Narty - skionline.pl
Jump to content

Leaderboard


Popular Content

Showing content with the highest reputation since 08/19/2019 in all areas

  1. 13 points
    Miałam trochę wątpliwości, czy długi, sierpniowy weekend to jest dobry termin na spływ kajakowy Drawą. Okazuje się, że zupełnie niepotrzebnie – w tym roku na Drawie tłumów nie ma, nawet na zazwyczaj najbardziej obleganych odcinkach w granicach Drawieńskiego Parku Narodowego. Spośród szlaków kajakowych w północno-zachodniej Polsce to właśnie Drawa i Korytnica są moimi ulubionymi i staram się choć raz w sezonie tam spłynąć. Na Korytnicy zrobiliśmy jednodniówkę w lipcu (od Nowej Korytnicy do Bogdanki), a teraz wybraliśmy się na dwudniówkę Drawą z Drawna na Bogdankę i z Bogdanki do Głuska. Ekipa – rodzina z południa Polski, moja rodzinka i para przyjaciół ze Szczecina. W sumie pięć kajaków. Tak jak pisałam, startowaliśmy w Drawnie, z przystani położonej nad jeziorem Grażyna. Na początek „ustawka” Po przepłynięciu pod mostem drogowym i ok. 2 km drugim jeziorem – Adamowo, docieramy do wypływu Drawy i granicy DPN, stamtąd w miarę spokojny odcinek przez biwak Drawnik do Barnimia. Pod mostem w Drawniku pierwsze bystrze i próg, ale znamy to miejsce – nie ma się czego obawiać. Sporo też przeszkód w korycie, ale tutaj wszystkie można ominąć, bo rzeka rozlewa się w miarę szeroko. W Barnimiu koło mostu robimy sobie pierwszy postój i posilamy się drożdżówkami. Jeszcze tylko fotka przy głazie papieskim, upamiętniającym wizytę na szlaku Jana Pawła II. Przed nami najciekawszy, ale i najbardziej wymagający odcinek Drawy – od 9-go do 19 kilometra. Na szlaku rzadko wyciągałam telefon, aby zrobić zdjęcie, bo generalnie cały czas coś się działo – wartki nurt, zwałka za zwałką i kombinowanie, którędy przejść oraz jedna dłuższa przenoska brzegiem rzeki. A telefon zabezpieczony w wodoodpornym futerale. Zdjęcia są więc raczej z miejsc, gdzie akurat przeszkód nie było i nie było ryzyka, że coś się może z nim stać. Wydaje się więc, że rzeka jest spokojna, choć nie do końca tak było - ale na pewno bardzo malowniczo! 😀 Na szczęście nie spotkaliśmy zbyt dużo ludzi, więc nie tworzyły się zatory przy przeszkodach – jak to często bywa w pogodne, wakacyjne weekendy – i płynęło się w miarę płynnie. Następny postój wypadł nam na polu biwakowym Barnimie – to około 4 km od wsi Barnimie. Pole jest na skarpie, na którą prowadzą drewniane schody. Płynę w kajaku z córką – dobrze sobie radzi i zmyślnie kombinuje na przeszkodach. Na początku trochę się jeszcze stresuję, bo siedząc z tyłu nie mam całego oglądu sytuacji, ale szybko okazuje się, że Młoda wszystko ogarnia i stanowimy całkiem dobry tandem. Tylko raz miałyśmy taką ciekawą sytuację przy przejściu przez niską kłodę, że ona z przodu przepchnęła się pod, a ja – dwa podejścia i niestety nic z tego. Stoimy, a kłoda między nami – nie ma rady, jak nie dołem, to przeszłam górą – oczywiście z wrodzonym wdziękiem i gracją. 🤣 Drawa płynie głębokim wąwozem, silnie meandrując. Za każdym razem, gdy nią spływamy jest inaczej – inny stan wody, inne przeszkody w korycie. Pomimo, że to park narodowy, zauważamy w tym roku w kilku miejscach powycinane pilą w kłodach przejścia – nie wiadomo, czy to robota innych kajakarzy, czy pracowników parku. Hmm… Do Bogdanki docieramy po ośmiu godzinach nieśpiesznego płynięcia, wliczając w to postoje po drodze. Za nami 24 km wiosłowania w bystrym prądzie rzeki, wśród zwalonych drzew. Słusznie Drawa na tym odcinku jest określana jako rzeka o charakterze górskim. Następnego dnia kontynuujemy w składzie mniejszym o jeden kajak. Znajomi nie do końca dali radę kondycyjnie i zamienili tego dnia kajak na rowery, a Drawę na trasę do Korytnicy. My wyruszamy dość późno, bo dopiero ok. 11-tej, za to znów płyniemy prawie sami. Pogoda i w piątek i w sobotę – dość dobra. Jest raczej pochmurno, ale bez deszczu, a temperatura umiarkowana – 20-23 stopnie, więc w miarę ok. Na Bogdance Drawa łączy się z Korytnicą, dlatego też od tego miejsca niesie zdecydowanie więcej wody. Rzeka płynie majestatycznie szerokim korytem wśród lasu, ale zwalone w poprzek drzewa wciąż zmuszają do czujności i kombinowania trasy. Nurt przyspiesza w pobliżu pola biwakowego Sitnica. Zatrzymujemy się tutaj na kanapki. Wszystkie pola w granicach DPN urządzone są raczej skromnie, ale wygodnie – pomosty, drewniane wiaty, miejsca na ognisko, toi-toie, ale jest czysto i schludnie. Nie ma prądu, bieżącej wody, ani zaplecza w pobliżu – więc trzeba polegać na własnym zaopatrzeniu. Jest za to kolejna informacja, że znajdujemy się na szlaku papieskim – i to w dwóch językach. Na rzece: Darek płynie z sześcioletnią wnuczką swojego brata: Ostatni postój wypada nam na biwaku Pstrąg na lewym brzegu Drawy, na skarpie. Stąd dzwonimy do kajakowego, który ma nas odebrać w Głusku. Potem już tylko odcinek coraz szerszego rozlewiska, przed elektrownią wodną Kamienna. Niespełna 20 km szlaku i sześć godzin płynięcia drugiego dnia, zdecydowanie bardziej relaksowo, niż pierwszego dnia. Niedziela to był nasz ostatni dzień urlopu, a ponieważ początkowo zapowiadano słońce i 28 stopni, to planach było słodkie nieróbstwo na plaży. Niestety prognozy się nie sprawdziły i zamiast słońca, na niebie wisiały ciężkie chmury, z których od czasu do czasu siąpiła drobna mżawka, a temperaturę trudno było uznać za upalną. Więc zamiast wylegiwania się nad jeziorem, poszliśmy z przyjaciółmi na ośmiokilometrowy spacer dookoła jeziora Dominikowo – kilka kilometrów od Drawy. Na mostku przez Słopicę (lewy dopływ Drawy), pomiędzy jeziorami Dominikowo i Krzywe Dębsko Nawet znaleźliśmy jednego koźlaka – ale tylko jednego, bo straszna susza w tym roku. Pozdrawiam.
