Narty - skionline.pl
Jump to content

Leaderboard

Popular Content

Showing content with the highest reputation since 12/07/2021 in Blog Entries

  1. Minęły dwa lata od ostatnich – jeszcze przedpandemicznych – rodzinnych nart w Alpach. Wtedy, w 2020 r., zainstalowaliśmy się w dolinie Gastein i objechaliśmy tamtejsze ośrodki oraz Hochkönig i Snow Space Salzburg (częściowo). Nie było okazji pojeździć we wschodniej części regionu – dobry powód, aby wybrać się na kolejny wyjazd. Pomimo pewnych trudności – o których później – ostatecznie wszystko się spięło i wczoraj dojechaliśmy do Radstadt. Przez pierwszą połowę podróży szalał huragan, ale gdy tylko przekroczyliśmy granicę Bawarii, pogoda w miarę uspokoiła się. W miarę – bo aura nadal dynamiczna i wieje, ale nie tak jak u nas. Co wybrać na niedzielną aklimatyzację przy takich prognozach? Ośrodek w miarę osłonięty, niezbyt wysoko położony, więc albo kameralne Radstadt-Altenmarkt, albo Schladming-Dachstein. Wybór padł na drugą opcję. Zaskoczyła mnie duża ilość ludzi – otwarte cztery okienka kasowe w Gleiming i mimo tego kilkanaście minut oczekiwania na kupno skipassów. Pani przez szybę skanuje każdemu kody QR, trochę waha się przy jednej osobie, która miała nietypowy schemat szczepień, ale załatwiamy wszystkie formalności pomyślnie. Przy kasie jest też informacja, że są zniżki m.in. dla studentów – nie ma ich w oficjalnym cenniku Ski amadé w internecie, ale jeśli kupuje się karnet dla osoby studiującej do 25 roku życia, to warto dopytać na miejscu. Objechaliśmy trasy na Reiteralm i Hochwurzen, czyli dwie góry z czterech, tworzących huśtawkę narciarską. Ośrodek chyba większości z Was znany i niejednokrotnie opisywany na forum, więc nie ma co się rozpisywać o topologii czy statystykach. Pogoda przeplatana – trochę słońca, trochę chmur. Na dole temperatura w ciągu dnia doszła do +7 stopni, więc trasy się zdegradowały. Na górze dużo lepiej – zwłaszcza na Reiteralm. Zaczynamy od trasy pucharu świata – nr 1. Dla mnie osobiście to rzeczywiście numer jeden tej części ośrodka: widokowa, szeroka, o zmiennym nachyleniu i fajnie pozakręcana. Potem czarna 3a. Tutaj jeszcze spoko – miejscami tylko wiatr nawiał trochę szyszek i gałązek. Dojechałam za zakręt, na skraj ścianki i coś mnie przyblokowało, kolana mi zmiękły. Stoję, stoję, co jest? W końcu pomyślałam – przecież umiem jeździć na nartach – i zjechałam, ale trochę mnie zaskoczyła ta moja reakcja. Ośrodek bardzo widokowy, choć masyw Dachsteinu początkowo spowity był gęstymi chmurami. A tutaj już Hochwurzen: I widok z góry na Schladming Końcówka znów na Reiteralm – przy pięknej, słonecznej pogodzie. Dachstein w końcu się odsłonił Zjazdy do doliny okazały się dla mnie rzeźnią przy tych temperaturach. Dały się we znaki też braki kondycyjne – ostatnie dwa tygodnie siedzenia w domu przez wiadomego wirusa nie przysłużyły się do budowania formy i stawiały do ostatniej chwili cały wyjazd pod znakiem zapytania. Po niespełna 70 km w pierwszy dzień zjechałam do auta nieźle styrana, ale baaardzo szczęśliwa. [cdn.]
    19 points
  2. Wczoraj wieczorem dojechaliśmy do Santa Cristiny (Val Gardena). Na drodze z Polski (przez CZE i AUT) pustawo, dość dużo polskich samochodów. Kontroli żadnej brak, jedynie przy wjeździe do Niemiec za Salzburgiem tradycyjnie od 2015 roku zwolnienie (kontrola wizualna). Na miejscu w pensjonacie kontrola greenpassów, pouczenie na tematy epidemiologiczne, długi wykład na temat zasad segregacji śmieci. Miłą niespodzianka był voucher Superpremiere, który dał nam możliwość kupienia 6-dniowych skipassów w cenie 5. Licząc na 3 osoby to 105 euro. Kupno karnetów w kasie, covidpass niezbędny, potem już nikt niczego nie chciał. Codziennie rano trzeba aktywować skipass za pomocą aplikacji. Jako, że plan zabawy jest wypadkową woli wszystkich osób, to w pierwszym dniu stanęło na Alpe di Siusi. Nie będę przynudzać, ten kto wie, to wie. Dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą, to jest to około 60 km raczej łatwych, średniodługich tras. Przyjemnie, łatwo, za to dużą rekompensatą są widoki Sassolungo z kolegami, masywu Schlern, wychylającego się zza Sassolungo Gruppo di Sella i postrzępionego Odle (Seceda). Wjeżdżaliśmy czerwoną gondolą z Ortisei, pod którą od niedawna można zjechać na dół do dolnej stacji gondoli. Trasa nazwana Pilat, z szumnie dodanym przymiotnikiem "legendarna". Nie wiem, nie jestem ośrodkiem opiniotwórczym, ale: trasa jest bardzo wąska, posiada kilka ostrych zawijek, o godzinie 15.30 leży w głębokim cieniu (strona północna). Oczywiście zjechałem nią i zjadę jeszcze raz (jeżeli kiedyś jeszcze wrócę do Alpe di Siusi na nartach), ale nie wiem w czym jest legendarna. Ośrodek Alpe di Siusi w gronie tzw. "wytrawnych narciarzy" (cudzysłów zamierzony, chyba się do nich nie zaliczam) wzbudza pogardliwy rechot i krótki komentarz, że to dla rodzin i uczących się. OK. To nie Sasslong, czy GranRisa, ale jeździ się fajnie i miło, zwłaszcza, że ludzi było mało, a dzisiaj była niedziela. Mam Alpe di Siusi przebiegane, objeżdżone rowerem zwykłym i e-bikem i objeżdżone na nartach, i powiem krótko: fantastyczne miejsce na aktywny urlop o każdej porze roku. Na północnym zakątku Alpe di Siusi mieści się mikroregion Puflatsch (dwie czarne 77 i 78, jedna czerwona). Trasa 77, powiedzmy: jasno czarna, ale bardzo fajna, tylko przykrótka. 78 nie poznałem, była zamknięta na zawody SG, nie wiem jaka była ranga tych zawodów. Polecam restaurację Puflatsch, bardzo dobre jedzenie, a widoki przepiękne i ten Schlern jedzący z ręki... Ogólnie na tydzień przed zjazdem i SuperG mężczyzn w PŚ na Sasslongu raczej pusto i nie ma należnej atmosfery😜. Śniegu dużo, wg oficjalnych informacji powyżej 60 cm. Gdzieniegdzie naturalny, w innych miejscach dosypane sztucznego. Ogólnie dość twardo (ujemne temperatury i mała ilość ludzi nie zdegradowała tras). Na trasach północnych w pobliżu górnej stacji gondoli do Ortisei bardziej twardo, miejscami bardziej, niż bardziej. Plan na jutro zależny od pogody, raczej eksploracja północnej strony SellaRondy (szarotki, Alta Badia), w planach oba kierunki SR, Seceda i pewnie Belvedere do upojenia, i Plan de Gralba. Zobaczymy, na razie wrzucam garść fotek. Pozdrawiam Waldek
