Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 19.09.2021 w Wpisy na blogu
-
Post 6 Afganistan(Mazar-i Szerif) Wsiedliśmy na kuter, po odprawie celnej. Kuter miał zwyczaj płynąć raz na tydzień, na drugi brzeg Amudarii. W Afganistanie byli Rosjanie. Ściśle, obywatele Związku Radzieckiego. Nawet sporo. Specjaliści od geologii, wraz z rodzinami. Ta ziemia była nieznana. Kryła jeszcze sporo tajemnic. Kuter pełnił rolę mostu między brzegami. Nie było go wtedy między ZSSR i Afganistanem. Wystarczył kurs raz na tydzień. Ktoś z Rosjan tam jechał. Inny wracał. Lub też ktoś z rodziny. Zabrali nas na drugi brzeg. Kuter płynął około dziesięć kilometrów w górę rzeki i przybił do brzegu, na którym była goła ziemia. Poza kilkoma krzaczkami tamaryszku nie było tu nic. Z kutra na brzeg została rzucona długa deska, pełniąca rolę trapu i pomostu. Pasażerowie przeszli po desce na brzeg. Na którym stała drewniana buda. Pełniąca rolę posterunku granicznego. Oprócz tej budy stało tu także kilka namiotów. Nieco dalej widać było początki asfaltowej drogi i jakieś samochody. To była zupełnie nowa droga. Wcześniejsze wyprawy w Hindukusz jechały przez pustynię. Jak okiem sięgnąć była pustka. Urozmaicona kępkami roślinnymi. Nic się nie działo. Był upał i spokój. Pasażerowie na brzegu, czekający na kuter, weszli na pokład. Który odpłynął do Termezu. W dół Amudarii, która była szeroka i mętna. Była pełnia lata. W Hindukuszu i Pamirze topniały szybko lodowce. Wody w rzece o tej porze nie brakowało. Na tych Rosjan, co wysiedli, czekał mały autobus. Zabrali nas nim do Mazar-i Szerif. Przejście graniczne nazwało się Ajratan. Wcześniejsze wyprawy wyładowywały się w na brzegu Amudarii w różnych miejscach. Wyprawy, wyładowujące z kutra swój bagaż, podlegały kontroli celnej. To nic, że to są alpiniści. Porządek musiał być. Każdy kraj ma prawo kontrolować przyjezdnych. Praktyka, poprzednich wypraw wykazała, że drobne upominki, zwane potocznie „bakszyszem”, ułatwiają bardzo tu taką kontrolę. Herbata, cukier, rybki w konserwie. Broń Boże świnina! Każdemu celnikowi małą paczuszkę, od wdzięcznej ekspedycji za ciężką pracę. Ale to nie było nasze zmartwienie. My nie mieliśmy nic. Koledzy z bębnami się pomęczą. Przez okno autobusu, wpadał bardzo ciepły, pustynny wiatr. Jechaliśmy tą nową, asfaltową szosą do Mazar-i Szerif. Tam można było wynająć samochód, lub taksówkę. Z niego do Kabulu, poprzez łańcuchy Hindukuszu, prowadziła, też świeżo zbudowana szosa. Około 600 kilometrów, poprzez przełęcz Salang. Podobno częściowo budowana przez polskie firmy. Jechaliśmy idealną, nadamurską równiną. Zamkniętą przed nami, od południa, górska barierą. Za oknem pojawiło się kilka wielbłądów. Skubiących sobie suche, kolczaste roślinki. Wielbłąd nie ma unerwionych swoich warg. I dlatego może miażdżyć złośliwe kolce. Coś przecież musi jeść. Wiem to od Janusza, biologa. Dostarczał nam w czasie wyprawy sporo ciekawych informacji, o różnych zwierzęcych istotach. Drugim źródłem rozrywki był Maciek, chirurg. Ten z kolei opowiadał, jakie ciekawe przypadki spotykało się w szpitalu, wynikające z tzw. ludzkiej głupoty. Dojechaliśmy do szosy, prowadzącej do Kabulu. Skręciliśmy w przeciwną stronę i po kilkunastu kilometrach, przed miastem pojawiło się po lewej stronie osiedle, zbudowane z bloków, podobnych nieco do moich na Kozłówku w Krakowie. Dosyć spore. Metalowy, szczelny płot otaczał ten teren. Nawet były jakieś zielone miejsca, do wypoczynku między budynkami. Co to za osiedle? Rosyjskie osiedle, dla pracujących w tym kraju Rosjan wraz z rodzinami. Czuwał nad tym podobno generał. Teraz wyjaśniła się do końca rola kutra na Amudarii. Wjechaliśmy do miasta. Z kolei, z prawej strony drogi, ukazał się nam wspaniały duży meczet. Też otoczony metalowym ogrodzeniem. Tylko znacznie ładniejszym, niż rosyjskie. Będzie co fotografować-pomyślałem sobie! Jechał z nami Janusz, który tu już był wcześniej. Znał miasto. Kwaterujemy się w hotelu. Luksusów nie było. Spać się dało w jednej sali na łóżkach. Pościel mamy swoją. Śpiwory i materace. Był też kran z wodą. Ważny element wyposażenia. Musieliśmy wymienić zielone na Afgani. Miejscową walutę. Jedyny bank, gdzie można to było uczynić, był skromny. Pracownicy mieli swoje biurka, ale stojące na klepisku. Nie, nie wymieniają dolarów! Masz babo placek! Był kraj na świecie, gdzie nie chcieli zielonych! I to jeden z najbiedniejszych. Udaliśmy się do dyrektora. Miał gabinet ze znacznie większym biurkiem, ale też stojącym na gołej ziemi. Zgodził się na wymianę pięćdziesięciu dolarów. To była tu duża suma. Wystarczy nam na pobyt w poszukiwaniu jaskiń. Chodziłem po mieście, które było największe na północy Afganistanu. Położone na równinie baktryjskiej, która jest przedłużeniem pustyni Kara-kum Włóczyłem się z aparatem fotograficznym. Niestety meczet dla niewiernych był niedostępny. Tylko mogłem go sobie obejrzeć z zewnątrz. Meczet zwany Błękitnym. Święte miejsce dla szyitów. Obchodzą w nim Nowruz. Perski „Nowy Rok”, według kalendarza muzułmańskiego w Iranie. Z którym spotkaliśmy się tam, kupując kilka dni wcześniej bilet na autobus dalekobieżny. Według niego była na nim podana data odjazdu. Obchodziłem meczet dookoła. Fotografując go z różnych kierunków. Zaintrygowała mnie duża ilość białych gołębi siedzących na meczecie. Jeszcze więcej ich było na placu przed meczetem. Gdzie były karmione. Tysiące białych, identycznych gołębi. Jak się dowiedziałem, to podobno każdy gołąb, który przyleci do meczetu, z biegiem czasu bieleje. Przyglądałem się życiu ulicy. Fryzjer miał swój „gabinet” na ulicy, pod ścianą domu. Wodę mieszkańcom dostarczali nosiwodzi. W bukłakach z owczej skóry. Sporo ważył taki ładunek. Transport miejski odbywał się na przy pomocy dwukółek. Z daszkiem chroniącym przed słońcem Do dyspozycji były też dorożki, z końmi pięknie ozdobionymi. Sfotografowałem dość duży, niski budynek z szarej gliny. Jego dach złożony jest z szeregu kopułek. Nad nim sterczą dwie wieżyczki. Mniejsza z oknami. Większa z otworami. Można się było domyśleć, że dla muezzina. Wzywającego pięć razy dziennie do modlitwy. Budynek jest zapewne skromnym meczetem. Przed glinianym murem tego meczetu spotykam małego, bosego chłopca. Ze swoim skarbem w rękach. W innym miejscu, na pustym placu czekały na uwiecznienie w aparacie, dwie zalotne panny. Przeskoczę na chwilę w relacji, o niecałe dwa miesiące w przód, gdy wracaliśmy z gór i zatrzymaliśmy się w Mazar-i Szerif. Jurek urządził nam