Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 11.11.2021 w Wpisy na blogu
-
Już by się pojechało, już by się poszusowało... Pitztal - październikowe wspomnienie z zeszłego roku. Winter is coming! Short ski.MP4 marboru3 punkty
-
Post 4 Pakistan Dwudziestego siódmego lipca Taksówkami jedziemy do miejsca w Kabulu, z którego odjeżdżają autobusy do Peszawaru(Peshavar) w Pakistanie. To, co najmniej kilkaset kilometrów drogi, która przecina niskie już stosunkowo odnogi Hindukuszu. Na dworcu autobusowym mała awantura. Nie chcą nas wpuścić do autobusu. Okazuje się, że bilety są na jutro, a były kupowane wczoraj na dziś - czyli wczoraj na „tomorrow”. Tego się nie da sprawdzić na jaki dzień, bo wypisane są „robaczkami”. Pamiętam, ile kłopotów było w Iranie! Używali tam kalendarza perskiego. W Afganistanie też go używają. W nim nasz rok był tysiąc trzysta, któryś tam…Nie znaliśmy miesięcy, ani dni tego kalendarza. Więc powtarzało się w angielskim kilka razy, że chcemy kupić bilet teraz, na ten miesiąc, na ten dzień. I pytaliśmy - na którą będzie godzinę? W końcu jedziemy, ale siedząc w autobusie na jakichś skrzynkach. Kawałek drogi za Kabulem droga przecina góry, kolejną odnogę Hindukuszu. Przez którą przełamuje się rzeka Kabul, płynąca przez stolicę. Ma w mieście spore koryto, przygotowane na większą wodę, miejscami obetonowane, tylko rzeki nie widać, sączy się teraz tylko wąska, brudna strużka Przez góry przeżyna się, tworząc tu bardzo głęboki i przepiękny przełom, zwany wąwozem Tangi Garu. Szosa biegnie serpentynami wykutymi w litej, prawie pionowej skale. Zjeżdżamy w dół z poziomu dwóch kilometrów Kabulu na sześćset metrów i wjeżdżamy w obszerną kotlinę Jelalabad`u(Dżelalabadu). Pojawiają się pierwsze, niewysokie palmy. Przed nami jest granica afgańsko-pakistańska. Jest tu o wiele cieplej, niż w nieodległym Kabulu. Granica jest jeszcze kilka kilometrów dalej i wyżej. Ale tu odbywa się kontrola celna i paszportowa. Obsługa autobusu zrzuca nasze plecako-wory z dachu, a potem znowu je wkładają. Mamy w paszportach wizy afgańską, pakistańską i indyjską. Stoi tu mały budynek, w którym jest kantor jakiegoś pakistańskiego banku. Natomiast przed budynkiem spacerują sobie „ruchome” kantory. Każdy z nich ma w lewej dłoni rozpostarte palce. Między palcami waluty. Co palec to inna, ale wszystkie „światowo” wymienialne - dolary, jeny, marki,…Jeden z mężczyzn ma między palcami austriackie szylingi. Pyta mnie, gdzie ten kraj leży. Pytanie wydaje się być dla czystej ciekawości. Przecież nie jest ważne, gdzie na kuli ziemskiej leży kraj, którego waluta sterczy między palcami. Ważne tylko, by była wymienialna. Pokazuję mu nasze złotówki. Nie, nie kupują! Podjeżdżamy na przełęcz Khyber Pass(Chajber -1070 m), na której przebiega granica Afganistanu z Pakistanem. Jest to od tysięcy lat historyczne miejsce. Dobrze też znane Anglikom, uczących się historii własnych podbojów. Tu tłukli się kiedyś z Afgańczykami. Po zdobyciu Indii i Pakistanu, szli dalej na północ i chcieli wejść do Afganistanu. Nigdy