Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 21.11.2021 w Wpisy na blogu
-
Czy wiedzieliście, że nazwa tego tyrolskiego miasteczka wywodzi się z retoromańskiego „Yscla”, co oznaczało ni mniej ni więcej – tylko „wyspa”? Zapewne odnosiło się to ukształtowania terenu osady, powstałej we wczesnym średniowieczu - wśród gęstych lasów, porastających połacie alpejskich dolin. Ale Ischgl coś z wyspy ma chyba po dziś dzień. Dla narciarzy – to wyspa skarbów – świetne trasy, nowoczesne wyciągi, piękne krajobrazy, strefa wolnocłowa w pobliskim Samnaun, a na dodatek – legendarne après ski. Nieprzypadkowo Ischgl bywa zatem porównywane z wyspiarską – a jakże – Ibizą, bo w czasach przed pandemią było niezłą imprezownią. I właśnie ta reputacja, w połączeniu ze splotem okoliczności, który doprowadził do powstania w marcu 2020 r. jednego z większych ognisk koronawirusa w Europie, spowodowała, że „Ischgl” nie kojarzy się już tylko z nazwą kurortu, ale zyskało nowe znaczenie. Na portalu językowym prowadzonym przez Instytut Języka Niemieckiego im Leibniza (IDS) w Mannheim, można znaleźć między innymi stronę projektu, gromadzącego niemieckie słownictwo „okołopandemiczne”. Wśród około 2000 haseł natknęłam się na trzy, które mają w swoim składzie toponim „Ischgl”. Najdłuższą historię ma „zweites Ischgl” – „drugie Ischgl”. I wbrew pozorom ten neologizm jest zdecydowanie starszy niż epidemia wirusa Sars-Cov-2. Wyszukanie frazy „zweites Ischgl” w największym korpusie języka niemieckiego DeReKo – dostępnym przez platformę OWID i liczącym ponad 50 miliardów wyrazów – dostarczyło blisko 100 wyników. Rzeczywiście – większość z nich jest datowana na 2020 rok, ale mamy i starsze przykłady z roku 1997, 2001 czy 2010, w którym przedstawiciele innych ośrodków (m.in. Kühtai, Montafon) wypowiadają się, że nie chcą być drugim Ischgl, lecz stawiają na spokój i przytulność: „Wir wollen kein zweites Ischgl sein/werden“. Albo wręcz przeciwnie – w roku 2002 gazeta „Neue Zürcher Zeitung” zamieszcza reportaż z ośrodka Wilder Kaiser, który podobno aspiruje, aby stać się drugim Ischgl i oferuje bogaty program aktywnego wypoczynku i rozrywki. Mamy tu więc schemat znany również z języka polskiego – zapewne pamiętacie, gdy bodajże prezydent Wałęsa obiecywał, że Polska stanie się drugą Japonią, a premier Tusk – że będzie drugą Irlandią? Można też nazywać kogoś drugim Małyszem, lub jakiś pałac – drugim Luwrem. Nazwa własna traci wtedy swoją funkcję tzw. onimiczną – czyli identyfikującą jakieś miejsce, obiekt czy osobę, a zyskuje nowe znaczenie. Może to być albo nobilitacja, albo … zła sława. Taki też los spotkał Ischgl. Przyjrzyjmy się zatem, w jakich kontekstach pojawia się „zweites Ischgl” w cytatach z ostatnich miesięcy i jakie konotacje budzi ta nazwa. Już 19.03.2020 bawarski premier Markus Söder grzmiał: „Wir dürfen kein zweites Heinsberg oder Ischgl zulassen“ [Nie możemy dopuścić do powtórki z Heinsbergu czy Ischgl]. Heinsberg to miejscowość w Nadrenii-Westfalii, która pod koniec lutego 2020 r. również stała się hotspotem wirusa Sars-Cov-2. Ale to nie Heinsberg, lecz właśnie Ischgl stało się ikoną pierwszej fali pandemii. W lipcu 2020, gdy powoli luzowano ograniczenia