wycieczkę do miejsca, gdzie znajdowała się starożytna Baktria. Miejsce nie przypominało miasta Aleksandra Wielkiego. Ale skoro historycy i archeologowie tak twierdzą, to widocznie tu było. Założył je, po pokonaniu Persów i spaleniu Persepolis(p. Egzotyczny Iran). Dotarł tu, aż nad Amudarię. Dalej na wschód już były tylko zimne, wysokie góry. Nie miał wyboru. Postanowił, że skieruje się na południe, do Indii. Gdzie będzie ciepło i będzie co jeść. Nie była to prosta sprawa. Drogę do doliny Indusu, gdzie już jest płasko, zamykały ramiona Hindukuszu. Z Baktrii i z Mazar-i Szerif widać było je niedaleko na horyzoncie, w kierunku na południe. Są to pierwsze wzniesienia tych gór. Za nimi, kolejne wyższe. Przed Kabulem sięgające pięć kilometrów. Do Indusu było, w linii prostej, około osiemset kilometrów. I cały czas należało przekraczać przez grzbiety górskie, prostopadłe do kierunku marszu jego armii. To był wyczyn znacznie większy, niż przejście wojsk Hannibala przez Alpy. Moi koledzy odwiedzili też wtedy Polkę, mieszkającą kilkanaście kilometrów od miasta. Stęskniona była za Polakami, za naszą mową. Ah! Te polskie dziewczyny! Zakochała się. Chłopak był przystojny. Miał parę dolarów w kieszeni. Po kursie czarnorynkowym to była spora suma. Może opowiadał, że ma bogatą rodzinę. Piękny dom w rajskim ogrodzie. A tu jej mąż pracował w małej cementowni. Skończył na AGH wydział ceramiczny. Gdzie zawsze było dużo dziewczyn. Ceramika, to przecież porcelana, piękne zestawy na obiad. I wspaniałe kolory zdobień. Jednak na wydziale AGH „ceramika”, to były materiały ognioodporne(szamotowe), na wykładziny w piecach hutniczych. Cementownie. Wróciliśmy do naszego zadania. Szukania jaskiń. Pojechaliśmy wynajętym samochodem. Góry rosły. Horyzont był zamknięty. Przed nami wyrósł wysoki, skalny mur. Niemożliwe, aby tu był przejazd na południe, w stronę Kabulu. Ale pojawiła się szczelina między skałami. Którą mała rzeczka sobie wycinała sobie przez miliony lat. Piękny przełom. Przepiękny. Niedługi był ten wąwóz i teren się rozszerzył. Nad szosą pojawiły się suche zbocza. A jeszcze wyżej sterczały skały. Tu mieliśmy szukać jaskiń. Za tym przełomem. Było bardzo gorąco i sucho. Jedynym miejscem do biwakowania była kamienista plaża nad rzeczką. Kolor jej wody był jakiś podobny do mocno rozrzedzonego mleka. Skąd płynęła? Czort to wiedział. I co w niej płynie, to była rola następnego czorta. Gdzie płynęła, to się już niebawem dowiedzieliśmy. Sprawa biwaku była prosta. Materac plażowy rzucony na kamienie. Na to śpiwór, dobry na lodowe warunki. W nocy spałem na śpiworze. Deszczu tu w lecie nie zobaczymy. Woda, po przegotowaniu i wsypaniu do miski herbaty, dała się pić. Była wstrętna, ale nieszkodliwa. Rzeczka była płyciutka. Ledwie, by zamoczyć nogę do kostek. Noc była względna. Ale w dzień, w tym miejscu można się było usmażyć. Ratowaliśmy się chowaniem się w cieniu, w rozpadlinach z czerwonej, miękkiej ziemi. Wypłukanymi przez wodę. Nawet coś tu rosło. Czerwona ziemia, „terra rosa”. Znana z biwaków na południu Europy. Życie nasze się toczyło po jednej, lub drugiej stronie rozpadliny. W miarę obracania się słońca. Przerywane wypadami do przełomu. Gdzie był cień. Biwakować się tutaj nie dało, ponieważ między szosą i skałą było tylko miejsce na rzeczkę. Ale tu były wspaniałe rzeczy. Stało kilka wózków. Była to drewniana skrzynia na kółkach. W skrzyni była woda, a w niej pływały kawałki lodu i butelki koki, „seven up”. Boskie napoje! Siadało się na murku, z boku szosy i sączyło ten zimny eliksir. Niestety, tylko jedna buteleczka na dzień. Idąc za biegiem rzeczki, trafiliśmy na małe miasteczko Chulm. Z niskimi, glinianymi domkami. Istnienie swoje zawdzięczało rzeczce. Która mu dostarczała wody dla roślin i ludzi. Nie dopłynie do Amudarii. Zostanie wykorzystana ostatnia jej kropla. Mieliśmy szukać jaskiń. Nie mogliśmy zawieść kolegów. Mobilizujemy się. Na nogach mamy wysokogórskie, podwójne buty. Botek wewnętrzny, sznurowany, ze skórki. Używałem go potem w Koninkach, jako ciepłego pantofla. But z wibramem. Coś ogromnego i ciężkiego. Musi pomieścić botek. W którym też można było spać w wysokich górach. Nie pójdziemy w sandałach, w których można było chodzić nad rzeczką. Kamienie, ostre trawy, węże. Słońce prawie w zenicie. I czterdzieści parę stopni. Buty wzniecały kurz. Łaziliśmy po okolicznych stokach. Patrzyliśmy na skały. Są tu jaskinie, czy ich nie ma? Chyba nie było? Zdjęcia: Część z nich był zrobiona, gdy wracaliśmy po górach. Nic się w Mazar-i Szerif nie zmieniło w tym czasie. 1. Kuter. Kuter przewożący pasażerów między dwoma brzegami Amudarii. 2. Ajratan. Afgański posterunek graniczny. 3. Lutnia. Lutnia to był prosty i bardzo popularny instrument w Afganistanie. Począwszy od dwóch strun. Człowiek, z papierosem z filtrem w butonierce i sygnetem na palcu, chodzi boso. I ma uszkodzony duży palec u prawej nogi. 4. Autobus. Rosyjski autobus. W adidasach Janusz. Nasze plecaki czekają na załadownie. 5. Szosa do Mazar-i Szerif. Pasące się wielbłądy na pustyni, nad Amudarią. Na horyzoncie Hindukusz. Zdjęcie zrobione przez szybę autobusu. 6. Portal. Portal Błękitnego Meczetu. Na placu jest studnia z pompą. Dalej przy wejściu, pod ścianą leży bukłak z owczej skóry, napełniony wodą. 7. MS Błękitny Meczet. 8. Błękitny Meczet, szeroki widok. 9. Minarety. W głębi widać Hindukusz. 10. Gołębie. Każdy gołąb bielał, z przylatujących do meczetu. Naprawdę to raczej inne, niż białe, były zabijane. 11. Przechodnie. Ogrodzenie Błękitnego Meczetu 12. Mułła. Mułła z towarzyszami. 13. Meczet i chłopiec. Prawdopodobnie też meczet. Ale bardzo skromny. Bosy chłopiec ze swoim skarbem. 14. Panny. Tak ubrane chodziły dziewczynki w Afganistanie. Pantalony i chusta na głowie. Burka i „krata” na na oczach pojawiały się dopiero u mężatek. 15. Ulica w Mazar-i Szerif. Pięknie kwitnące rośliny. Zieleń musiała być nawadniana. Woda była wpuszczana okresowo do rowów w pobliżu roślin. W lecie przez wiele miesięcy nie spadała tu ani kropla deszczu. Nawet chmury na niebie były rzadkością. Afganistan jest położny na południu. Na wysokości północnej Afryki. 16. Mazar-i Szerif ulica. Inna skromniejsza ulica. Meczet i zaznaczające się łańcuchy Hindukuszu. 17. Dwukółka. Bardzo praktyczny pojazd w tym klimacie. 18. Dorożki. Zapewne do wynajęcia na większe uroczystości. 19. Nosiwoda. Człowiek ten dostarczał ludziom wodę. Bukłak, jak widać, jest zrobiony z owczej skóry. 