Narty - skionline.pl
Skocz do zawartości

Ranking

Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 06.12.2021 w Wpisy na blogu

  1. Post 22 Adżanta Czternastego września Jalgaon(Dżalgon) typowe indyjskie prowincjonalne miasteczko, choć ludności liczy zapewne nie mniej od Krakowa. Wychodząc z pociągu idziemy kładką nad torami do hali dworcowej. Jesteśmy wyżej i widzimy halę z góry. Jest bardzo wczesny ranek. Z góry posadzka hali wydaje się być usłana szczelnie szarym płótnem. Nieco zaspani dostrzegamy jednak, że to są szare szmaty, z pod którym wystają bardzo chude ludzkie nogi. Hala służy za miejsce do spania. Wracając pod wieczór z Adżanty była jeszcze pusta. Po ulicy gonią czarne, brudne świnki. Targ owocowy, góry pomarańcz, bananów, jakieś dyniowate owoce. Wysiedliśmy w Jalgaon, aby zwiedzić Adżantę(Adjanta). Do naszego dzisiejszego celu jedziemy dalej autobusem. Na każdym postoju do autobusu dosłownie rzucają się sprzedawcy, różnych orzeszków, groszku, bananów. Towarzyszą im żebracy. Tu każdy klient, potencjalny posiadacz gotówki, jest na wagę złota. Nasza jazda wokół tego subkontynentu przypomina polowanie na zabytki. Poczytałem sobie w domu nieco o sztuce indyjskiej. A i prospektów tu nie brakuje. Szkopuł w tym, że jeden zabytek od drugiego leży w odległości pięćset, czy tysiąc kilometrów. Adżanta. Jest to kanion małej rzeki Wakhora, położonej na wyżynie Dekan. Posiada ona, po swojej orograficznie lewej stronie, wysoki mur skalny, ciągnący się na pewnej przestrzeni. W skale tej wykuto, między drugim wiekiem przed nową erą i szóstym-nowej ery, około trzydziestu grot. Służyły jako świątynie buddyjskie(czajtie) i miejsca zmieszkania w klasztorze (wihary). Pokryte były wewnątrz malowidłami, znanych pod nazwą fresków z Adżanty. W kilku z nich zachowała się jeszcze ich część. Niektóre posiadają wspaniałe portale, zachowane w niezłym stanie. Tematem jest głównie Budda. Całość robi duże wrażenie, między innym ze względu na ogrom włożonej pracy, aby to precyzyjnie wykuć w dziewiczej skale. Wracając kupuję sobie na pamiątkę rozłupane kawałki opalu. W środku są ametysty. Zabarwione na fioletowo kryształy kwarcu. Wieczorem mamy pociąg do Dehli. To już ostatni odcinek z siedmiu tysięcy pięciuset kilometrów. Nie mamy rezerwacji, ponieważ przerwaliśmy jazdę w Jalgaon, aby zwiedzić Adżantę. Na stacji nie ma miejscówek na nasz pociąg. Wiemy już z poprzednich jazd, jak wyglądają wagony typu „open”-bez rezerwacji. Lepiej ich unikać za wszelką cenę. Spróbujemy wejść bez miejscówki do wagonu z rezerwacją. Czasem ktoś wysiądzie na niedalekiej stacji. A może konduktor ma zamelinowane jakieś miejsce? Konduktor nie chce nas wpuścić do wagonu. „No place gentelments”- nie ma miejsca panowie. Tłumaczę, że kończy się nam wiza i musimy być w Dehli. Nie jest to całkiem prawda, ale nie będzie sprawdzał paszportów. Nie i nie! Więc „dżentelmeni” wpychają się na siłę do środka i wyciąga nas za chwilę stamtąd policjant, wezwany przez konduktora. Sąsiednie wagony „otwarte” są dokumentnie zapchane. Przez drzwi się nie da wejść. Na szczęście ich okna nie mają, typowych w indyjskich pociągach poziomych prętów. Staliśmy my się na chwilę obiektem zainteresowania jadących w pociągu. Pasażerowie w środku „otwartego” zrozumieli naszą trudną sytuację i pomagają nam jak mogą, przy wciskaniu się przez okna. A jest ono wielkości