pierwszego lockdownu, a Niemcy tłumnie ruszyli na wakacje, minister zdrowia, Jens Spahn, wyrażał obawę: „Man müsse sehr aufpassen, dass der „Ballermann“ auf Mallorca nicht ein zweites Ischgl wird” [Trzeba się mieć na baczności, aby imprezownie na Majorce nie stały się drugim Ischgl]. W podobnym czasie zwrot ten pojawił się również w języku polskim – za sprawą polskojęzycznego serwisu „Deutsche Welle” (26.06.2020): „Koronawirus w Guetersloh. Ale to nie „drugie Ischgl”. Czy powiaty Gueterlsloh i Warendorf staną się nowym Ischgl? Jeśli dać wiarę ekspertom i politykom, nie, ale zaleca się ostrożność”. Potem to porównanie podchwyciły inne media. Obawy powróciły przed sezonem zimowym 2020/2021, kiedy to w listopadzie 2020 minister Spahn ponownie przestrzegał: „Bloß kein zweites Ischgl!” [Tylko nie drugie Ischgl!], a ośrodki narciarskie – nie tylko w Austrii - wypracowywały koncepty higieniczne i procedury bezpieczeństwa z uzasadnieniem „Wir dürfen uns kein zweites Ischgl leisten” [Nie możemy sobie pozwolić na drugie Ischgl]. "Wir wollen kein zweites Ischgl werden, kein Corona-Hotspot also“ [Nie chcemy stać się drugim Ischgl, czyli ogniskiem zakażenia] – mówił w październiku 2020 organizator zawodów PŚ w szwajcarskim Wengen. Samo Ischgl zapłaciło za swą utraconą cześć dość słoną cenę – było jednym z ośrodków, które w ogóle nie działały w ubiegłym sezonie. Nawet, gdy było to możliwe dla narciarzy z Austrii. Otwarta była jedynie część szwajcarska regionu Silvretta-Arena. Skojarzenie Ischgl z miejscem, w którym żądza zysku i ukrywanie problemu doprowadziły do powstania ogniska epidemii jest również czynnikiem sprzyjającym tworzeniu różnorakich hybryd językowych, takich jak: „Sommer-Ischgl” (ognisko zakażeń w letnim kurorcie), „Fußball-Ischgl” (mecz piłki nożnej, na którym kibice zarażają się koronawirusem), czy najnowsza – jeszcze nie notowana przez stronę IDS – „Ischgl 2.0”, mająca oznaczać „powtórkę z rozrywki”, czyli przestrogę przed ponownym ryzykiem rozniesienia wirusa przez narciarzy. Jak wiadomo – przynajmniej w najbliższych tygodniach – powtórki w Austrii nie będzie, ale Ischgl będzie musiało jeszcze trochę poczekać, aby popracować nad poprawą swojego wizerunku i językowych skojarzeń. Korzystałam z poniższych źródeł: „Neuer Wortschatz rund um die Coronapandemie“ [Nowe słownictwo dotyczące pandemii koronawirusa, w ramach słownika niemieckich neologizmów online IDS]: https://www.owid.de/docs/neo/listen/corona.jsp# Platforma OWID [korpus językowy, rejestracja bezpłatna]: https://www.owid.de/service/cosmas/suche/kw?query=Ischgl%2020&p=28 punktów
-
Post 7 Agra Pierwszego sierpnia Rano jedziemy autobusem do Agry. Współtowarzyszami naszej wycieczki są Rosjanie, Hindusi, Włosi. Do Agry jest około dwieście kilometrów. Mijamy małe miasteczka w okolicy Dehli. Wszystkie podobne do siebie. W wodzie leżały bawoły błotne. Nieraz wystawały im tylko nozdrza, oczy i oczywiście rogi. Wreszcie Agra. Spotkamy się tu z architekturą muzułmańską. Najpierw zwiedzamy grobowiec Sikhara. Dość ładne inkrustacje. Marmur, czerwony piaskowiec. Ładny ogród. Kolejny zabytek, to jeden z cudów architektonicznych świata, indyjski hit – Tadj Mahal! Po to tuż