20. Dwóch nosiwodów. Podejrzane jest stojące wiadro i bukłak postawiony na sztorc. Czyżby napełniony z tego rowu? Z tyłu kobiety w burkach. 21. Baktria. Tutaj dotarł Aleksander Wielki. Do Amudarii jest kikadziesiąt kilometrów. Dalej na wschód jest Hindukusz, coraz wyższy i po drugiej stronie rzeki Pamir. Musiał się wrócić do Persji, albo iść na południe do Indii. Nie było innej alternatywy. Tu była wokół pustynia. 22. Przełom. Nowa szosa do Kabulu. Niedawno zbudowana. Za tym przełomem mieliśmy szukać jaskin. Na stronie 85 w monografii „od Andów po Hindukusz” K. Seysse-Tobiczyka jest zdjęcie czarno białe tego przełomu, w czasie wyprawy w 1960 r. Droga jeszcze była bita. 23. Biwak. Biwakowaliśmy na tą rzeczką. Andrzej i Janusz(leży). 24. Rozpadlina. Nasze dzienne życie się toczyło w cieniu. Herbatka, zupka, czy też makaronik, wszystko było gotowane na wodzie z rzeczki. Na prymusie „Juvlu”. Leszek, Janusz, Andrzej. 25. Tamaryszek. Widoczek jest ładny, kolorowy. Nie oddaje jednak upału.. Wyżej, w tych skałach, mieliśmy szukać jaskiń. 26. Pola uprawne. Teren dalej nad rzeczką był bardziej płaski i przeznaczony na pola uprawne. Obok rzeczki widać asfaltową szosę do Kabulu.3 punkty
-
Post 5 Jedziemy w Hindukusz Bębny zostały zapakowane. Średnio każdy ważył 33 kilogramy. W nich spis zawartości. Wszystko to co zabieramy, zapakowane w ten sposób, że stracenie jednego, czy kilku bębnów nie rozłoży wyprawy. Zostały zaplombowane przez celników. Mieliśmy ich trzydzieści. Każdy z napisami, jaki jest cel wyprawy. Bębnów nie wolno rzucać! Każdy z nas dostał od Jurka, powielony słownik z języka „farsi” na polski. Tym językiem rozmawiają w Afganistanie i rozmawiali w Iranie. Autorstwa Bolesława Chwaścińskiego. Na początku dedykacja -„kol. Staszkowi Bielowi z myślą o wspólnej wyprawie, B. Chwaściński 16.III.1960”. Słownik mi już blaknie. Odbity z kalki i wywołany w amoniaku. Jechaliśmy pociągiem z Krakowa do Warszawy i dalej do Moskwy. Do Moskwy przyjechaliśmy rano. Odjazd do Termezu, z dworca kazańskiego, nastąpił pod wieczór. Pociąg jechał do Duszanbe w Uzbekistanie, przez Termez. Jechał najpierw na wschód, w kierunku Uralu. A potem skręcił na południe. Za oknem przesuwała się kołchozowa Rosja. Patrzyłem, od rana przez okno wagonu, na przesuwający się krajobraz. Mijaliśmy wsie z kolorowymi, małymi, drewnianymi domkami. Między którymi biegła szeroka, zakurzona wiejska ulica. Mijaliśmy pola i laski. W których rosły białe brzozy. Pociąg się nie spieszył. Jechaliśmy w wagonie sypialnym. Każdy miał miejsce do spania, na własnej pościeli. Przedziały były otwarte. Na cztery „łóżka”. To nie był luksus w drodze do Iranu. Tu jechał zwykły radziecki człowiek. Z własnym wyżywieniem. Konduktor na zamówienie pichcił herbatę w samowarze. Kolejnego dnia jechaliśmy przez Kazachstan. Za oknem, jak sięgnąć wzrokiem, było płasko, czasem pojawiło się jakieś zafalowanie terenu. Trawa już rudziała. Jechaliśmy przez stepy. W różnych kierunkach biegły ślady opon. Pusto, żadnych domów, czy drzewek. Tylko ta trawa.. Czasem mignął stojący przy torze mały budynek. Wokół nie było innych domów. Linia była jednotorowa. Na łukach, wystawiałem głowę za okno, patrząc na wijący się długi wąż wagonów. Patrzyłem na te stepy i na myśl mi przychodzili nasi rodacy, których tu kiedyś wywieziono. I których dużo jeszcze tu żyje. Koledzy znający już tą trasę, poinformowali nas, że jak się zbliżymy do Morza Aralskiego, to w wagonach pojawią się ryby. I rzeczywiście, na jakiejś stacji, do wagonów weszło sporo osób z pęczkami wędzonych ryb. Wiszących na drucie, za skrzela. Wagon zapachniał. Widocznie wtedy jeszcze istniało Morze Aralskie. Termez Przyjechaliśmy po dwu i pół dniach do Termezu. Pociąg jechał jeszcze dalej, do niedalekiego Duszanbe. Byliśmy w Uzbekistanie. Czekała nas tu niemiła niespodzianka. Bębny nie przyjechały naszym pociągiem z Moskwy. Gdzie one są i kiedy przyjadą? Związek Radziecki jest bardzo duży. W Termezie się nie dowiemy, co się z nimi dzieje Na razie zakwaterowaliśmy się w jedynym hotelu w tym mieście. Hotel „Szark” z zewnątrz wyglądał nawet przyzwoicie. Ale do spania, w dziewiątkę, mieliśmy jeden duży pokój. Byliśmy już sporo na południu. Było bardzo gorąco. Na łóżkiem miałem mały termometr. W nocy wskazywał 32 stopnie. W dzień znacznie więcej. Hotel był z restauracją, ale siku się robiło na zewnątrz. W malutkim budyneczku, gdzie byla dziura w posadce. Teren wokół Termezu to prawie pustynia Siedzielismy w tym hotelu. Pytając na stacji o los bębnów. Pewnie były, gdzieś tam, w ZSSR. Może nawet jeszcze w Moskwie. A może jechały pociągiem w naszą stronę. A może jakiś Wania, wysłał je, przez pomyłkę, do Irkucka lub Władywostoku. Wszystko było możliwe. Na miejscowej stacji nie wiedzieli, co się z nimi dzieje. Co robić? Tak czekać, że kiedyś przyjadą. Pytać codziennie, czy już są? Czas płynie. Mamy urlopy z pracy. Bez tego bagażu wszystko inne przestało mieć sens. Prawie roczny wysiłek grupy ludzi poszedłby na darmo. W Związku Radzieckim nie było książek telefonicznych. Zresztą miejscowa centrala nie połączyłaby z wybranym numerem. Jedyną nadzieją była polska ambasada w Moskwie. Jak się z nią połączymy, to może tam, na miejscu u kolejarzy, coś się dowiedzą. Popchną sprawę do przodu. Nikt nie zlekceważy telefonu z ambasady. Ale nie mamy numeru. A zresztą gdyby nawet był, to nie połączą nas z nimi. Doświadczenie kierownictwa było bezcenne. Należy się udać do miejscowego sekretarza partii. I przedstawić sprawę. Kierownik i drugi kolega, najlepiej znający rosyjski, przedstawili sprawę wyprawy. Centrala telefoniczna połączy nas z ambasadą. I rozmawialiśmy. Będą interweniować! Jest więc nadzieja, że bębny przyjadą. Ale dokładnie kiedy, to dalej nie było wiadomo. Jurek postanawił, że szkoda tracić czasu bezczynnie. Kilkadziesiąt kilometrów od nas, za Amudarią w Afganistanie już zaczyna się Hindukusz. Jakieś jego długie ramiona sięgają, aż tak blisko, nad pustynną równinę nad rzeką. Hindukusz w tym rejonie to jeszcze niewysokie góry. Skaliste, wapienne. Przecięte licznymi dolinkami. Suche góry. Ale mogą w nich być jaskinie. Które się tworzą w wapieniu. To są znane zjawiska krasowe. Klub Wysokogórski to także taternicy jaskiniowi, grotołazi. Niektórzy, jak mój szwagier Paweł, to dwu-dyscyplinowcy. Podziemni i nadziemni. Sprzęt jest prawie taki sam, jeśli chodzi o wspinanie, czy zjazdy. Odkrycie jaskini, czy też jej „pogłębienie”, albo rozszerzenie w poziomie, to marzenie każdego taternika jaskiniowego. Więc gdyby jakąś