jednej czwartej okien w naszych pociągach. Byliśmy w takim typowym przedziale, gdzie jak już pisałem, mając miejsce do spania, miało się po jednej stronie trzy twarde ławki do spania. Po drugiej - drugie trzy. Tak więc jesteśmy w takim przedziale z tym, że teraz tu jest ponad dwadzieścia osób, na pewno z tobołami. Dokładnie tego nie widać, bo jest wieczór a w wagonie palą się tylko jakieś mizerne lampki. Mamy więc niezłe atrakcje na koniec podróży. Do Deli mamy co najmniej dobę jazdy. Jadą z nami pasażerowie o wyglądzie Tybetańczyków. Z całego towarzystwa tylko oni wzbudzają we mnie zaufanie. Tłumaczą nam, że siedzący na ławce bezzębny dziadek niedługo wysiada. W Indiach niedługo, to pewnie tak jak i u nas, u górali – bliziutko, kawałecek panie. Na razie siedzę na jakiejś skrzyni dziadka, a Andrzej na tobołku Tybetańczyków. W następnym przedziale jedzie grupa policjantów. Jeden siedzi na podłodze po turecku, przyciskając do ławki karabin. Co stacja, to okna zostają zamknięte, żeby grupa żądnych miejsc nie wtargnęła do środka. Po kilku godzinach tych atrakcji wysiada dziadek i ja też - przez okno. Biegnę do wagonu z rezerwacją. Są miejsca! Będzie można spać i jest nadzieja, że nie okradną. A do Deli jeszcze osiemnaście godzin jazdy. Kradzieże to też był swego rodzaju problem. Opisywano u nas różne historie, które się przydarzyły Polakom w indyjskich pociągach. Znanemu operatorowi i podróżnikowi ukradziono wszystkie wartościowsze rzeczy. Mimo, że miał je wszystkie przy sobie. Do pociągu wsiadła orkiestra. Zaczęła grać i przeciskać się przez wagon. Zrobił się rozgardiasz, ścisk. Chłop stracił dokumenty, pieniądze i sprzęt filmowy. Mam specjalną malutką saszetkę na paszport, książeczki szczepień, pieniądze. Trzymam to na pasku pod spodniami, w strefie między pępkiem i zewnętrznym dowodem męskości. Mam nadzieję, że w tłoku nikt mi tu łapy nie włoży. 15.09 Trochę się wyspałem. Niżej mam niesympatyczną, starą babę. Coś do mnie gada. Ma o coś pretensje. Andrzej, śpiący na środkowej, składanej na dzień ławie, miał rano awanturę. Śpiący niżej facet zażądał złożenia półki Andrzeja, bo on chce siedzieć. Andrzej sprowadził konduktora. Ten wyjaśnił, że noc w indyjskich pociągach trwa formalnie do szóstej. Anglicy nauczyli ich znakomicie biurokracji a i przy okazji porządku. Jest pogodnie, ale bez zbytniego upału. Krajobraz monotonny. Właściwie częścią tej trasy jechaliśmy już do Madrasu. Kółko się zamyka. Dalsza cześć dnia przechodzi bez specjalnych wrażeń. W hotelu, to znaczy w dwu namiotowym hosstelu, nas rozpoznają. Starego nie ma. Zostawiliśmy tu parę rzeczy u niego. Nie wydadzą nam. Mamy do dyspozycji na noc tylko jedno tutejsze łóżko na dwóch, z plecionki na drewnianym stelażu. Po losowaniu przypada ono Andrzejowi, a mnie pozostało spanie na materacu plażowym na ziemi. Zdjęcia: 1. Adżanta, widok_1. Następne widoki bardziej w prawo. Zdjęcia były robione z niewielkiego wzniesienia po drugiej stronie rzeczki Wakhora(niewidoczna niżej w zieleni). 2. Adżanta, widok_2. 3. Adżanta, widok_3. 4. Budda, Portal_1. Tematem jest głównie Budda. 5 Budda, Portal_2. 6. Budda_lotos. W pozycji lotosu. 7. Wnętrze, Stupa. Stupa(„kapliczka”) wewnątrz świątyni buddyjskiej(Czajtie) 8. Restauracja wejścia jaskini. Dzisiaj widać w sieci skutki restauracji. Przykładowo, ze Stupy na poprzednim zdjęciu, usunięto widoczne tu plamy.
