Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 08.06.2013 w Odpowiedzi
-
Piękna tatrzańska trasa + niesamowita piosenka Pearl Jam. [video=youtube;rMlVWm838Xk] ...no i jeszcze kilka słów na temat tatrzańskich, najtrudniejszych tras: Mit Grońskiego Niewiele jest miejsc w Tatrach Wysokich, które działają na wyobraźnię narciarza bardziej, niż Zachód Grońskiego. Jeden z najtrudniejszych zjazdów tatrzańskich, który aż jedenaście lat czekał na powtórzenie, dla wielu narciarzy wydaje się być poza zasięgiem zwykłego śmiertelnika. Czasem jednak warto skonfrontować mit z rzeczywistością. Narciarstwo ekstremalne w Tatrach nie ma zbyt wielu orędowników. Powodów jest zapewne kilka. Po pierwsze najtrudniejsze, eksponowane zjazdy to tak naprawdę igra-nie ze śmiercią - przy braku solidnej asekuracji najmniejszy błąd można przypłacić śmiertelnym upadkiem. Po drugie parko-we przepisy nie do końca regulują kwestię tego typu aktywności. Wiadomo, że na nartach można się poruszać wzdłuż szlaków turystycznych lub w ich bezpośrednim sąsiedztwie - wybierając najbezpieczniejszy wariant. A co z drogami taternickimi? Jeżeli wiosną można się w Tatrach wspinać, to wydaje się najzupełniej logiczne, że można także zjeżdżać na nartach drogami wspinaczkowymi. Wszak narciarstwo ekstremalne to raczej rodzaj taternictwa, niż turystyki narciarskiej. Tutaj zdania są jednak podzielone - nawet, wśród pracowników parku. Dlatego zawsze warto brać pod uwagę perspektywę zapłacenia mandatu. Jest jeszcze jedna kwestia - sezon narciarski w Tatrach formalnie kończy się z końcem kwietnia, a właśnie wtedy w wielu żlebach zaczynają się najlepsze i najbezpieczniejsze warunki do zjazdów. W narciarskiej eksploracji Tatr bardzo pomógł przewodnik Narciarstwo wysokogórskie w Polskich Tatrach Wysokich Karola Życzkowskiego i Józefa Wali, który ukazał się trzy lata temu nakładem Sklepu Podróżnika. Opisano w nim ponad sto zjazdów tatrzańskich, wyceniając je w skali od 0 do 6. Od dwóch sezonu konsekwentnie podnosiłem sobie poprzeczkę, zjeżdżając m.in. z Pośredniej Turni do Świnickiej Kotlinki (+3), z Rysów do Kotła pod Rysami (+3), z Głaźnych Wrótek do Dolinki za Mnichem (-4), ze Świnicy na Świnicką Przełęcz (-4) i z Kościelca Żlebem Zaruskiego (+4). Działałem także po słowackiej stronie Tatr, zaliczając zjazdy m.in. z Zawraciku Rówienkowego, Rohatki, Czerwonej Ławki, Świstowego Szczytu, Baranich Rogów i Wysokiej. Wiosną tego roku postanowiliśmy porwać się na pierwszą „piątkę”. Wybór padł na Hińczową wprost. Odpinając nar-ty nad brzegiem Morskiego Oka zgodnie uznaliśmy, że jest to jeden z najpiękniej-szych zjazdów narciarskich w Tatrach. Chwile później,siedząc na drewnianej barierce przed schroniskiem spoglądaliśmy w kierunku Wołowego Grzbietu i zastanawialiśmy się, jak bardzo tatrzańska „piątka” różni się od „szóstki”. Czy Zachód Grońskiego jest rzeczywiście poza naszym zasięgiem? Niektóre zjazdy, podobnie jak niektóre drogi wspinaczkowe, obrasta-ją legendą i stopniowo zaczynają obrastać nimbem niemożliwości. Podobnie było z Zachodem Grońskiego. Kiedy po jedenastu latach wyczyn Piotra Konopki powtórzył Edek Lichota, jego zjazd odbił się głośnym echem w środowisku. Kolejnych „wariatów” jednak nie przybywało. Ale legendy są po to, żeby się z nimi mierzyć. A jak to zwykle w takich wypadkach bywa – najtrudniej jest spróbować. My spróbowaliśmy. 