taką dziurę odkryć, w tym wapiennym Hindukuszu, to byłby mały sukces. Koledzy z Klubu Wysokogórskiego mogliby zacząć ją penetrować. Nigdy nie wiadomo z góry, co się za tym kryje. Może dziesiątki kilometrów korytarzy. I dla turystyki wspaniałe stalaktyty, stalagmity i stalagnaty. Pojedziemy w kilku za Amudarię i spenetrujemy obszar w pobliżu małej rzeczki, która płynąc, gdzieś z dalszych miejsc w Hindukuszu, przecina ostatnie skały na swej drodze do Amudarii, tworząc przełom. Jurek go zna. Jechał tam, już nie jeden raz. Za tym przełomem, przeprowadzimy rekonesans w poszukiwaniu jaskiń. Czekając na przyjazd kolegów, w wynajętym samochodzie z cennymi bębnami. Jestem w tej grupce, czteroosobowej. To coś nowego, zamiast siedzieć w Termezie. Nieznośny upał. W knajpie trzeba było płacić. Wóda była. Miejscowi nawet zapraszali na kielicha. Nie zdradzę, ale jeden z kolegów miał na to ochotę. Miasteczko, gdzie dokoła jest tylko pustynia. Zresztą włóczenie się po ZSSR nie było mile widziane. Zdjęcie Hotel „Szark” w Termezie2 punkty
-
Post 4 Wyprawa Klubu Tatrzańskiego w Hindukusz-1973 Nosiło nas w Klubie! Co skończyło się wyjazdem do Iranu w 1972 r, w góry Elburs(blog-„Egzotyczny Iran”). Rok później PTTK obchodziło swoje stulecie. Sto lat wcześniej(1873 r) powstało Towarzystwo Tatrzańskie. Z siedzibą w Krakowie. Należeli do niego tacy ludzie, jak min. - Chałubiński, Eljasz, Sienkiewicz, Modrzejewska, Witkiewicz. Członkowie TT wędrowali po górach, mając w klapie odznakę, ze stylizowaną głową kozicy. Stulecie to jest coś bardzo poważnego. Ktoś rzucił hasło - Klub Tatrzański zorganizuje z tej okazji wyprawę w Hindukusz. Może Heniek Ciońćka, którego dobrze znał prezes klubu Jasiu. I który był już w Hindukuszu. Klub jest w PTTK. To coś bardziej masowego dla władz, niż elita z Klubu Wysokogórskiego. Władze to poprą. Dostaniemy dolary(po130 na osobę). To była najważniejsza rzecz, aby opłacić wynajem samochodu i kulisów, niosących wyposażenie wyprawy do bazy. Reszta będzie za złotówki. Reszta - to znaczy sprzęt i żywność. Wszystko musi być krajowe. Były wtedy fajne rzeczy na zachodzie, na wyposażenie wypraw, ale za dewizy! To będzie poważna wyprawa. Klub Tatrzański nie miał takich alpinistów. Ale od czego są sąsiedzi z za ściany z Klubu Wysokogórskiego. Chętnie pojadą. Wykorzystywało się każdy pretekst, by dostać poparcie, dolary i wyjechać w wyższe góry. Kierownikiem zostaje Jerzy W. Firma o znanym nazwisku, tym bardziej, jeśli chodziło o Hindukusz. Jego zastępcą został Karol J., uczestnik wyprawy z 1962 r w te góry. W składzie mamy gwiazdę pierwszej wielkości, też już znającego Hindukusz. Kiedyś znakomitego wspinacza z Dolomitów i Alp Ryśka Z., zwanego w Klubie Wysokogórskim „brudasem”, ponieważ się często mył. Janusz W., biolog z UJ. Jedzie w Hindukusz po raz drugi, zbierać swój materiał do badań. To byli sprawdzeni ludzie w górach wysokich. Wystarczy przeczytać to, co już wcześniej napisałem o wyprawach w Hindukusz. Razem było nas dziewięciu. A więc jeszcze dwójka doświadczonych członków Klubu Wysokogórskiego - Leszek Z. i Wojtek K.. Maciek D., chirurg z Kopernika(ulica w Krakowie z klinikami), goprowiec. Andrzej G. należy do naszego klubu, ale też i do KW. Jest w nim członkiem zwyczajnym. Ja też jestem członkiem KW, ale tylko uczestnikiem. Mam za małe doświadczenie w Tatrach. Zostałem zaakceptowany przez kierownika. Jeszcze nie znałem Jurka. Tylko tyle, co wyczytałem o nim w monografii K. Seysse-Tobiczyka „od Andów po Hindukusz”. Iran coś mi pomógł. On znał Elburs w Iranie i rejon Alam Kuh. Był tam na wyprawie w 1969 roku, razem z Stanisławem Bielem, jako kierownicy grup z Krakowa. Tylko że ja(my w klubie?) o tym nie wiedziałem. Ale on wiedział o naszym wyjeździe i działaniu w tym rejonie. Mieliśmy też przed wyjazdem do Iranu rozmowę w klubie z Bielem. Góry Elburs go nie interesowały(już w nich był). Ale gdybyśmy zorganizowali wyjazd w góry Hoggar(na Saharze) to pojedzie z nami. Biel już wtedy rezygnował z poszukiwania wyzwań w górach. Od coraz co wyżej stawianej poprzeczki. Czego nie można powiedzieć o wielu późniejszych znakomitych alpinistach. Którzy nie mogli się „oderwać” od gór i w nich zostali. Gdyby nasza działalność w Iranie była lepiej znana(rozpropagowana). Być może w kolejnej monografii K. Seysse-Tobiczyka „Himalaje-Karakorum” (1974 r) znalazł by się opis naszego działania, jako polskiej wyprawy w Elbursie. Jest w tej książce opis działania Polaków w Iranie, w latach poprzedzających nasz wyjazd(Andrzej Marczak - Iran i Azja Mniejsza). Nasze informacje pochodziły tylko z „Taternika”. Monografia K. Seyyse-Tobiczyka ukazała się rok po naszym pobycie w rejonie Tacht-e Sulejman. Pisząc posty w blogu „Egzotyczny Iran” zupełnie zapomniałem, że leży u mnie na półce. Biwakowaliśmy na czterech kilometrach. Przeszedłem razem z Januszem drogę Steinuera na Alam Kuh. Na Demawendzie poznaliśmy, co to jest rozrzedzone powietrze. Dla naszych pań(Elżbiety i Rysi), kobiet turystek, nie wpinającyh się, wyjście na Demawend było pewnym osiągnięciem. Przy kompletowaniu obsady na Hindukusz dowiedziałem się, jak w się praktyce, dobiera zespół na wyprawę. Wybiera kierownik. Ale już wybrany może kogoś zaproponować, którego zna praktycznie. Kierownik ma głos decydujący. Wybór członków jest sprawą najwyższej wagi. To ma być zespół współpracujący, a nie zespół egoistów, realizujących swoje, prywatne cele. Cel jest jeden. Cel wyprawy. Zostałem więc jej członkiem. Byłem najmniej doświadczony spośród kolegów. Dobrze będę „tragarzem”- myślałem. Zawsze większość członków wypraw to tragarze. Ludzie od czarnej roboty. Ktoś musi nosić coraz wyżej, sprzęt i żywność. Zakładać obozy i liny poręczowe. Elita jest oszczędzana na atak szczytowy. Ale zawsze można mieć nadzieję, że wyjdzie się dość wysoko. Może na sam czubek góry, gdy mój organizm będzie super silny. Wyprawa jako oficjalna miała swoją pieczątkę i papier firmowy. Z napisami także w języku angielskim, z podaniem konta PKO I. Mieliśmy „pocztówki”, wykonane przez drukarnię. Ze zdjęciem pięknego szczytu w Hindukuszu, Kohe Baba Tangi(6513 m) Ryszarda Zawadzkiego. Z kolorowym obramowaniem, oraz odbiciem znaczka klubowego. Z gadżetów na podarunki mieliśmy znaczki, które można było wpiąć do klapy. Miały one w swej treści wmontowany znaczek klubowy. Stylizowaną głowę kozicy. Byliśmy klubem tatrzańskim, to zobowiązywało. Jurek rozdzielił robotę. Mnie przypadła działka pod nazwą żywność. Dostałem listę około dwudziestu