Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 13 Październik 2026
-
Rok
13 Październik 2025 - 13 Październik 2026
-
Miesiąc
13 Wrzesień 2026 - 13 Październik 2026
-
Tydzień
6 Październik 2026 - 13 Październik 2026
-
Dzisiaj
13 Październik 2026
-
Wprowadź datę
18.07.2016 - 18.07.2016
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 18.07.2016 uwzględniając wszystkie działy
-
cz.2 Od siódmego kilometra zaczyna się robić stromiej i właściwie żadnej,nawet krótkiej przerwy - wypłaszczenia na odpoczynek.Tutaj był największy pogrom! Tutaj też wyprzedziłem najwięcej osób.Jedni zsiadali z rowerów zadyszani i powoli prowadzili swoje maszyny do góry,inni w ogóle siedli na poboczu z opuszczoną głową.Niektórzy leżeli na poboczu,z trudem łapiąc oddech,prosząc chyba siły wyższe o choćby małe wspomaganie. Część osób wykorzystała fakt,że obok schroniska był bufet i tam po prostu się zatrzymała na odpoczynek. No właśnie - picie. Zabrałem ze sobą litr napoju energetycznego,ale zdążyłem upić jedynie kilka łyków. Bufet całkowicie pominąłem,bo nie miałem czasu nawet pomyśleć,czy jestem spragniony. Bardziej byłem zajęty myślami jak poradzić sobie z potem z głowy,spływającym pod okulary,a w konsekwencji niemiłosiernie szczypiącymi oczami. W suwie w tym miejscu mamy ponad 3 km stromego podjazdu o nachyleniu ok. 20%. Przyznam,że ja też to odczułem i nawet chciałem przez chwilę się zatrzymać,ale przetrzymałem to i jak tylko zaczęło się wypłaszczać,natychmiast zmieniłem biegi na wyższe i przyspieszyłem. Co ciekawe,akurat jak dojeżdżałem do Równi pod Śnieżką - tu zaczyna się całkiem płaski teren - zza chmur wyjrzało słoneczko. Ale jak mi przygrzało po plecach,szybko uznałem,że wolę jednak nieco chłodu i cień. Wyprzedziłem tu jeszcze jakąś grupkę zawodników,zrobiłem kilka łyków napoju,tak zapobiegawczo i rozkręciłem nieco brykę. Równia zmienia się w zjazd,który pozornie wygląda na niezbyt stromy,ale ja tam bez pedałowania (bo dokręciłem do nieco ponad 30 km/h) rozwinąłem 60 km/h! Gdybym się postarał,mogłoby być więcej. Niektórzy się zwyczajnie przestraszyli i hamowali... Ja się wychyliłem nieco do tyłu i rura koło Domu Śląskiego! To zdjęcie jakiegoś turysty,który wrzucił parę fotek na google. Rozpęd wykorzystałem,to jeszcze tu 4 osoby wyprzedziłem. No i rozpoczął się ostatni etap - wyjazd na szczyt. Pamiętałem,że w większości nie jest on stromy,więc dość sprawnie go pokonywałem. Stwierdziłem,że nie ma sensu się już oszczędzać i jeszcze parę osób machnąłem. Wszystkie na poniższym zdjęciu. Chyba w ogóle zacząłem zbyt zapobiegawczo. Ostatnie kilkaset metrów byłem już właściwie pewny swego i czasami pokazywałem łapkę do góry fotografom na trasie.Tych było sporo i jak się okazało,to organizator ich chyba wynajął. Mogłem je odkupić za jedyne 35 zł. Jeszcze pod koniec gość przede mną spadł z roweru i omal mnie nie pociągnął ze sobą,ale się wybroniłem. Po tym stwierdziłem,że nie będę już wyprzedzał i ostatnie 200 metrów jechałem grzecznie w rządku. Mogłem machnąć jeszcze dwie osoby,ale było mi to już obojętne. Do tego zjeżdżający na dół i piesi mocno ograniczali możliwość ścigania się. Tu,nieco po prawej,jadę za trzema osobami Meta co raz bliżej... No i ja już pewny i szczęśliwy,że dotarłem. No i w końcu Śnieżka zdobyta! Medal na szyję i można świętować! Niezawodny Marionen Team zadbał o bardzo ważną rzecz: szampana! O tak,ten smakował wyjątkowo.Nie ukrywam,że miałem wiele satysfakcji i jeszcze nie dowierzałem,że to już koniec.A njalepsze w tym wszystkim,że podczas podjazdu ani chwilę nie przeszły mi myśli typu "na co ci to było".2 punkty