    2 punkty
  2. Post 21 Bombaj Jedenastego września Rano wita nas duże miasto Bangalore. Ładny dworzec. Pociąg do Bombaju mamy za dwie godziny. Śniadanie - bo mamy ranek następnego dnia - składa się z omletów i kawy. Na deser banany, które tu są wyjątkowo tanie. Osiem sztuk za rupię, czyli za dolara było by ich osiemdziesiąt. Pociąg znów jest wąskotorowy. Jedziemy do stacji Miraj(Miradż) a tam przesiadka do Bombaju. W sumie trzydzieści sześć godzin jazdy do tego miasta. Krajobraz mało ciekawy. Wjechaliśmy już na wyżynę Dekan. Monotonię jazdy urozmaicają, od czasu do czasu pojawiające się jakieś małe, skaliste wzgórza. Porośnięte są rzadkimi drzewkami. Jest dość chłodno i pada czasem deszcz. Temperatura dwadzieścia kilka stopni. To wszystko z powodu wysokości na poziomem morza. Niżej jest ze dwadzieścia stopni więcej. Mnie też jest chłodno i dostałem kataru. O dwudziestej pierwszej dwadzieścia wyjazd z Miraj do Bombaju. Na szczęście, mamy miejsca do spania. Dzisiaj zjadłem dziewiętnaście bananów. Krajobraz w dalszym ciągu monotonny. Jadąca z nami w przedziale rodzina hinduska częstuje nas ciastkami domowego wyrobu. Jedno jest słodkie i zrobione z orzecha kokosowego. Drugie – to precelki zrobione z kokosa i ryżu, smażone na oleju. Potem jeszcze częstują nas czapati, tylko na słodko. 12.09 Jak ten czas leci! Z Dehli wyjechaliśmy pierwszego września. A my ciągle jedziemy i jedziemy. Mamy w plecakach prymus, benzynę, menażki. Więc na śniadanie robimy sobie jajka sadzone. Potem sześć bananów i tradycyjne kawy. Dobrze, że przynajmniej banany tanie. Jest to w pewnym sensie moje główne pożywienie. W ciągu dnia dochodzę nieraz do dwudziestu sztuk. Idealny owoc na te tropiki. Pożywny i idealnie sterylny. Wystarczy delikatnie paluszkami odwinąć, począwszy od czubka, skórkę i środek jest nieskażony. Ręce dotykają wszystkiego. Okazje do ich umycia są tylko w hotelu. Zresztą woda też tu jest podejrzana, nawet z kranu. I myj tu, na przykład, winogrona. Banany są różne, w zależności od rejonu. Zagięte, prawie proste, pękate i duże, malutkie i o skórce różowawej. W Dehli były tanie i głównie te najczęściej spotykane - to znaczy zagięte i zielone. Jadąc w kierunku na południe - drożały. Pomarańczy tu prawie nie ma. Też dało by się je jakoś pozbawić skóry, bez dotykania wnętrza. Przez wagon przeciągają bez przerwy jacyś grajkowie. Śliczna była trójka – chłopak około dziesięciu lat, dziewczynka siedem, osiem z wyglądu, z chłopczykiem czteroletnim. Dziewczynka była bardzo ładna. Przeciąga sporo niewidomych. Jeden z nich miał coś w rodzaju mandoliny z dwoma strunami. Wieczorem pociąg zaczął zjeżdżać z Dekanu w stronę Bombaju. Zrobiło się mokro i zielono. Ładnym krajobrazem kończył się płaskowyż. Jedziemy teraz przez Gatty Zachodnie. Tak nazywają się geograficznie „zbocza”, którymi opada wyżyna Dekan w stronę Zatoki Arabskiej. Teren jest poryty głębokimi dolinami, porośniętymi bujną roślinnością. Widać liczne wodospady. Pociąg, jak wąż, przewija się przez ten malowniczy, zielony krajobraz. Zbliża się wieczór. Ciemność w tropikach następuje nagle, bez ostrzeżenia, jak u nas stopniowo następującą szarością po zachodzie słońca. W miarę zbliżania się do Bombaju narastał we mnie jakiś podświadomy niepokój. Nawet nie wiem dlaczego, bo nigdy nikt mnie nie ostrzegał przed Bombajem. I rzeczywiście! Po wyjściu z dworca miasto przywitało nas od razu slumsami. Ohydne budy zrobione z byle czego, potem jakieś wyludnione domy, ludzie śpiący pokotem na ulicy, albo