej szklaneczce. Do której się dolewało z małego porcelanowego czajniczka. Ale też szaszłyki, ze świetnej baraniny. Mityng. Zrobiłem to zdjęcie. I nie zwróciłem uwagi, że na szybie restauracji jest napisane „wellcome” w jezyku angielskim i w „farsi”. Dlaczego „witaj”? Przy powiększeniu pojawia się siwy(biały) koń, z ozdobami. Przyyjechała jakaś ważna figura. I stąd tyle ludzi. Ciężarówka. Takie kolorowe ciężarówki były powszechne. Ale się nie zapędzały na górskie, wąskie drogi. Szeroka ulica, w którymś z tych małych miast, przez które jechaliśmy do Fajzabadu. Afgańczycy. Nasz przejazd budził zainteresowanie. I lubili się fotografować. Z tyłu na górze bagażu –Maciek, Andrzej i Janusz. Galeryjka. Typowa galeryjka z prawej strony zdjęcia. Były też i wypłaszcenia nad Kokczą, gdy z boku dochodziła jakaś dolinka, z małą rzeczką. W takich miejscach były często wsie. Autobus. Typowy. Były jak widać bardzo kolorowe. Ale nad Kokczą do transportu ludzi służyły ciężarówki, jak na następnym zdjęciu. Podróżni. Takie mieliśmy spotkania, jadąc do Fajzabadu. I po takiej drodze trwała nasza podróż. Most. Wyjątkowo solidny. Ale i parów do przekroczenia jest bardzo głęboki. Mostek. Samochód wyprawy, z roku 1971, Jelcz 315 M zdaje się radził sobie z takim mostkiem. Został zatrzymany dopiero za Fajzabadem. Cegły. Wystarczyło je wysuszyć na ostrym słońcu,. I można było budować. Kokcza. Dom na skale. Z lewej umocniona droga nad rzeką Fajzabad. Napis na zdjęciu wszystko wyjaśnia. Hotel na Kokczy. Że to jest hotel, to nie wiedziałem, widząc go z jadącego samochodu. Umocnioną drogą, z prawej. Dalej był żelazny most. Potem się okazało, że to nie hotel, tylko była rezydancja króla Afganistanu.3 punkty
-
Post 8 Fajzabad Nie! Nie będziemy mogli spać, tam gdzie nocował szach. Dla nas był przeznaczony mały budynek gospodarczy, tuż przy grobli. Możemy też postawić sobie namiot. Nie jest źle. W nocy utuli nas do snu szum Kokczy. Wyładowujemy bębny. Postój na wysepce będzie dłuższy. Jurek z kolega pojadą do Kabulu, po zezwolenie na działalność w górach. Owszem dostaliśmy z ambasady w Warszawie takie przyrzeczenie. Ale tu na miejscu trzeba mieć konkretny papier dla gubernatora prowincji. No, więc będziemy czekać. Czas można sobie było skrócić włóczęgą po ulicach stolicy Badachszanu, lub też grą w bridża. Gra odbywa się w sali reprezentacyjnej szacha. Leży tu ogromny dywan. Jest nawet światło elektryczne. Jakaś pojedyncza żarówka zwisa z sufitu Jestem jednym z czwórki. Zestaw jest międzynarodowy. Gra z nami lekarz, Amerykanin. Starszy, dość gruby facet. Pracuje tu z ramienia ONZ. Jego język angielski był dla mnie trudny. Słowa miał jakieś gardłowe. Co za amerykański slang! Ale bridż nie potrzebuje słów. Nazwy kolorów, licytacja. A potem wszystko widać. Toteż nie mamy problemów z grą. Ja się lubię, będąc w obcym kraju, włóczyć. Podglądać ludzi. Jak wyglądają. Jakie są sklepy, ulice itd. Zwracam uwagę na dzieci. Dzieci na całym świecie zachowują się podobnie. Więc włóczyłem się z aparatem fotograficznym po ulicach. Miasto nie jest duże. Ale poza nim tylko kopulaste, puste, dzikie góry. Bez drzew, czy krzaków. W jednym miejscu sprzedają owoce z okolic. Stoję w małej kolejce, by sobie kupić morele. Przede mną stoji żołnierz. Biedny chłopak. Widzę jak sprzedawca mu wkłada do papierowej torebki, co gorsze sztuki. Chwyt znany na całym świecie. W Krakowie, jak się szło na dworzec, to sprzedawali tu jabłka. Sprzedawca miał ustawioną piękną, błyszczącą piramidę owoców. Każdy, co chwila polerowany tą samą brudną szmatką. W torebce były wyłącznie te z tyłu, niewidoczne. Zwróciłem dwie morele. Nadgnite. W innym miejscu piekarnia. Placki, podobne jak w Iranie. Chłopak na rowerze układa sobie ich stos na bagażniku. Przyciska sprężyną. I zakurzoną ulica rozwozi do miejscowych sklepików. Przyglądam się produkcji metalowych kubków. Mistrz ma zgromadzony duży stos puszek po konserwach. Razem z odchylonymi wieczkami. Takiego materiału nie brakuje, w miejscach gdzie biwakowali górołazcy. Z wieczka tworzy się uszko. Przynitowane do puszki. Super kubek. Trwały i tani. I jeszcze może być z ładnymi wzorami. I tak się kręciłem po ulicach. Mycie nasze odbywało się w rzece. Ciała i zębów. Rzeka była źródłem wody pitnej dla wszystkich. Co prawda przez miasto płynął malutki strumyczek, z nawet niby