-
Trudno mi było się zebrać po czasie,ale w końcu mi się udało.Normalnie wolę pisać "na świeżo".No i jeszcze te nowości... Zanim przejdę do relacji,chcę podziękować trzem osobą,od których otrzymałem mocne wsparcie - Annaa,Marionen i oczywiście moja Żonka-Dżonka.Chyba najbardziej zadziwił mnie Mariusz,kiedy objeździł cały Karpacz,szukając odpowiedniego,ciemnego pieczywa dla mnie! Normalnie komu by się chciało? Wielki szacunek! Ogólnie Wasze wsparcie mi bardzo pomogło. Dziękuję. Skąd pomysł? Zainspirowały mnie dwie osoby z Forum - JC i Mati1981. Pewnie teraz się nieco dziwią? Już wyjaśniam. Nasz Boss co jakiś czas startuję w różnych ciekawych i wymagających zawodach.Pomyślałem więc czemu nie ja? Może zrobić sobie prawdziwy sprawdzian kondycji? Skąd więc pomysł na Śnieżka Uphill Race? Jakiś czas temu Mati1981 pytał kogoś na fejsie,jaką szerokość opon zastosować na Śnieżkę. Akurat wtedy zastanawiałem się,czy by tam nie wyjechać kiedyś na rowerze. Tak więc już wszystko jasne. Gdyby ktoś chciał tam wyjechać po za zawodami,tu już spieszę z informacją,że to nielegalne! Oficjalnie można to zrobić jedynie startując w Śnieżka Uphill Race. Były jeszcze drugie zawody - Rowerem na Śnieżkę - ale ta impreza dostała zgodę ostatni raz. Od przyszłego roku będzie już tylko jedna. Niestety start wiązał się też z całkiem sporymi kosztami - za udział trzeba było zapłacić 200 zł! Jakby tego było mało,dostać się na listę nie jest łatwo. Trzeba pilnie śledzić informację,bo ponoć zdarzało się,że 300 miejsc było zajęte w niecałe 3 minuty! W tym roku było inaczej,bo coś długo organizator nie mógł otrzymać zgody. Wiele osób chyba już odpuściło,kiedy mijał luty,tj. normalny czas zapisów. W tym roku zapisy rozpoczęły się dopiero w maju. Do tego trzeba było wnieść opłatę do tygodnia od wpisania się na listę. Kto tego nie zrobił,wypadał,a jego miejsce trafiało do drugiej tury zapisów. Nie zwlekałem i wszystkie formalności dopełniłem natychmiast. Pozostało czekać na 26 czerwca (niedziela) i trenować. Trening Jak to wyglądało,już opisywałem. Niestety czasu nie miałem za wiele z powodu nawału pracy (akurat teraz),a do tego prześladował mnie pech. Najpierw chciałem umówić się na przegląd gwarancyjny bryki,tak w sam raz przed zawodami,a tu lipa! Trzeba było umawiać się miesiąc wcześniej! Na dzień przed Uphill Magurka zauważyłem pęknięte ogniwo łańcucha - na szczęście udało się kupić nowy na czas,a ten się zaadoptował do starych zębatek. Do tego jeszcze 3 razy złapałem "kapcia" w ciągu jednego tygodnia... Miałem nadzieję,że to koniec i już tylko będzie lepiej. Czas udać się do Karpacza Tak się nam udało,że Dżonka akurat w tym terminie miała zaplanowany urlop. Mogliśmy więc tam pojechać na tydzień,a ja miałem czas żeby się zaaklimatyzować i przypomnieć sobie częściowo trasę,choć pieszo. Nocleg blisko startu znaleźliśmy bez problemu i w rozsądnej cenie. Do tego byliśmy sami w pensjonacie. W samym Karpaczu pusto,część knajp pozamykana,za to pogoda wyśmienita! Dwa dni wędrowania po górach,jeden dzień pławienia się w termach w Jeleniej Górze (było +36 w cieniu) i w ostatni dzień lajtowe zwiedzanie okolicy oraz parku miniatur. Tak gdzieś w sobotę zaczęła pojawiać się trema... Ale co tu wiele mówić - dołączyli do nas w piątek Annaa z Marionenem i do dnia startu jakoś o tym zbytnio nie myślałem. Za to najadłem się wieczorem dobrej kiełbasy z grilla... No i nadszedł dzień startu Niestety pogoda na dzień przed startem zaczęła się zmieniać. Przyszły burze i pojawiły się opady deszczu.Szczególnie mało fajnie wyglądała prognoza na sam start - zimno i ulewy. Nie bardzo wiedziałem jak na takie warunki się ubrać.Z cukru nie jestem,ale zmarznąć już mogę. Pozostało pilnie śledzić rozwój wydarzeń. Rano,kiedy wstałem,jeszcze było sucho. Odetchnąłem. Ale chwilę później przyszła wielka ulewa. Złapałem małego doła. Ubrać pelerynę? Nie ma sensu,bo się uduszę podczas jazdy i do tego jeszcze mocniej spocę. Więc ją wrzuciłem jedynie do bagażu,który dałem organizatorowi. Mnóstwo przemyśleń,zwłaszcza kiedy zostałem sam,a moi kibice pojechali już w stronę wyciągu krzesełkowego.Zjadłem obfite śniadanie i dokładnie rozplanowałem co ze sobą zabrać,co dać do transportu i nieco zestresowany czekałem na godzinę startu. Wypiłem jeszcze przed wyjściem dwa napoje energetyczne i ruszyłem na start. Ulewa przeszła,pozostała jedynie drobna mżawka. Dobry prognostyk! na starcie stało już paru zawodowców,reszta robiła rozgrzewkę. Ja też. Ale muszę przyznać,że rozgrzać się nie mogłem. Część osób była w pelerynach,ale nie dałem się zwieść i pozostałem w samej koszulce. Ustawiłem się tak bardziej z tyłu,bo uznałem,że z przodu będę zawadzał zawodowcom. Choć od razu musiałem pogodzić się ze stratą na starcie. Zanim ruszyłem upłynęło dobre kilkanaście sekund,linie startu przeciąłem chyba dopiero po ok. 30 sekundach,jak nie później. Dalej jeszcze traciłem czas na zwężkach w centrum Karpacza.Mi to nie przeszkadzało,bo celem nadrzędnym było wyjechać,najlepiej bez dotknięcia ziemi nogą. Tak czy owak,mogłem później nieco nadrobić,bo dystans dość spory. No to start! Jak widać,początek wyścigu to przejazd przez centrum i jazda główną drogą asfaltową.Tak jedziemy pierwsze 4 kilometry.Ja postanowiłem zacząć spokojnie i nie ścigać nikogo.To najłatwiejszy odcinek,raczej bez żadnego stromego podjazdu.Peleton od razu się rozciągnął,a ja miałem wrażenie,że nieco za dużo osób mi uciekło... Tym razem jednak głowa była spokojna i nie próbowałem gonić za wszelką cenę. Mimo to już na drugim kilometrze zacząłem doganiać i powoli wyprzedzać niektóre osoby. Ci,którzy ubrali jednak peleryny,zatrzymywali się i je ściągali - dobrze,że ja zrezygnowałem z tego ustrojstwa. Tutaj wspomnę jeszcze o atmosferze,bo to jednak dość znana impreza. Kibiców sporo,co chwilę słychać różnego rodzaju doping. mi najbardziej utkwili w pamięci jacyś goście,co z okna krzyczeli: "Polska,biało-czerwoni..." oraz grupka starszych osób krzycząca:"jeszcze tyko 10 kilometrów"... :biggrin: Generalnie jest wesoło. Sił miałem sporo,dziś czułem się mocny,a pierwszy odcinek pokonałem właściwie bez zadyszki. Weryfikacja przyszła na wysokości świątyni Wang - tam rozpoczyna się pierwszy stromy podjazd i kończy się asfalt. Tutaj zaczęła się weryfikacja,zwłaszcza po wjeździe do parku,na nierównym i śliskim bruku. Już tutaj widziałem ludzi zsiadających z rowerów,pchających swoje sprzęty,zamiast jazdy na nich. Wyraźnie zaczął się pogrom w szeregach. Tempo wyraźnie spadło,a ja trzymałem się swojego planu. Mimo iż nie podejmowałem bezpośredniej walki z kimkolwiek,raczej skupiałem się nad własnym tempem i właściwym rozłożeniem sił,już tu zacząłem