produktów, sprawdzonych na poprzednich wyprawach w Hindukusz. Oczywiście tylko polskich. Należało je stopniowo zdobywać. Więc pisałem pisma, na papierze firmowym, o zapomogi. Mogą być produkty, albo gotówka. Produkty najlepiej w puszkach. Inaczej się zepsują. Nie liczyłem pism, ale zebrało się ich kilkadziesiąt. Głównie do fabryk produkujących żywność. Pozostali koledzy też nie próżnowali. Każdy miał swoją działkę. Potrzebne były namioty, „puchy”(kurtka, śpiwór). Śpiwór - kilo czterdzieści gęsiego puchu. Kurtka - siedemset gramów. Puch skupywała jakaś firma od drobiu. Więc nam może „podarują”, jako sponsorzy, lub sprzedadzą. Brakującą ilość należy szukać na wsi od „baby”. Kurtki i śpiwory dla wypraw szyła pani Momatiukowa z Katowic. Żona znanego alpinisty. Wiedziała jakie są wymagania od tego sprzętu. I jaki materiał ma być na pokrycie? Mocny i lekki. Tylko stylon. W Łodzi go produkują na eksport. Znów pisma. Ktoś musiał wykonać czekany i raki. Czekan to głowica, odkuwka, nie spawana. Drzewce to nie problem. Raki mają być ze stali elastycznej, ale też dającej się hartować. I też nie spawane. Namioty zrobi Legionowo. W Krośnie produkują liny alpinistyczne. W Wałbrzychu opracowali buty podwójne, na warunki w górach wysokich. „Lekkie metale” w Kętach pospawały nam stelaże, z rurek aluminiowych, pod wory. To z grubsza wszystko. Pakowane do żółtych bębnów, z fabryki lekarstw „Miraculum” w Krakowie. Od jesieni, przez zimę, toczą się narady, jak sprawa posuwa się naprzód i co trzeba zrobić. Pojedziemy pociągiem do Termezu. Razem z nami bagaż. Droga jest znana. Jurek, Karol i Rysiek już tam jeździli. Jedziemy do Doliny Mandaras. Jurek postawił cel. Bardzo ambitny. Przejście grani Nadir Szach – Szachaur. I jednocześnie pierwsze polskie wejście na Szachaur. Droga cały czas na wysokości blisko siedmiu kilometrów. Ja się nie zastanawiałem, czy to będzie możliwe. Nie znałem Hindukuszu. Tylko z monografii K Seyyse-Tobiczyka. Moje doświadczenie górskie, w stosunku do kierownika, było minimalne. Zresztą było to wtedy takie odległe. Wszystkie moje siły były skierowane na bieżące sprawy. Robiłem swoją robotę. Wiedziałem, bo obliczyłem, że średnio na jednego członka wyprawy, na jeden dzień, potrzeba będzie nieco ponad kilogram różnych produktów. Na śniadanie, obiado-kolację. Licząc dziewięciu członków, liczbę dni w górach i dojazdy(powroty) wychodziło do półtony, które trzeba będzie zgromadzić. Potem zapakować razem ze sprzętem do bębnów. Tym się zajmowałem. Wszyscy mieli podobne problemy. Wszyscy gdzieś pracowali przez sześć dni w tygodniu. Nikt nas nie sponsorował, w dzisiejszym tego słowa znaczeniu. Nikt fizycznie się nie przygotowywał do ciężkiej pracy, w rozrzedzonym powietrzu. W noszeniu ciężkich worów. To był amatorski alpinizm. Taki jeszcze wszyscy u nas uprawiali. Zdjęcia: 1. „Pocztówka”. 2. Cel wyprawy – Grań łącząca szczyt Nadir Szach(z prawej - 6814 m) z Szachaur`em(z lewej – 7116 m). Grań ma ok. pięciu kilometrów długości. Na tle czarnej ściany Nadir Szacha widać szczyt M3(6300 m)oddzielony od niego przełęczą. Zdjęcie autora postu, zrobione ze szczytu M1(6020 m), w czasie wyprawy. Dolina Mandaras jest na prawo, poza zdjęciem. Nadir Szach został zdobyty po raz pierwszy przez wyprawę poznańską(Dobrogowski, Gąsiorowski, Mitkiewicz - 1962 r). Na ww. przęłęczy ustawili obóz II(6000 m). Namiot kolejnego obozu został ustawiony na wysokości 6650 na lodowcu, spadającym ze szczytu1 punkt
-
Post 3 Klub Tatrzański PTTK w Krakowie Byliśmy z żoną, jako studenci, członkami Klubu Tatrzańskiego PTKK w Krakowie. Oddział Krakowski PTTK wynajmował jedno piętro w budynku na ulicy Basztowej. Miały tu siedzibę także inne kluby PTTK. Kajakarze, żeglarze itd. Jeden pokoik na tym piętrze miał do swej wyłącznej dyspozycji Klub Wysokogórski. Głównie służył on im jako miejsce na zebrania taterników, odczyty. Cisnąłem się wraz z innymi w tym pokoiku, na prelekcji Stanisława Biela. Ówczesnej gwiazdy polskiego alpinizmu. Biel wrócił świeżo z Grindewaldu, gdzie wraz z partnerem przeszedł, wysoką na tysiąc osiemset metrów, północną ścianę Eigeru. Było to jej pierwsze polskie przejście(1968 r). Przywiózł ze sobą kolorowe przeźrocza. Wspaniale opowiadał o tej ścianie, o historii jej zdobywania. To była dramatyczna opowieść o „wahadłach” przy wspinaczce. O nieszczęśnikach, którzy odpadli od ściany i zdarzyło się im wisieć przez dwa tygodnie. Zanim ściągnięto ich ciało. Całą wspinaczkę można sobie było obserwować przez dużą lornetę z Grindewaldu. I też to wiszące ciało. Ściana ta też jest sławna z kolejki, która sobie jedzie w jej wnętrznościach na lodowiec pod Jungfrau. Nasz Klub nie miał pokoju, ale korzystał jak inne z sali ze stolikami, gdzie można było dostać w bufecie kawę, czasem i ciastka. Mieliśmy wyznaczony dzień i godzinę na spotkania. Każdy klub PTTK tak miał, by nie było bałaganu. Klub w zamierzeniu(statut) grupował tzw. wykwalifikowanych turystów górskich. Coś pośredniego między zwykłym turystą poruszającym się po szlakach, a taternikiem. Byliśmy klubem „elitarnym”. Należeli do niego głównie studenci, pracownicy krakowskich uczelni, inżynierowie. Nowy członek musiał być polecony przez należącego już do klubu. Poruszaliśmy się poza szlakami, głównie za granicą Bułgaria(Riła, Pirin), Alpy Julijskie. W Tatrach nie bardzo się dało, bez narażenia się na karę. Klub organizował letnie obozy wspinaczkowo-turystyczne. Czy też narciarskie obozy zimowe w Zakopanem. Ale niektórzy członkowie klubu byli także wspinaczami, należącymi do Klubu Wysokogórskiego. Ci już mogli korzystać z większej swobody w Tatrach, by dojść pod „ścianę”. Zresztą niekoniecznie się wspinać po tym dojściu. Taternicy nieraz zabierali ze sobą „osoby towarzyszące". Pełniąc rolę wykwalifikowanych przewodników. Nie było w Tatrach przewodników, którzy mogliby prowadzić turystę w terenie skalistym,. Do Klubu Wysokogórskiego nie mieliśmy więc daleko. U nas dominowały głównie dziewczyny. Studentki, sympatie. W naszym Zarządzie był też Heniek Ciońćka, uczestnik kilku wypraw w Hindukusz. Klub miał przypinaną odznakę ze stylizowaną głową kozicy. Być może bardzo podobną do odznaki historycznego już Towarzystwa Tatrzańskiego(nast. post) Będąc tym członkiem skończyłem kurs jaskiniowy. Po pierwszych doświadczeniach praktycznych w Jurze na tym kursie, zrezygnowałem z bycia taternikiem jaskiniowym, gdy pojawiła się możliwość kursu skałkowego. Zresztą obydwa odbywały się w Klubie Wysokogórskim. Jaskinie to