przyjechaliśmy. Trzy wieki temu cesarz Szach Dżahan kazał go wznieść, jako grobowiec dla swojej ukochanej żony Mumtaz Mahal. Grobowiec jest cały wyłożony marmurem. Przy jego budowie przez 22 lata pracowało dwadzieścia tysięcy budowniczych. Dziś spoczywa w nim Szach z żoną. Wchodzimy przez portal bramy wejściowej, który posiada u góry szereg małych kopułek. Za bramą obszerny teren, środkiem którego od bramy do właściwego grobowca prowadzi wodny kanał. Obchodzę grobowiec dookoła. Po jego przeciwnej stronie, pod moimi stopami, wysoki brzeg rzeki Yamuna. Bierze początek z lodowców Himalajów i wpada do Gangesu. Oglądam na ścianach misterne wzory przepięknych inkrustacji. Kolorowe kamienie półszlachetne, misternie obrobione, wpasowane są w rowki wyryte w kremowym marmurze. Co za precyzja dopasowywania elementów! Całe ściany są tak ozdobione. Budynek, mimo że potężny, sprawia wrażenie dziwnej lekkości, podkreślonej przez wieżyczki minaretów. Wchodzę do środka. Centralny punkt zajmują grobowce królewskiej pary. Wszędzie, absolutnie wszędzie misterne, kolorowe wzory, nie malowane, tylko wykonane metodą inkrustacji. Następnie zapraszają nas na obiad do miejscowej restauracji. Wliczony w koszty wycieczki? Kołacze mi się w głowie. Czy też nie? Nie będzie tanio, bo za porządna, jak na tutejsze stosunki. Wiemy ile kosztuje zjedzenie czegoś ciepłego w małym barze przy ulicy. Głupio się pytać, naszego indyjskiego opiekuna. Pomyśli - nie stać ich na parę dolarów? Po obiedzie przyszła kolej na zwiedzanie fortu Agra. Budowla, jak zresztą wszystkie tutaj, zbudowana jest z czerwonego piaskowca. Wewnątrz szereg dziedzińców i pałaców. Po prostu zamek królewski. Też miał ładne inkrustacje. Ale nie umywały się do tych w Tadj Mahal. W drodze powrotnej psuje się koło naszego pojazdu. W Pakistanie było to samo. Mamy pecha z samochodami. Zdjęcia: Tadj Mahal, wejście. Tadj Mahal, widok. Tadj Mahal. Wielka miłość zaklęta w marmurze. Tadj Mahal_minaret. Zadziwiająca lekkość wieżyczek. Inkrustacje Tadj Mahal. Rozmiar zdjęcia - szerokość ok. 1 m. Należy sobie wyobrazić tytaniczną pracę, by wydrążyć rowki w kremowym marmurze. I wpasować w nie kamienie o odpowiednim kolorze. Wśród nich są kamienie półszlachetne. Może któryś z kolegów, znający się na kamieniach, rozszyfruje -jakie kamienie były „montowane” w inkrustacjach? Czerwony fort w Agrze. Jama Masjid. Meczet piątkowy w Agrze. Detale kopuł. Meczetu piątkowego. Grobowiec. To był grobowiec jednego z władców dynastii Wielkich Mogołów. Minaret. Kopułka minaretu. Palmy i minaret.1 punkt
-
Post 6 New Dehli Trzydziestego lipca Rano byliśmy na dworcu w New Dehli - Nowe Deli. Bo też było i Stare(Old Dehli). Z peronu wychodzimy po wiadukcie do hali dworcowej. Wiadukt przechodził w wykafelkowany, jasny korytarz. Co parę metrów stała na nim spluwaczka. A dookoła niej czerwono, na kafelkach i na posadzce. Pierwsza konfrontacja z indyjską egzotyką. Czerwień była od żucia betelu. Żucie dezynfekuje jamę ustną, ale potem to trzeba było wypluć. Buzia była czerwona, ślina czerwona i ściany też. Było dosyć wcześnie, więc na stacji spali sobie jeszcze ludzie. Andrzej z Elżbietą poszli szukać hotelu, którego adres podał im