wyprzedzać kolejnych zawodników. Kiedy przejechałem bez strat pierwszy stromy odcinek,pomyślałem "nie jest źle"! Zniosłem go bez trudu i nawet zacząłem nieco pewniej jechać, np. wyraźnie przyspieszając tam gdzie tylko się da. Skupiałem się też nad zmianami biegów,bo na Magurce raz omal nie zmieliłem przerzutki,kiedy chciałem zbyt szybko wrzucić dużo szybsze przełożenie. Nie tylko ludzie zaczynali mieć problemy. Również rowery odmawiały posłuszeństwa. Zdarzały się kapcie,ale też usterki przerzutek. Jednej osobie biegi same się zmieniały, u innej usłyszałem tylko takie "chrup!" i "ku.., pie... grat!" :biggrin: Pamiętając o swoim pechu,wolałem być bardzo uważny. Na trasie można też było spotkać Fat Bike-a. W tym roku po raz pierwszy utworzono specjalną kategorią dla właścicieli "tłuściochów".Nawet sam się zastanawiałem,czy takiego nie wypożyczyć,bo była taka możliwość. Ale ostatecznie zostałem wierny swojemu sprzętowi. Jednego takiego wyprzedziłem. Dalsza część trasy to na przemian krótkie podjazdy,wypłaszczenia,a czasem nawet nieco w dół było. Im wyżej,tym więcej osób wyprzedzałem,choć to na pewno nie był pogrom z mojej strony. Za to chyba najbardziej zadziwiająca chwila była,kiedy przez chwilę byłem... sam. Tak! Oglądam się do przodu,do tyłu i nikogo nie widzę. Wystartowało 350 osób,a jakbym jechał sam. Dziwne uczucie. Ale powoli zbliżałem się do najtrudniejszego odcina,w okolicach Schroniska Strzecha Akademicka...1 punkt
-
Fajny maraton, ale 200 wpisowego to jest rozbój w biały dzień, no chyba, że był niezły pakiet startowy :eek:1 punkt
-
Na fb pojawiła się smutna wiadomość. Matilda Rapaport zmarła po wypadku na nartach. Została przysypana przez lawinę w Chile. Dodam tylko, że prywatnie była małżonką Mattiasa Hargina. http://skionline.ch/de/Startseite/Ne...437&teaserId=6 Przykra sprawa. Pozdrawiam. PS: sorry, że testuję forum takim tematem :sorrow:1 punkt
-
cz.2Czas wreszcie odpocząć i porobić fotki.Dziś przejrzystość powietrza wyjątkowa,więc też widoki nieziemskie! Niestety nie wziąłem ze sobą odpowiedniego aparatu. Od razu wspomnę,że było widać Tatry w pełnej krasie,co nie często się w lecie zdarza,do tego nawet Małą Fatrę! Nie sądziłem,że ten szczyt jest stąd widoczny. Zdjęcia są jakie są... Jak już było widać,dalej ruszyłem w kierunku Małego Skrzycznego i Malinowskiej Skały.Trasa jest piękna! Non stop widoki na całe pasma Beskidów i Tatr. Do tego niezbyt wymagająca technicznie trasa. Zastanawiałem się czy nie pocisnąć na Baranią,bo ponoć do końca tak fajnie.Ale czas naglił... Dalej skierowałem się w stronę Salmopolu. Trasa początkowo wydawała się całkiem przyjemna,ale do czasu. Po drodze ostry podjazd,gdzie trzeba było zsiąść z roweru. Ja już byłem mocno wymęczony,więc łatwo nie było. Tam jest jeszcze jakiś szczyt - Malinów - i w końcu można dotrzeć do Białego Krzyża. Teraz to już sielanka do Wisły,gdzie jeszcze obfity posiłek pod skocznią... Od tego momentu to już tylko tłuczenie kilometrów po płaskim i walka z czasem - trzeba było po żonkę do roboty jechać.Szło dobrze,ale na koniec złapałem flaka - 3 raz w ciągu może tygodnia! Pech jakiś. Na szczęście wszystko mam co trzeba i szybo się z tym uporałem. Po Dżonkę zdążyłem co do minuty! Dzień bardzo udany,ale dzisiejsze widoki na długo zapadną mi w pamięci...Na koniec jeszcze liczby:- dzisiejszy dystans to 132 km.- przewyższenie nieco ponad 1800 m.Pozdrawiam,Johnny1 punkt