    19 points
  3. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się chyba inaugurować sezonu narciarskiego tak wcześnie - no może w czasach zamierzchłego PRL-u, gdy były zimy, że hej! Ale w niedzielę tydzień temu w Szczecinie spadł śnieg, przyszedł mróz i trzymał, trzymał, aż ja nie wytrzymałam i we środę zapadła decyzja - jedziemy w góry! Szczęśliwym zbiegiem okoliczności mam wolny weekend, a nawet weekend z małym marginesem. Tak więc dzisiaj rano wczesna pobudka, bo o 5.30, aby jeszcze przed południem zameldować się w Szklarskiej Porębie, a dokładniej - na Polanie Jakuszyckiej. Dojazd dobry, S3 ukończona, jezdnia czarna - nie to, co wczorajsza śnieżyca. W Jakuszycach dwa pierwsze parkingi pełne, ale udało się załapać na jedno z ostatnich miejsc na parkingu przy hotelu Biathlon, więc całkiem blisko na trasy. Ludzi naprawdę sporo, ale nie przeszkadza to tak bardzo, jak na trasach zjazdowych. Pogodowy mix - trochę chmur, trochę słońca. Temperatura od -3 do -5, więc idealnie. Późniejszym popołudniem całkiem się przetarło i poprawiła się widoczność. Zrobiło się bajkowo. Aktualnie wyratrakowanych jest ok. 40 km tras. Dzisiaj udało się zrobić pętlę do schroniska Orle przez Rozdroże pod Cichą Równią i Rozdroże pod Działem Izerskim, a na koniec dobiliśmy jeszcze przez Górny i Dolny Dukt. 18.5 km. Kilka zdjęć z dzisiejszego dnia: Na Rozdrożu Pod Cichą Równią Schronisko Orle Schronisko Orle. W schronisku trochę zmian - bufet na piętrze nie działa, a jadalnie na górze zamieniono na sypialnie. Dzikie tłumy i kolejka do bufetu na parterze aż do wyjścia. Wybraliśmy własne kanapki. Na trasie Spacerowej: Na Górnym Dukcie: Z widokiem na Wysoki Kamień: I jeszcze jedna ciekawostka - pojawiła się nowa opcja w aplikacji Mapy.cz: wyratrakowane trasy biegowe zaznaczone są na bordowo.
    15 points
  4. W długi weekend czerwcowy wybrałam się ze swoją drugą połówką i ze Szczecińskim Klubem Rowerowym "Gryfus" na czterodniowy rajd wokół Tatr. Do tej pory bywaliśmy z Gryfusami na imprezach dookoła Zalewu Szczecińskiego, które są bardziej masowe, a że szlak wokół Tatr kusił mnie od jakiegoś czasu - właściwie to od czasu, gdy w blogu opisał go @marboru, to nie wahaliśmy się długo, gdy klub ogłosił zapisy w pasującym nam terminie. Trasa rowerowa wokół Tatr ma kilka wariantów - z jednej strony szosowy, który co ambitniejsi pokonują w jeden dzień, z drugiej ekstremalny mtb po górskich ścieżkach i różne warianty pomiędzy. Ten nasz był właśnie taki "z gestem" - 3/4 asfaltu bardzo różnej jakości, a reszta to szutry, terenowe drogi a nawet kamieniste górskie szlaki. Mapka? Proszę: Dystans - ponad 330 km, przy blisko 2.500 m przewyższenia. Zasadniczo trzy dni na objechanie Tatr, bo ostatni dzień to objazd Jeziora Czorsztyńskiego i fragment Velo Dunajec. Czwartek: Nowy Targ - Liptowski Mikulasz Pojechało nas czterdzieści parę osób - dwoma busikami z przyczepami na rowery. Parę osób miało elektryki, były gravele, rowery górskie - chyba najwięcej, crossy i kilka trekkingów (między innymi nasze). Wyjazd ze Szczecina był we środę wieczorem - noc w podróży, a w Nowym Targu byliśmy ok. siódmej rano. Przepak na rowery, śniadanie w oberży i przed dziewiątą ruszamy na szlak. Pogoda super - słońce świeci od rana. Pierwszy odcinek prowadzi DDR-ką, dawną trasą kolejową do Trsteny. Po drodze ładne wiaty, w góralskim stylu. W Chochołowie miejscowi górale w pięknych, odświętnych strojach zmierzają na nabożeństwo z okazji Bożego Ciała: Przejeżdżamy przez granicę do Słowacji. Szlak prowadzi do Trsteny, my jednak odbijamy w kierunku na Vitanovą - to znaczy taki był plan, ale część grupy się zgubiła i trochę potrwało, zanim wszyscy wrócili na ślad. Mieliśmy więc nadprogramowy postój w takich okolicznościach przyrody - po jednej stronie Babia Góra: ... a po drugiej Tatry. I mój towarzysz drogi, po raz pierwszy na wyjeździe: Z Vitanovej jest kawałek drogą publiczną do Oravic. Wioska ta jest znana z kąpieliska termalnego, ośrodka narciarskiego - w którym jeszcze nie byliśmy - i ślicznej Doliny Juranovej, w której byliśmy na pieszej wycieczce. Tym razem nie było ani kąpieli, ani nart, ani wędrówek, tylko postój w barze i zimna kofola. Mniam! I tutaj koniec zabawy - trzeba było nabrać sił przed dwoma solidnymi podjazdami do Zuberca. Zdjęć nie robiłam, będąc zajęta mozolnym pokonywaniem kolejnych metrów przewyższenia w czerwcowym upale. Dopóki dało radę to rowerem, a stromsze odcinki pieszo. Nagrodą były spektakularne zjazdy, ale najlepsze czaiło się jeszcze za rogiem. Minęliśmy wioskę Huty i znów zjechaliśmy z asfaltu - tym razem wgłąb przepięknego wąwozu Doliny Prosieckiej: Po fragmencie równej, żwirowej ścieżki, zrobiło się bardziej terenowo. Darek jedzie z górki: Na widocznym w dole zakręcie jest rozwidlenie szlaków. Zostawiamy rowery i kawałeczek idziemy spacerkiem do pięknego, zabytkowego młyna: Powrót bardzo ekstremalną ścieżką w górę - dobre kilkaset jeśli nie więcej metrów pchania rowerów pod strome zbocze: Uff, jesteśmy - dalej jedziemy w dół Kvacańską Doliną - zjazd był też bardzo wymagający i prawie nie robiłam zdjęć, ale było bardzo ładnie. Widok w dół wąwozu: Od wlotu doliny do Liptowskiego Mikulasza - gdzie czekał na nas nocleg - mieliśmy jeszcze trochę kilometrów, a na niebie gęstniała warstwa ciemnych chmur: Znów pod górę ... Do hotelu dotarliśmy przy pierwszych kroplach deszczu, po pokonaniu blisko 100 km i ponad 1000 m przewyższenia - to mój rekord, choć nie na długo. Zdążyliśmy się zakwaterować, gdy rozpętała się burza i nawałnica. Padało całą noc i rano. [cdn.]