Brudas. Czekam przy bagażach przed dworcem. Przyjechał jakiś pociąg i w hali dworcowej zaroiło się od dziwnych osobników. Z pikami, szablami. Ubrani byli, jak do jakichś scen filmowych. Spokojnie przeszli przez halę i zniknęli. Nikt nic nie kręcił. Byłem ciekaw, co to byli za jedni? Znaleźli ten hotel, ale to jakieś zupełnie podejrzane miejsce. Zmieniamy się przy bagażach i ja z kolei jadę z Januszem do biura informacji turystycznej. Tam informują nas o campingu i o możliwościach wyjazdu w góry. Przy okazji można było zagarnąć garść prospektów, łącznie z uproszczonym planem miasta. Ze stacji jedziemy na camping taksówką. Był on bardzo przyjemny. Miał niewielki, trawiasty plac. Na którego środku na pomoście stał duży okrągły namiot. Część sanitarna była bez zastrzeżeń. Było pusto. Nie licząc tylko kręcących się kilku „białych” postaci. Wreszcie mamy jakieś uczciwe miejsce do spania. Gdyby jeszcze nie było tego upału! Po południu zaczęło lać. Byliśmy w Indiach w okresie pełni letniego monsunu. Po deszczu zwiedzamy, a raczej oglądamy z daleka, Meczet Piątkowy(Jama Masjid). Nie umywa się do Badszahi w Lahore, choć materiał taki sam - czerwony piaskowiec. Małżeństwo się odłączyło. Idę z Andrzejem przez bazar. Trochę podobny do bazarów w Afganistanie i Iranie, choć ma swój własny charakter. Wracamy obaj po ciemku na camping. Leje jak z cebra. Czekamy pod jakimś dachem. Ciągle leje. Na jezdni momentalnie wody po kostki. Zabiera nas riksza z wesołym towarzystwem. Dookoła naszych namiotów stawek. Plecaki stoją w wodzie. Śpiwór też już częściowo zamoczony. Wreszcie układamy się do snu. Dziwny kraj. Rano na stacji spotkaliśmy jakby przebierańców. Ubiory jak do filmu. Piki, szable. Spotkaliśmy ich potem na bazarze. Zaczepiony chłopak wytłumaczył nam, że to Guru - sekta religijna. A te dziwne ubiory, gesty – to ich rytuał religijny. Z kolei przed meczetem zaczepiali nas chłopcy, których specjalnością było czyszczenie uszu małymi pałeczkami. 31.07 W nocy państwo J i E T. przenieśli się do dużego namiotu. Płaci się za niego dodatkowo. Rano, na szczęście, rozpogodziło się. Wszystko jest jednak mokre. Trzeba szybko wysuszyć, bo zaraz w tym klimacie zacznie pleśnieć. Jedziemy potem na pocztę. Umówiliśmy się, że z Polski listy będą przesyłanie na „poste restante”. Wystarczy paszport i odbiera się list. Następnie szukamy Instytutu Górskiego, aby uzyskać informacje w sprawie wyjazdu w góry. Niestety, jest sobota i wszystko jest zamknięte. Dopiero w poniedziałek. W biurze turystycznym kupujemy na jutro bilety, za osiem dolarów od osoby, na wycieczkę do Agry. Chodzi nam o ten słynny „Tadj Mahal”, który jest w tym mieście. Biuro mieści się w okolicy Comonwelth Place. Są tu bardzo eleganckie i drogie sklepy. Spotykamy dwóch Polaków, którzy pomogli Andrzejowi przy załatwianiu wiz w Warszawie. Zamierzają objechać całe Indie. Kupili sobie bilet okrężny za sto rupii. Jest taka ciekawa i bardzo tania, bo za dziesięć dolarów, możliwość zwiedzania tego kraju. Zdjęcia: 1. Guru. Czy to był "guru", nie wiem. W każdym razie, na dworcu New Dehli pojawiło się rano znacznie więcej podobnych postaci. 2. Deli, Meczet Piątkowy. Zalany deszczem monsunowym.1 punkt