  2. 8 points
    Wycieczka rowerowa do Kazimierza Dolnego nad Wisłą Miejscowość, cel kolejnej naszej rowerowej wyprawy jest powszechnie znana. Nie tylko z historii, zabytków i pięknego rynku ale również z nart Przecież w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą znajduje się moja "codzienna" narciarska górka Relacji, tu na forum, z nart w KDnW jest tu przecież cała masa Dzisiaj, w tą piękną, słoneczną niedzielę, postanowiliśmy z Paulą zrobić sobie wycieczkę rowerową za Wisłę właśnie, w lubelskie! Łącznie udało się nakręcić 151 kilometrów, przepłynąć dwoma różnymi promami Wisłę oraz zjeść świetne, włoskie jedzenie na obiad. Mapka: Z domu ruszyliśmy po śniadaniu i kawie ok godziny 10siątej. Kierunek: Kazanów, Lucimia, Janowiec - fajne asfalty, po drodze pyszne jeżyny w lesie, a sama trasa niezwykle malownicza pośród pól i mazowieckich klimatów. Pierwsze zdjęcia, tuż przy ujściu Zwolenianki i obszaru chronionego - przy pięknym, drewnianym młynie Czysta woda, taras i pokoje do wynajęcia... może kiedyś się skusimy - bo miejsce naprawdę z niezwykłą atmosferą. Drewniany taras, leżaki i w zasięgu roweru wiele ciekawych miejsc: ujście Iłżanki, Solec nad Wisłą, Janowiec, Kazimierz i Nałęczów. Świetna baza na rowery, kajaki, ryby... marboru: Tuż za młynem, w kierunku Lucimi mamy fajny 500 metrowy podjazd - pokazuje się przez moment 11% na Garminie 😮 Kilka minut i jesteśmy w Janowcu. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie zrobili jakiegoś zdjęcia z zamkiem Z drugiej strony widok na tutejszy, zabytkowy kościół: Mijamy miasteczko i kierujemy się w stronę promu. Ten akurat jest po drugiej stronie, więc znowu z nudów - zdjęcia Paula ze statkiem pirackim... Cierpliwy kolarz... No i mamy nasz środek lokomocji Koszt promu, to 6 złotych od osoby (za rower opłat nie pobiera się). Ludzi na pływadełku niewiele. Trzy samochody i dwoje rowerzystów Przez chwilkę można pokontemplować Królową Polskich Rzek. Mostek kapitański: Pamiętacie taki wakacyjny serial dla młodzieży sprzed lat "Szaleństwa Majki Skowron"? Poniższy obraz właśnie ten film mi przypomniał... ...kilka chwil zadumy i wspomnienia przychodzą tak łatwo. Wysiadam jako ostatni Nawet chciałem zawrócić Tak mi się spodobało, że "na poczekaniu" wymyśliłem, że wrócimy też promem, tylko innym - z drugiej strony Kazimierza. Dla chcących powtórzyć nasz wyczyn rada: w stronę Kazimierza kierujcie się drogą na wale, pod wałem droga, to bruk - nas wytelepało dosyć mocno z 7mką w oponach. Kilka chwil i docieramy na rynek w Kazimierzu Jak w każdą niedzielę - tłumy i poruszanie się po rynku i okolicach - w butach, prowadząc rowery. Paula, a za nią jakaś czarownica? Pokręciliśmy się to tu, to tam... ...i wylądowaliśmy we włoskiej restauracji mającej bardzo przyjemny ogródek na zielonej trawce Jedzonko niedrogie i bardzo smaczne. Najedzeni i pełni wigoru postanowiliśmy szybko uciekać z tego turystycznego miejsca pełnego straganów, cukrowej waty, lodów i wszelakiej maści kuglarzy, cyganek i innych czarodziejek. Minęliśmy ośrodek narciarski i tuż za rondem i wyborem kierunku na Puławy skręcamy w lewo, do następnego promu. Ponownie, po 6 złotych od "twarzy" i płyniemy dosyć osamotnieni... ...trochę drogawo ta impreza, ale warto! Promy na Wiśle mają swój klimat i polecam każdemu skorzystanie gdy będzie w okolicy Kolejne skojarzenie z poniższym widokiem? Tym razem film "Rejs"... - Panie Kazimierzu klucze... - Kluczbork? … Kajaki! Koniecznie musimy dotknąć w tym roku Wisłę wiosłami. Jest piękna! Tuż po opuszczeniu naszego statku mamy podjazd. 11% i kolejny dobry kilometr porządnej górki - spójrzcie na wykres z mapki - ok 80 kilometra. Przed Janowcem uzupełniamy bidony i fundujemy sobie deser w postaci pysznych lodów. Pełni energii kręcimy pozostałe do domu 50 kilometrów. Niedziela mija nam niezwykle szybko i świetnie. Jesteśmy bardzo zadowoleni z kolejnej wycieczki rowerowej Paula dzisiaj przekręciła na liczniku 3000 km w sezonie. Marboru przekręcił dzisiaj 5000 km w sezonie. Pozdrawiamy serdecznie marboru i Paula
  3. 6 points
    Nowe Warpno A ja dzisiaj wyciągnęłam rowerek po urlopie i śmignęłam sobie wieczorkiem ze ślubnym do Nowego Warpna. To popularna trasa na szosę - ze Szczecina ok. 90-100 km w obie strony (zależy z którego miejsca), ode mnie trochę bliżej, bo praktycznie równo 60 km. Dobry asfalt, mały ruch (szczególnie od kiedy moja miejscowość jest kompletnie rozkopana, wiele samochodów omija ten odcinek), a na końcu malownicze miasteczko. W samym Nowym Warpnie pokręciliśmy się trochę po uliczkach i nad wodą, popstrykaliśmy parę zdjęć - bo pogoda bardzo ładna i usiedliśmy na pyszne lody i piwko na spółkę w "Barze u Magdy" , z widokiem na Jezioro Nowowarpnieńskie. W miasteczku pustki, tylko w knajpce kilka stolików zajętych - głównie przez towarzystwo z Niemiec. Na starówce: Na co rybakowi rower? A może by tak na rybkę? Eee, nie - jednak lepiej na lody! W powrotnej drodze zatrzymaliśmy się na chwilę przy kościółku w Karsznie, a potem już tą samą trasą prosto do domu, do którego dotarliśmy, gdy zaczynało się zmierzchać.
  4. 5 points
    Po nartach w lipcu, o czym pisałem ostatnio: przyszedł czas na narty w sierpniu W sierpniu miałem już okazję na nartach jeździć: w 2016 i 2017r. na Hintertuxie. Za pierwszym razem było dużo śniegu i wspaniała jazda po 18km nartostrad, za drugim razem trafiłem na falę upałów "Lucyfer" która zamieniła jazdę w walkę o życie na topniejącym, antycznym lodzie. Tym razem wybór padł na miejsce dla mnie nowe, czyli Passo Stelvio we Włoszech, czy raczej w Południowym Tyrolu, gdyż jak mawiają niektórzy lokalsi, "Südtirol ist nich Italien". Passo Stelvio, znany też jako Stilfser Joch to letni ośrodek narciarski, czynny od maja do listopada, a rozciągający się między 2750mnpm (przełęcz) do ok. 3450mnpm. Sam wjazd na przełęcz dostarcza wielu emocji. Zjeżdżając nagrałem cały zjazd do miejscowości Prad ma ok 24km. Ma on 48 ponumerowanych zakrętów o 180 stopni i średnie nachylenie 7,4%. Przejazd nim to piękne widoki, przeciskanie się między murkami, samochodami, kamperami, motocyklistami i kolarzami, a wszystko przy dźwięku zarzynanych silników i zapachu palonych sprzęgieł i hamulców. Na jednym z zakrętów nagrała się stłuczka Samo ośrodek reklamuje się jako "największy letni ośrodek narciarski" z 30km nartostrad, ale taka oferta jest dostępna tylko na początku sezonu. W sierpniu zjazd ze stacji pośredniej Trincerone do przełęczy jest już pozbawiony śniegu, a zjazd z Livrio do Trincerone jest przejezdny, choć formalnie stoi tablica z informacją "zamknięty". W praktyce narciarze używają go na koniec dnia, aby zjechać do stacji pośredniej. Po odliczeniu tras zamkniętych na treningi, do amatorskiej jazdy pozostają 3 wyciągi talerzykowe i 4 trasy o długości ok 1km każda. Większość oznaczona jest kolorem niebieskim, ale są to porządne, szerokie stoki o przyzwoitym nachyleniu. Ośrodek jest bardzo malowniczy, a przy górnej stacji wyciągu nr 6 (Cristallo) można podejść kilkanaście metrów do góry, skąd rozciąga się niesamowity widok na dolinę po drugiej stronie masywu. Warunki trafiły mi się bardzo dobre, z dobrą pokrywą śnieżną, bez "wystającego" lodowca i z dobrą pogodą. Pierwszego dnia, po bezchmurnej nocy warunki były perfekcyjne: twardo i szybko, drugiego było bardziej miękko, ale jak na lato, bardzo przyzwoicie. Dzięki umiarkowanemu nachyleniu można cieszyć się fajną jazdą, a nie robią się przy tym - jak na Hintertuxie - muldy po pachy. Warto wspomnieć, że w 90-letniej historii ośrodka tylko raz został zamknięty z powodu braku śniegu - właśnie w czasie wspomnianej fali upałów "Lucyfer". Wyciągi narciarskie działają od 6.30/7.00 do 12.30, tak więc po zakończeniu treningów (około południa) nie zostaje wiele czasu na skorzystanie z pozostałych, udostępnionych stoków. Po zjechaniu do doliny zostaje za to sporo czasu na spacer po okolicach przełęczy i skorzystanie z przyzwoitej oferty kulinarnej. Przełęcz jest mekką kolarzy i motocyklistów, za dnia przeżywa oblężenie jednośladów. Reasumując, te ośrodek ma ode mnie dużą okejkę Acha, karnet 1-dniowy kosztuje 47 euro. A tutaj krótkie wideo podsumowanie. W drodze powrotnej warto zatrzymać przy zalewie w Graun im Vinschgau. A na koniec nienachalnie zapraszam do polubienia mojego niekomercyjnego profilu na Facebooku, gdzie opisuję swoje narciarskie przygody https://www.facebook.com/skibumpl/ Pozdrawiam! www.passostelvio.eu