    11 points
  5. Nigdy do tej pory nie wędrowałam jeszcze po górach długodystansowo, z plecakiem - więc chciałam sprawdzić, czy to coś dla mnie. Wybraliśmy Główny Szlak Sudecki - bo lubimy z Darkiem Sudety, bo jest względnie blisko ze Szczecina, bo dobrze skomunikowany i można go robić etapami. Całość to ok. 440 km od Świeradowa-Zdroju do Prudnika (albo odwrotnie - jak, kto woli) i w zależności od kondycji można go pokonać w turystycznym tempie w dwa-trzy tygodnie. My akurat zdecydowaliśmy się na początek na trzydniówkę, z opcją, że jak nam się spodoba, to za jakiś czas będziemy kontynuować. Tydzień temu, we środę po pracy przyjechaliśmy do Jeleniej Góry, gdzie zanocowaliśmy i zostawiliśmy auto. Do Świeradowa jeżdżą ze cztery PKS-y dziennie, ostatni około 17.00, więc niestety nie było opcji, aby wieczorem dostać się tam transportem publicznym. Pojechaliśmy zatem pierwszym kursem, około 8.00 rano - autobus kluczył po wioskach, więc podróż trwała ponad godzinę. O 9.30 byliśmy w Świeradowie - trzeba poszukać początku szlaku. Czerwona "kropka" znajduje się naprzeciwko budynku dawnego dworca kolejowego (pociągi nie jeżdżą od lat 90-tych), przerobionej na "Stację Kultury": Idziemy najpierw przez park zdrojowy, robimy ostatnie zakupy spożywcze, a następnie szlak wspina się na Stóg Izerski, znany doskonale narciarzom. Na szczycie Stogu Izerskiego odpoczywamy chwilę w schronisku, posilając się zupą dnia - to ostatnia "cywilizacja" na długim odcinku szlaku przez Góry Izerskie. Szlak prowadzi głównie drogami - szutrowymi, czasami asfaltowymi - przez las. Świetna opcja na rower - i rzeczywiście trochę osób tutaj jeździ, natomiast pieszo marsz trochę się dłuży. Na Polanie Izerskiej dochodzimy do szlaku narciarskiego: Za Rozdrożem pod Kopą szlak biegnie po większych wzniesieniach - docieramy do jednego z widokowych miejsc przy Sinych Skałkach: Słońce grzeje mocno, a ja czuję, że rozchodzone przez trzy lata buty niestety zaczynają mocno mnie obcierać. Niedobrze. Dochodzimy pod Wysoką Kopę, należącą do Korony Gór Polskich. Sam wierzchołek jest nieco w bok od szlaku, ale jest porośnięty lasem i nic z niego nie widać. Kawałek dalej wchodzimy na drogę, która zimą jest jedną z tras biegowych wokół Jakuszyc - do kopalni kwarcu "Stanisław". Ładnie jest latem w Izerach, ale zgodnie dochodzimy z Darkiem do wniosku, że to zimą, ze śniegiem nabierają prawdziwej magii. Widok na Szrenicę: Teraz maszerujemy do schroniska na Wysokim Kamieniu. Buty cisną, nogi bolą po dwudziestu paru kilometrach, pić się chce. Na miejscu okazuje się, że bar czynny tylko do 17.00, ale właściciel krzątający się wokół schroniska bez problemu sprzedaje nam jeszcze dwa zimne radlery. Siedząc na ławeczce przed schroniskiem podziwiamy postępy w budowie kamiennej wieży widokowej. Gdy byliśmy tutaj w styczniu - dachu jeszcze nie było. Schodzimy czerwonym szlakiem do Szklarskiej Poręby, która pod wieczór jest głośna i tłoczna. Już w mieście przelatuje lekki deszcz, który przeczekujemy w karczmie. W nogach mamy ponad 30 km, a następnego dnia - Karkonosze. [cdn.]
    10 points
  6. Marzec – i chyba już ostatni wypad na narty. Ciągnie mnie do Szklarskiej Poręby – to miejsce coś w sobie ma. Udało mi się wykroić wolny przedłużony weekend - myślę, że będzie pięknie. Dzisiaj pobudka przed świtem – 5.15 i o wschodzie słońca ruszamy w drogę spod Szczecina. Słoneczna pogoda towarzyszy nam cały czas, aż do wieczora. W południe jesteśmy na miejscu, w Białej Dolinie. Stąd też można wejść na narciarskie trasy biegowe w kierunku Jakuszyc i dalej, wgłąb Gór Izerskich. Idziemy najpierw trasą Dzielne Klapki – klap, klap, klap pod górę do nieczynnej kopalni kwarcu Stanisław, która jest najwyższym punktem w sieci tras narciarskich (1.024 m npm.) wokół Jakuszyc. Widać stąd Szrenicę jak na dłoni, a do tego – o dziwo – dzisiaj wyjątkowo tutaj nie wieje. Śnieg jest zmrożony, w wielu miejscach jest lód w torach. Szybko, nawet bardzo. Potem zjazd na Rozdroże pod Cichą Równią i dalej trasą przez Jelenią Łąkę do Stacji Turystycznej Orle, gdzie zatrzymaliśmy się na pyszny barszcz ukraiński, ugotowany przez pracujące tam panie Ukrainki. A na powrót – cóż, stwierdziłam, że wreszcie trzeba się zmierzyć z „mitycznym” Samolotem, z najstromszym i długim (blisko 3 km) podbiegiem w Izerach. Lot takim samolotem, w takie popołudnie – pięknie było, długa prosta w górę, a potem parę niezłych wiraży w dół. Sama sobie pilotem, kontrolerem lotu i stewardessą … A na deser trasa Czarny Kamień – doliną Kamiennej, wzdłuż linii kolejowej. Darek mnie goni, bo późno, więc zdjęć nie ma wiele. Końcówka pod górkę od Wiciarki już przy świetle księżyca. Było magicznie. 23 km i blisko 500 m przewyższenia na rozruch.
    10 points
  7. Szklarska Poręba - here we go again! Tym razem na dłużej - miały być biegówki, miały być zjazdówki. Scenariusz pisze jednak pogoda, a my staramy się dopasować do jej kaprysów i do jej nietypowego w tym roku rytmu. Jesień Niedziela - ciepła i wietrzna. Gdy przyjechaliśmy - termometr wskazywał +12 stopni. Śnieg wytopiony do zera, tylko same wierzchołki Karkonoszy lekko jeszcze przybielone w oddali. W planach był wypad na wieczorną jazdę do Świeradowa, ale od niedzieli je odwołali, a we wtorek i środę nawet w dzień stok był nieczynny z powodu odwilży. Puchatek poddał się jeszcze wcześniej, więc alternatyw brak. Pozostał popołudniowy spacer w stronę Złotego Widoku i Chybotka. Z oddali trasy na Szrenicy wydają się mieć trochę śniegu. Ani krzty białego wokół Chybotka Poniedziałek Temperatura wciąż na mocnym plusie, pochmurno - jednak w prognozie tylko mały przelotny opad deszczu. Na narty - kiszka, ale na pieszą wycieczkę powinno być ok. Córka zostaje w apartamencie na zdalnych zajęciach, a my z Darkiem - zamiast na biegówki do Jakuszyc - decydujemy się na wędrówkę szlakiem na Wysoki Kamień i do Białej Doliny. Czyli owszem Góry Izerskie, ale tym razem z buta. Ostatnie resztki śniegu smętnie wytapiają się pod szczytem Wysokiego Kamienia Na górze zaglądamy na grzańca do schroniska. Schronisko nie ma prądu ani bieżącej wody, ale za to jaki klimat! Obok stoi potężna wieża widokowa - widoczna ze Szklarskiej i z Jakuszyc. Idziemy Głównym Szlakiem Sudeckim do Rozdroża pod Zwaliskiem. Tutaj odbijamy na szlak niebieski, z powrotem do Szklarskiej. Miejscami pokrywa się on z narciarskimi trasami biegowymi - smutny widok, bardziej typowy dla listopada niż stycznia. Biała Dolina - biała tylko z nazwy. Kiedyś mieszkaliśmy w tym malowniczo położonym pensjonacie, z widokiem na Szrenicę: A na deser jeszcze Sowie Skały ... Wtorek - lało cały dzień i całą noc. Istny potop. Dzień na zajęcia świetlicowe w podgrupach. Ja akurat miałam coś do przeczytania i zaopiniowania. [cdn.]