go sobie nie podporządkowali. Afganistan nie był nigdy skolonizowany. Afgańczycy to biedni bardzo, ale dumni ludzie. Tu się nie spotyka żebrzących dzieci. Gdy przypadkowo ma ono ochotę wyciągnąć rękę do cudzoziemca jest przywoływane zwykle do porządku. Takie obrazki widywałem w czasie wyprawy w Hindukusz. Niedaleko drogi, na wzniesieniach widać było stare forty angielskie. Pojawiły się też, w pewnym momencie od strony pakistańskiej, jakieś stare tory kolejowe. Mieliśmy wokół siebie całkiem ładny górski krajobraz. Przecinamy tu ostatnią i niską już tutaj odnogę Hindukuszu. Za nią następuje zjazd do doliny rzeki Indus. Góry zostały za nami i byliśmy w mieście Peshavar(Peszawar). Upał tu jest jeszcze większy, niż po stronie afgańskiej w Dżelalabadzie. Byliśmy jeszcze niżej. W kierunku południowym, w stronę Indii nie było już żadnych gór. Powietrze było mokre i gorące. W dodatku pomieszane ze spalinami. Wynajmujemy niewielki mikrobus i jeszcze tego samego dnia wieczorem jedziemy w górę rzeki Indus do Rawalpindi. Pakistańczycy mówią krótko na to miasto - Pindii. Niejako częścią tego miasta jest stolica Pakistanu Islamabad. Indus zaczyna swój początek w Tybecie. A uchodzi do Morza Arabskiego. Tak nazywa się część Oceanu Indyjskiego między subkontynentem indyjskim i półwyspem arabskim. W pobliżu jego ujścia położone jest Karaczi. W górnym biegu płynie z Tybetu, prawie równoleżnikowo, wzdłuż potężnego łańcucha Karakorum. Oddzielając go od Himalajów. Dalej, opuszczając stopniowo góry, opływa po swojej orograficznie lewej stronie himalajskiego giganta Nanga Parbat-8126 m. Rzeka w tym miejscu płynie na poziomie tysiąca metrów i w odległości zaledwie 25 kilometrów od Nangi. Jest to najwyższa na świecie wysokość względna. Wynosi ponad siedem kilometrów. Niestety! Nangi Parbat raczej nie zobaczymy. Choć być może będziemy w Himalajach, kilkaset kilometrów od niej. To nie tylko chmury są przeszkodą. To nie takie proste zobaczyć nawet bardzo wysoką górę, ponieważ może być schowana za dużo niższe szczyty, ale znajdujące się znacznie bliżej obserwatora. Czekała nas nocna podróż. Kierowca jechał szybko i bardzo ryzykancko. Chciał widocznie przyjechać rano na miejsce. Drogą, którą jechaliśmy, był wąski pasek nierównego asfaltu, mający po boku szerokie, ale dość równe gruntowe pobocza. Samochód zajmował cały ten asfalt. Jak jechało coś z przeciwka, to obaj jednocześnie zjeżdżali na te pobocza. Zatrułem się czymś w Kabulu. Miałem gorączkę. Mimo upału było mi zimno. Siedząc w podrygującym pojeździe, na przemian zasypiałem i budziłem się. W pewnym momencie w półśnie widzę, że z naprzeciwka jedzie auto. Reflektory ma od góry do połowy pomalowane niebieską farbą. Wszyscy tu tak mieli pomalowane. Co za zwyczaj? Nie dość, że słabiutko świecą, to jeszcze ta farba. W czasie wojny reflektory były malowane na niebiesko, aby lotnik nie zauważył. Ale teraz? Jedzie po tym samym asfalcie, co my? Cholera zderzymy się! Przecież tamten skręca na naszą prawą stronę! Co on robi? Zaraz będzie koniec! Nie było go, bo nasz