czystą wodą. Ale kto wie, co tam jest? Ameba jest? I inne ciekawe żyjątka. Kokcza to masa wody. Zimnej wody z lodowców. Jakaś zabłąkana bakteria nie przeżyje. Kręcąc się trafiam na człowieka nieco lepiej ubranego. Nauczyciel miejscowej szkoły. Właściwie to on mnie zaczepił, informując mnie, że są republiką! Republiką? Przecież macie szacha. To jest król. Król został właśnie obalony. Mamy prezydenta! Tego jeszcze brakowało! Nie dość, że się bębny zatrzymały, to teraz jeszcze mamy zamach stanu w Afganistanie! A Jurek jest w Kabulu po zezwolenie na działalność w górach. Wykorzystałem naszą „Pocztówkę” i napisałem do żony. „Temperatura na pustyniach nad Amudarią osiągała czterdzieści pięć stopni w cieniu. Jesteśmy w Fajzabadzie i czekamy na zezwolenie na działanie w górach. Wyprawa się opóźnia z powodu bagażu. Do gór mamy jeszcze 150 km”. Poszedłem na pocztę. Rozpznałem ją po skrzynce na listy. W malutkim pomieszczeniu za biurkiem siedział urzędnik . Proszę o znaczek. No, ale do jakiego kraju? Cena jego zależy od miejsca na ziemi. Nie może być tańszy, ani droższy. Poland! Holland – słyszę w odpowiedzi. Holandię znają. Już to samo było w Iranie. Poland to jest tutaj nie znany kraj. Szybko myślę, jak mu wyjaśnić, gdzie on leży na kuli ziemskiej, mam - „between(pomiędzy) Germany and Russia”. Podchodzimy, do odręcznie narysowanej mapy politycznej Europy. Wiszącej na ścianie. Tu! Wskazuję palcem. Ale to „tu” ma granice przedwojenne! Nieważne, znaczek był właściwy i kartka doszła. Zdjęcia: Wysepka. Z tyłu droga dojazdowa do Fajzabadu. Jechaliśmy czały czas, orograficznie lewą stroną Kokczy. Hotel Szacha. Wybudowany przed wizytą króla Afganistanu w prowincji Badachszan. Widok z okna. Widok z okna na rzekę. Na prawo, wzmocniona podmurówką droga, którą przyjechaliśmy. Most żelazny. Miejscowi zażywający kąpieli. I skóry baranie na murku, po ich wymoczeniu w wodzie. Owoce. Mały owocowy targ w cieniu pod drzewami. W takim suchym, górskim terenie było zadziwiająco dużo owoców. Drzewa owocowe rosły nawadniane, w śródgórskich dolinach. Słońca było nadmiar. Owoce były badzo słodkie. W pewnym rejonie za Fajzabadem, dachy płaskich domów były żółto- czerwone, od szuszących się moreli Ulica. Nie jakaś podmiejska. W pobliżu hotelu. Ten rejon miasta był reprezentacyjny. Dom. Wyglądał na opuszczony. Była to posiadłość bogatego tutaj człowieka. Piekarnia. Chleb był pieczony, w postaci dużych, dość cienkich placków. Świeży bardzo smakował. Szczególnie, gdy się go porównało z chlebem, który mieliśmy w dużych puszkach, czy pumperniklem. Gdy wysechł, kruszył się i bardzo tracił na smaku, Ablucje. Kokcza była jedynym źródłem bezpiecznej wody. Nie było wodociągów w Fajzabadzie. Źródło wody. Wszyscy się zaopatrywali w wodę z Kokczy. Czwórka przyjaciół. Panowie nie protestowali, gdy zapytałem-czy mogę zrobić zdjęcie? Więc pstryknąłem. Chłopcy. Dzieci wszędzie są ciekawe. Co to za gość je fotografuje? Zrobiłem sobie dawno temu album i podpisałem niektóre zdjęcia. Tu napisałem, czy jeszcze żyją? Dla siebie. Na zdjęciu jest rok 1973. Potem już byli dorośli, gdy zaczęła się w ich kraju wojna, trwająca do dziś. Dostali być może w ręce pistolety maszynowe Kałasznikowa. Przyjaciel. Wracam z „zakupów” z siateczką. Spotkaliśmy się na grobli. Ja jestem jego przyjacielem. On moim. Pusztun(furażerka). Administrował hotelem samego Szacha. Takiej funkcji nie można było powierzyć pierwszemu, lepszemu. Grajek. Poznałem drugi instrument muzyczny w Afganistanie. Piszczłkę. Schody. Wejście na taras rezydencji królewskiej. Pan gra, panowie może nucą. To teraz moje przypuszczenie. Plaża. Nad dziką Kokczą zdarzyło się i takie sympatyczne miejsce nad wodą.2 punkty
-