    9 points
  8. Albis - Labe - Elbe - Łaba. Na krótkim odcinku w Szwajcarii Czesko-Saksońskiej jest rzeką graniczną, ale ponad dwie trzecie jej długości (blisko 800 km) przypada na odcinek niemiecki. Po relacji z Czech zapraszam na drugą część bloga z Elberadweg - szlaku w granicach Republiki Federalnej Niemiec, a przynajmniej tej jego części, którą udało się nam przejechać w sierpniu tego roku. Niedziela, 21 sierpnia W niedzielę rano ciężkie chmury wisiały jeszcze nad doliną Łaby, ale przestało już padać. Wkrótce po wyjeździe z Dečina docieramy do granicy. Trochę się dziwimy, że opuszczamy terytorium ... Czechosłowacji : Jadąc po niemieckiej stronie mamy widok na Hřensko - bramę do najciekawszych szlaków Szwajcarii Czeskiej. Ciekawostka: Hřensko jest najniżej położoną miejscowością Czech - 115 m npm. Po niedawnych pożarach w obydwu parkach narodowych wznowiono już ruch promów na Łabie i otwarto szosę łączącą Hřensko z niemieckim Bad Schandau oraz część szlaków turystycznych. Do odwołania nieczynny jest szlak do Pravcickiej Bramy i wąwóz Kamienicy, gdzie pożar był najstraszniejszy. Znad rzeki nie widać szlaków pożogi - niestety okolica zmaga się również z plagą kornika-drukarza, który spustoszył świerkowe lasy i to już bardzo widać. Pijemy pierwszą niemiecką kawę i podziwiamy panoramę Bad Schandau: Przełom Łaby - część niemiecka: Twierdza Königstein - podziwiamy z dołu: Z lewego brzegu przeprawiamy się promem na prawy, do uroczego Kurort Rathen, skąd zaczyna się szlak pieszy do skalnych baszt (Bastei), górujących nad Łabą: Sakwy zostawiamy w jednej z restauracji, rowery przypinamy na zewnątrz i ruszamy na wędrówkę. Widoki? Sami zobaczcie! A to już pobliska Pirna: Na wieczór zajeżdżamy do Drezna - okazuje się, że zarezerwowany przez booking apartament jest w bardzo alternatywnej dzielnicy Nordstadt - pełnej knajpek, klubów, graffiti itp. Ciekawa okolica i pełna życia, choć w nocy było nawet spokojnie.
    8 points
  9. W kalendarzu maj, a w kąciku blogowym na skionline wciąż zima. Skoro nikt się nie kwapi, to zrobię pierwszy krok ku cieplejszej porze roku i zapraszam na relację z rowerowej wycieczki z minionej niedzieli. Wiele inwestycji w turystykę rowerową w województwie zachodniopomorskim realizowanych jest w ostatnich latach w ramach projektu Urzędu Marszałkowskiego. Jednym ze szlaków długodystansowych jest Trasa Pojezierzy Zachodnich (nr 20), biegnąca od mostu granicznego w Siekierkach przez Myślibórz, Choszczno, Ińsko aż po Pojezierze Drawskie i dalej do Szczecinka i granic województwa w Białym Borze. Jest też odnoga z Ińska przez Stargard do Szczecina i dalej pod granicę niemiecką w gminie Dobra. "Dwudziestka" liczy sobie około 330 km i mimo, że nie jest tak popularna jak trasa nadmorska Velo Baltica, to jest niemniej ciekawa, choć do tej pory znana mi jest tylko fragmentarycznie. Dlatego też korzystając z ładnej pogody i wolnego dnia postanowiliśmy z Darkiem podjechać do Choszczna i sprawdzić odcinek do Barlinka, który jest już prawie ukończony, a na którym nie byliśmy. Choszczno ma bardzo dobre połączenie kolejowe - można dojechać z różnych miejsc w Polsce, a ze Szczecina często kursują szynobusy z miejscami na rowery, takie jak ten: Pierwszy kilometr przez okropnie połataną ulicę Marii Konopnickiej w Choszcznie i szutrową drogę wzdłuż nasypu kolejowego nieźle nas wytelepał. Dobrze, że nie jechaliśmy rowerami szosowymi! Potem było już lepiej, bo zaczęła się równiutka DDR-ka trasą zlikwidowanej linii kolejowej, która doprowadziła nas praktycznie tuż pod opłotki Barlinka. A co po drodze? Pachnące bzy i kwitnący rzepak: Ciekawy skansen kolejowy w Lubianej z zachowanym budynkiem stacji i starymi parowozami: Zamiast dróżnika - rogacizna na sznurku przy budzie Kameralne Pełczyce leżą wśród kilku jezior, z których jedno - jezioro Panieńskie - wręcz wchodzi do miasta. Znaki trasy rowerowej prowadzą przez miasteczko, my jednak wybraliśmy wariant zachodnim brzegiem jeziora, z którego roztacza się ładna panorama na sylwetkę Pełczyc: Niektórzy twierdzą, że ścieżki po dawnych trasach kolejowych są nudne, bo prowadzą po monotonnych terenach. Czy tu jest monotonnie? Droga prosta, ale krajobraz urozmaicony, a barwy wiosennej zieleni bronią się same: Krótko przed dojazdem do Barlinka DDR-ka urywa się i trzeba niestety wjechać na ruchliwą DW 151. Raczej słabo, gdy jedzie się na przykład z dziećmi. W Barlinku trochę sentymentów - nie byłam od 19 lat, a jako dziecko i młoda dziewczyna często spędzałam tam wakacje. Dużo się zmieniło - kurort z aspiracjami kulturalnymi się zrobił, ale tak pozytywnie. Zaglądamy na niemal stuletnie kąpielisko miejskie z zabytkową, drewnianą architekturą. Gdyby nie to otoczenie, można by pomyśleć, że to jakiś alpejski pensjonat. Na kąpielisku i promenadzie nad jeziorem właśnie trwały przygotowania do imprezy kulturalnej - etiud teatralnych i wystaw plastycznych. Takie