dla mnie była woda, błoto i zimno. Oraz siedzenie całymi tygodniami w ciemnościach w głębi ziemi. Na kursach najpierw jest część teoretyczna. Ta na kursie skałkowym odbywała się pod koniec zimy. A w niej było wszystko, to co przyszły taternik powinien wiedzieć. Góry skaliste, topografia, klimat. Wspinaczka. Sprzęt, technika wspinania się. Zasady asekuracji. Ratowanie się w razie wypadku. Potem była praktyka w skałkach, w Jurze. W dolinach Bolechowickiej, Kobylańskiej(Karniowickiej). Czy też wypady do Będkowskiej. W Kobylańskiej, u góry dolinki, było źródełko. Czyściutka woda wypływała z pod brzegu. Przy źródełku(wtedy to było tradycyjne miejsce) na materacach leżały vipy alpinizmu. Tacy co już zaliczyli Alpy. Ale i tacy, co byli i w Hindukuszu. Jednym z nich był „Zyga”, Andrzej Heinrich. Andrzej miał swoją trzódkę kursantów. Prowadził ją przez dolinkę, niosąc linę, zawieszoną ukośnie na plecach i piersiach. Był to osiemdziesięciometrowy „podciąg”. Na pętli wisiały stalowe karabinki i stalowe haki, różnych kształtów i rozmiarów. To całe żelastwo brzęczało, gdy szedł z kursantami na wybraną „drogę”. Andrzej był lubiany. Wyglądał na nieśmiałego. Andrzej ma dziewczynę! Plotkowało środowisko. Plotkowało przy źródełku. Wszystkie skałki w dolinach jurajskich mają swoje nazwy. Są przewodniki, więc można sobie poczytać. Jaka nazwa, jaka trudność drogi. Ale przykładowo - w Kobylańskiej -Słoneczna(turnia), Wronie Baszty, Okręt itp. W Będkowskiej „Dupa Słonia”(kształt skały, nad ziemią), Iglica itd. Andrzej był później znakomitym himalaistą. Nie tak, może spektakularnym jak Kukuczka, ale bardzo pewnym i wytrzymałym partnerem. Po Hindukuszu wyruszył w Karakorum-Malubiting - 1969 r i Kunyang Chhish -1971 r. Wszedł na kilka ośmiotysięczników w Himalajach i zginął w tych górach. Adepci wspinaczki, pod okiem instruktorów, „kosili” te skałkowe drogi. Potem leżąc na materacu gumowym przy źródełku. W szumie warkotu „Juvli”, słuchało się opowieści, jak z bajki, gdy któregoś z instruktorów zebrało na zwierzenia. Na przykład jeden z uczestników wyprawy w Hindukusz, mający wcześniej wspinaczki pod Mont Blanc powiedział pewnego dnia - słuchajcie - obliczyłem, że co dziesiąty z wybitniejszych alpinistów ginie. Autor tych słów(Jacek Poręba) był później członkiem wyprawy na Kunyang Chhish. Kierowanej przez Andrzeja Zawadę. Kolejne szkolenie odbyło się już w prawdziwych górach. Na Hali Gąsienicowej. Kilku instruktorów i bajkowy hotel w Betlejemce. Zaczyna się to od jakiegoś Skrajnego Filaru Skrajnego Granata. Potem Płyta Lerskiego, na przełęcz między Zawratową Turnią i Zadnim Kościelcem. No i tak nam szło szkolenie. Szło mimo, że jeden z instruktorów miał sztywne kolano(Adam Zyzak). Wspinał się jednak dobrze. Męczyło go dojście pod ścianę i zejście. Kurs skończyliśmy egzaminem. W nim była, min., szczegółowa topografia Tatr Wysokich. Była to dla mnie przygoda. My kursanci wierzyliśmy starszym kolegom, że wiedzą co robią z nami. Kierowała nami ślepa wiara w doświadczenie starszych. Ale przyszły pierwsze refleksje. Do Murowańca dano znać, że jakiś facet wpadł do żlebu, który się zaczynał w dół od ścieżki na Skrajny Granat. W Murowańcu był jeden goprowiec, który pełnił rolę złotej rączki w schronisku. Zrobiło się ciemno, gdy wybraliśmy się z tym goprowcem w drogę. Nasi instruktorzy zaoferowali pomoc chłopu. Jeden z nich zjechał do tego żlebu, by tylko stwierdzić, że człowiek nie żyje. Drugi przypadek w czasie naszego dwutygodniowego kursu. Dwójka wspinaczy rozpoczęła już trzecią drogę tego samego dnia. Jak były krótkie, to tak robiono, by ich więcej zaliczyć. Trzecią był w tym przypadku Komin Drege`a na Granatach. Nadzwyczaj trudna wspinaczka. Pionowa, ciemna skała z wodą. Nieszczęśnik spadł z sześciu metrów na piarg. Pewnie nawet nie wbił haka, by się zaasekurować. To przecież tylko sześć metrów! Wspinałem się kilka sezonów w Tatrach. Ale jakaś ekstremalna wspinaczka, nie była w moim guście. Za blisko jest się tej granicy, skąd nie ma powrotu. Patrząc czasem potem na siebie, na zdjęciu czarno-białym, z przed lat, na Zamarłej Turni. Zadawałem sobie pytanie. Jak to było? Droga klasyczna na Zamarłej. „Piątkowa”. Wtedy marzenie, dopiero co opierzonego wspinacza. Kiedyś przed wojną przepustka, by nazwać kogoś taternikiem. Stopnie i chwyty nie są duże, ale skała jest lita, mocna. Tatrzański granit. Startuje się wprost z piargów. Nachylenie ściany gdzieś – pod siedemdziesiąt, stopni. Ekspozycja rośnie bardzo szybko pod nogami. Cały czas widać w dole piargi pod ścianą. Pod koniec „drogi” jest kominek wyjściowy. Niedługi, ale skała jakby nie lita, niezbyt pewna. Ma niewielkie występy. Nie jestem całkiem pewny, czy się nie urwą. Wbijam przed nimi hak. Zawsze się tak robi, gdy coś jest dalej niepewnego. Po dźwięku uderzeń wiem, że nie siedzi pewnie w skale. Jego ucho nie dotyka skały. Ale nie mam wyboru. Wpinam stalowy karabinek i linę. Ostrożne obciążam chwyty. Po może dziesięciu, lub więcej metrach, jestem na szczycie Zamarłej Turni. Ściągam partnera. Gratulujemy sobie Zamarłej! Ale to zdjęcie? Zrobił mi je Smieną, gdy się przymierzałem do tego kominka. No dobrze polecę, myślę - patrząc na nie. Jestem asekurowany liną przez partnera. Ale tylko teoretycznie! Ten hak się wyrwie. A jak się nie wyrwie, to będę wisiał w tej ówczesnej „uprzęży”, która była tylko pojedynczą liną(tu podwójną – „podciąg”)owiniętą dookoła żeber. Stracę szybko przytomność. Wisząc i wiercąc się na linie, hak się wyrwie. Polecę dalej. Wyrwę partnera ze stanowiska, to prawie pewne. Podzielimy los Skotnicówien. Takie wątpliwości zaczynały się wtedy u mnie. W pewnym momencie moje zafascynowanie wspinaniem stanęło między mną i moją dziewczyną. Ustąpiłem częściowo i przezwyciężyliśmy ten kryzys. Została moją żoną. Bardziej odpowiadała mi więc taka aktywność w górach, gdzie nie będzie takich skrajnych wyczynów na skale. Będzie więcej chodzenia. Gdzie będą lodowce. Piękne pejzaże, słońce. Przygoda. W tramwaju spotykam kolegę. Kiedyś na obozie Klubu w Dolinie Kieżmarskiej zrobiliśmy kilka dróg. Nawet byłem raz, w tym okresie, w jego domu. Był jedynym synem profesora UJ. Marian miał na imię. Cześć Marian! Marian przedstawia mi dziewczynę, to moja żona. Wspinamy się razem. Wiesz - jedziemy za dwa tygodnie w Alpy! Mamy już czekany. Pięknie, gratuluję! Niedługo po tym czytam w jakiejś gazecie, że znaleziono ich ciała pod Mont Blanc. Spadli dwieście metrów po polu lodowym. Zamarła Turnia Autor na „drodze klasycznej” na Zamarłej Turni. Nie pamiętam dokładnie daty. Ale był to rok 1965(66). Teraz jest znacznie łatwiej się na niej wspinać. Bez porównania lepszy sprzęt asekuracyjny. Na Zamarłej zamontowano cały szereg stałych punktów asekuracyjnych(haki, „spity”). Wtedy jedyna asekuracja odbywała się z własnoręcznie wbitego haka.1 punkt