skręcił w lewo. Do diabła! Nieprzytomny, zapomniałem, że tu jest ruch lewostronny! W Indiach też taki będzie. To była robota Angoli. Co chwila odbywają się kontrole wojskowe. Pojawia się rozlany szeroko Indus, a potem jakiś przełom tej rzeki. Między skalistymi brzegami rozpięto długi, stalowy most. Który jest strzeżony przez wojsko. Podobno jedyny most na tej rzece. Robi się dzień i zatrzymujemy się na krótki wypoczynek. Nieco lepiej się już czuję. Wywlekam się sam ze środka i robię zdjęcia grupie bosych dzieciaków. Przed Rawalpindi pęka tylna opona. Koniec podróży mikrobusem. Taksówkami jedziemy do miasta. Znaleziony tani hotel jest niestety brudny i śmierdzący. Na większe luksusy nas nie było stać. Zdjęcia 1. Tangi Garu_1. Wąwóz rzeki Kabul 2. Tangi Garu_2. 3. Tangi Garu_3 4. Khyber Pass_1. Podjazd pod przełęcz 5. Khyber Pass_2. Widoczny Fort z flagą Gdzieś w Pakistanie... 6. Wielbłądy. 7. Starzec. 8. Dzieci2 punkty
-
Post 3 Mazar-i Szarif, Kabul Dwudziestego trzeciego lipca Dzisiaj mamy przeprawić się przez Amudarię do Afganistanu. Czekamy na odprawę celną. W międzyczasie piszę kartkę do Rysi. I znów to samo miejsce, co przed trzy laty. Tylko nie ma już darmowej wody gazowanej, której można się było wtedy napić z dystrybutora. Świat ciągle drożeje. Przeprawa kutrem na drugi brzeg rzeki kosztuje trzy i pół rubla. Do stojącego gdzieś na rzece kutra jechało się autobusem, więc każdy z nas płacił jeszcze po sześćdziesiąt kopiejek. Wnosimy na kuter nasz majdan i płyniemy w górę rzeki do Ajratanu. Czekała nas tu spora niespodzianka, gdy dobiliśmy do afgańskiego brzegu. Zniknęła szeroka deska, po której schodziło się dawniej z kutra na brzeg. Przy brzegu jest przycumowana barka, do której dobija kuter. Poza nią nie było widać większych zmian, od czasu naszej wyprawy. Celnik afgański bawi się w biurokrację. Wypełniamy jakieś papiery. Zwleka z odprawą. Wyraźnie oczekuje bakszyszu. Do Mazare-i Szerif jedziemy z Rosjanami ich autobusem Hotel również ten sam, co poprzednio. Nic ma w tym nic dziwnego, ponieważ żadnego wyboru tu nie ma. Drogo, sześćdziesiąt afgani za noc. Spotykamy Polaków. Grupa z Poznania oczekuje wyjazdu do Agramu. Był tu też niedawno Rysiek K. z wyprawą w Hindukusz Wysoki. Mój dawny instruktor na kursie w Tatrach. I adiunkt na wydziale AGH, gdzie studiowałem. W Mazare-i Szerif jest sporo Afgańczyków, którzy studiowali w Polsce. Notka! Kto nie czytał mojego blogu „Afganistan(Hindukusz 73)” może zobaczyć zdjęcia z Mazar-i Szerif, zrobione w czasie wyprawy w Hindukusz(post „Afganistan(Hindukusz 73)_cd5”. Nic specjalnego się w tym mieście nie zmieniło, w ciagu trzech lat. 24.07 Jedziemy dzisiaj wynajętą taksówką do Kabulu. Nie była to impreza dla nas tania i łatwo nie ustąpiliśmy przy ubijaniu interesu. Wydawało nam się, że oprócz naszej piątki i naszych potężnych plecaków, nikt więcej do taksówki się nie przyplącze. Ale tutejsze zwyczaje były całkowicie inne, niż nasze. Tu decydował kierowca o dopuszczalnym obciążeniu i dogęszczeniu pojazdu. Nie miało sensu protestowanie, bo