Kowalczyk: Nigdy więcej Alpe Cermis!
Morderczy podbieg na Alpe Cermis po raz kolejny okazał się dla Justyny Kowalczyk bardzo szczęśliwy. Tuż po jego rozpoczęciu Polka zaczęła dyktować wysokie i równe tempo, którego z czasem nie wytrzymała Marit Bjoergen. Bartosz Rainka w korespondencji z Val di Fiemme

- Najważniejsze było odpowiednie rozłożenie sił. Przyznała po biegu Kowalczyk.
- Dopiero na mecie poczułam, że wygram dzisiejszy bieg. Nie planowałam dziś żadnych ataków. Od początku podbiegu miałam po prostu narzucić swoje tempo. Uznaliśmy, że będzie ono wyższe niż tempo Marit. W żadnym wypadku nie mogliśmy dopuścić do wspólnego finiszu. Okazało się, że mój rytm był na tyle wysoki, że nie musiałam wcale Bjoergen uciekać- potwierdziła polska biegaczka. Po przekroczeniu linii mety czułam przede wszystkim zmęczenie. Taktyka okazała się skuteczna, ale ostatni kilometr był dla mnie wyjątkowo trudny, dodała.
Skrupulatne wypełnianie nakreślonego planu nie byłoby możliwe, gdyby nie koncentracja i "chłodna" głowa w czasie biegu.
- Tak jak mówiłam w sobotę, najważniejsza będzie głowa. Moja była dzisiaj znakomita i dzięki temu udało mi się wygrać. Próbowałam dobrze rozłożyć siły i nie dać się ponieść emocjom. Bardzo odpowiada mi nachylenie na początku Alpe Cermis [12%, przyp. red.]. Tu nie ma miejsca na błędy. Na podbiegu nie ma zjazdów, tu się nie odpocznie. Dlatego rozłożenie sił jest tak ważne. Bardzo pomogli mi również polscy kibice. Na ostatnim kilometrze bardzo mocno mnie wspierali. Bez przerwy słyszałam: "Justyna, dawaj, dawaj!".