  5. 4 points
    Tour de Święty Krzyż - świętokrzyski klasyk szosą Długo w domu nie usiedziałem. Po rozruszaniu mięśni, po płaskim we wtorek (54 km), po powrocie z czterodniówki szosowej na południu Polski - ponownie wizyta z szosą w górach. Tym razem Góry Świętokrzyskie wraz z Paulą Świętokrzyski klasyk, to trasa wokół Łysej Góry i Świętego Krzyża oraz Łysicy. Dzisiaj trochę zaspaliśmy...do 10 zdrowy sen 😮 Po pysznym śniadaniu szyba decyzja - pakuję rowery do Corolli i w drogę. Było trochę obaw, czy dwie szosy zmieszczą się, jedna na drugiej, do środka auta - okazały się niesłuszne. Po zdjęciu przednich kół, bez problemu się mieścimy. Jedyne co, trzeba było pomiędzy rowery włożyć miękki i gruby koc. Parkujemy w Nowej Słupi i po szybkim złożeniu bików - ruszamy w drogę. Kierunek jaki obraliśmy, to Nowa Słupia - Bodzentyn - Święta Katarzyna - Kakonin - Święty Krzyż - Nowa Słupia, łącznie prawie 62 km. Nasz cel widoczny z początku naszej wycieczki: Pierwszy odcinek, na rozgrzewkę, do Bodzentyna - z górki i płasko. W samym miasteczku, na początku, fajny podjazd po bruku w stronę zamku - jest krótko, ale bystro. Garmin wskazuje nawet 11%. Docieramy na Zamek Oczywiście jedno zdjęcie w tym miejscu, to mało Paula: marboru: Odwiedzamy śliczny ryneczek w Bodzentynie Ruszamy w stronę Świętej Katarzyny - podjazd. Kilka kilometrów z nachyleniem max 7% (przez chwilkę). Mijamy stok narciarski Baba Jaga, wjeżdżamy do odcinak leśnego - Świętokrzyski Park Narodowy - krótki, fajny zjazd, po czym łagodnie trasa wznosi się w kierunku miasteczka. Zatrzymujemy się przy tutejszym Klasztorze Benedyktynek. Foto Podjeżdżamy dalej. Po prawej mijamy stok narciarski w Krajnie, na wzniesieniu odbijamy na Krajno 2. Stąd piękna panorama w stronę Kielc z wyraźnie widocznym, kieleckim Telegrafem. Pięknie Teraz mamy świetny zjazd Kierujemy się w stronę Kakonina. Z tej wioski można podejść (dłuższa droga) na Łysicę. Zatrzymujemy się w klimatycznym miejscu, przy początku szlaku. Paula i jej Koleżanka z bliska Stodoła W tym miejscu, znajduje się również bar. Można zjeść tu coś ciepłego, kupić coś do picia. Serwują tu pyszną szarlotkę. My po chwili odpoczynku i po przerwie ruszamy dalej. Teraz przed nami istne interwały. Po długim zjeździe, do głównej drogi, zaczynamy podjazd w stronę głównego celu naszej wyprawy. Na początek mamy krótką ściankę podjazdu w Bielinach 19% (jakieś 100 metrów) po czym mozolnie wspinamy się do góry. Kolejna krótka, 200 metrowa ścianka 14%, po czym zaczyna się odcinek interwałowy. Zjazd, podjazd, zjazd, podjazd. Docieramy do głównej drogi prowadzącej na Święty Krzyż. Teraz mamy już tylko pod górę. Od szlabanu i oznaczeń Świętokrzyskiego Parku Narodowego na sam szczyt jest podjazd ok 7% i długości ok 2 kilometrów. Zaczyna się próba dla Pauliny. Jedzie dzielnie trzymając moje koło, jestem pozytywnie zaskoczony tym jak sobie radzi. Z upływającymi metrami zaczynam słyszeć, że ktoś dyszy za plecami Mimo wszystko, daje radę Dziewczyna! Pod koniec, przy samym szczycie zaczyna się wypłaszczać do 5% - tu już zmieniam przerzutki na cięższe i wyraźnie zostawiam Partnerkę Zaprawa po górach jest W każdym bądź razie jestem dumny z Pauli - świetnie, to wyjechała! W sumie, to jej rekordowy pod względem przewyższenia podjazd. Docieramy do celu. Ponieważ jest święto, to turystów mijamy sporo. Trzeba uważać, zsiadamy więc z rowerów i również zwiedzamy. Robimy pamiątkowe zdjęcie na górze. Mimo, że jest błękitne niebo, to mamy już chłodno. Kręcimy się krótko. Piękna panorama Inskrypcja przy wejściu do świątyni: I powoli zbieramy w drogę powrotną. Nowa Słupia, to miasto partnerskie Budapesztu. I pewnie dlatego też posąg tego Pana... a może jest jakiś inny powód? Ktoś zna? Jeszcze pamiątkowe zdjęcie z wieżą telewizyjną... ...i z bliska: Jedziemy w dół. Ze względu na duży ruch na drodze uważamy, by nikogo nie rozjechać. Pełna koncentracja, a dłonie na manetkach hamulcy. Po leśnym odcinku zjazdu docieramy w okolice parkingów gdzie znajduje się karczma. Jemy pyszny schabowy z kapustą i ziemniaczkami opiekanymi. Siedzimy na zewnątrz, słońce zaszło i zrobiło się chłodno - dalsza część zjazdu jest szybka (szeroki, dobry asfalt, pełna widoczność). To wisienka na torcie takie rowerowanie w dół. Docieramy kolejny raz do drogi głównej - świetną sprawą jest to, że przy szosie wydzielona jest po obydwóch stronach ścieżka rowerowa. Jedzie się komfortowo i bezpiecznie. W drodze do Nowej Słupi mamy jeszcze jeden podjazd maksymalnie 7% i potem już do samego auta ponownie, przyjemny zjazd. Kończymy naszą kolejną przygodę bardzo zadowoleni. Polecamy każdemu zabranie roweru w Góry Świętokrzyskie i przejechanie naszego śladu. Pozdrawiamy marboru i Paula
  6. 4 points
    Acha, na wysokości 3200mnpm spotkałem takiego oto jegomościa. Ponieważ próbował przekroczyć nartostradę, litościwie zwiozłem go na narcie na bok, ale widziałem że potem wrócił. Dzień wcześniej na tej samej wysokości widziałem motyla. Ciekawe czy się spotkali
  7. 3 points
    Ja to odbieram jako koszmarek niestety. Czyżby w okolicy nie było szczytu z równie atrakcyjnym widokiem ?
  8. 3 points
    @lski@interia.pl Michał w weekend eksplorował te tereny. Wysłał kilka fot do mnie. Świetnie tam Zielono... Jest co zwiedzać Pusto... Jest gdzie się napić No i dwujęzyczny klimat...
  9. 3 points
    Dzień 3 Rano idziemy zobaczyć jeziorko Wrzecionek położone raptem 70 metrów od kwatery - jakoś wcześniej nie było czasu. Kot gospodarzy całkiem łowny:-) Z kwatery jedziemy na parking w Rybakach, skąd zamierzamy zrobić w końcu pętlę po Kaszubskim Parku Krajobrazowym. Trasa: Rybaki - Ostrzyce - Ręboszewo - Chmielno - Garcz - Sianowo - Miłoszewo - Linia - Sierakowice - Borucino - Gołubie - Rybaki. Całość 92 km Pierwsze jezioro Ostrzyckie - przepiękne. Za Ostrzycami całkiem solidny podjazd do Złotej Góry. Na górze punkt widokowy na jezioro Brodno Wielkie. Moje zaślubiny z jeziorem Kłodno:-) Droga do Sianowo okazała się niespodzianką. Najpierw płyty, później szutrówka, hmm na satelicie wyglądało na asfalt:-) W końcówce piękny zjazd do Sianowa z widokiem na jezioro Łeba. Klimatyczny kościółek w Sianowie Popas nad jeziorem Łeba. Bardzo malownicza droga z Miłoszewa przez Tłuczewo do Linii. W Gołubiu jedziemy całkiem sensowna ścieżką rowerową - cały czas pod górę, aż do Wieżycy. Później czeka nas około 1 km zjazdu na parking do samochodu drogą DK 20. Po zapakowaniu się, postanawiamy jeszcze trochę pozwiedzać i jedziemy do Malborka - nigdy wcześniej tam nie byłem. Skoro odwiedziliśmy Malbork to jeszcze po drodze zahaczamy o Grunwald:-) To miejsce o tej porze dnia jest znakomite. Cicho, spokojnie, tylko pojedynczy ludzie. I tu kończy się trzydniówka po Kaszubach. Z Grunwaldu jedziemy już prosto do domu.