cuda na promenadzie... Nie da się ukryć, że jest maj: Był także pozatrasowy etap terenowy dookoła jeziora Barlineckiego. Leśną drogą po skarpie i wąską ścieżką przez zarośla. Przydały się szersze opony z porządnym bieżnikiem - trudniejszy odcinek, ale niezwykle piękny. Po drugiej stronie jeziora: Wracamy do Barlinka, z zamiarem zamówienia obiadu w jakiejś miłej knajpce z widokiem na wodę. Gołębnik: Niestety na jedzenie trzeba czekać ponad godzinę, więc rezygnujemy i idziemy do pizzerii przy głównej ulicy. Pizza jest smaczna, sycąca i podana w rozsądnym czasie, a to ważne bo już dochodzi siedemnasta i pora wracać. Z Barlinka do Choszczna jest praktycznie cały czas lekko pod górę - trzeba się trochę przyłożyć i nie zatrzymujemy się już tak często na fotki. Przez Pełczyce jedziemy od strony miasta - na zdjęciu kościół Narodzenia NMP z bliska: Cała trasa jest bardzo dobrze oznakowana, co warto docenić: Około 30 km w jedną stronę, 30 km z powrotem i niespełna 10 km pętli wokół jeziora Barlineckiego. Kończymy na "mecie" w Choszcznie pod dworcem, już po godzinie 19.00. I jeszcze mapka oraz oficjalna strona Trasy Pojezierzy Zachodnich, na której można znaleźć opisy i aktualne informacje na temat stanu zaawansowania prac na poszczególnych odcinkach sieci szlaków rowerowych: https://www.rowery.wzp.pl/trasa-pojezierzy-zachodnich-20
    8 points
  10. Nareszcie doczekałam się tegorocznego urlopu - dwa tygodnie rowerowej laby! Wróć - nie laby, tylko Łaby. Jak było? Świetny i urozmaicony szlak, zarówno dla miłośników zwiedzania jak i pięknych krajobrazów. Cała trasa ma blisko 1300 km długości, z czego 370 km przypada na Czechy, a pozostała część na Niemcy. Na jedną wyprawę to dużo, ale rzeka jest na tyle blisko Polski, że można trasę podzielić na odcinki, albo wybrać jej fragment. Tak właśnie zrobiliśmy i my tego lata. Niedziela, 14 sierpnia Jest niedzielny poranek, szósta rano, w środku długiego, sierpniowego weekendu. Piękny wschód słońca. Zaspana córka podwozi mnie i moją drugą połówkę na dworzec, na Intercity "Matejko". Szczecin-Przemyśl to prawie najdłuższa trasa kolejowa w Polsce. My jednak jedziemy nim tylko do Wrocławia, gdzie mamy przesiadkę. W tym roku urlop będzie "eko" - auto zostaje w domu, a my dojedziemy do Łaby pociągiem i rowerami. Benzyna droga, inflacja i kryzys paliwowy szaleją, więc cena za bilety kolejowe dla dwóch osób z rowerami (przezornie kupione z miesięcznym wyprzedzeniem) - jedyne 74,20 zł - cieszy. Jakaś ekstra promocja weekendowo-grupowa, bo cena bazowa była dwa razy wyższa. W pociągu haki na rowery (obok stojaków na narty!) i półki na sakwy. We Wrocławiu okazuje się, że TLK z Warszawy ma półtorej godziny opóźnienia, które dalej rośnie. Udaje nam się przebukować bilety na pociąg Kolei Dolnośląskich, ale w Sędzisławiu - gdzie mieliśmy spotkać się z zaprzyjaźnioną parą z Krakowa, będziemy godzinę później. Umawiamy się więc ze znajomymi w Kamiennej Górze, gdzie można coś zjeść przed dalszą drogą. Polregio KD nabity ludźmi i rowerami, dobrze, że jedziemy niedaleko. Okazuje się, że nasi przyjaciele mają awarię roweru - dosłownie rozsypała się sztyca siodełka. A tutaj niedziela i żaden serwis nie pracuje. Co za pech! Na miejscu, w Kamiennej Górze zastanawiamy się, czy uda się zablokować sztycę, która wpada do rury podsiodłowej. Wpadam na pomysł, aby wykorzystać butelkę Cisowianki do redukcji średnicy, oklejamy sztycę taśmą - i proszę! Prowizorka, bo prowizorka, ale dało się dojechać przynajmniej na nocleg w Czechach, a następnego dnia poszukać czynnego sklepu rowerowego z serwisem. Z Kamiennej Góry jedziemy do Krzeszowa bardzo wygodną i widokową DDR-ką. Góry na razie mamy tylko na horyzoncie. W Krzeszowie, w opactwie benedyktynek, trwają przygotowania do odpustu 15 sierpnia. Oglądamy zespół klasztorny i barokowy kościół: Dalej kierujemy się w stronę Chełmska Śląskiego. To urokliwe, nieco senne miasteczko, zdecydowanie na uboczu. Warto obejrzeć zabytkowy rynek i bardzo ciekawe, drewniane Domy Tkaczy z XVII wieku: Za Chełmskiem zaczyna się podjazd w stronę granicy. Ale nie jest ani bardzo stromy, ani szczególnie długi, więc jedzie się dobrze, nawet z sakwami. Ostatnia wioska po polskiej stronie to Okrzeszyn. Tutaj kończy się asfalt, a granicę pokonujemy szutrową drogą. Po czeskiej stronie dojeżdżamy do szosy, która na szczęście okazuje się niezbyt ruchliwa i spektakularnym zjazdem - mijając ośrodek narciarski Petrzikowice - dojeżdżamy do przedmieść Trutnova, gdzie mamy zarezerwowany nocleg. Do Łaby coraz bliżej. [cdn.]
    7 points
  11. Szwajcaria Bałtowska, jedna z najlepszych stacji narciarskich w Górach Świętokrzyskich. Przyjechałem tutaj pierwszy raz, aby sprawdzić jaka jest oferta narciarska, ale także jak można spędzić czas po nartach. Zaproszę Was na łyżwy, na spotkanie z dinozaurami, sprawdzę czy warto tu przyjechać kamperem oraz co oferują tutejsze wypożyczalnie.