pod miniaturowymi daszkami ze szmat, przyczepionymi do ścian. Domy, które wyglądały jak mrowisko, ciemne, ohydne zaułki. Ledwo wyszliśmy ze stacji i już się do nas przyczepili. „Cheap hotel”, tani hotel, przenieść bagaż - jaki? Bo mamy tylko plecaczki. I temu podobne zaczepki. Dość porządny hotel, obok dworca. Nie ma miejsc. Idziemy, chyba tutejszą główną ulicą. Nie ma hoteli. W jednym są miejsca, ale za trzy dolary. Dotychczas kosztowało nas to średnio nieco powyżej połowy „one”(jeden dolar). Boimy się zapuścić w boczne ulice. Wyglądają ponuro. W jednym miejscu leżą jakieś strasznie chude krowy. W innym coś, mało apetycznego cieknie z budynku wprost na ulicę. Z pewnością kanalizacja. Bez przerwy ktoś nas zaczepia. Jest dziesiąta wieczór. Jest wreszcie hotel za półtora dolara. To jest chyba jedyne bezpieczne miejsce w tym mieście. Stary przyjmujący nas ma wygląd doświadczonego sutenera. Hotel, mimo że przy głównej ulicy jest ohydną budą. Mieszkamy na drugim, albo też wyższym piętrze. Trudno jest stwierdzić, na którym, bo przy każdym zakręcie wąskich schodów są jakiś pokoiki. Co za miasto! Zobaczymy jak wygląda w dzień. 13.09 Nie lubię nocy. Dzień jest jednak znacznie przyjemniejszy. Uliczki, które wczoraj wyglądały ponuro są trochę przyjemniejsze. Mimo to dzielnica, którą oglądamy, ma wygląd slumsów. Domy brudne. Między nimi płynące ścieki. Na ulicy nawóz. Za to banany są bardzo tanie, dwanaście sztuk za rupię. Znajdujemy, po dłuższym szukaniu miejsce w porcie, z którego płynie kuter do Elephanty. Tam jest świątynia, która nas głównie interesuje w Bombaju. Woda w porcie jest brudna. Na redzie dużo statków, oczekujących na wejście do portu. Bombaj od strony morza wygląda nawet przyjemnie. Przy nabrzeżu stoją wysokie reprezentacyjne budynki, z czasów potęgi wyspiarskiego imperium. Po godzinie dobijamy do małej przystani. Wróciliśmy na stały ląd, bo Bombaj właściwie leży na półwyspie. Proponują nam lektyki. Do świątyni idzie się w górę, po schodach. Lektykę nosi czterech kulisów. Świątynia jest ciekawa. Typu groty hinduskiej, wykutej w skale. Ma trzy sanktuaria, w których jedyną rzeźbą wysoką na prawie metr i stojącą w środku pomieszczenia jest phallus. Poświecona jest Bogu Sziwie, którego symbolem jest to męskie narzędzie zapładniania. Liczy sobie od tysiąca trzystu do tysiąca czterystu lat. Przed wieczorem zapuszczamy się w dzielnicę bazaru. Choć na dobrą sprawę wszystko tu jest bazarem. Brudno. Jakieś domy, podobne do naszych bloków, które wybudowało chyba miasto dla koczujących na ulicy. W otworach okiennych, bo okien w nich nie ma, widać kłębiące się mrowisko ludzkie. Zaczepiamy młodego człowieka o wyglądzie wskazującym, że zna więcej niż kilka angielskich słów. Wyjaśnia, że faktycznie miasto zbudowało te domy. Ale do tych, co w nich zamieszkali, przyjechali krewni z dalekich wsi. Nie wypada odmawiać krewniakowi, nawet dalszemu. Ponieważ budynek nie jest z gumy, więc powstał ten efekt mrowiska. Na ulicy koczują całe rodziny. Coś sobie pitraszą na ognisku pod murem. Cały dobytek to kilka szmat i jakiś osmolony garnek. Szczególnie mi żal dzieci w wieku mojego syna Darka. Brudne, ubrane jedynie w podarte majtki, leżące na gazecie, albo kawałku folii. Wydaje się, że śpią, a obok tętni życie miasta, jeżdżą auta, autobusy, słychać krzyki ludzkie. Nie wiadomo, kto je spłodził i kto je żywi. Ich wychowanie i wyżywienie, jeśli tak można to nazwać, przejęło obojętne środowisko dookoła nich. Złakomiłem się na dużego ananasa. Gorszy