Post 6 Afganistan(Mazar-i Szerif) Wsiedliśmy na kuter, po odprawie celnej. Kuter miał zwyczaj płynąć raz na tydzień, na drugi brzeg Amudarii. W Afganistanie byli Rosjanie. Ściśle, obywatele Związku Radzieckiego. Nawet sporo. Specjaliści od geologii, wraz z rodzinami. Ta ziemia była nieznana. Kryła jeszcze sporo tajemnic. Kuter pełnił rolę mostu między brzegami. Nie było go wtedy między ZSSR i Afganistanem. Wystarczył kurs raz na tydzień. Ktoś z Rosjan tam jechał. Inny wracał. Lub też ktoś z rodziny. Zabrali nas na drugi brzeg. Kuter płynął około dziesięć kilometrów w górę rzeki i przybił do brzegu, na którym była goła ziemia. Poza kilkoma krzaczkami tamaryszku nie było tu nic. Z kutra na brzeg została rzucona długa deska, pełniąca rolę trapu i pomostu. Pasażerowie przeszli po desce na brzeg. Na którym stała drewniana buda. Pełniąca rolę posterunku granicznego. Oprócz tej budy stało tu także kilka namiotów. Nieco dalej widać było początki asfaltowej drogi i jakieś samochody. To była zupełnie nowa droga. Wcześniejsze wyprawy w Hindukusz jechały przez pustynię. Jak okiem sięgnąć była pustka. Urozmaicona kępkami roślinnymi. Nic się nie działo. Był upał i spokój. Pasażerowie na brzegu, czekający na kuter, weszli na pokład. Który odpłynął do Termezu. W dół Amudarii, która była szeroka i mętna. Była pełnia lata. W Hindukuszu i Pamirze topniały szybko lodowce. Wody w rzece o tej porze nie brakowało. Na tych Rosjan, co wysiedli, czekał mały autobus. Zabrali nas nim do Mazar-i Szerif. Przejście graniczne nazwało się Ajratan. Wcześniejsze wyprawy wyładowywały się w na brzegu Amudarii w różnych miejscach. Wyprawy, wyładowujące z kutra swój bagaż, podlegały kontroli celnej. To nic, że to są alpiniści. Porządek musiał być. Każdy kraj ma prawo kontrolować przyjezdnych. Praktyka, poprzednich wypraw wykazała, że drobne upominki, zwane potocznie „bakszyszem”, ułatwiają bardzo tu taką kontrolę. Herbata, cukier, rybki w konserwie. Broń Boże świnina! Każdemu celnikowi małą paczuszkę, od wdzięcznej ekspedycji za ciężką pracę. Ale to nie było nasze zmartwienie. My nie mieliśmy nic. Koledzy z bębnami się pomęczą. Przez okno autobusu, wpadał bardzo ciepły, pustynny wiatr. Jechaliśmy tą nową, asfaltową szosą do Mazar-i Szerif. Tam można było wynająć samochód, lub taksówkę. Z niego do Kabulu, poprzez łańcuchy Hindukuszu, prowadziła, też świeżo zbudowana szosa. Około 600 kilometrów, poprzez przełęcz Salang. Podobno częściowo budowana przez polskie firmy. Jechaliśmy idealną, nadamurską równiną. Zamkniętą przed nami, od południa, górska barierą. Za oknem pojawiło się kilka wielbłądów. Skubiących sobie suche, kolczaste roślinki. Wielbłąd nie ma unerwionych swoich warg. I dlatego może miażdżyć złośliwe kolce. Coś przecież musi jeść. Wiem to od Janusza, biologa. Dostarczał nam w czasie wyprawy sporo ciekawych informacji, o różnych zwierzęcych istotach. Drugim źródłem rozrywki był Maciek, chirurg. Ten z kolei opowiadał, jakie ciekawe przypadki spotykało się w szpitalu, wynikające z tzw. ludzkiej głupoty. Dojechaliśmy do szosy, prowadzącej do Kabulu. Skręciliśmy w przeciwną stronę i po kilkunastu kilometrach, przed miastem pojawiło się po lewej stronie osiedle, zbudowane z bloków, podobnych nieco do moich na Kozłówku w Krakowie. Dosyć spore. Metalowy, szczelny płot otaczał ten teren. Nawet były jakieś zielone miejsca, do wypoczynku między budynkami. Co to za osiedle? Rosyjskie osiedle, dla pracujących w tym kraju Rosjan wraz z rodzinami. Czuwał nad tym podobno generał. Teraz wyjaśniła się do końca rola kutra na Amudarii. Wjechaliśmy do miasta. Z kolei, z prawej strony drogi, ukazał się nam wspaniały duży meczet. Też otoczony metalowym ogrodzeniem. Tylko znacznie ładniejszym, niż rosyjskie. Będzie co fotografować-pomyślałem sobie! Jechał z nami Janusz, który tu już był wcześniej. Znał miasto. Kwaterujemy się w hotelu. Luksusów nie było. Spać się dało w jednej sali na łóżkach. Pościel mamy swoją. Śpiwory i materace. Był też kran z wodą. Ważny element wyposażenia. Musieliśmy wymienić zielone na Afgani. Miejscową walutę. Jedyny bank, gdzie można to było uczynić, był skromny. Pracownicy mieli swoje biurka, ale stojące na klepisku. Nie, nie wymieniają dolarów! Masz babo placek! Był kraj na świecie, gdzie nie chcieli zielonych! I to jeden z najbiedniejszych. Udaliśmy się do dyrektora. Miał gabinet ze znacznie większym biurkiem, ale też stojącym na gołej ziemi. Zgodził się na wymianę pięćdziesięciu dolarów. To była tu duża suma. Wystarczy nam na pobyt w poszukiwaniu jaskiń. Chodziłem po mieście, które było największe na północy Afganistanu. Położone na równinie baktryjskiej, która jest przedłużeniem pustyni Kara-kum Włóczyłem się z aparatem fotograficznym. Niestety meczet dla niewiernych był niedostępny. Tylko mogłem go sobie obejrzeć z zewnątrz. Meczet zwany Błękitnym. Święte miejsce dla szyitów. Obchodzą w nim Nowruz. Perski „Nowy Rok”, według kalendarza muzułmańskiego w Iranie. Z którym spotkaliśmy