19 maja dokładnie w moje 31. urodziny lustrowaliśmy z Kotła pod Rysami linię zjazdu. Plan był prosty. Podchodzimy za-chodem na Małą Wołowa Szczerbinę, wiedząc, że w każdej chwili możemy zawrócić. Jeżeli już uda nam się wyjść, to przecież nie będziemy schodzić z nartami na plecach. Trzeba będzie zjechać. Początek podejścia nastawił nas optymistycznie – stromy żleb w dolnej części wyglądał bardzo zachęcająco. Później jednak nie było już tak fajnie. Pokonanie ciągnących się w nie-skończoność stromych pól śnieżnych, pod-ciętych progiem opadającym do Wyżniego Czarnostawiańskiego Kotła, zmęczyło nas psychicznie. Buty obsuwały się w miękkim śniegu, a czekan dawał niezbyt pewną asekurację. Było stanowczo za miękko. Narty zostawiliśmy dziesięć metrów pod przełęczą, bo resztka śniegu na ostatnim odcinku nie nadawała się do zjazdu. Wbicie się w wiązania po krótkim odpoczynku zmieniło perspektywę. Stwierdziliśmy, że na nartach czujemy się tutaj znacznie pewniej i powoli stres ustępował miejsca adrenalinie. Pierwszy odcinek trawersu pokazał, że narty dość pewnie trzymają się stoku, chociaż przy okazji spuściliśmy do kotła sporo mokrego śniegu. Nabraliśmy pewności siebie. W górnej części zjazd był dziwny – eksponowany trawers urozmaicały dwa kilkumetrowe podejścia na nartach i dwa odcinki stromego, podciętego stoku, na którym można było trochę pokręcić. Na jednym z odcinków trawersu niespodziewanie zapadł się pode mną śnieg i obsunąłem się kilka metrów, hamując nartami na skałach. Patrząc niepewnie w dół kotła stwierdziłem, że miałem naprawdę sporo szczęścia. Pokonanie żlebu w dolnym odcinku było już czystą przyjemnością. Spoglądając z Kotła pod Rysami w kierunku Wołowe-go Grzbietu zdaliśmy sobie sprawę, że w przeciwieństwie do zjazdu z Hińczowej Przełęczy, pokonanie Zachodu Grońskie-go było typowym wyczynem. Zdecydowanie bardziej wymagającym od strony psychicznej, niż technicznej i nie obfitującym w zbyt wiele momentów dających czystą przyjemność jazdy. Wyczynem, którego raczej nie zamierzamy powtarzać. Tym bardziej, że w Tatrach jest jeszcze kilka „szóstek”, z którymi chcielibyśmy się zmierzyć. Tatnańskie „szóstki” W przewodniku Narciarstwo wysokogórskie w Polskich Tatrach Wysokich Karola Życzkowskiego i Józefa Wali, najwyższą wycenę zyskało pięć zjazdów. Są to - licząc od wschodu: Z Małej Wołowej Szczerbiny Zachodem Grońskiego, trudność 6. Pierwszy zjazd: Piotr Konopka, 4 czerwca 1994 Z Mięguszowieckiego Szczytu Czarnego przez Wyżni Czarnostawiański Kocioł, trudność 6. Pierwszy zjazd: Piotr Konopka, 11 maja 1994- (zdejmując narty). » Z Mięguszowieckiego Szczytu Czarnego przez Kazalnicę Mięguszowiecką i Wiszący Kociołek, trudność 6. Pierwszy zjazd: Edward Lichota, 18 lutego 2001. Z przełączki w pn.-wsch. Grani Cubryny na Zadnią Galerię Cubryńską, trudność 6. Pierwszy zjazd: Tomasz Gąsienica-Mikołajczyk i Edward Lichota, 24 kwietnia 2000. Z Zadniego Kościelca Wariantem H drogi Stanisławskiego, trudność 6. Pierwszy zjazd: Edward Lichota, marzec 2003 (ze zdjęciem nart). Autor: Narciarz - Michał Kowalski3 punkty
-