  10. 2 points
    Cześć Przepraszam ja w kwestii formalnej: piwo z lodami??? Jako miłośnik obu tych używek nie wyobrażam sobie takiego połączenia. A może jakieś konkretne smaki lodów wchodzą w grę? Pozdrowienia serdeczne
  11. 2 points
    To że widuje się dzieci, nie jest żadnym wyznacznikiem. Wiele dzieci, jeździ lepiej niż dorośli. Na rowerach się nie znam, ale na nartach widziałem już 6-latkę, która jeździła lepiej niż 99% ludzi na tym forum. Na ostrych zakrętach, łatwiej też się zmieścić na dziecięcym rowerku, a to jest główna trudność tych tras. Oczywiście zgadzam się że nie jest to żadne Enduro czy DH. Nawet dla mnie nierówności (na zielonych), nie stanowiły wielkiego problemu (ale na fullu)., jednak ciasne zakręty były ciężkie do przejechania.
  12. 2 points
    Jak pewnie przeczytałeś, wszystko zależy od opanowania roweru. Dla mnie Hoip Hopa była pierwszą trasą i dałem radę, choć bardzo ostrożnie. Jeżeli nie czujesz się pewnie, to Sariensis ma rację. W Bielsku w na Błoniach masz dwie bardzo łatwe trasy - Stefanka i Cyganka, na których możesz sprawdzić się przed wyjazdem do Szczyrku.
  13. 2 points
    To zobaczcie jaki jest widok z góry 😉. Byłem na szczycie w marcu
  14. 2 points
    No, no, to mógł by się mały zjazd udać. Tylko, że musiał bym Ewę zostawić w domu, bo jej rower własnie oddałem do upgradu. Warka, Góra Kalwaria to okolice na które mam już w GPS'ie przygotowane dwie trasy. Czekają tylko na sprawny rower Ewy i oczywiście żebym nie miał dyżuru! Dawajcie jednak znać, jakby się coś kroiło. Może, wyskoczę sam?
  15. 2 points
    Pięknie Panie @Mops, tutaj kilka ujęć Beskidów z perspektywy rowerzysty ;), przemierzam te zacne szlaki niemal każdego dnia i niekłamaną satysfakcją. W Beskidach nie musisz robić DH na rowerze aby dobrze sie bawić, tutaj znajdziesz jedna z najlepszych tras rowerowych w Polsce, po prostu pojedź na spokojną wycieczkę wzdłuż Wisły Wiślaną Trasą Rowerową, jak starczy sił to możesz do Krakowa a nawet Szczucina ;), satysfakcja gwarantowana i za darmo .
  16. 2 points
    Ano może coś w tym jest. Jeżdżę na budżetowych Vittoria Zaffiro IV rozmiar 23c, Marcin ma jakieś Conti, przód 23c, a tył 25c. Z tym, że tutaj ewidentnie zadziałała fizyka i ewentualnie lekkie niedopompowanie kół, bo miał w obydwu klasycznego snake'a. Ja znowuż jak sobie wspominam moje gumy to albo gdy wrąbałem się w jakieś grube szutry lub na warszawskich ścieżkach gdzie wszelakiego shitu (szkieł, drutów, jakichś ostrych kamyczków) niestety leży sporo. No i nie zawsze chce mi się kontrolować ciśnienie w oponach (zazwyczaj jeżdżę na 7-8 atm), a to niestety podstawa, aby gum było mało. Aktualne opony mam w miarę świeże - jakieś 5 tys. przebiegu, ale po zużyciu ich na tył pewnie pójdzie jakieś 25c, a może i więcej, na przód pewnie 25c - więcej raczej nie wejdzie. Ale przy okazji, czytam teraz książkę "Sagan - mój świat" i on też wozi zapasową dętkę jak gdzieś jadą rekreacyjnie z chłopakami. No to chociaż w tym wymiarze mogę powiedzieć, że "jestem jak Sagan" 😄
  17. 2 points
    Podobnie jak na nartach, na rowerach po stokach warto poruszać się po odbyciu odpowiedniego szkolenia np. http://endurotrails.pl/szkolenia-1/o-szkoleniach
  18. 2 points
    @cyniczny kolejny super fajny wypad rowerowy! Dzięki za relację W życiu tyle najeździłem kilometrów, a gum w sumie, razem z Paulą złapałem trzy...na 6 lat jazdy... ODPUKAĆ!!! Akysz, by nie zapeszyć!!! Dlatego też nigdy nie wozimy ani zapasu, ani łatek. Zawsze gdzieś w odwodzie wóz serwisowy... Wam się one dosyć często przytrafiają. Pytanie, czy to nie jest przypadkiem wina opon? Popatrzcie na to co macie na obręczach - może warto zainwestować w ich wymianę? Pozdrawiam serdecznie Ciebie i Kumpla Cyklistę!
  19. 2 points
    Dzień 2 Drugiego dnia miała być pętla po Kaszubskim Parku Krajobrazowym, zobaczenie jeziora Ostrzyckiego, Brodnicy i jeziora Raduńskiego. Początkowo jedziemy zgodnie z planem czyli Skorzewo - Kościerzyna - Puc - Grabowska Huta - Kaplica W okolicy Grabowskiej Huty ratujemy trzech szosowców dętką. Okazało się, że jadą z Wrocławia na Hel i chcą to zrobić w czasie poniżej 36 h, a do tej pory zużyli już wszystkie zapasy. W Rybakach z uwagi na kontuzję (Marcin mocno sobie stłukł kość ogonową, ja narzekam na łaskoczące ścięgno Achillesa podejmujemy trudną decyzję, że wracamy przez Szymbark i Stężycę na kwaterę. Jest dopiero 12:00 więc szybko wpadamy na plan, aby pociągiem pojechać do Gdańska do kina na "Pewnego razu Hollywood". Wyprawa udaje się super, choć sam film mocno średni, ale posiłek w restauracji Mąka i kawa poprawia nam humory. I tak kończymy drugi dzień z wynikiem 50 km. No trudno może jutro będzie lepiej:-)
  20. 2 points
    Słotwiny Arena za kilka dni otwarcie wieży widokowej www.wiezawidokowa.pl
  21. 1 point
    Cześć Na pusto tak naprawdę w Polsce nizinnej przy normalnych stanach wody nie ma wymagających szlaków bo wywrotka praktycznie niczym nie grozi poza zmoczeniem się i i kupą śmiechu. Co innego wiosną, przy wysokich stanach itd. Niestety są odcinki rzek, które poprzez nadmierne upowszechnienie zostały "zabite" a pływanie po nich jest możliwe tylko w nietypowych porach. Odcinek parkowy Drawy do nich należy. Nie wiem czy wiesz, że przeszkody były tam stabilizowane sztucznie już prawie 30 lat temu. Dolna Brda przed Koronowem, Piekiełko na Welu, o Krutyni nie mówiąc czy właśnie parkowy odcinek Drawy to takie fragmenty więc bardzo fajnie Ci się udało, że nie miałaś sajgonu. Na przykład na Lesie Warmińskim na Łynie limity są bardzo restrykcyjne przez co ten odcinek zachował swój piękny dziki charakter i byle kto tam nie popłynie bo po prostu nie da rady. Ja praktycznie nie pływałem na lekko nigdy poza rzekami górskimi z przyczyn o których piszesz, że Ty pływasz na lekko. Przy pewnej wprawie i rozsądnym pakowaniu te "bety" ograniczają się do trzech worków na osobę + jeden na dwie techniczny a pakowanie to 10 minut wliczając w to zwinięcie biwaku. Poczucie wolności natomiast... ! Głównie chodzi o możliwość biwakowania w miejscach absolutnie niedostępnych z lądu a przez to czystych, cichych, wyjątkowych... Przez poligon płynąłem parę razy i trzeba mieć pozwolenia ale ... wiesz... W Konotopie w skupie dokładnie wszystko wiedzą. Ze Starą Drawą to tak trochę jak ze Starym Welem: niby ktoś tam pływał ale nikt nie wie kiedy ani kto relacji nie ma (chyba że a lat 90) itd. dlatego pytam. Duże spływy... kłopot. Problemy logistyczne, komunikacyjne, bezwładność grupy, dużo miejsca itd. W gronie znających się przyjaciół - OK - robimy taki zawsze jedne w roku, oj dzieje się. Pozdrowienia serdeczne - po co płacić za wiezienie rzeczy jak można wszytsko mieć ze sobą za darmo
  22. 1 point
    Na tego typu trasach widuje się dzieci. Może nie kilku letnie ale jednak dzieci. Zresztą to nie ma nic wspólnego z enduro a tym bardziej z czymś takim jak DH. Po to są te trasy by nawet mało obeznani ludzie cokolwiek się nauczyli.