od tego z Madurai, nie jest tak słodki. Ale ważne, że ma dużo soku. Siedzę pod dworcem i scyzorykiem obieram go, wydłubując z niego wszystkie ciemne zagłębienia. Robię to ostrożnie tak, aby nie dotknąć palcem miąższu. Ucinam scyzorykiem delikatnie kawałek. Nabijam na scyzoryk i do buzi. Pełna higiena spożywania tego rarytasu tropików. Jedziemy dzisiaj dalej pociągiem, do Jalgaon. Zdjęcia: 1. Bombaj ulica. Ulica w reprezentacyjnej części miasta, w pobliżu portu. Domy z okresu potęgi brytyjskiego imperium. W głębi nowoczesne wieżowce. 2. Życie na ulicy_1. To zdjęcie i następne to też Bombaj. Nie ma potrzeby ich komentować. 3. Życie na ulicy_2
    1 punkt
  3. Post 20 Koczin Dziewiątego września O dziewiątej wyjeżdżamy z Trivandrum do Ernakulam. Po drodze przesiadka w Villon. Pociąg jedzie przez lasy palm koksowych. Miejscami wśród zagajników palmowych widać laguny, ze strasznie brudną wodą przy brzegach. Pola ryżowe. W jednym miejscu odbywa się zbiór ryżu w innym - sadzenie. Ryż, w zależności od klimatu się sadzi i zbiera do czterech razy w roku. Każdy kawałek ziemi jest tu wykorzystany, albo pod palmy kokosowe, albo pod pola ryżowe. Między tym wszystkim są upchane domy. Dużo tu jest tej wody. Z Gór Kardamonowych płyną w stronę Morza Arabskiego krótkie, ale obfite w wodę rzeki. Po drodze do Ernakulam odwiedzamy Fort Cochin(Koczin). Atrakcją są tu bardzo ciekawe sieci do łowienia ryb. Dawniej, za panowania brytyjskiego, byli tu Chińczycy. Sieci są chińskie. Konstrukcja przypomina ogromnego żurawia z powiązanych pni bambusa. Na szczycie wiszą cztery ramiona na których u dołu jest podwieszona sieć, o orientacyjnych wymiarach dwanaście na dwanaście metrów. Moje inżynierskie oko to oceniło. Na przeciwnym końcu żurawia znajduje się przeciwwaga z owiniętych linami kamieni. Z żurawia po stronie sieci zwisają cztery grube liny. Sieć obsługuje czterech rybaków. Opuszczają ją do wody, ciągnąc za liny i następnie, zwalniając liny, sieć wynurza się z wody. Jeżeli w momencie wynurzania nad siecią jest ryba, to już jest złowiona. Obserwujemy połów. Co drugie, trzecie zanurzenie przynosi łup w postaci jednej, lub dwóch małych rybek. Podobno są w stanie średnio złowić około dziesięć kilogramów dziennie, wartości sto rupii, czyli z dziesięć dolarów. Tak nas informuje młody człowiek, który prowadzi nas następnie na smażoną rybę. Rybę smarzoną sprzedaje facet w budzie, w pobliżu żurawi, zrobionej z bambusa i liści palmowych. Do tego pozwalamy sobie na dwie szklaneczki araku, który nam poleca szef interesu. Dobry, ale zbyt rozcieńczony wodą. W czasie konsumpcji informuje nas, że umarł Mao-Tsetung. Niemożliwe! Umarł Mao! Jako dowód przynosi nam gazetę w języku angielskim. Faktycznie! Na pierwszej stronie duże zdjęcie Mao, w czarnej obwódce. Rachunek jest wysoki. Droga była ta rybka. Stary coś na ucho szepcze Andrzejowi, który nie zna angielskiego, więc potem mnie. Tłumaczę Andrzejowi o co chodzi i wybuchamy śmiechem. Ma do sprzedania książki seksualne. Po morzu pływają łodzie z małymi żagielkami. Wyglądają jakby były zrobione z pęcherza. Czasem przepłynie, całkiem blisko, do niedalekiego portu, a może z portu, bo nie wiemy, gdzie ten port jest, duży oceaniczny statek. W autobusie do Ernakulam towarzyszy pasażerom grajek i jednocześnie śpiewak. Mały chłopiec śpiewa, akompaniując sobie małymi klapkami. Wczoraj w pociągu też mieliśmy takiego śpiewaka, tylko że niewidomego. Jego klapki miały jeszcze brzękadełka. W pewnym momencie wskoczył do pociągu