Ruch na Kasprowy był tak zorganizowany. Wagon jeździł co 10 minut. Jak odjechał w górę to za chwilę przyjeżdżał po drugiej linie ten z góry i był gotowy do zabrania pasażerów. Tak działo się na obu odcinkach. Do Myślenickich Turni(przesiadka) i wyżej na samą górę.
Wagonik zabierał 32 " średnie"osoby. Po jego modernizacji, gdy zmniejszono jego wagę, wpuszczano 36 osób(może się nie mylę). Do każdego wagonika, który z góry miał ustaloną godzinę odjazdu(np. 10,20) i numer wyjazdu były wydrukowane miejscówki. Inne wzory na każdy dzień. Po to by ktoś nie pojechał o podanej godzinie, mając niewykorzystaną miejscówkę z poprzednich dni. Rozprowadzano jwśród klubów, Orbisu itp. tylko miejscówki na dany dzień. Część była w kasie. Miejscówka kosztowała ułamek ceny biletu.
Natomiast bilet to inna sprawa. Każdy mógł mieć inna cenę, że wzgledu na ulgi. Był okres, że student mógł kupić(miałem taki) ulgowo karnet 24 przejazdowy. O miejscówki musiałem sie starać. Zreszta kasa w holu była otwarta przez cały dzień, gdy kursowała kolejka. Więc podchodząc do kasy z miejscówką w ręce kupowało się bilet na przejazd. Bez miejscówki nie sprzedawano. Zreszta kontrola przy wejściu na peron skupiała się tylko na miejscówkach.
Możeś nie zauważył, że dostałeś dwa kartoniki w kasie. Jeśli sprzedawano na bierzące przejazdy, bo były miejscóki w kasie na te przejazdy to i sprzedawano razem z biletami. Kolejki, które się ustawiały do kasy, nieraz o piatej rano stały po miejscówki. I kasa tylko je sprzedawała. Po dwie na osobę. I nimi handlowano w holu. Zresztą działały tu zawsze też "koniki". Gość szeptał- mam dwie na 9,30. Marża była taka, że wyjazd był pięciokrotnie droższy.
Zagronie