-
Post 2 Kolejne polskie wyprawy w Hindukusz W 1962 roku wyrusza w Hindukusz druga polska wyprawa. Składająca się z dwóch grup. Poznańskiej i krakowskiej. W wyprawie bierze udział kilku Francuzów. Metoda stosowana tym czasie, aby mieć źródło dewiz. Z dwudziestki uczestników, tylko trzech brało udział w pierwszej wyprawie w 1960 roku. Biel, Krajski i Zierhoffer. Reszta nigdy nie była w górach wysokich. Podróż do Afganistanu z bagażem była już „tradycyjna”. Pociągiem do Termezu i stateczkiem przez Amudarię na brzeg afgański. Nazwa przejścia granicznego jest mało ważna, ponieważ jego położenie nad rzeką zmieniało się w czasie kolejnych wypraw. Z granicy jechali do Mazar-i-Szerif i dalej już też„tradycyjnie” do Fajzabadu, przełomem Kokczy. Grupa poznańska wchodzi do dziewiczej Doliny Mandaras. Która się odgałęzia na wschód od doliny Qazi Deh, w rejonie japońskiej „Bazy pod Wierzbami”. Zasadniczym celem miał być potężny szczyt, wznoszący się w grani głównej Hindukuszu, w głębi tej doliny. Byli pewni, że to jest ten sam szczyt, co oznaczony kotą -7125 m, na mapie „Survey of India”. Zakładają bazę w Dolinie Mandaras na wysokości ok. 4100 m. Powrócę potem do tego miejsca i kolorowych widoków z niego. Grupa penetrowała otoczenie doliny. Nadając kolejnym szczytom w jej otoczeniu literę„M”(Mandaras) i numer. Szczyt z kotą -7125 m, oznaczono jako M4. Weszli na niego, jako pierwsi zdobywcy. Późniejsze, dokładniejsze pomiary obniżyły jego wysokość do 6814 m. W porozumieniu z władzami, po naradzie w Kabulu, nadano mu nazwę Nadir Szach. Ojca panującego króla Afganistanu Zahir Szacha. Stryczyński i Zierhoffer wchodzą też jako pierwsi ludzie na Kohe Mandaras(6631 m). Był początek września i przy wejściu na szczyt odmrażają sobie stopy. Grupa krakowska, licząca siedem osób, w której byli min.- Stanisław Biel, Henryk Ciońćka i Karol Jakubowski, nie miała sprecyzowanego planu i udała się dalej w kierunku wschodnim, by szukać szczytów, o wysokości przekraczającej siedem kilometrów. Podjechali najpierw samochodem dwadzieścia kilometrów dalej, wzdłuż Ab-e Pańdź do wioski u zbiegu dużej doliny. W której, w głębi dominował potężny szczyt Szachaur(7167 m), nazwany tak samo jak wioska. Po rekonesansie w dolinie okazało się, że wejście na niego jest niezwykle trudne. Przeniesiono się dalej w górę doliny Wachanu, w celu rozpoznania terenu. W tym rejonie weszli jako pierwsi na Kohe Tez(7015 m). W roku 1963 wyjeżdża w Hindukusz wyprawa łódzkiego koła Klubu Wysokogórskiego. Jej kierownikiem był Andrzej Wilczkowski. Głównym celem był już rozpoznany Szachaur. Nie zdobyli tego szczytu. Na jego pokonanie należało przebyć trzykilometrowy lodowy filar. Rozpoczęli poważniejszą akcję na niego już w październiku, jako ostatnie zamierzenie. Byli wprawdzie już doskonale zaaklimatyzowani. Doszli jednak tylko do 5800 metrów, gdy drogę zmknęła im osiemdzięciometrowa bariera szklistego lodu. Do szczytu mieli jeszcze 1300 metrów. Weszli natomiast wcześniej na Kiszmi Chana(6745 m), M2(6460 m) i po raz pierwszy na Langutę-i Barfi(6827 m). W głowie utkwiła mi książka Andrzeja Wilczkowskiego - „Pokutujące śniegi”. Była to relacja o tej wyprawie. Dziwne śniegi. Spotykane w suchych górach, min. w Andach i Hindukuszu. Śnieg firnowy topnieje, ale w dziwny sposób. Tworząc las „szpikulców”, o wysokości do wzrostu człowieka, czy wyżej. Tworząc „gęsty las”. Nie da się przez to swobodnie iść. Łamią się bez trudu. Same szpice. I dalej zostaje część „nadziemna”. Trzeba czasem dodatkowo zbijać je czekanem. Machaj jednak tym narzędziem powyżej pięciu kilometrów, niosąc nieraz, nie lekki plecak. One pokutują, jak mnisi. Pokuta też dla alpinisty, gdy na nie trafi. Czytając ją, gdy została wydana w 1969 roku, nie przypuszczałem, że zobaczę na własne oczy tych pokutników. I będę musiał przez nich przebrnąć. W Hindukuszu zaczęli się pojawiać Niemcy, Austriacy. Zaczął być modny wśród alpinistów. W 1966 roku wyjeżdża kolejna polska wyprawa, środowiskowa z Krakowa, zawierająca piętnaście osób. Kierowana przez Romana Śledziewskiego. W jej składzie po raz pierwszy dwie kobiety, oraz min: Andrzej Heinrich, Jerzy Potocki, Jerzy Wala, Ryszard Zawadzki. W wyprawie wziął też udział Janusz Wojtusiak, biolog z UJ. Zaproszono też do udziału alpinistów zagranicznych, z powodów już wcześniej wyjaśnionych. Postanowiono wejść na Szachaur filarem północnej ściany. Stawiając to, jako główny cel wyprawy. Przewidywano także wejście na dwa szczyty powyżej siedmiu kilometrów i trawers całej grani Noszaka. Nowością było użycie do przewozu bagażu i części uczestników wyprawy samochodu Star z przyczepą. Który jechał przez Turcję i Iran do Afganistanu. Spotkanie całej wyprawy nastąpiło w Fajzabadzie dziewiątego sierpnia. Najpierw działali w otoczeniu doliny Qadzi Deh. Trzydziestego sierpnia sześciu członków wyprawy stanęło na Noszaku(7492 m), wychodząc nowa drogą(zachodnią grzędą Noszaka) i bijąc swoje rekordy życia. Przy okazji pokonali wszystkie trzy wierzchołki Noszaka-wschodni, główny i zachodni. Działąjąca w składzie wyprawy z mężem Fracuska Isabelle Agresti doszła do 7400 m. Prasa francuska nazwała ja po powrocie do kraju „La famme vivante la plus haute du monde”(Silna i wybitna kobieta. Ale też, że wyszła najwyżej na świecie-gra słów). Wejście na Noszak, nową drogą, w zaledwie dwa tygodnie od rozpoczęcia działalności, zakończyło się chorobą wysokościową kilku uczestników. Zmuszeni byli zejść niżej. Wpływ na to miało także nieodpowiednie odżywianie. Trójka z nich, najmniej odczuwająca skutki wysokości, Bourgeois, Heinrich i Potocki została w pobliżu Noszaka i postanowiła jeszcze wejść na dwa szczyty-Darban Zom(7219 m) i szczyt z kotą -7291 m. Uważali, że ten drugi jest dziewiczy. Szczyt(Shingeik Zom -7291 m) nie był dziewiczy. Tylko oni o tym nie wiedzieli. Został zdobyty wcześniej, w tym samym roku przez alpinistów niemieckich. Na wieść o tym, jako ubezpieczenie do obozu III pod Noszakiem docierają Rodziński, Wala i Wojtusiak. Zamierzali wejść na oba te siedmiotysięczniki z siodła(szeroka przełęcz) pomiędzy nimi. Obniżywszy się trzysta metrów z obozu trzeciego(6800 m) na Noszaku rozbili