się tam, kupując kilka dni wcześniej bilet na autobus dalekobieżny. Według niego była na nim podana data odjazdu. Obchodziłem meczet dookoła. Fotografując go z różnych kierunków. Zaintrygowała mnie duża ilość białych gołębi siedzących na meczecie. Jeszcze więcej ich było na placu przed meczetem. Gdzie były karmione. Tysiące białych, identycznych gołębi. Jak się dowiedziałem, to podobno każdy gołąb, który przyleci do meczetu, z biegiem czasu bieleje. Przyglądałem się życiu ulicy. Fryzjer miał swój „gabinet” na ulicy, pod ścianą domu. Wodę mieszkańcom dostarczali nosiwodzi. W bukłakach z owczej skóry. Sporo ważył taki ładunek. Transport miejski odbywał się na przy pomocy dwukółek. Z daszkiem chroniącym przed słońcem Do dyspozycji były też dorożki, z końmi pięknie ozdobionymi. Sfotografowałem dość duży, niski budynek z szarej gliny. Jego dach złożony jest z szeregu kopułek. Nad nim sterczą dwie wieżyczki. Mniejsza z oknami. Większa z otworami. Można się było domyśleć, że dla muezzina. Wzywającego pięć razy dziennie do modlitwy. Budynek jest zapewne skromnym meczetem. Przed glinianym murem tego meczetu spotykam małego, bosego chłopca. Ze swoim skarbem w rękach. W innym miejscu, na pustym placu czekały na uwiecznienie w aparacie, dwie zalotne panny. Przeskoczę na chwilę w relacji, o niecałe dwa miesiące w przód, gdy wracaliśmy z gór i zatrzymaliśmy się w Mazar-i Szerif. Jurek urządził nam wycieczkę do miejsca, gdzie znajdowała się starożytna Baktria. Miejsce nie przypominało miasta Aleksandra Wielkiego. Ale skoro historycy i archeologowie tak twierdzą, to widocznie tu było. Założył je, po pokonaniu Persów i spaleniu Persepolis(p. Egzotyczny Iran). Dotarł tu, aż nad Amudarię. Dalej na wschód już były tylko zimne, wysokie góry. Nie miał wyboru. Postanowił, że skieruje się na południe, do Indii. Gdzie będzie ciepło i będzie co jeść. Nie była to prosta sprawa. Drogę do doliny Indusu, gdzie już jest płasko, zamykały ramiona Hindukuszu. Z Baktrii i z Mazar-i Szerif widać było je niedaleko na horyzoncie, w kierunku na południe. Są to pierwsze wzniesienia tych gór. Za nimi, kolejne wyższe. Przed Kabulem sięgające pięć kilometrów. Do Indusu było, w linii prostej, około osiemset kilometrów. I cały czas należało przekraczać przez grzbiety górskie, prostopadłe do kierunku marszu jego armii. To był wyczyn znacznie większy, niż przejście wojsk Hannibala przez Alpy. Moi koledzy odwiedzili też wtedy Polkę, mieszkającą kilkanaście kilometrów od miasta. Stęskniona była za Polakami, za naszą mową. Ah! Te polskie dziewczyny! Zakochała się. Chłopak był przystojny. Miał parę dolarów w kieszeni. Po kursie czarnorynkowym to była spora suma. Może opowiadał, że ma bogatą rodzinę. Piękny dom w rajskim ogrodzie. A tu jej mąż pracował w małej cementowni. Skończył na AGH wydział ceramiczny. Gdzie zawsze było dużo dziewczyn. Ceramika, to przecież porcelana, piękne zestawy na obiad. I wspaniałe kolory zdobień. Jednak na wydziale AGH „ceramika”, to były materiały ognioodporne(szamotowe), na wykładziny w piecach hutniczych. Cementownie. Wróciliśmy do naszego zadania. Szukania jaskiń. Pojechaliśmy wynajętym samochodem. Góry rosły. Horyzont był zamknięty. Przed nami wyrósł wysoki, skalny mur. Niemożliwe, aby tu był przejazd na południe, w stronę Kabulu. Ale pojawiła się szczelina między skałami. Którą mała rzeczka sobie wycinała sobie przez miliony lat. Piękny przełom. Przepiękny. Niedługi był ten wąwóz i teren się rozszerzył. Nad szosą pojawiły się suche zbocza. A jeszcze wyżej sterczały skały. Tu mieliśmy szukać jaskiń. Za tym przełomem. Było bardzo gorąco i sucho. Jedynym miejscem do biwakowania była kamienista plaża nad rzeczką. Kolor jej wody był jakiś podobny do mocno rozrzedzonego mleka. Skąd płynęła? Czort to wiedział. I co w niej płynie, to była rola następnego czorta. Gdzie płynęła, to się już niebawem dowiedzieliśmy. Sprawa biwaku była prosta. Materac plażowy rzucony na kamienie. Na to śpiwór, dobry na lodowe warunki. W nocy spałem na śpiworze. Deszczu tu w lecie nie zobaczymy. Woda, po przegotowaniu i wsypaniu do miski herbaty, dała się pić. Była wstrętna, ale nieszkodliwa. Rzeczka była płyciutka. Ledwie, by zamoczyć nogę do kostek. Noc była względna. Ale w dzień, w tym miejscu można się było usmażyć. Ratowaliśmy się chowaniem się w cieniu, w rozpadlinach z