  23. 1 point
    @tanova - dzięki za super relację. Przypomniałaś mi stare studenckie czasy. Jakieś dwa tygodnie spływu Drawą. Były jeziora, zatory, progi, jakaś elektrownia (mini) chyba, poligon o świcie (żeby przeskoczyć mostek na którym rano stawał posterunek podczas ćwiczeń), wojsko ćwiczące przeprawę przez kanałek różnymi metodami, wyprawa w górę starej Drawy do jakiegoś urokliwego super czystego jeziorka..... Oj, aż naszła ochota by tam wrócić. Dawaj więc znać, może uda się zgrać termin i odświeżyć wspomnienia.
  24. 1 point
    Cześć No to jesteśmy w kontakcie. Jak będę znał plany na weekend dam znać. A co do wagi... żeby to miało sens różnica musiałaby być w kilogramach, inaczej bzdura. Pozdrowienia serdeczne
  25. 1 point
    Na szosie jest inaczej. Tu mam wrażenie, że znaczenie ma wszystko - obręcz, szerokość opony (te poniżej 25 wydają się być najmniej odporne). Precyzja w ułożeniu opony do obręczy ma kolosalne znaczenie, a tu wszystko małe, wąskie - o błąd i niedokładność nietrudno. Obręcze karbonowe nie są delikatne - są bardzo wytrzymałe ale niestety nie są odporne na uderzenia, czy wyszczerbienia itd. Trzeba być delikatnym, przy operowaniu przy nich, zwłaszcza przy zdejmowaniu opon, wymianie dętki itd. No, a cena jednej obręczy? Często potrafi przekroczyć 5000 złotych Pogoń za lekkością w rowerach szosowych kosztuje... W weekend wstępnie planujemy kajaki na Wiśle ale jeszcze nie wiem, czy to wypali? Jak nie wypali, to się odezwę - może zrobimy tą Warkę? Szczerze, to kusi mnie Góra Kawiarnia, w Górze Kalwarii No ale to dla nas dystans ok 180 km i wyprawa na cały dzień - nie wiem, czy się uda? Jesteśmy w kontakcie jakby co.
  26. 1 point
    Tego typu pomiary podawane są w różny sposób. Ja piszę na podstawie mojego urządzenia, które ma specjalną funkcję (winget - to chyba fachowe nazewnictwo?) do tego typu pomiaru. W trakcie podjeżdżania pokazuje mi, to w czasie rzeczywistym (trzeba się do netu podłączyć). Komputer rowerowy Garmin 830. Pomiar wskazywany jest uśredniony na 500 metrach. Na ekranie, wygląda, to mniej więcej tak: Oczywiście ekran można sobie spersonalizować. Na ile jest to dokładne? Nigdy nie zgłębiałem tematu.
  27. 1 point
    @tanova jesień, polska złota jesień i szosa...to już niebawem przed nami. Uwielbiam tą porę roku na dwóch kółkach! Dzięki Magda Za Wisłę musimy dalej wyjechać - Lubelszczyzna jest piękna Kajaki na przełomie Wisły? Mam nadzieję, że niebawem pokażę jakąś relację i przekonam Cię, że Królowa Polskich Rzek, to prawdziwa Królowa Pozdrawiam serdecznie!
  28. 1 point
    Ja i Paula jeździmy na oponach 28. Paula ma bezdętki zalane mlekiem, u mnie tradycyjna dętka. Opony dobrej jakości, wzmacniane. Po szutrach, kamieniach, koci łbach również jeździmy i mimo tego typu defekty mieliśmy sporadycznie. Pierwszy przypadek - obydwoje guma gdy wjechaliśmy na jakieś rozbite butelki (jeszcze na rowerze MTB i Crossowym). Paula na Fitnessie i ja na swoim starym Fitnessie (również opony bez tradycyjnej dętki) - zero gum. W Specu - guma i w sumie na własne życzenie. Wyraźnie słysząc, że coś się wbiło w oponę jechałem tak z 5 kilometrów... wbite szkło z każdym obrotem koła wchodziło coraz głębiej... w taki sposób aż do przyszczypania Gdybym zareagował i wyciągnął szkło, to tej gumy też by nie było. Podstawa również - sprawdzenie i dopompowanie kół przed jazdą. To, w naszym domu mój miły nawyk, obowiązek - 7mka w każdym kole. To kwestia przyzwyczajenia i doświadczeń. Często bywa, że wymieniona dętka w "polu", na tym samym wyjeździe, ponownie się przebija... Dlaczego? (opinie i opowieści moich kumpli, wyczytane w necie). Zazwyczaj dlatego, że usunięcie takiego defektu często jest niedokładne. Robione na szybkości, w złych warunkach - powoduje kolejny defekt... Sama wymiana dętki, to nic trudnego - spasowanie opony do obręczy po wymianie dętki - to najczęściej przyczyna kolejnego defektu. W "polu" rzadko jesteśmy precyzyjni. Częste przyszczypanie dętki, złe ułożenie opony z obręczą... Często w takich warunkach dochodzi również do uszkodzenia opony. A jak ma się karbonowe obręcze...to jeszcze inna bajka... Tu precyzja, finezja i delikatność jest mocno wskazana. Uszkodzić łyżką, to potem płacz i duże koszty... No ale każdy ma swoją rowerową filozofię Ja to szanuję. Da się dużo chodzić...ale grozi, to wywinięciem "orła" No i jak się dużo chodzi, to trzeba bloki co kilka miesięcy wymieniać. Wolałbym już zdjąć skarpetki i na bosaka szorować. Lubię z gołymi stopami pochodzić czasami Zdrowe to Tylko trzeba na szkło uważać Dzięki @cyniczny
  29. 1 point
    @tanova wkręcona w kajaki Dzięki za fajną relację. Drawa była dwa lata temu jednym z rozważanych, wakacyjnych celów - wygrała Puszcza Borecka ze względu na odległość podróżowania. Fajnie tam - kiedyś z pewnością się wybierzemy.
  30. 1 point
    Zacznij od szkolenia tuż obok w Bielsku na enduro trails, jeśli nie jeździłeś na enduro, to każdy downhill może się okazać katastrofalny w skutkach.
  31. 1 point
    Cześć Bardzo podobną pętlę aczkolwiek na rowerach MTB z wniesieniem ich na Łysicę (bo o wjeżdżaniu trudno mówić) robiliśmy parę lat temu z Ewką. Piękne rejony i piękne trasy. Z uciążliwości pamiętam, że było bardzo zimno na zjazdach (początek maja i późne popołudnie) oraz brak hamulców (jechałem jeszcze wtedy na starym rowerze, który miał pewnie ze 30 lat i na tym wyjeździe hamulce mi strzeliły na jednym ze zjazdów w lesie. Gdyby nie krzaki byłoby krucho). Bardzo mnie zaskoczyły podawane przez Ciebie wartości procentowe podjazdów bo nie odczuwaliśmy ani razu aby były aż tak strome. Wynika z tego, że się po prostu nie znam zupełnie a i pewnie na MTB zupełnie inaczej się to odczuwa. A jak mierzysz nachylenie podjazdów Mariusz? Bierzesz z Altimetra czy masz jakiś przyrządzik? Pozdro serdeczne
  32. 1 point
    Cześć Ja też wróciłem z kajaków wczoraj wieczorem i "leczę rany". Cieszy to co piszesz o małej ilości ludzi w czasie "sierpniówki" bo to znaczy, że szlak nadal w miarę trzyma klasę i odstrasza większość chętnych. Tam zresztą chyba są limity - i bardzo dobrze. Odcinek parkowy płynięty na ciężko zawsze potrafi dostarczyć wrażeń i nie jest łatwy - gratulacje! Czy wiadomo Ci coś, albo może byłaś na starej Drawie? Słyszałem, że ktoś tam ostatnio płynął ale ciężko znaleźć jakieś informacje na ten temat. Pozdrowienia serdeczne
  33. 1 point
    I tu się mulisz. Hip Hopa była moją pierwszą w życiu tego typu trasą, którą przejechałem na rowerze! Zjechałem 4 razy. Zielony Zyg Zak jest drugą trasą, przejechałem 4 razy. To całe moje doświadczenie. Oczywiście jeżdżę na rowerze, ale nie po górskich trasach.
  34. 1 point
    Też zawsze mam zapasową dętkę na szosie. Tym bardziej, że w typowych butach szosowych specjalnie chodzić się nie da.
  35. 1 point
    Brawo - piękna wyprawa z walorem krajoznawczym i kulinarnym i super relacja! Jakby nie patrzeć, to razem wykręciliście ponad 300 km! Zazdroszczę słonecznej pogody - u Was jeszcze pełnia lata, u nas ma się wrażenie, że jesień już puka do drzwi. Wisła rzeczywiście malownicza i królewska, ale taka wielka rzeka na kajaki? Nie wolicie zmęczyć się na mniejszych, nieuregulowanych rzeczkach, z dala od cywilizacji?
  36. 1 point
    Byłem w sobotę na tym, szkoleniu. Planuję kolejne.