czyścibut. Obszedł cały wagon, ale bez rezultatu. Wtedy odłożył szczotki i pastę i zaczął śpiewać, akompaniując sobie klepaniem po brzuchu. Rezultat tego wysiłku był też finansowo mizerny. Niewiele dzisiaj ujechaliśmy, zaledwie dwieście dwadzieścia kilometrów. W Ernakulam zostajemy do jutra. Wieczorem kolacja składa się z ryby „Fish and curry” i Porotta(Borotta). Do tego smaczne placuszki. Wymiary ich zależą do okolicy. Do popicia jak zwykle kawa. Nie mogę zasnąć. Coś mnie gryzie i jest gorąco. Nie pomaga wentylator pod sufitem. Dwa razy chodzę pod prysznic i mokrej piżamie kładę się na łóżku. Pobolewa mnie wątroba. Andrzeja też. Podobno to jest objaw ameb. 09.10 Nic ciekawego nie zanotowałem w dzienniczku rano w Ernakulam. Po południu jedziemy dalej pociągiem do Bangalore. To duże miasto indyjskie, położone przed wjazdem na Wyżynę Dekańską. Do Bombaju pojedziemy przez Dekan. Krainę na południu Indii, położoną na średniej wysokości tysiąca metrów. Wyjazd poprzedzony jest bieganiem z jednego końca pociągu na drugi i kłótniami z konduktorami w poszukiwaniu wolnego miejsca do spania. Krajobraz za oknem, wolno sunącego po jednym torze pociągu, taki jak wczoraj do południa. Jedziemy dalej przez stan Kerala. Podobno najpiękniejszy w Indiach. Laguny – i „pola ryżowe w wodzie mokną, bawoły groblą ciągną wóz…”. Tak było w piosence Połomskiego. Budziła tęsknotę za tropikiem. Za jego pięknem i egzotyką. Przez przesuwające się okno pociągu widzimy ten tropik. Jest piękny, to prawda, z daleka. Ale ma też drugą stronę. Nędza, ciężka praca na polach ryżowych. Nawet to, że laguny są ładne na zdjęciu, a nie w bezpośrednim zetknięciu się z nimi. Z ich brudną i pełną zarazków wodą. Ale o tym piosenka nie mówi. Zdjęcia: 1. Załoga żurawia. Po całym dniu pracy, „zmuszanie” sieci, aby się zanurzyła do wody(wynurzała się sama), można było zarobić 10 dolarów, ze sprzedaży ryb. 2. Żurawie. W mieście Cochin, stan Kerala. 3. Statek. 4. Sprzedawca ryb. 5. Waga. System ważenia bardzo popularny od Iranu do Indii. 6. Rybak. Ten zdaje się pracował solo. Ale zdaje się nie łowił ryb. Miał łopatę i może wykopywał coś jadalnego przy wodzie. 7. Arak. Serwowany pod smażoną rybkę w tej budzie. 8. Riksza. Nie było problemu, aby dotrzeć do domu, gdy się wypiło za dużo araku. patę
    1 punkt
  4. Post 19 Komorin Siódmego września W Trivandrum plecaki zostawiamy na stacji w przechowalni bagażu i jedziemy na przylądek Comorin, po polsku Komorin, a tu zwany Kanyakomari. Jest do niego kilkadziesiąt kilometrów. Autobus jedzie przez zagajniki palm kokosowych. Na których, wysoko u góry, wiszą pęki zielonych owoców. Wzdłuż całej drogi stoją domy. Na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów droga przypomina długą, miejską ulicę. Instalujemy się w miejscowym hotelu. Jak zwykle pada najpierw podstawowe pytanie, czy jest woda i czy jest bez przerwy. Nie jest podgrzewana, ale ciepła. Taka już jest w tym klimacie. W tej łazience był jeszcze kranik z umywalką, a nad nim nieco zdezelowane lustro. Byliśmy na przylądku. Powietrze jest chłodniejsze i wieje lekki wiatr od Oceanu Indyjskiego. Dość daleko w oceanie sterczą skały. Do równika mamy tylko osiem stopni szerokości geograficznej. Przelatuje mi przez głowę myśl, czy mi się jeszcze uda w życiu być dalej na południu? Na dużej skale, ze sto metrów od lądu, zbudowano mauzoleum hinduskiego filozofa i poety Swami Vivekanada. To wiemy z posiadanych prospektów. Miał podobno zwyczaj przebywać tu na przylądku i siadywać na