czerwonej, miękkiej ziemi. Wypłukanymi przez wodę. Nawet coś tu rosło. Czerwona ziemia, „terra rosa”. Znana z biwaków na południu Europy. Życie nasze się toczyło po jednej, lub drugiej stronie rozpadliny. W miarę obracania się słońca. Przerywane wypadami do przełomu. Gdzie był cień. Biwakować się tutaj nie dało, ponieważ między szosą i skałą było tylko miejsce na rzeczkę. Ale tu były wspaniałe rzeczy. Stało kilka wózków. Była to drewniana skrzynia na kółkach. W skrzyni była woda, a w niej pływały kawałki lodu i butelki koki, „seven up”. Boskie napoje! Siadało się na murku, z boku szosy i sączyło ten zimny eliksir. Niestety, tylko jedna buteleczka na dzień. Idąc za biegiem rzeczki, trafiliśmy na małe miasteczko Chulm. Z niskimi, glinianymi domkami. Istnienie swoje zawdzięczało rzeczce. Która mu dostarczała wody dla roślin i ludzi. Nie dopłynie do Amudarii. Zostanie wykorzystana ostatnia jej kropla. Mieliśmy szukać jaskiń. Nie mogliśmy zawieść kolegów. Mobilizujemy się. Na nogach mamy wysokogórskie, podwójne buty. Botek wewnętrzny, sznurowany, ze skórki. Używałem go potem w Koninkach, jako ciepłego pantofla. But z wibramem. Coś ogromnego i ciężkiego. Musi pomieścić botek. W którym też można było spać w wysokich górach. Nie pójdziemy w sandałach, w których można było chodzić nad rzeczką. Kamienie, ostre trawy, węże. Słońce prawie w zenicie. I czterdzieści parę stopni. Buty wzniecały kurz. Łaziliśmy po okolicznych stokach. Patrzyliśmy na skały. Są tu jaskinie, czy ich nie ma? Chyba nie było? Zdjęcia: Część z nich był zrobiona, gdy wracaliśmy po górach. Nic się w Mazar-i Szerif nie zmieniło w tym czasie. 1. Kuter. Kuter przewożący pasażerów między dwoma brzegami Amudarii. 2. Ajratan. Afgański posterunek graniczny. 3. Lutnia. Lutnia to był prosty i bardzo popularny instrument w Afganistanie. Począwszy od dwóch strun. Człowiek, z papierosem z filtrem w butonierce i sygnetem na palcu, chodzi boso. I ma uszkodzony duży palec u prawej nogi. 4. Autobus. Rosyjski autobus. W adidasach Janusz. Nasze plecaki czekają na załadownie. 5. Szosa do Mazar-i Szerif. Pasące się wielbłądy na pustyni, nad Amudarią. Na horyzoncie Hindukusz. Zdjęcie zrobione przez szybę autobusu. 6. Portal. Portal Błękitnego Meczetu. Na placu jest studnia z pompą. Dalej przy wejściu, pod ścianą leży bukłak z owczej skóry, napełniony wodą. 7. MS Błękitny Meczet. 8. Błękitny Meczet, szeroki widok. 9. Minarety. W głębi widać Hindukusz. 10. Gołębie. Każdy gołąb bielał, z przylatujących do meczetu. Naprawdę to raczej inne, niż białe, były zabijane. 11. Przechodnie. Ogrodzenie Błękitnego Meczetu 12. Mułła. Mułła z towarzyszami. 13. Meczet i chłopiec. Prawdopodobnie też meczet. Ale bardzo skromny. Bosy chłopiec ze swoim skarbem. 14. Panny. Tak ubrane chodziły dziewczynki w Afganistanie. Pantalony i chusta na głowie. Burka i „krata” na na oczach pojawiały się dopiero u mężatek. 15. Ulica w Mazar-i Szerif. Pięknie kwitnące rośliny. Zieleń musiała być nawadniana. Woda była wpuszczana okresowo do rowów w pobliżu roślin. W lecie przez wiele miesięcy nie spadała tu ani kropla deszczu. Nawet chmury na niebie były rzadkością. Afganistan jest położny na południu. Na wysokości północnej Afryki. 16. Mazar-i Szerif ulica. Inna skromniejsza ulica. Meczet i zaznaczające się łańcuchy Hindukuszu. 17. Dwukółka. Bardzo praktyczny pojazd w tym klimacie. 18. Dorożki. Zapewne do wynajęcia na większe uroczystości. 19. Nosiwoda. Człowiek ten dostarczał ludziom wodę. Bukłak, jak widać, jest zrobiony z owczej skóry. 20. Dwóch nosiwodów. Podejrzane jest stojące wiadro i bukłak postawiony na sztorc. Czyżby napełniony z tego rowu? Z tyłu kobiety w burkach. 21. Baktria. Tutaj dotarł Aleksander Wielki. Do Amudarii jest kikadziesiąt kilometrów. Dalej na wschód jest Hindukusz, coraz wyższy i po drugiej stronie rzeki Pamir. Musiał się wrócić do Persji, albo iść na południe do Indii. Nie było innej alternatywy. Tu była wokół pustynia. 22. Przełom. Nowa szosa do Kabulu. Niedawno zbudowana. Za tym przełomem mieliśmy szukać jaskin. Na stronie 85 w monografii „od Andów po Hindukusz” K. Seysse-Tobiczyka jest zdjęcie czarno białe tego przełomu, w czasie wyprawy w 1960 r. Droga jeszcze była bita. 23. Biwak. Biwakowaliśmy na tą rzeczką. Andrzej i Janusz(leży). 24. Rozpadlina. Nasze dzienne życie się toczyło w cieniu. Herbatka, zupka, czy też makaronik, wszystko było gotowane na wodzie z rzeczki. Na prymusie „Juvlu”. Leszek, Janusz, Andrzej. 25. Tamaryszek. Widoczek jest ładny, kolorowy. Nie oddaje jednak upału.. Wyżej, w tych skałach, mieliśmy szukać jaskiń. 26. Pola uprawne. Teren dalej nad rzeczką był bardziej płaski i przeznaczony na pola uprawne. Obok rzeczki widać asfaltową szosę do Kabulu.1 punkt