  37. 1 point
    Cześć, Dzisiaj kolejna wyprawa górska. No to zaczynamy! Postanowiliśmy pojechać na Biały Krzyż PKSem i dalej na nogach. Autobus o 10.05 powinien jechać ale się spóźnił 15 minut. No to już jesteśmy na Białym Krzyżu. Idziemy szlakiem w kierunku Kotarza. Ludzi jak na lekarstwo. Jak doszliśmy na Kotarz to okazało się że tam jest jakiś bieg. Na Kotarzu krótki postój i dalej w drogę. Kierunek Biła. Po drodze przepiękne widoki. Po drodze był orczyk, prawdopodobnie Węgierski. Wyglądał na opuszczony dawno, ale przecież Węgierski jeszcze nie dawno był czynny. Węgierski zobaczony to do Biłej dokładniej do schroniska Chata Wuja Toma. Po zjedzeniu czegoś w schronisku atak na Klimczok. Na początku podejście bardzo męczące. Później trochę lepiej. Ale jakie widoki! Cały Szczyrk łącznie z Biłą oraz Żywiec i inne miasta. Na sam Klimczok nie weszliśmy bo już byliśmy zmęczeni. Ale siodło pod klimczokiem zaliczone. Tak kolejny wyciąg. Postanowiliśmy za pójdziemy na Szyndzielnie. Droga na Szyndzielnie z siodła pod klimczokiem była miejscem gdzie widzieliśmy najwięcej ludzi. Po drodze kolejny wyciąg. To ten powyżej górnej stacji gondoli. Na szyndzielnii dość spora kolejka do zjazdu Gondolą. Ale szybko szło. Zjechaliśmy Gondolą do Bielska Białej. Po drodze smutny widok. Sahara całkowicie zarosła. Jak zjechaliśmy to w autobus nr 8 na dworzec PKS. Mieliśmy pojechać Żądłem. Planowo o 17.15 jeden autobus na Salmopol i jeden do Biłej. Czekamy. Czekamy. I nadal czekamy. O 17.40 idziemy na PKS bo o 17.50 jedzie PKS jedzie wtedy na Salmopol. Wsiadamy i dopiero widzimy 1 autobus Żądło. Była 17.48. Drugi autobus Żądła wogóle nie przyjechał. Żenada. Piszą że o 17.15 przyjadą 2 autobusy a 1 przyjeżdża dopiero o 17.48. Nie, na pewno nie byłem za późno bo na przystanku byłem już o 16.40. Na szczęście PKS punktualnie. Do Szczyrku jechał 45 minut. Byliśmy już bardzo głodni i szybko udaliśmy się na obiad. To tyle dzisiejszego dnia.
  38. 1 point
    Poniżej relacja z 3 dniowego wyjazdu na Kaszuby 15-17/08. Dzień 0 Marcin od kilku dni jeździł już po Mazurach i Pomorzu, stąd dojazd musiałem zorganizować we własnym zakresie. Spotkać mieliśmy się w Tczewie. Ponieważ bilety kupowałem trochę na ostatnia chwilę (do końca nie wiedziałem czy szef da urlop na piątek:-)), musiałem wybrać wariant kombinowany czyli jednym pociągiem z W-wy do Iławy. Tam przesiadka na pociąg do Tczewa. Niestety już w Warszawie mój pociąg był opóźniony 40 minut, a czasu na przesiadkę miałem niecałe 10. Stąd zapadła szybka decyzja, że Marcin podjedzie po mnie do Iławy. Warszawa Zachodnia w oczekiwaniu na opóźniony pociąg. Wreszcie w Iławie, jeszcze tylko 150 km na kwaterę:-) Dzień 1 Rano pobudka i powoli szykujemy się do jeżdżenia. Najpierw śniadanko, mały rzut oka do lodówki, hmm rarytasów nie będzie:-) Nasza kwatera w Skorzewie, bardzo fajna, przemili właściciele. Pierwszy dzień to trasa zaplanowana przez Marcina: Skorzewo-Wdzydze Kiszewskie - Wdzydze Tucholskie - Abisynia - Sominy - Parchowo - Stężyca - Skorzewo, całość 125 km. Trasa bardzo ładna, niestety przez pierwsze 50 km mocno uciążliwy ruch samochodowy. Pierwszy odpoczynek nad malowniczym jeziorem Wdzydzkim. Odcinek z Wielu do Lubnia był remontowany. Asfalt wyfrezowany z licznymi dziurami. Na jednej z nich Marcin łapie dwa kapcie na raz, w przednim i tylnym kole. O tylnym kole dowiedział się od razu, bo rąbnęło konkretnie i powietrze od razu zeszło.O przednim dopiero w kolejnym dniu, bo powietrze schodziło dość wolno. Jeden z najładniejszych w tym dniu odcinków, droga do Somin. W Sominach postanawiamy coś zjeść. W tym niepozornym budynku mieści się restauracja z pysznymi daniami z ryb. Marcin bierze smażoną Troć, ja Dorsza. Wszystko świeże i pyszny. Niestety z uwagi na spory ruch na dania trzeba poczekać 30-45 minut. Jest też nietypowy zielnik, z którego mogą korzystać klienci restauracji. Druga część trasy pokrywa się z drogą huraganu jaki przeszedł przez te okolice 2 lata temu. Mimo upływu czasu, zniszczenia dalej robią ogromne wrażenie. Ostatni odpoczynek robimy nad jeziorem Mausz. Miejsce bardzo fajne, ciche, kameralne.
  39. 1 point
    😍 za fb: Drodzy fani Kolejki w Koninkach! Niezmiernie miło nam poinformować że od jutra tj. 17.08.2019 Kolej Linowa Tobołów wznawia swoją działalność. Po dzisiejszym badaniu Transportowy Dozór Techniczny dopuścił Kolejkę do eksploatacji. Jeździmy jutro od 9:00 do 17:00, a w niedzielę od 9:15 do 17:00 Rozkład jazdy w tygodniu podamy w niedzielę. Do zobaczenia Koninkach.
  40. 1 point
    Przehyba 1150 m npm - trzeci najtrudniejszy podjazd szosowy w Polsce Cóż? Mój Przyjaciel Michał na tej Górze był dziesiątki razy - gdyby, w czasie odwiedzin u niego, nie było jej na liście naszych wyjazdów, to wyjazd byłby niepełny. Na szczęście udało się zrealizować plan. Nie bez przyczyny Przehyba jest zaliczana w trójce najwyższych i najtrudniejszych podjazdów szosowych w Polsce. Ponad 7 kilometrów i zero przepłaszczeń… Średnio na całej długości podjazdu ok 11-12%. Miejsca ze wskazaniem 8%...to chwile oddechu... Kilka ścianek powyżej 15% - wąska droga, która trzyma wznios na całej długości. Góra, którą z tego powodu razem z Michałem nazwaliśmy, trochę nieładnie, "Locha". Wjazd na "Lochę" miał być przeze mnie wykonany bez chwili odpoczynku, na raz - bez schodzenia z roweru na odcinku: Gaboń - Szczyt. Czy się udało? Tak - udało się! Mapa - zwróćcie uwagę na tętno i kadencję... była walka! Odcinek Gaboń do "szlabanu" jest dosyć łagodny - max 6%. Później droga się zwęża, pogarsza i jest nie mniej niż 7%. Podjazd jest typową wytrzymałościówką. Kto nie jest odporny na maksymalny wysiłek trwający ok 50 minut (tyle mi zajął wjazd), to raczej nie wyjedzie tej Góry "na raz". Jak się raz zatrzyma - będzie trudno wsiąść, wpiąć się w pedała i ruszyć. Góra jest harda! Coś co najbardziej mi przeszkadzało w jeździe? Temperatura +30 i odcinki nasłonecznione...a jeszcze bardziej stado z 200 much, które uparcie mi towarzyszyły do końca podjazdu. Naprawdę ciężko oganiać się od tego towarzystwa jak kręci się 16% podjazdu. Siadały wszędzie...na rękach, nogach, a potem jak strąciłem sobie okulary z nosa odganiając się od nich (Michał mi je podjął z drogi) na oczach - masakra! Pot lał się ze mnie strumieniami ale dałem radę! Satysfakcja z osiągnięcia celu - bezcenna! Wielu piechurów biło nam brawa w trakcie pokonywania przeszkody 😮 To było bardzo miłe! Wieża na Przehybie: Tutejszy kościółek, w którym co niedziela odprawiana jest msza: Schronisko: Widok w stronę Tatr niestety trafił nam się słaby... Na szczycie Cola i naleśniki z owocami Radość, radość, radość! Czemu Garmin zaniża wysokość? Michał mi tłumaczył, że są w nim dwie wysokości: baryczna i GPS... nie za bardzo kumam o co chodzi - ktoś wytłumaczy? TDP i jego podjazdy: Harnaś i Gliczarów moim zdaniem są o wiele łatwiejsze niż cel, który sobie wyznaczyłem na koniec tego wyjazdu - Przehybę. Na obydwóch tych podjazdach z wyścigu - trudnością są bardzo krótkie ścianki powyżej 25% (rożne źródła, różnie podają - punktowy wznios) - mój Garmin na obydwóch (mierzy to na odległości 500 m) ani razu nie wskazał wyniku większego niż 18%. Zjazd z Przehyby niezwykle niebezpieczny z uwagi na małą szerokość drogi i kiepski miejscami asfalt oraz turystów. Starałem się go zjechać (do szlabanu) nie przekraczając 40 km/h. Podsumowując - bardzo udana czterodniówka w polskich górach i na polskich górkach z rowerem szosowym. Miejsca jakie odwiedziłem - piękne, mało uczęszczane i potrafią zachwycić. Ile jest jeszcze, jeszcze ładniejszych? - z opowieści Michała wynika, że cała masa! Dlatego też, pewnie niedługo wrócę w te strony! Kiedy? Zobaczymy. Dane wyjazdu: Kilometraż łącznie: 321,88 km. Włączny wznios: 4790 m. Pozdrawiam serdecznie marboru
  41. 1 point