skale, kończącej na południu subkontynentu jego ojczyznę. Od oceanu idzie silna fala. Po prawej stronie Zatoka Arabska, po lewej-Bengalska. Na wprost otwarty ocean. Za to na południu, najbliższy większy ląd, nie licząc Madagaskaru, to Antarktyda. Rano na morzu widać było masę łodzi. Rybacy przy brzegu pomagali sobie wiosłami. Potem rozpinali prymitywny, ciemny żagiel, przymocowany do reji zamocowanej u góry na bambusowym maszcie Po południu zwiedzamy wioskę rybacką. Na plaży leżą łodzie wykonane z powiązanych ze sobą pni palmowych,. Na uliczkach, między domami wiszą, przymocowane do pni palm porozciągane sieci. W jednym miejscu skupisko ludzi. Targ. Rybacy przynoszą połów. Na długim drągu niosą nadziane, wiszące ryby. Duże, nieznane z pyskami, w których sterczą zęby jak małe piły. Na brudnym piasku porozkładane są małe rybki, podobne do sardynek. Ludność miejscowa to Drawidowie. Drawidowie są zaliczani przez antropologów ras do rasy czarnej. Do której też są zaliczani Aborygeni z Australii. Wśrodku wsi stoi duży katolicki kościół. Pamiątka po kolonizacji. Tu najwcześniej docierały statki z Europy. Na horyzoncie widać słabo zarysy Cejlonu. Wieczór jest piękny. Księżyc oświetla ocean, z którego sterczy teraz więcej skał. Pora odpływu. Na skałach kraby, muszelki, jakieś małże w skorupkach. Próbuję je oderwać, ale są niesamowicie przyssane do skały. Brodzimy boso po wodzie. Zastanawiam się nad ewentualna kąpielą. Że w wodzie mogą być rekiny i inne grożne stworzenia to wiem. Ale tak tylko kawałeczek od brzegu. Po namyśle odrzucam ten zamiar. Może być silny prąd ciągnący w stronę oceanu. Falka jest spora. Tu nikogo nie będzie interesować, jak będę miał kłopoty w wodzie. Lepiej nie ryzykować. 8.09 Wracamy do Trivandrum. Hotel za pięć rupii z tym, że drugie pięć dodatkowo jako zastaw. Pisze się tu godzinę przybycia. Dokładnie o tej samej godzinie następnego dnia mamy się wynieść, aby nie płacić za dwie doby. Hotele w Indiach, jak się zorientowałem, dzielą się z grubsza na dwie kategorie: europeen style i indien style. W stylu europejskim i indyjskim. Nie wiem jak wygląda styl europejski, ponieważ zaczyna się od pięciu dolarów w górę. Co jest dla nas ceną abstrakcyjną. Może ma w ustępie europejski-sedes do siedzenia. Styl indyjski ma ustęp kucany, tak samo, jak w Iranie, Afganistanie i praktycznie wszędzie tu na wschodzie. Zresztą chyba lepiej kucać, niż trzymać własną pupę w miejscu, gdzie różne takie egzotyczne robiły sobie dobrze. Wszelki dotyk jest niebezpieczny. Hotel w Trivandrum jest taki typowy, indyjski. Pokój z ceratowymi leżankami. Wielki wentylator z dużymi czteroma łopatami pod sufitem. Na ścianie regulator biegów. Można sobie wolniej, lub szybciej mieszać powietrze w pokoju. Okno się otwiera do środka, bo na zewnątrz ma kratę. Zresztą, co jest za oknem, to nas zupełnie nie interesuje. Z pewnością nie jest to widok z hotelu pięciogwiazdkowego na Lazurowym Wybrzeżu. Najważniejsza jest woda. Mam kilka bawełnianych podkoszulków. Wychodzę z pod prysznicu, wkładam wyprany i zaraz piorę ten, co go zdjąłem. I tak w kółko, parę razy na dobę. "Wyższe" kategorie łazienek(taka jak na przylądku) mają coś w rodzaju umywalki, ze zdezelowanym lustrem. Ale to jest zbyteczny gadżet. Lusterko do golenia wożę ze sobą. Na nogach nosimy sandałki. Skarpetki to też zbyteczny i szkodliwy gadżet. To cała filozofia ubioru w klimacie, gdzie nawet w nocy, temperatura nie ma ochoty spaść poniżej trzydziestu kilku stopni. A w dzień osiąga na ulicach miast sporo