-
Post 2 Kolejne polskie wyprawy w Hindukusz W 1962 roku wyrusza w Hindukusz druga polska wyprawa. Składająca się z dwóch grup. Poznańskiej i krakowskiej. W wyprawie bierze udział kilku Francuzów. Metoda stosowana tym czasie, aby mieć źródło dewiz. Z dwudziestki uczestników, tylko trzech brało udział w pierwszej wyprawie w 1960 roku. Biel, Krajski i Zierhoffer. Reszta nigdy nie była w górach wysokich. Podróż do Afganistanu z bagażem była już „tradycyjna”. Pociągiem do Termezu i stateczkiem przez Amudarię na brzeg afgański. Nazwa przejścia granicznego jest mało ważna, ponieważ jego położenie nad rzeką zmieniało się w czasie kolejnych wypraw. Z granicy jechali do Mazar-i-Szerif i dalej już też„tradycyjnie” do Fajzabadu, przełomem Kokczy. Grupa poznańska wchodzi do dziewiczej Doliny Mandaras. Która się odgałęzia na wschód od doliny Qazi Deh, w rejonie japońskiej „Bazy pod Wierzbami”. Zasadniczym celem miał być potężny szczyt, wznoszący się w grani głównej Hindukuszu, w głębi tej doliny. Byli pewni, że to jest ten sam szczyt, co oznaczony kotą -7125 m, na mapie „Survey of India”. Zakładają bazę w Dolinie Mandaras na wysokości ok. 4100 m. Powrócę potem do tego miejsca i kolorowych widoków z niego. Grupa penetrowała otoczenie doliny. Nadając kolejnym szczytom w jej otoczeniu literę„M”(Mandaras) i numer. Szczyt z kotą -7125 m, oznaczono jako M4. Weszli na niego, jako pierwsi zdobywcy. Późniejsze, dokładniejsze pomiary obniżyły jego wysokość do 6814 m. W porozumieniu z władzami, po naradzie w Kabulu, nadano mu nazwę Nadir Szach. Ojca panującego króla Afganistanu Zahir Szacha. Stryczyński i Zierhoffer wchodzą też jako pierwsi ludzie na Kohe Mandaras(6631 m). Był początek września i przy wejściu na szczyt odmrażają sobie stopy. Grupa krakowska, licząca siedem osób, w której byli min.- Stanisław Biel, Henryk Ciońćka i Karol Jakubowski, nie miała sprecyzowanego planu i udała się dalej w kierunku wschodnim, by szukać szczytów, o wysokości przekraczającej siedem kilometrów. Podjechali najpierw samochodem dwadzieścia kilometrów dalej, wzdłuż Ab-e Pańdź do wioski u zbiegu dużej doliny. W której, w głębi dominował potężny szczyt Szachaur(7167 m), nazwany tak samo jak wioska. Po rekonesansie w dolinie okazało się, że wejście na niego jest niezwykle trudne. Przeniesiono się dalej w górę doliny Wachanu, w celu rozpoznania terenu. W tym rejonie weszli jako pierwsi na Kohe Tez(7015 m). W roku 1963 wyjeżdża w Hindukusz wyprawa łódzkiego koła Klubu Wysokogórskiego. Jej kierownikiem był Andrzej Wilczkowski. Głównym celem był już rozpoznany Szachaur. Nie zdobyli tego szczytu. Na jego pokonanie należało przebyć trzykilometrowy lodowy filar. Rozpoczęli poważniejszą akcję na niego już w październiku, jako ostatnie zamierzenie. Byli wprawdzie już doskonale zaaklimatyzowani. Doszli jednak tylko do 5800 metrów, gdy drogę zmknęła im osiemdzięciometrowa bariera szklistego lodu. Do szczytu mieli jeszcze 1300 metrów. Weszli natomiast wcześniej na Kiszmi Chana(6745 m), M2(6460 m) i po raz pierwszy na Langutę-i Barfi(6827 m). W głowie utkwiła mi książka Andrzeja Wilczkowskiego - „Pokutujące śniegi”. Była to relacja o tej wyprawie. Dziwne śniegi. Spotykane w suchych górach, min. w Andach i Hindukuszu. Śnieg firnowy topnieje, ale w dziwny sposób. Tworząc las „szpikulców”, o wysokości do wzrostu człowieka, czy wyżej. Tworząc „gęsty las”. Nie da się przez to swobodnie iść. Łamią się bez trudu. Same szpice. I dalej zostaje część „nadziemna”. Trzeba czasem dodatkowo zbijać je czekanem. Machaj jednak tym narzędziem powyżej pięciu kilometrów, niosąc nieraz, nie lekki plecak. One pokutują, jak mnisi. Pokuta też dla alpinisty, gdy na nie trafi. Czytając ją, gdy została wydana w 1969 roku, nie przypuszczałem, że zobaczę na własne oczy tych pokutników. I będę musiał przez nich przebrnąć. W Hindukuszu zaczęli się pojawiać Niemcy, Austriacy. Zaczął być modny wśród alpinistów. W 1966 roku wyjeżdża kolejna polska