    Kierunek Słowacja Po dekoracji i po kawce czas było ruszać w trasę. Pogoda - piękna...tylko dlaczego +32...? W takiej temperaturze jeździ się w górach niezwykle trudno. Ten dzień nieco niestety pokrzyżował nam defekt w rowerze Michała. Generalnie miała być pętla z przełęczą, a guma i burza skutecznie nasz plan zmieniły. Udało się zrealizować część celu i nakręcić 70 kilometrów z niezłym przewyższeniem. Mapka: Ze Starego Sącza jedziemy Velo Poprad w kierunku na Muszynę. W miejscowości Mostki przekraczamy granicę państwową i wjeżdżamy od razu w podjazd po słowackiej stronie. Na początku jest przyjemnie, a sama jazda w cieniu drzew. Przy drodze, na rowie rosną dorodne prawdziwki - jadąc zauważyłem ich 8 sztuk 😮 Czym wyżej, tym odsłoniętych miejsc więcej. Słońce i rozgrzany asfalt powodują, że mamy wrażenie jakbyśmy jechali w piekarniku. Woda z bidonów znika szybko. Jeden zakręt, drugi zakręt i znak, że za chwilę wzniesienie będzie miało 12%. No i miało... Dwa kilometry i jesteśmy na przełęczy - pierwszy cel zrealizowany! Sedlo Vabec 766 m npm. Widok w stronę Tatr i Pienin: Po krótkiej przerwie kierujemy się do Muszyny (nigdy w niej nie byłem - jedynie przejazdem) - naszym celem jest Krynica i wykonanie pętli do Starego Sącza. Zjazd z przełęczy daje nam sporo adrenaliny - jest bezpiecznie, szeroko, dobry asfalt i ruch samochodów niewielki. Poprad na granicy: Uzupełniamy bidony, jemy po lodzie i bananie i ruszamy w górę. Droga jest cały czas nachylona 2 do 5%. Docieramy do Łopaty Polskiej: Co to łopata Polska? Proszę: Do Muszyny docieramy stosunkowo szybko. Poprad w Muszynie: Widok w stronę zamku: Kotlet schabowy smakuje wybornie. Gdy pijemy kawę zauważam, że w rowerze Michała nie ma powietrza Niestety złapał gumę... Ponieważ nie mamy zapasu - dzwonimy po wóz techniczny. Szczęście w nieszczęściu...po paru minutach czekania rozpętuje się burza. Leje ok pół godziny. Gdyby z rowerem było wszystko ok - zmoklibyśmy strasznie...a tak, w spokoju czekamy i popijamy piwko Foto na moście w Muszynie: Wracamy do Starego Sącza i po drodze ponownie pada deszcz...także zmoklibyśmy dwa razy. Mimo wszystko dzień kończymy z pewnym niedosytem. Miało być nakręcone ok 130 km, a skończyło się połową tego dystansu. Cóż? Szkoda. Kończymy sobotę snując plany na niedzielę CDN
  42. 1 point
    Dekoracja Jacek po wyścigu pojechał do domu... Chłopaki z rodzinami wzięli się za zwiedzanie Tatr, a ja z Michałem? Ponieważ nie podobało nam się, że medale za start w zawodach były wydawane w pakietach startowych zamiast, po ukończeniu zawodów po mecie - postanowiliśmy urządzić uroczystą dekorację. Paula została w Radomiu więc o ceremoniał poprosiliśmy Żonę mojego Przyjaciela Radość przed uroczystością Medale z pełnym szacunkiem podane były na tacy... Pierwszy z dekorowanych - Michał Idzie moje trofeum No i buziak! Pięknie i normalnie jak na wielkim Tourze Szczęśliwi uczestnicy Tour De Pologne dla Amatorów... W oficjalnych danych: Michał miejsce ok 1500 marboru ok 1900 Po dekoracji, szybkie przebranie i rower - kierunek Słowacja! CDN
  43. 1 point
    Narty w Lipcu? Czemu nie? Po ubiegłorocznej przygodzie w Zermatt w tym roku postawiłem sprawdzić co do zaoferowania mają latem austriackie lodowce. W 3 dni odwiedziłem zatem 3 lodowce, leżące w trzech austriackich krajach związkowych: Kitzsteinhorn (Salzburg), Mölltaler Gletscher (Karyntia) i Hintertux (Tirol). Wrażenia które tu opiszę są wyłącznie moim odczuciem, a niektóre informacje są dla niektórych oczywiste, ale proszę o wyrozumiałość 1️⃣ Na pierwszy ogień poszedł najmniejszy z wymienionych Kitzsteinhorn. Liczba otwartych w lecie stoków ogranicza się do 400-metrowej traski przy górnej stacji. Biorąc pod uwagę cenę karnetu (42 euro) jest to chyba najdroższy ośrodek na świecie, przeliczając cenę za 1km trasy, nawet biorąc pod uwagę że bilet daje nam dostęp do restauracji, platformy widokowej i stoku na którym pojeździć możemy na sankach… 400-metrowa trasa nie dostarcza wielkich przeżyć – sam ośrodek też reklamuje się raczej jako miejsce do „testów sprzętu” i „sesji foto”, ponieważ na serio pojeździć się tu nie da. Na stoku od rana faktycznie pracuje sporo instruktorów i trenerów z dziećmi, a około 12.00 robi się pusto i można sobie pozjeżdżać oraz (głównie) powjeżdżać do góry powolnym orczykiem. Reasumując: jeśli jesteś rekreacyjnym narciarzem i przy okazji wakacyjnego pobytu w Austrii chciałbyś przekornie nauczyć się jeździć na nartach lub posmakować letniego narciarstwa, by potem zdjęciami oszołomić znajomych, którzy w tym czasie prażyli się na plaży, to Kitzsteihorn jest idealny😊 📍 Kitzsteinhorn: 📆 Otwarty: czerwiec/lipiec 📏 km tras: 0,4km ⏱️ Godziny otwarcia: 8.15-14.30 💶 Cena karnetu: 42 euro Małe podsumowanie wideo: 2️⃣ Drugim odwiedzonym lodowcem był Mölltaler Gletscher w Karyntii. Dojazd do niego jest nieco upierdliwy – najpierw mocno dziurawą i wąską – jak na austriackie standardy – drogą, następnie podziemną kolejką i w końcu gondolą. Na samym lodowcu działają teoretycznie 3 trasy: czerwona i 2 niebieskie (o długości ok. 1km każda), przy czym podział na dwie niebieskie trasy jest raczej symboliczny, a samo ich nachylenie jest całkiem spore.. Na górę wjeżdżamy 6-osobową kanapą, a niedaleko jej górnej stacji rozciąga się rzekomo piękna panorama z widokiem na najwyższy austriacki szczyt – Grossglockner. Dlaczego rzekomo – wyjaśniają zdjęcia… Bardzo bawiły mnie liczne pytania, czy na stoku widuję "dziewczyny w bikini" Ośrodek jest czynny cały rok, choć w ciągu lata trzeba obserwować pokrywę śnieżną, by nie wpakować się w jazdę po gołym, antycznym lodzie… Reasumując – jazda bardzo przyjemna, solidna, choć na dłuższą metę dość monotonna. 📍 Mölltaler Gletscher: 📆 Otwarty: cały rok 📏 Km tras: 2km (oficjalnie: 3km) ⏱️ Godziny otwarcia: 8.00-14.00 💶 Cena karnetu: 49 euro I wideo: 3️⃣ Perłę Tyrolu - Hintertux - zostawiłem sobie na koniec, bo to ośrodek który znam i w którym mógłbym tam jeździć z zamkniętymi oczami. Jak na połowę lipca, warunki trafiły mi się wyjątkowo zimowe: rano -2C i śnieżyca, popołudniu lekkie słońce (choć i tak mocno grzejące – wszak to lipiec) i jazda po 10cm świeżego śniegu. Hintertux jest czynny cały rok i stale otwarte jest ok. 18km tras, choć im późniejsze lato, tym większą ostrożność zalecam, ponieważ można trafić na doskonałe warunki (jak ja w sierpniu 2016), albo na jazdę po gołym, topniejącym lodzie (jak ja w sierpniu 2017). Z reguły we wrześniu zaczyna sypać od nowa, a sezon zimowy zaczyna się od października, ale i tu może trafić się susza (jak mnie w 2018). Miały się wtedy odbyć „Powder days”, zjechało się mnóstwo „pozatrasowców” na tych swoich szerokich nartach, a w rzeczywistości śmigało się niemal po gołym lodzie, po którym kierowcy ratraków rozpaczliwie próbowali rozetrzeć pozostałości z wrześniowych opadów… W lipcu jednak warunki są na ogół przyzwoite, a do tego moim zdaniem Hintertux oferuje niezrównane widoki (choć równie dobrze może się trafić widoczność na 30m 😉). Mnie o poranku powitał taki oto piękny widok na Olperer: Dodatkową atrakcją jest możliwość zwiedzenia wnętrza lodowca. W tym roku byłem tego bliższy niż kiedykolwiek – już nawet zapytałem o cenę i godzinę rozpoczęcia wycieczki 😜. Do dyspozycji narciarzy są dwie gondole, 2-osobowa, leciwa kanapa (fajna opcja na ciepły, słoneczny dzień) oraz orczyki. Z rana część tras jest okupowana przez zawodników, od około południa robi się pusto, choć przy ciepłej pogodzie także mokro i miękko. Ale to lipiec, więc… nie narzekamy! 😊 Reasumując – największa liczba wyciągów i tras oraz dolina o dużej bazie noclegowej i gastronomicznej sprawia że jest to mój ulubiony ośrodek. 📍 Hintertux: 📆 Otwarty: cały rok 📏 Km tras: 20 ⏱️ Godziny otwarcia: 8.15-16.00 (wyciągi orczykowe do 13.30) 💶 Cena karnetu: 46 euro I jeszcze krótkie podsumowanie wideo: A na koniec nienachalnie zapraszam do polubienia mojego niekomercyjnego profilu na Facebooku, gdzie opisuję swoje narciarskie przygody https://www.facebook.com/skibumpl/ Pozdrawiam!