    5 points
  12. Niedawno natknęłam się na opis szlaku rowerowego Magistrala Bobru na stronie kolegi @Wujot "Dolny Śląsk Rowerem". Planowaliśmy i tak krótki wypad do Jeleniej Góry, były dwa dni do zagospodarowania - może to jest jakiś pomysł? Wrzuciliśmy więc rowery do auta, a że w niedzielę rano nie bardzo mogłam chodzić, lecz mogłam jeździć - to wybraliśmy się z moją drugą połówką tą trasą w górę rzeki. Miało być rekreacyjnie, widokowo i na luzie. Magistrala Bobru jest zaklasyfikowana jako Euroregionalny Szlak Rowerowy - stąd skrót ER-6 na pomarańczowych tabliczkach (lub starszych biało-zielonych), który towarzyszył nam przez cały czas. Bardzo dobrze oznakowana w terenie - poza jednym miejscem, gdzie jakiś dowcipniś poprzekręcał drogowskazy i ze dwoma miejscami w terenie, gdy trzeba było skonfrontować mapy.cz, można było jechać na znaki. Cała trasa ma ok. 120 km długości od granicy polsko-czeskiej w okolicach Lubawki do Bolesławca i dość urozmaicony charakter. Tuż za rogatkami miasta można było podziwiać piękną panoramę Karkonoszy, po których wędrowaliśmy w poprzednie dni, w tym oczywiście Śnieżkę: Kilka kilometrów pedałowania i zbliżamy się do Rudawskiego Parku Krajobrazowego. Rudawy Janowickie "odkryłam" rok temu, w czasie rodzinnego wyjazdu, gdy chodziliśmy głównie pieszo po szlakach, teraz przyszła kolej na poznanie ich z siodełka. Na początek - dwa wspaniałe pałace w Łomnicy i w Wojanowie. Ten pierwszy udostępniony jest do zwiedzania, w tym drugim mieści się luksusowy hotel. Obydwa otoczone są pięknymi ogrodami, malowniczo położonymi nad rzeką. Łomnica: i Wojanów: Po przejechaniu mostu docieramy do trzeciego pałacu - w Bobrowie - który niestety jest w kompletnej ruinie, szkoda: Trasa trzyma się bardzo blisko rzeki, wykorzystując lokalne, boczne drogi o znikomym natężeniu ruchu. Jedzie się bardzo dobrze, a widoki? Sami zobaczcie! W Janowicach Wielkich zatrzymujemy się na piknik na półwyspie przy ładnie zagospodarowanym stawie w centrum wioski: Potem wracamy na szlak, który na chwilę odchodzi od rzeki, płynącej ponoć głębokim i wąskim przełomem. Szkoda, że nie ma tam szlaku rowerowego, tylko pieszy - teraz czeka nas za to najostrzejszy podjazd do Miedzianki. Ponad 1.5 km, na których trzeba pokonać 125 m wysokości. Można dostać zadyszki. Na górze można się posilić lub uzupełnić izotoniki w lokalnym browarze, tym razem jednak nie zatrzymujemy się tutaj. Zjeżdżamy w stronę Ciechanowic szutrową i asfaltową drogą, ale zdecydowanie gorszej jakości niż podjazd. I kolejny most na Bobrze: Znajdujemy w Ciechanowicach również pałac, ale że wstęp na ogrody kosztuje aż 30 zł od osoby, to nie decydujemy się na zwiedzanie, tylko zaglądamy po drodze przez murek: Tak malowniczo się jedzie: Dojeżdżamy do Kamiennej Góry - pora na drobne zakupy spożywcze na stacji benzynowej (niedziela). Samo miasteczko nie robi na nas jakiegoś wybitnego wrażenia. Szlak prowadzi trochę bokiem, możliwie blisko koryta rzeki, gdzie od czasu do czasu można zobaczyć jakieś stare urządzenia hydrotechniczne: Na odcinku do Lubawki trzy razy przeprawiamy się przez plac budowy drogi ekspresowej S3 - na szczęście jest weekend i nikt tam nie pracuje: Ostatnie kilometry przed Lubawką prowadzą śliczną drogą przez Janiszów i Błażkową - Bóbr jest tutaj ledwie szerszym strumykiem: I w końcu dojeżdżamy do Lubawki. Mamy jeszcze trochę czasu do odjazdu pociągu, więc kręcimy się trochę po rynku i okolicach - ładna, historyczna zabudowa, choć mocno zaniedbana, a samo miasteczko sprawia wrażenie sennego i wyludnionego. Fasadę ratusza zdobi figura św. Krzysztofa - patrona podróżników, więc pewnie i rowerzystów? Ale prawdziwą osobliwością Lubawki jest dworzec. Budynek wywalony w kosmos - monumentalnych gabarytów dworca sporego miasta wojewódzkiego. Obecnie niszczejący pustostan, a do jedynej linii kolejowej, łączącej czeski Trutnov ze stacją Sędzisław trzeba przedzierać się bokiem przez jakieś krzaki: Sam pociąg też jest ciekawy - czeski spalinowy wagonik, warczący jak traktor i sapiący jak stary autobus: W Sędzisławiu przesiedliśmy się do pociągu Kolei Dolnośląskich - niemiłosiernie zatłoczonego sprintera "Chojnik". Oczywiście miejsca dla rowerów były pozajmowane przez innych podróżnych, więc staliśmy wciśnięci w przejście koło WC. Dawno nie podróżowałam w tak nabitym ludźmi pociągu - dobrze, że to tylko pół godziny do Jeleniej Góry. I mapka:
    4 points
  13. Świetny, kameralny i wysoki... Taki jest Sportgastein! Niesamowite trasy, cudowne widoki - co więcej dodać? Byłem zachwycony tym miejscem! Relację znajdziecie pod poniższym linkiem: Tutejsze czarne trasy robią wrażenie! Lotniska: No i tutejszy szczyt został również zdobyty marboru
    4 points
  14. Harakiri - kto nie słyszał o tym stoku?! W trzecim dniu w dolinie Zillertal, zapraszam Was na Penken - tereny narciarskie nad Mayrhofen. Wspaniałe widoki, słynna trasa Harakiri oraz słońce przez cały dzień - to atrybuty regionu Mountopolis! Byliście tam? Nie ważne... zapraszam tych co byli tych co może się tam wybiorą... warto!
    3 points
  15. Pomysł zrealizowany, jedna z tras MTB w pobliżu Krynicy Zdrój przejechana. Sprawdzony też jeden z singli w Słotwiny Arena, wiecie taki zielony, dla takich „leśnych dziadków” jak ja 😉. Na wycieczkę wybrałem „Karola” - jedną z oznakowanych tras przygotowaną pod rowery górskie. Karol, to najdłuższa 22km i o największym przewyższeniu 975m, proponowana w Krynicy wycieczka. Trasa świetna. Jest trochę podjazdów, szczególnie na Jaworzynę, długi, mogący się dać we znaki udom. Bardzo ciekawe odcinki, to zjazd z zachodniego zbocza Holicy – miejscami prawie jak dobry singiel z kamienistą, urozmaiconą korzeniami końcówką. Drugi świetny odcinek, przypominający singiel, to zjazd w okolicach Przysłopu – sporo kamieni, korzeni oraz wypłukanych kolein. Większość trasy biegnie w lesie, więc dzisiejszy upał nie był specjalnie upierdliwy, choć dojeżdżając na szczyt Jaworzyny lało się spod kasku jak z wiadra 😉 Po 22 km dojechałem pod wieżę przy górnej stacji krzesła w Słotwiny Arena. Tu rozpoczynają się cztery single: zielony, dwa niebieskie i czerwona Dzida. „Dzidę” zostawiam tym, którym się jeszcze nie zapala „czerwona lampka”. Ja gustuję w kolorach trawy i nieba 😊. Niestety jeździło mi się dziś jak z zaciśniętymi heblami, a to wynik majowego bardzo bliskiego spotkania z asfaltem. Postanowiłem się przespać z tematem i jutro jeszcze raz sprawdzić, czy moje hebla da się trochę popuścić 😉
    3 points
  16. Trzeci dzień mojego pobytu w Chorwacji i trzeci vlog, w którym zachęcam Was do zwiedzania chorwackich wysp na rowerze. Po wizycie na wyspie Hvar, wcześnie rano, środkiem transportu morskiego, dostałem się do portu Bol - urokliwego miasteczka położonego na wyspie Brač. Tu czekał już na mnie rower, którym udałem się w liczącą ponad 25 km wspinaczkę na najwyższy szczyr chorwackich gór, liczącą 778 m Vidovą Gore.