wyprawa, środowiskowa z Krakowa, zawierająca piętnaście osób. Kierowana przez Romana Śledziewskiego. W jej składzie po raz pierwszy dwie kobiety, oraz min: Andrzej Heinrich, Jerzy Potocki, Jerzy Wala, Ryszard Zawadzki. W wyprawie wziął też udział Janusz Wojtusiak, biolog z UJ. Zaproszono też do udziału alpinistów zagranicznych, z powodów już wcześniej wyjaśnionych. Postanowiono wejść na Szachaur filarem północnej ściany. Stawiając to, jako główny cel wyprawy. Przewidywano także wejście na dwa szczyty powyżej siedmiu kilometrów i trawers całej grani Noszaka. Nowością było użycie do przewozu bagażu i części uczestników wyprawy samochodu Star z przyczepą. Który jechał przez Turcję i Iran do Afganistanu. Spotkanie całej wyprawy nastąpiło w Fajzabadzie dziewiątego sierpnia. Najpierw działali w otoczeniu doliny Qadzi Deh. Trzydziestego sierpnia sześciu członków wyprawy stanęło na Noszaku(7492 m), wychodząc nowa drogą(zachodnią grzędą Noszaka) i bijąc swoje rekordy życia. Przy okazji pokonali wszystkie trzy wierzchołki Noszaka-wschodni, główny i zachodni. Działąjąca w składzie wyprawy z mężem Fracuska Isabelle Agresti doszła do 7400 m. Prasa francuska nazwała ja po powrocie do kraju „La famme vivante la plus haute du monde”(Silna i wybitna kobieta. Ale też, że wyszła najwyżej na świecie-gra słów). Wejście na Noszak, nową drogą, w zaledwie dwa tygodnie od rozpoczęcia działalności, zakończyło się chorobą wysokościową kilku uczestników. Zmuszeni byli zejść niżej. Wpływ na to miało także nieodpowiednie odżywianie. Trójka z nich, najmniej odczuwająca skutki wysokości, Bourgeois, Heinrich i Potocki została w pobliżu Noszaka i postanowiła jeszcze wejść na dwa szczyty-Darban Zom(7219 m) i szczyt z kotą -7291 m. Uważali, że ten drugi jest dziewiczy. Szczyt(Shingeik Zom -7291 m) nie był dziewiczy. Tylko oni o tym nie wiedzieli. Został zdobyty wcześniej, w tym samym roku przez alpinistów niemieckich. Na wieść o tym, jako ubezpieczenie do obozu III pod Noszakiem docierają Rodziński, Wala i Wojtusiak. Zamierzali wejść na oba te siedmiotysięczniki z siodła(szeroka przełęcz) pomiędzy nimi. Obniżywszy się trzysta metrów z obozu trzeciego(6800 m) na Noszaku rozbili namiot u stóp żebra skalnego, spadającego z jego głównego wierzchołka. Następnego dnia zaczynają podchodzenie w kierunku przełęczy pomiędzy tymi szczytami. Śnieg na podejściu był głęboki i na przełęcz docierają dopiero pod wieczór. Zmuszeni są wrócić na noc do namiotu. Wieczorem psuje się pogoda. Zaczyna sypać śnieg. Śniegu przybywa i rano rezygnują z tych dwóch szczytów. Decydując się na powrót do obozu trzeciego pod Noszakiem. Lawina pyłowa porywa Bougeois i Potockiego. Kolejna porywa Heinricha. Bougeois i Heinrich wygrzebują się ze śniegu. Długie poszukiwania Jerzego Potockiego nie dają rezultatu. Jest pierwszą, polską ofiarą Hindukuszu. Przestawiają namiot w pobliże grani, łączącej Noszak z Gumbaze Safed(6800 m). Zamieć nie ustaje i cały następny dzięń spędzają w namiocie bez żywności, która została w plecaku Potockiego. W kolejnym dniu próbują znowu dotrzeć do trzeciego obozu. W głębokim śniegu idzie im to straszliwie wolno. Obaj mają zapalenie spojówek. W dodatku Heinrich ma nogę przebitą czekanem. Wracają do namiotu. Jedyna możliwość uratowania się, to zejście z grani do bazy wysuniętej. Bougeois decyduje się na to zejście, skrajnie trudnym terenem. Rozstają się. Większość zejścia to ogromna skalno-lodowa ściana. Półtora dnia schodzi do bazy. Natomiast Heinrich, po noclegu w namiocie, wraca z największym trudem do trzeciego obozu. Tu była żywność i paliwo. Został uratowany. W 1971 wyruszają do Afganistanu dwie ekspedycje. Jedna z koła krakowskiego KW, przy współudziale koła lubelskiego KW. Druga z Wrocławia. Kierownikiem krakowskiej grupy został Stanisław Biel. W jej składzie byli min. Henryk Ciońćka, Jerzy Wala, Ryszard Zawadzki. Szefem grupy z Wrocławia był Jerzy Wojnarowicz. Część ekipy i bagaż jedzie do Afganistanu Jelczem 315 M. Druga część leci samolotem z Moskwy do Duszanbe. A stąd pociągiem do Termezu. Jelcz z bagażem dociera aż do Fajzabadu, pokonując wąskie galeryjki nad Kokczą. Potem za tym miastem, w stronę doliny Wachanu, natrafiwszy na mostek, który zawaliłby się pod ciężką maszyną, zmuszeni byli wynająć samochód i przenieść na niego bagaż wyprawy. W końcu z opóźnieniem