po co psuć miłe i „przyjacielskie” z nim stosunki. Więc mieliśmy jeszcze dodatkową dwójkę pasażerów z tobołami. W sumie osiem osóbz kierowcą i sporo ponad dwieście, na oko licząc, kilogramów bagażu. Przed nami było około sześćset kilometrów. Najpierw wjechaliśmy w znajomy, mnie i Andrzejowi, wąwóz z wyprawy w Hindukusz. W którym się siedziało na murku i sączyło zimne napoje z „lodu”, który pływał w brudnej wodzie w skrzyni na kółkach. W blogu o wyprawie w Hindukusz można więcej poczytać o przejeździe szosą z Mazar-i Szerif do Kabulu. W Kabulu kwaterujemy się w znów w hotelu Friends. Nocleg kosztuje dwadzieścia pięć afgani. Kawałek drogi nosimy ciężkie plecaki. Każdy ma dwa plecaki - wory. Moje razem mają ponad pięćdziesiąt kilogramów. Śpię w ogrodzie, na materacu. Noc jest, jak na te warunki, całkiem przyjemna. Zresztą Kabul leży na wysokości dwa kilometry nad poziomem morza. Więc i w lecie temperatury są tu znośne. 25.07 Rano na śniadanie jest jajecznica na pomidorach. „Brudas” z Andrzejem poszli kupować koszule na bazar. Za niewiele centów, przeliczając afgani na dolary, można było sobie kupić używany peweksowski, zachodni ciuch. Po południu mała sprzeczka. Janusz chce koniecznie jechać dalej następnego dnia. Rysiek i Andrzej chcą jeszcze posiedzieć tu dłużej. Można to nawet zrozumieć. Całkiem przyjemnie się teraz nam żyje. Wieczorem chodzę z Januszem i Elżbietą po bazarze. Potem zajadamy szaszłyki. Potrawa jest pewna, bo zdjęta, bezpośrednio z ognia. A ogień, jak wiadomo, zabija wszystko i nie trzeba się martwić w jakim stanie było mięso przed nabiciem na szpikulec. Mieliśmy właśnie tego przykład dzisiaj, włócząc się po Kabulu. Weszliśmy w boczną, zakurzoną uliczkę. Środkiem płynęła skądś z góry dżuja(rów z wodą). Przed sklepikami wisiały połcie mięsa baraniego, które z zapałem atakowały roje much. Nie było z nimi problemu, wystarczyło tylko zdjąć połeć z haka i wypłukać w dżuji. Zresztą woda w niej służyła także do mycia zębów. Wystarczyło włożyć do niej palec i wilgotnym przecierać zęby, powtarzając wiele razy. Janusz w pewnym momencie nie wytrzymał i mówi do mnie – stary! Tego się nie da opisać! To trzeba zobaczyć na własne oczy! Iran był o wiele bardziej cywilizowany. Nie było winą tych ludzi, że tak myją zęby, żeby nie powiedzieć o innych, bardziej intymnych, ablucjach w miejscach, gdzie było nieco płynącej wody do dyspozycji. 26.07 Dzisiaj zwiedzam ponownie muzeum w Kabulu, ponieważ Janusz z Elżbietą też chcieli je zobaczyć. Nic nie przybyło od poprzedniej wizyty. Potem zajadamy się arbuzem i szukamy grobu założyciela dynastii Mogołów – Barbura. W końcu go znajduję - ale sam. Jest w pięknym ogrodzie, u stóp góry. Wracam do hotelu na piechotę. Wieje silny wiatr z kurzem. Notka! Podobnie, jak w przypadku Mazar-i Szarif, można obejrzeć zdjęcia z Kabulu z przed trzech lat(post „Afganistan(Hindukusz 73)_cd20”). Także i tu nie zauważyłem, zmian rzucających się w oczy Wojny w Afganistanie jeszcze nie było. Rządził być może jeszcze zięć obalonego szacha.2 punkty