    2 points
  17. Ośrodek narciarski Sportgastein zamykający dolinę Gastein, to mały, bardzo atrakcyjny teren narciarski dla ambitnych narciarzy. Czerwone i czarne trasy oraz tereny do jazdy w puchu, to idealne miejsce dal narciarzy, którzy szukają ciekawych i wymagających tras. W dolinie Gastein, po intensywnym dniu na nartach, odpoczniemy w Alpentherme, nowoczesnym kompleksie basenów termalnych, które znajdują się w miejscowości Bad Hofgastein.
    2 points
  18. Jak zwykle coś... ...co? Tym razem złośliwość przedmiotów martwych i awaria komputera. Miał być pisany blog "online" i niestety nie wyszło. Relację z podróży z @JC pisałem na telefonie - ehhh jak ja nie lubię tego robić, a ile pewnie błędów z tego pisania powstało. Wolę do tego samemu nie wracać, bo przecież edycji postów nie ma po takim czasie By zachować kontynuację bloga zamieszczę po kilka zdjęć z odwiedzonych miejsc oraz powstawiam linki dla osób, które relacji nie czytały, a zaglądają do mojego kącika na forum. Pierwsze trzy dni, to ośrodek Hochkonig. Geneza wyjazdu, hotel oraz skitury znajdziecie pod linkiem: Tak, tak... zdarzył mi się kolejny epizod skiturowy! Później było już narciarstwo trasowe i swoista tortura... Sztruksik O tym przeczytacie, tu: Kolejny dzień "na tronie:": I przenosiny do Gastein. W królewskim ośrodku jak widać było królewsko iiii? Cudnie było się tu zjawić ponownie marboru
    2 points
  19. Ostatni dzień mojego pobytu w dolinie Val Rendena postanowiłem spędzić w trzecim ośrodku regionu Campiglio Dolomiti di Brenta - Pinzolo. Dojechałem tam gondolą, która łączy Pinzolo z Madonną. Pogoda, jak do we Włoszech, była doskonała. Szybko oskoczyłem najlepsze trasy i wróciłem do Madonny, gdzie po lunchu w restauracji Patascoss, wybrałem się na popołudniową wędrówkę na rakietach śnieżnych, aby zakończyć dzień, przy zachodzącym słońcu, w przepięknie położonym schronisku Malga Ritorto.
    2 points
  20. Początkiem listopada wybrałem się kamperem do Austrii. Po wizycie na wszystkich tyrolskich lodowcach, postanowiłem odwiedzić pozostałe trzy austriackie lodowce. Swoją podróż rozpocząłem od dojazdu do Kaprun, gdzie następnego dnia wybrałem się na jedyny w Salzburgerlandzie, lodowiec Kitzsteinhorn. Po drodze opowiadam i podpowiadam, gdzie i za ile kupić winietę oraz jak zaoszczędzić na tankowaniu. Zapraszam na pierwszy z serii filmów: Kamperem na narty.
    2 points
  21. "Odkryj nieznane"- ty cykl filmów jakie nagrywam w Południowym Tyrolu we Włoszech, w którym chciałbym przybliżyć Wam mniej popularne w Polsce ośrodki narciarskie. Jest bowiem wiele, bardzo ciekawych miejsc, które warto odwiedzić i spędzić tam kilka, świetnych narciarskich dni. Takim ośrodkiem jest, położony na przełęczy Reschenpass, tuż przy granicy austriackiej ośrodek narciarski Schoeneben / Belpiano. Wspólny skipass z Nauders daje nam możliwość jazdy po 130 km tras narciarskich, ale jakich! Zapraszam do oglądania - "Odkryj nieznane"
    1 point
  22. Przed Wam Vlog nr 200! Zapraszam na drugą część mojej narciarskiej podróży po Mountopolis. Z Penken udaję się na Eggalm, a następnie Rastkogel. W trakcie całej wycieczki towarzyszą mi wspaniałe widoki na doliny Zillertal i Texertal z lodowcem Hintertux w tle. Odwiedzę też doskonałą restaurację Granatalm, w której oprócz delektowania się smacznym jedzeniem, zastanawiam się, czy mogłyby zrealizować film razem z Robert Makłowicz ? Co o tym myślicie?
    1 point
  23. W ostatni dzień czerwca odwiedziłem lodowiec Hintertux w dolinie Zillertal, aby nagrać dla Was vlog, o tym jak wyglądają "Narty latem". Film jest rodzajem poradnika, z którego osoby, które nigdy nie były na nartach w lecie, dowiedzą się jakie warunki panują na lodowcach, jakiej pogody można się spodziewać, jak się przygotować do wyjazdu i co ze sobą zabrać. Zapraszam na letnie wydanie lodowca Hintertux.
    1 point
  24. Hotel Czarny Groń, to doskonałe miejsce na aktywny wypoczynek. W pobliżu mamy szeroki wybór szlaków pieszych po Beskidzie Małym, które także można wykorzystać jako doskonałe trasy rowerowe. Ruch turystyczny jest tu znacznie mniejszy niż w Beskidzie Żywieckim lub Śląskim, co sprawia, że spokojnie i bez bezpiecznie będziecie mogli wspinać się na okoliczne szczyty. Ja zaplanowałem trasę z Rzyków przez Czarny Groń, Potrójną, Leskowiec z powrotem pod hotel Czarny Groń. Drugiego dnia moje pobytu zaplanowałem trasę po bardziej płaskich terenach położonych na północ od Andrychowa, która niestety został nagle przerwana.
    1 point
  25. Przed Tobą druga część filmu z mojego wyjazdu na chorwacką wyspę Hvar. Po wizycie w miejscowości Stary Grad przejechałem do wioski Dol, gdzie w Konobie Kokot miałem przyjemność doświadczyć chorwackiej gościnności w trakcie lunchu. Było co zjeść i to bardzo dobrze zjeść. Myślę, że Pan @Robert Makłowicz byłby usatysfakcjonowany jakością i ilością potraw. Następnie, z obniżonym środkiem ciężkości, przejechałem przez równinę Stari Grad - starożytne rolnicze tereny Hvaru i zakończyłem swój długi, rowerowy dzień w miejscowości Jelsa.
    1 point
  26. Chorwacja, to nietypowy, jak dla mnie, kierunek. Jednak pojeździć rowerem po chorwackich wyspach w maju, kiedy turystów brak, a pogoda wręcz wymarzona... to wręcz dokonały pomysł. Na zaproszenie strony chorwackiej miałem przyjemność sprawdzić, jak przygotowane są dwie wyspy Dalmacji - Hvar i Brać, na przyjęcie aktywnie wypoczywających na rowerach. Z wyspy Hvar materiału uzbierało się dość sporo, więc podzieliłem go na dwie części. Zapraszam na pierwszy odcinek, miłego oglądania. Przewodnik i wypożyczania rowerów na wyspie Hvar: Natural Hvar Tours Grgo Matković https://naturalhvartours.com/
    1 point
  27. Zieleniec Sport Arena, ośrodek narciarski, który pewnie wielu z Was zna lepiej niż ja. Mam jednak nadzieję, że vlog przypomni Wam trasy, po których jeździliście, a osoby, które nie znają Zieleńca zachęci do odwiedzenia. Tym bardziej, że aktualne warunki narciarskie oraz marcowe słońce to idealne połączenie, które docenia każdy narciarz.