wszyscy docierają do wsi Qadzi Deh. Stąd Wrocławianie idą z karawaną w górę pod Noszak. Obóz główny ma być założony na wysokości około 4030 m. Tu dowiadują się, że pod Noszakiem zmarło kolejno, na chorobę wysokościową, pięciu alpinistów bułgarskich. Czytałem szczegółowy opis tej nieszczęsnej wyprawy. Przyczyną było zbyt szybkie posuwanie się w górę, bez należytej aklimatyzacji i wypoczynku. Był już wrzesień i początek jesieni. W bazie pod Noszakiem zaczynał w nocy pojawiać się mróz, który utrzymywał się także przez dzień. Wyżej, w rejonie szczytu, rozpoczynała się zima. Wejście na Noszak wiązało się z dużym ryzykiem. Ustalili wspólnie, że nie będą na niego wchodzić. Wyjdą w stronę jeszcze nieznanych, ale niższych gór Kohe Zebak. W celu aklimatyzacji i rekonesansu. Nęcił ich jeszcze nie zdobyty szczyt w pobliżu Noszaka. Noszący kotę - 6350 m. Zdobyli go i nazywali Asp-e Sayah(Czarny Koń). Ponieważ jego pokonany, wyższy sąsiad nosił już nazwę Asp-e Safed(Biały Koń-6607 m). Osiemnastego września zaczął padać śnieg. Przenieśli się ostatecznie w Kohe Zebak. Jest to grupa górska na zachód od Hindukuszu Wysokiego. Za doliną Qadzi Deh. Która ją oddziela od Hindukuszu Wysokiego. Ma ona obszar ok. 950 km kwadratowych. Nazwa ich pochodzi od miejscowości Zebak, przez którą jedzie się z Fajzabadu do Iskaszimu. Najwyższym szczytem tych gór jest Sad Isztragh - 5859 m npm. Grupa krakowsko-lubelska udała się samochodem ze wsi Qadzi Deh w górę Wachanu, docierając do osady Qala-i Panja. Ostatniej, do której można było wtedy dojechać tym pojazdem. Spieszyli się, ponieważ było coraz zimniej. Stąd wyruszyły cztery zespoły rekonesansowe. Po ich powrocie zdecydowano, że zaatakują Kohe Qala-i Ust(6309 m), a następnie Kohe Baba Tangi(6513 m). Jeden ze wspanialszych problemów ścianowych w Hindukuszu. Z jego północnym, dwukilometrowym filarem. Dziesięciu alpinistów prowadził Ryszard Zawadzki. Nie osiagnęli tych szczytów. Jednak po drodze weszli na kilka wiechołków powyżej pięciu kilometrów. Zaczęła załamywać się pogoda. Na całym Hindukuszu Wysokim(Wschodnim) padał śnieg. Ostatecznie grupa wróciła na zachód, w rejon Kohe Zebak. Hindukusz Wysoki Dla ułatwienia zrozumienia moich postów i śledzenia działalności Polaków w początkach eksploracji Hindukuszu załączam mapę graniową Hindukuszu Wysokiego, opracowaną przez Jerzego Walę i zamieszczoną w monografii „Od Andów po Hindukusz” Kazimierza Seyyse-Tobiczyka. Autor mapy zbierał informacje od uczestników wypraw penetrujących Hindukusz. Stopniowo uściślając jego topografię. Dla ułatwienia śledzenia mapy zaznaczyłem na czerwono szczyty, które były celem zainteresowania polskich wypraw. Króciutko omówionych w poprzednich akapitach. Noszak ma trzy wierzchołki. Główny(M), zachodni(W) i wschodni(E). Zieloną kropką oznaczyłem rejon japońskiej bazy głównej(„Baza pod Wierzbami”) z roku 1962. Znajdowała się ona u zbiegu dolin Qadzi Deh i Mandaras na wysokości ok. 3 km. Nazwy szczytów na mapie się zmieniały i w literaturze polskiej są takie, jak w nawiasach: Kohe Naser Khosraw(M2- 6460 m): Kohe Kesnikhan(to Kiszmi Chan): Kohe Nadir Sah(Nadir Szach): Kohe Skhawr(Szachaur.) Kohe to „góra”, szczyt. Wysokości szczytów też ulegały zmianie. W miarę coraz dokładniejszych pomiarów. Mapy takie, popularn1e zwane „graniówkami” są podstawą działania alpinistów w górach. Nie mapy fizyczne. Mapy fizyczne zawierają zbyt wiele szczegółów i są „nieczytelne” dla wspinacza. Dla alpinisty istotny jest przebieg grani. Grani głównej rejonu, grani bocznych, odgałęziających się od głównej w punktach zwornikowych. Naniesione na ich przebieg szczyty, przełęcze i ich wysokości. Ogólny przebieg dolin, lodowce oraz cieki(potoki, rzeczki). Alpinista, wspinacz musi widzieć stok, ścianę, grań, aby ocenić trudności wspinaczki, po skale i lodzie. Zastępczym środkiem dla oceny była i jest fotografia. Jak najbardziej też szczegółowa. Nie da się tego zrobić z najbardziej nawet szczegółowej mapy fizycznej. Która jest przydatna w ogólnej orientacji, przy dojściu w interesujący rejon. Teraz pojawiły się dodatkowe środki, dla wyobrażenia sobie rzeźby terenu. Zdjęcia z satelitów, czy tzw. zdjęcia lotnicze. Z naniesionymi poziomicami. Wszystko to bardzo ułatwia alpinizm w nieznanych górach. Niemniej ostateczne zdanie należy do człowieka obserwującego teren. .1 punkt