ponad czterdziestkę, w cieniu. W słońcu przekracza pewnie pół setki stopni „C”. Po pytaniu o wodę oglądało się pokoje. O`key! Najważniejsza rzecz, cena za dobę – to było pierwsze pytanie przy wejściu. Nie powinna była przekraczać jednego dolara. Po południu jedziemy do akwarium morskiego. Rozczarowanie! Szumna reklama i trochę rybek. A przecież w tym oceanie żyją cuda. Chodzimy potem po plaży. Wzdłuż niej leżą łodzie. Południe i nikt nie łowi. Mężczyźni grają w karty w cieniu drzew. Co chwila spotykam gówna. Po prostu robią sobie kupy na plaży, licząc, że ocean to zabierze. Zaczepiają nas dzieci, pokazując na brzuchy. Znaczy, że są głodne i potrzebują pieniędzy. Nawet źle nie wyglądają. Ryb tu chyba nie brakuje. Są bezczelne. Nic tylko money, money. Pieniądze, pieniądze. A tak w ogóle to tu na południu wszyscy są strasznie natrętni. Pieniądze, wszyscy chcą pieniędzy. Dzisiaj, po raz pierwszy dałem małemu dziesięć pesa(rupia się dzieliła na pesa). Przyczepił się, powtarzając bez przerwy babu, babu. Trącał mnie i Andrzeja. W końcu ustąpiłem. Miał wypracowaną dobrą metodę, bo nazbierał całą garść drobnych. Trwa tu bez przerwy bezlitosna, straszna walka o byt. Kto jest słabszy, ma mniej szczęścia, jest spychany w dół. Aż w końcu, na zbyt wczesną starość, staje się szkieletem leżącym na ulicy, nie mającym już prawie sił do żebrania. Cholerny kraj. Spotyka się tu trędowatych. Pierwsze znamiona, to odbarwiona skóra, jasnoróżowa na nogach. Potem brak części ciała. Wracając z plaży widzimy takiego człowieka siedzącego na ulicy. Brak mu jednej nogi, a u drugiej – stopy. Zdjęcia: 1. Skały przylądka. Dalej na południe jest tylko Ocean Indyjski. Pierwszy większy ląd to dopiero Magdagaskar. 2. Łodzie na morzu. Poranny połów. Rybacy postawili trójkątne żagle. W takim domku może podziwiał ocean poeta indyjski Swami Vivekanada. 3. Przybicie do brzegu. Było pewnie łatwiejsze, niż wypłynięcie na połów. Wypłynięcie obserwowałem w Madrasie. 4. Łodzie z pni palmowych. Materiału na łodzie nie brakowało. Palmy koksowe mają nawet odpowiednio wygięte pnie, zdjęcie dalej. 5. Suszące się sieci. 6. Naprawa sieci. 7. Rybak. I jego sieci. Pod liścimi palmowymi leżą belki palmowe na łódź. 8. Domy rybaków. Domy pod palmami. Kryte jej gałęźmi. 9. Wioska rybacka. Na przylądku Komorin. To nie była biedna wieś indyjska z głębi lądu. Świadczą o tym widoczne domy. Łukowato wygięte, wysokie i gładkie pnie palm kokosowych. Widoczne zielone orzechy. Zbiór tych zielonych orzechów wymagał sporej ekwilibrystyki. Wyjść wysoko po gładkim pniu i odciąć orzechy. Miałem okazję się przyglądnąć tej pracy, gdy jechaliśmy z Trivandrum na przylądek. 10. Domy rybaków. 11. Połów. Nie wiem, co to za ryby. Wyglądają od ogona, jak małe rekiny. 12. Ryby na głowie. Może mamy na forum morskiego ichtiologa? I podpowie, co to za ryby? 13. Drawidowie. Rodzinka Drawidów. Nie wiedziałem przed wyjazdem do Indii, że tu też żyje rasa czarna - Drawidowie. O Aborygenach w Australi to już wiedziałem. 14. Chłopiec z piłką. Piłka co prawda bez powietrza. Ale to jest skarb dla malutkiego chłopca. 15. Kościół. Tą część Wybrzeża Malabarskiego(wybrzeże Indii od strony Zatoki Arabskiej), od Goa do przylądka, kolonizowali Portugalczycy. Została po nich pamiątka. Nie tylko ryby były tu podstawą utrzymania się. Na zdjęciu są krowy. Żyli tu zapewne chrześcijanie, więc nie było problemów, że krowa jest święta.
    1 punkt
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2026
×
×
  • Dodaj nową pozycję...