namiot u stóp żebra skalnego, spadającego z jego głównego wierzchołka. Następnego dnia zaczynają podchodzenie w kierunku przełęczy pomiędzy tymi szczytami. Śnieg na podejściu był głęboki i na przełęcz docierają dopiero pod wieczór. Zmuszeni są wrócić na noc do namiotu. Wieczorem psuje się pogoda. Zaczyna sypać śnieg. Śniegu przybywa i rano rezygnują z tych dwóch szczytów. Decydując się na powrót do obozu trzeciego pod Noszakiem. Lawina pyłowa porywa Bougeois i Potockiego. Kolejna porywa Heinricha. Bougeois i Heinrich wygrzebują się ze śniegu. Długie poszukiwania Jerzego Potockiego nie dają rezultatu. Jest pierwszą, polską ofiarą Hindukuszu. Przestawiają namiot w pobliże grani, łączącej Noszak z Gumbaze Safed(6800 m). Zamieć nie ustaje i cały następny dzięń spędzają w namiocie bez żywności, która została w plecaku Potockiego. W kolejnym dniu próbują znowu dotrzeć do trzeciego obozu. W głębokim śniegu idzie im to straszliwie wolno. Obaj mają zapalenie spojówek. W dodatku Heinrich ma nogę przebitą czekanem. Wracają do namiotu. Jedyna możliwość uratowania się, to zejście z grani do bazy wysuniętej. Bougeois decyduje się na to zejście, skrajnie trudnym terenem. Rozstają się. Większość zejścia to ogromna skalno-lodowa ściana. Półtora dnia schodzi do bazy. Natomiast Heinrich, po noclegu w namiocie, wraca z największym trudem do trzeciego obozu. Tu była żywność i paliwo. Został uratowany. W 1971 wyruszają do Afganistanu dwie ekspedycje. Jedna z koła krakowskiego KW, przy współudziale koła lubelskiego KW. Druga z Wrocławia. Kierownikiem krakowskiej grupy został Stanisław Biel. W jej składzie byli min. Henryk Ciońćka, Jerzy Wala, Ryszard Zawadzki. Szefem grupy z Wrocławia był Jerzy Wojnarowicz. Część ekipy i bagaż jedzie do Afganistanu Jelczem 315 M. Druga część leci samolotem z Moskwy do Duszanbe. A stąd pociągiem do Termezu. Jelcz z bagażem dociera aż do Fajzabadu, pokonując wąskie galeryjki nad Kokczą. Potem za tym miastem, w stronę doliny Wachanu, natrafiwszy na mostek, który zawaliłby się pod ciężką maszyną, zmuszeni byli wynająć samochód i przenieść na niego bagaż wyprawy. W końcu z opóźnieniem wszyscy docierają do wsi Qadzi Deh. Stąd Wrocławianie idą z karawaną w górę pod Noszak. Obóz główny ma być założony na wysokości około 4030 m. Tu dowiadują się, że pod Noszakiem zmarło kolejno, na chorobę wysokościową, pięciu alpinistów bułgarskich. Czytałem szczegółowy opis tej nieszczęsnej wyprawy. Przyczyną było zbyt szybkie posuwanie się w górę, bez należytej aklimatyzacji i wypoczynku. Był już wrzesień i początek jesieni. W bazie pod Noszakiem zaczynał w nocy pojawiać się mróz, który utrzymywał się także przez dzień. Wyżej, w rejonie szczytu, rozpoczynała się zima. Wejście na Noszak wiązało się z dużym ryzykiem. Ustalili wspólnie, że nie będą na niego wchodzić. Wyjdą w stronę jeszcze nieznanych, ale niższych gór Kohe Zebak. W celu aklimatyzacji i rekonesansu. Nęcił ich jeszcze nie zdobyty szczyt w pobliżu Noszaka. Noszący kotę - 6350 m. Zdobyli go i nazywali Asp-e Sayah(Czarny Koń). Ponieważ jego pokonany, wyższy sąsiad nosił już nazwę Asp-e Safed(Biały Koń-6607 m). Osiemnastego września zaczął padać śnieg. Przenieśli się ostatecznie w Kohe Zebak. Jest to grupa górska na zachód od Hindukuszu Wysokiego. Za doliną Qadzi Deh. Która ją oddziela od Hindukuszu Wysokiego. Ma ona obszar ok. 950 km kwadratowych. Nazwa ich pochodzi od miejscowości Zebak, przez którą jedzie się z Fajzabadu do Iskaszimu. Najwyższym szczytem tych gór jest Sad Isztragh - 5859 m npm. Grupa krakowsko-lubelska udała się samochodem ze wsi Qadzi Deh w górę Wachanu, docierając do osady Qala-i Panja. Ostatniej, do której można było wtedy dojechać tym pojazdem. Spieszyli się, ponieważ było coraz zimniej. Stąd wyruszyły cztery zespoły rekonesansowe. Po ich powrocie zdecydowano, że zaatakują Kohe Qala-i Ust(6309 m), a następnie Kohe Baba Tangi(6513 m). Jeden ze wspanialszych problemów ścianowych w Hindukuszu. Z jego północnym, dwukilometrowym filarem. Dziesięciu alpinistów prowadził Ryszard Zawadzki. Nie osiagnęli tych szczytów. Jednak po drodze weszli na kilka wiechołków powyżej pięciu kilometrów. Zaczęła załamywać się pogoda. Na całym Hindukuszu Wysokim(Wschodnim) padał śnieg. Ostatecznie grupa wróciła na zachód, w rejon Kohe Zebak. Hindukusz Wysoki Dla ułatwienia zrozumienia moich postów i śledzenia działalności Polaków w początkach eksploracji Hindukuszu załączam mapę graniową Hindukuszu Wysokiego, opracowaną przez Jerzego Walę i zamieszczoną w monografii „Od Andów po Hindukusz” Kazimierza Seyyse-Tobiczyka. Autor mapy zbierał informacje od uczestników wypraw penetrujących Hindukusz. Stopniowo uściślając jego topografię. Dla ułatwienia śledzenia mapy zaznaczyłem na czerwono szczyty, które były celem zainteresowania polskich wypraw. Króciutko omówionych w poprzednich akapitach. Noszak ma trzy wierzchołki. Główny(M), zachodni(W) i wschodni(E). Zieloną kropką oznaczyłem rejon japońskiej bazy głównej(„Baza pod Wierzbami”) z roku 1962. Znajdowała się ona u zbiegu dolin Qadzi Deh i Mandaras na wysokości ok. 3 km. Nazwy szczytów na mapie się zmieniały i w literaturze polskiej są takie, jak w nawiasach: Kohe Naser Khosraw(M2- 6460 m): Kohe Kesnikhan(to Kiszmi Chan): Kohe Nadir Sah(Nadir Szach): Kohe Skhawr(Szachaur.) Kohe to „góra”, szczyt. Wysokości szczytów też ulegały zmianie. W miarę coraz dokładniejszych pomiarów. Mapy takie, popularn1e zwane „graniówkami” są podstawą działania alpinistów w górach. Nie mapy fizyczne. Mapy fizyczne zawierają zbyt wiele szczegółów i są „nieczytelne” dla wspinacza. Dla alpinisty istotny jest przebieg grani. Grani głównej rejonu, grani bocznych, odgałęziających się od głównej w punktach zwornikowych. Naniesione na ich przebieg szczyty, przełęcze i ich wysokości. Ogólny przebieg dolin, lodowce oraz cieki(potoki, rzeczki). Alpinista, wspinacz musi widzieć stok, ścianę, grań, aby ocenić trudności wspinaczki, po skale i lodzie. Zastępczym środkiem dla oceny była i jest fotografia. Jak najbardziej też szczegółowa. Nie da się tego zrobić z najbardziej nawet szczegółowej mapy fizycznej. Która jest przydatna w ogólnej orientacji, przy dojściu w interesujący rejon. Teraz pojawiły się dodatkowe środki, dla wyobrażenia sobie rzeźby terenu. Zdjęcia z satelitów, czy tzw. zdjęcia lotnicze. Z naniesionymi poziomicami. Wszystko to bardzo ułatwia alpinizm w nieznanych górach. Niemniej ostateczne zdanie należy do człowieka obserwującego teren. .1 punkt