    1 point
  28. Co powiesz na noc w iglo? Taka możliwość jest na lodowcu Presena w Trentino. Gdzie szukać noclegu w śniegu na wysokości ponad 2700 m n.p.m. i ile to kosztuje dowiesz się z tego vloga. Zobaczysz także "czarną" trasą Paradiso, którą na zjechać z lodowca na przełęcz Tonale oraz zabiorę Cię do nietuzinkowego miejsca, w którym można zjeść dobry lunch.
    1 point
  29. Madonna di Campiglio... nazwa właściwie mówi wszystko. To jeden z najlepszych ośrodków narciarskich w Dolomitach, najlepszych we Włoszech. Madonnę odwiedziłem po wielu latach przerwy. Zamówiłem więc All Inclusive - doskonałą pogodę i wspaniale warunki narciarskie, a do tego smaczne jedzenie i coś, co najlepiej opisuje stwierdzenie Dolce Vita. Zapraszam Was do Campiglio Dolomiti di Brenta.
    1 point
  30. W dolinie Ahrntal, w Południowym Tyrolu (Włochy) byłem dokładnie dwa sezony wcześniej. Niestety i tym razem pogoda nie była dla mnie łaskawa. Jednak udało mi się nagrać materiał, który mam nadzieję, Was zainteresuje. Dzień zacząłem od Speikboden, a następnie przeniosłem się w głąb doliny na trasy ośrodka Klausberg.
    1 point
  31. Lodowiec Dachstein, to ostatni, ósmy ośrodek narciarski w Austrii, gdzie można jeździć na nartach na lodowcu. Najmniejszy ze wszystkich, ale jaki urokliwy. Tras narciarskich jest tu najmniej, ale lodowiec "oferuje" coś więcej. Co? Zapraszam do oglądania vloga.
    1 point
  32. Lodowiec Moelltaler w Karyntii, to siódmy z austriackich lodowców, jaki odwiedziłem w trakcie mojej listopadowej podróży po Austrii. Moelltaler, to ośrodek narciarski, którego nowym właścicielem jest słowacka spółka TMR. Dlatego na lodowcu można korzystać ze znanego ze Szczyrku - GoPassu. Moelltaler, to także jeden z najbliżej położonych od naszej południowej granicy lodowców. Jakie warunki oferuje, jaka jest tam infrastruktura, dowiesz się z tego filmu. Zapraszam.
    1 point
  33. Zapraszam Was na lodowiec Kitzsteinhorn w Kaprun. W niedzielny poranek, wcześnie, zebrałem się z kampingu i pojechałem na parking pod lodowcem. Jako, że był weekend było sporo chętnych do jazdy na nartach. Oczywiście pojeździłem trochę, ale wybrałem się także do wnętrza, dosłownie, góry Kitzsteinhorn, aby pokazać Wam Gipfelwelt 3000, oraz panoramę na najwyższe szczyty Austrii z Grossglocknerem na czele.
    1 point
  34. Ten film będzie trochę inny. Nie będzie nart, ale będzie o nartach, o wyjeździe na narty kamperem. Kilka informacji dla wybierających się kamperem na narciarski wyjazd, kilka o kampingu, na którym zatrzymałem się w Kaprun, oraz kilka o samym Kaprun. Będą też moje wspomnienia ze wspaniałej imprezy, w jakiej miałem przyjemność brać udział, kilka lat temu. Zapraszam do oglądania.
    1 point
  35. Już by się pojechało, już by się poszusowało... Pitztal - październikowe wspomnienie z zeszłego roku. Winter is coming! Short ski.MP4 marboru
    1 point
  36. <Dzień 0> Kicha kompletna z sezonem. Polityka pozazdrościła wirusowi zjadliwości i zrobiła w Polsce chaotyczny, niekonsekwentny i trudny na razie do przewidzenia burdel. Taka polska myśl trenerska. Wszystkie moje listopadowe i grudniowe plany zmiotła druga fala, a teraz podobny los spotkał plany styczniowe, przy czym szkodnik jest znany i widoczny, zbyt widoczny. Żeby cokolwiek uratować wybraliśmy się do jedynego miejsca, gdzie ten zakazany, straszliwie niebezpieczny, zagrażający ludzkości, a może nawet i wszechświatowi sport jest jeszcze dozwolony. Koszty szwajcarskie są słynne ze swojej toksyczności, ale jak sobie policzyłem ile pieniędzy nie wydałem... to zrobiło się trochę lżej. Wybór Matterhornu był przypadkowy, nigdy nie jeździłem na nartach w Szwajcarii i zamiast researchu poczytałem kilka forów i stanęło na Zermatt. Start z domu, godzina nienormalna: Jadąc na zachód wschód mieliśmy za plecami: W Niemczech pusto, mało samochodów, zero policji, w CoffeeFellows pusto, kawa jak zwykle beznadziejna. Tranzyt przez Niemcy nie podlega żadnym reglamentacjom, nikt niczego nie chce, o nic się nie pyta. ON za 1,06 euro na każdej stacji benzynowej w każdej dziurze po zjechaniu z autostrady. Wjazd do Szwajcarii z korytarza nieposiadających winietki prowadzi do sympatycznej pani z maseczką, która z gracją strażnika więziennego tylko pyta w którym rogu po lewej przykleić winietę, po czym przykleja ja osobiście (w zasadzie przybija), kasuje 40 franków i jesteście wolni. Natomiast zero pytań o gorączkę, objawy, skąd jedziecie, dokąd, po co? Pełny spokój. W międzyczasie przed nami zachód, taki szwajcarski: Jadąc na południe przejeżdżając Berno dojeżdżamy do Kandersteg i dojeżdżamy do okienek, takich jak na przykład na Brennero. Płacimy 29,5 franków za jakiś przejazd, jedziemy dalej i wjeżdżamy na platformę, nagle stajemy i nic. Panamera przed nami gasi silnik. Nie można wyjść z auta, bo nie można otworzyć drzwi na tyle szeroko. Po 5 minutach coś zgrzytnęło, szarpnęło i cała ta długaśna platforma ze śmiesznymi daszkami zaczyna się ruszać. Scena jak z Top Secret. Prawdę mówiąc, coś tam wiedziałem mniej więcej co mnie czeka, kilka dobrych rad usłyszałem przed wyjazdem, ale dla dodania dramatyzmu to tak jakbym nie wiedział. j Jazda pociągiem prowadzi z Kandersteg do Goppenstein i trwa kilkanaście minut, platforma jeździ co pół godziny. A to wszystko dlatego, że nie ma drogi przez przełęcz Lötschen. Jakieś pół godziny przed naszą kolejową przygodą przywitały nas wysokie góry: Podróżując do Zermatt można dojechać swoim samochodem najdalej do miejscowości Täsch dwa kilometry przed naszym celem. W Zermatt jeżdżą tylko pojazdy elektryczne. Śmierdzące spalinowozy zostają na kilku parkingach w Täsch. Potem trzeba swoje bagaże wziąć na plecy i albo załadować się do taksówki, bądź busa, akurat w niedzielny wieczór nie przewidziano takowej, albo kupić bilet na Zermatt Shuttle, czyli na pociąg za 8,20 i po kilku minutach wysiąść w Zermatt. Zdecydowanie jedziemy do Zermatt: To tyle na razie, jest 20.00. Cała podróż z tankowaniem, jedzeniem, sikaniem, doświadczeniami kolejowymi trwała 15 godzin. Ale czego się nie robi.
    1 point
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2021
×
×
  • Create New...