  44. 1 point
    Dawno mnie Tu nie było, ale jest okazja się pojawić z powodu wizyty w Szczyrku na otwarciu nowych rowerowych singletracków. Pierwszy parking zapełniony w 100%, drugi w 50%. Stanie w kolejce do gondoli (raz dłuższej, raz krótszej) mnie wcale nie przeszkadzało. Tematów do rozmowy ze znajomymi było dużo. Do gondoli wchodzą 2 rowery z 2 rowerzystami więc nie szło to tak sprawnie jak w zimie, gdzie wchodzi 10 narciarzy. Pierwszy raz byłem na Szczyrkowski w lecie. Widoki trochę inne niż w zimie, ale miejsca znajome więc nie można się zgubić. Chociąż na Hali budowa restauracji zmienia jej oblicze. Ale najważniejsze są ścieżki rowerowe. Na razie są "tylko" dwie. Pierwsza to Hip Hopa czyli flowtrail o gładkiej (jeszcze póki nowa) nawierzchni z wieloma zakrętami, hopkami, stolikami, bandami. Długość 5,5 km powoduje, że najlepsi jadą nieco ponad 10 min, średni zjazd to 12-15 min. Jest co robić 🙂 . Ścieżka kończy się przy drugim parkingu w Czyrnej. Druga ścieżka to Otik. Jego nawierzchnia jest w pełni naturalna, po trawie, kamieniach, korzeniach. Jest trudna, ale nie ekstremalna. Jest kilka hopek z pniaków lub położonych na płasko kamieni. Otik kończy się na Solisku skąd asfaltem cały czas w dół dostajemy się pod gondolę. Od 11.30 do 16 zjechaliśmy 3x Otikiem, 2x Hip Hopą. Ulewa po 16 godz. zakończyła dzisiejszy rowerowy dzień. Było świetnie. Co do tłoku na trasach to nie było najgorzej. Ludzie startowali w odstępach. Jak ktoś został dogoniony to z reguły po chwili ustępował miejsca. Na rowerach obowiązuje jakiś tam kodeks.
  45. 1 point
    Stoki w Wierchomli i Szczawniku większość zna. Nie ma co pisać, wystarczy pogooglowac. Nic nowego tam nie ma. No może trochę końcówka trasy w Wierchomli jakby bardziej łagodna. Trasy dobrze przygotowane, objechal em dziś wszystkie. Na górze zimno, było -12 jak zaczynałem, ale wiatr potegowal uczucie zimna. Dziś i jutro skipass kosztuje 25 zł. Takie ceny powinny obowiązywać ale sezon. Do tego kolejek nie było, jazda na okrągło. Załączam parę zdjęć z dzisiejszego nartowania.
  46. 1 point
    Szczyrk - Salmopol 760 m. n.p.m. teraz
  47. 1 point
    Błatnia tam była wyrwirączka czynna do 2000r.? Szyndzielnia 2010 zdjęcia @johnny_narciarz
  48. 1 point
    Klimczok , ,,Bielski lodowiec" czasami kończył sezon 01 maja, kolejki do orczyka bywały do 0,5 godz., karneciki dziurkowane Znalazłem zdjęcie w stylu @johnny_narciarz z 01.05.1992r. , w lewym górnym rogu widać czynny talerzyk.
  49. 1 point
    Ja z dzieciństwa pamiętam takie: Na hali Miziowej 3 wyrwirączki. Hala Rysianka - wyrwirączka Hala Lipowska - wyrwirączka Krawców Wierch - wyrwirączka I z czasów szkoły średniej Wielka Racza - wyrwirączka. Na wszystkich jeździłem. Co do fotek to brak. Mam tylko z "naszej" wyrwirączki (Technikum elektryczno-elektroniczne w Bytomiu) w Złatnej: Na fotce mój braciszek co "na gowie mo gogle carera....." Pozdrawiam
  50. 1 point
    Zapalenica - tak to się nazywało. Trasy - Jacek i Agatka. Znam człowieka, który się opiekował tym wyciągiem. Należał do Elektrowni Łaziska. Stok obsługiwał wyciąg Mostostal WN750 - nr 001. To pierwszy egzemplarz - prototyp, zbudowany częściowo z licencji Muller GMD a częściowo z doświadczeń własnych Mostostalu Zabrze. Wyciąg powstał w 1968r. a zamontowany na stoku został w roku 1969. Była to wówczas bardzo nowatorska konstrukcja w niczym nie ustępująca podobnym szwajcarskim czy austriackim. Przy minimalnym nakładzie na konserwację i opiekę wyciąg przetrwał do dziś. Ostatni raz pracował w 1999r. Później stał kilka lat wystawiony na sprzedaż w raz z pobliskim domem wczasowym. W 2010r DW Łaziska został sprzedany prywaciarzowi. Wyciąg już wtedy mocno okaleczony był możliwy do uruchomienia jednak słabe zimy oraz konieczność wydania masy kasy na badania techniczne (rozłożenie wyciągu do zera i ponowny montaż po weryfikacji technicznej elementów) nie dały mu szansy na dalsze życie. Szkoda bo jest to prawdziwy unikat, prototyp. Dziś wyciąg jest w stanie agonalnym. Okradziony z miedzi, aluminium, zastały i zarośnięty. Co go czeka..? Myślę, że niestety podzieli los podobnego wyciągu Radunia na Ślęży, czy pobliskiego, nieistniejącego od 2011r Mostostala 1000 "Hondraski".Oto tabliczka znamionowa prototypu Mostostal WN750 z Zapalenicy: Na Zapalenicy jeździłem kilka razy w życiu. Ostatni raz w 1993r. Tak wyglądał wtedy wyciąg i stok: Dwa lata temu Zapalenica wyglądała tak: Marzeniem moim byłoby stworzenie na Zapalenicy takiego właśnie "vintage slope". Można by było nań przestawić Mullera GMD z Dolin, odrestaurować istaniejącego Mostostala i niechaj ludzie tacy jak ja mają swoją małą "Mekkę" . Jeździłoby się tam np na starych nartach typu Zakopane ALU sandwich albo nawet na Reglach... bez ratraka, z budą z ogniskiem i kiełbachą z rożna... Eech.. Żegnaj dawny Szczyrku... :sorrow:


www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2019
×
×
  • Create New...