Natknęłam się właśnie na taki tekst:
Zima przychodzi w październiku i stacza zażarte walki z halnym wiatrem, który swoim gorącym oddechem niszczy jej pracę i hamuje jej uparte wdzieranie się w Tatry. Lecz siła wiatru prędko się wyczerpuje. [...]
Przybywa ta zima, niekiedy jawnie i otwarcie, na skrzydłach zachodniego wichru, którego wilgotny dech, dotknąwszy zimnej pustyni Tatr, marznie i zawala je od razu grubym pokładem śniegu [...] Niekiedy zaś zima skrada się podstępnie i tajemniczo. W chłodnym powietrzu zawisa cicha, gęsta i wilgotna mgła, opada nisko i zalega mrokiem wilgotnym i głuchym [...]. I oto pewnego dnia ten mrok szary, ciężki, beznadziejny rozdziera się o wschodzie i na tle przesiąkniętego blaskiem nieba jaśnieją Tatry białe, jak z jednej bryły marmuru, promieniste, jasne, świetne, olśniewające, rzeźwe i wesołe [...] że się zdają same tylko światłem [...].
Stylistyka młodopolska (trochę jej zresztą wykroiłam gwoli strawności), ale ładne, prawda?
PS. I jeszcze jedno ładne:
Ludzi trzeźwych, jak wiadomo, rozmnożyło się u nas w ostatnich czterdziestu latach znacznie ponad istotną potrzebę życia.
Pisane: 1903-1905