A moje to: parking przy stacji wyciągu ,utwardzony a nie jakieś błotne poletko wyciąg krzesełkowy dwie,trzy trasy najlepiej o przewyższeniu powyżej 400m przepraszam za ten wtręt ale również czyste wc zlokalizowane tak aby nie trzeba było po skorzystaniu podchodzić do wyciągu lub trasy(jak to np. jest na dolnej goryczkowej) BRAK KOLEJEK ale nie linowych tylko tych do wyciągu1 punkt
-
Moje wymygania - jest ich niewiele: 2 trasy - średnie nachylenie i strome wyprzęgane krzesełko codziennie ratrakowane trasy godziny otwarcia: 8.00-16.00, ewentualnie jazda nocna po wyratrakowaniu asfaltowa droga dojazdowa długość trasy ok. 1,5 km najważniejsze dla mnie to utrzymanie stoku w dobrym stanie - zatrudnienie profesjonalistów do przygotowania, odpowiednie nachylenie i krzesełko wyprzęgane co do gastronomii i wypożyczalni - są zbędne igielit w lecie też by nie zaszkodził EDIT: tyczki na trasie, jak wspomniał marboru- to fantastyczny pomysł - chciałem pojeździć na tyczkach, ale nie miałem jeszcze okazji. Warto je ustawić, bo pewnie przyciągną pewną grupę narciarzy1 punkt
-
Najpierw znalazłem filmik na internecie... ...niesamowity filmik pełen puchu: [video=vimeo;67639750] Potem mapę tego japońskiego ośrodka narciarskiego, przypominającego nieco Kronplatz. Raj dla narciarzy free: A jeszcze później na jednej ze stron snowboardowych relację z wyprawy do tego miejsca. Oto ona: Japońska podróż Zapłaciłem prawie połowę ceny swojego biletu do Japonii za nadbagaż, ale cóż było począć – sprzęt fotograficzny swoje waży. Wraz z Christophem Schmidtem właśnie wróciliśmy z Olimpiady w Vancouver. Przesiadka z jednego długodystansowego lotu na drugi zdecydowanie pomaga w późniejszym zaśnięciu w klasie turystycznej. Dzięki czemu czas jakoś szybciej leci... ...W końcu dotarliśmy do Tokio. Następnym naszym krokiem był transfer na lotnisko lokalne, gdzie niestety szykowała się ponowna odprawa moich bagaży oraz, prawdopodobnie, kolejna dopłata za przeładowanie. Stojąc przy stanowisku linii Nippon Airways starałem się wymyślić, jak zredukować wagę bagażu. W momencie kiedy obsługująca mnie kobieta odeszła na chwilę ze swojego stanowiska, postanowiłem spróbować przesunąć torbę na skraj wagi tak, żeby część ciężaru oparła się na otaczającej ramie. Niestety, kobieta wróciła bardzo szybko, a bagaż pozostał w pierwotnym położeniu. Jednak, ku mojemu zdziwieniu okazało się, że wyświetlacz wagi pokazał jedynie 13 kg, podczas gdy moja torba w rzeczywistości ważyła grubo ponad 30. Kobieta uśmiechnęła się i zapisała na karteczce 13 kg. Nie zmieniło tego nawet to, że ledwie dała radę ją unieść, przekładając ją na przenośnik taśmowy. W końcu uśmiechnęła się ponownie. I to właśnie jest Japonia – nikt tu o nic nie pyta, a ty zawsze masz rację. Następnego ranka spotkaliśmy się z Shaynem Pospisilem oraz Frederikiem Evensenem, którzy przybyli do Sapporo promem. Kupiliśmy trochę ryżowych przekąsek na drogę i ruszyliśmy prosto w stronę gór. W miarę jak zbliżaliśmy się do nich, przybywało śniegu, a drogę otaczały coraz wyższe śnieżne ściany. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się nawet, aby sprawdzić warunki – Christophe musiał wspiąć się na dach naszego mini vana, aby dostrzec cokolwiek ponad zaspami śniegu. Warunki były obiecujące nawet w tym miejscu, ale postanowiliśmy jechać dalej, do kurortu o nazwie Asahikawa, znanego bardzo dobrze z filmu „In Short”, wyprodukowanego przez Blank Paper. Góra, na zboczach której mieści się Asahikawa, jest wulkanem. Dostrzec można kłęby pary wydobywające się spod śniegu. Widok zapiera dech w piersiach, ale nie ma na co czekać, tylko przetestować miejscówkę. Pierwsze trzy zjazdy są obłędne! Śnieg sięgający po pas jest wyrzucany wysoko w górę przy każdym skręcie, a my po chwili mamy go wszędzie pełno – również w ustach. Gdy wróciliśmy na parking, spotkaliśmy tam Markusa Kellera oraz jego szwajcarską ekipę. Pomimo tego, że miejscówka ta jest znana na całym świecie, czujemy się dziwnie, spotykając na tym odludziu ziomków, których znamy. Wracamy na górę. Po drugiej stronie zbocza Eero Ettala odbywa sesję z Koskim oraz chłopakami z Euro Gap. Bierzemy nasze aparaty i ruszamy, aby udokumentować pierwsze skręty w tym ekstremalnie głębokim puchu. Zupełnie zapomniałem, gdzie spaliśmy podczas pobytu w Asahikawa, ale jedno co mogę powiedzieć na pewno to to, że to miejsce miało podgrzewane deski sedesowe. I możecie mi wierzyć lub nie, ale jest to bardzo dziwne uczucie, kiedy deska grzeje cię w tyłek. Postanowiłem nie sprawdzać do czego służy reszta nieznanych przycisków, ale nie mogłem się powstrzymać przed ciągłym wciskaniem guzika, który powodował odtwarzanie jakiegoś okropnego dźwięku, który pozwalał człowiekowi pierdzieć przy zachowaniu całkowitej prywatności. Następne dni przyniosły całkowitą odmianę. Zrobiło się ciepło i deszczowo. To jest niestety wielki minus Japonii – góry są tak blisko oceanu, że pogoda potrafi zmienić się z godziny na godzinę. Postanowiliśmy wykorzystać ten czas na poszukiwanie odpowiednich miejscówek. Spędziliśmy dwa wyczerpujące dni chodząc po okolicy, ale na szczęście każdego wieczoru czekało na nas hotelowe Spa, oferując możliwość pełnego relaksu. Japońskie Spa są naprawdę świetne, ze swoimi łaźniami parowymi i gorącymi źródłami. Japończycy wchodzą tam praktycznie zupełnie nadzy, jedynie z malutkimi ręczniczkami, które były chyba wielkości znaczka pocztowego. Wspinaczka w ciągu dnia, gorące Spa wieczorem oraz kilka japońskich piwek zawsze gwarantowały głęboki sen. W końcu postanowiliśmy zmienić miejscówkę i przenieść się do Niseko. Nie jestem do końca pewny, jak daleko jest z Asahikawy do Niseko, ale podróż zajęła nam prawie cały dzień. Zatrzymywaliśmy się praktycznie na każdej stacji i kupowaliśmy jakieś przekąski. I możecie mi wierzyć lub nie, ale każdy z nas musiał kupić cały ich zestaw i próbować po kolei, dopóki nie znalazł czegoś, co można było przełknąć. Nie jestem do końca przekonany, co było w połowie dań, które zjadłem w Japonii. I dobrze wam radzę – jeśli jakieś danie jest na obrazku, to bierzcie je w pierwszej kolejności, nigdy nie zgadujcie i lepiej nie eksperymentujcie! Niseko jest ogromnym kurortem, w którym większość tras jest sztucznie oświetlona, tak więc można jeździć również nocą. Po zameldowaniu się w hotelu, który usytuowany był w środku kurortu, udaliśmy się na parę zjazdów w ciemności. Stoki były stwardniałe od deszczu, ale bardzo dobrze przygotowane, co pozwalało na rozwijanie maksymalnych prędkości. Przez kolejne dni trochę sypało, więc staraliśmy się testować różne miejscówki. Niseko z pewnością miało najłatwiej dostępne tereny freeride’owe, jakie objeździliśmy podczas całej naszej wyprawy. Każdy dzień rozpoczynaliśmy typowym japońskim śniadaniem, które jak dla mnie było najgorszym z posiłków. Dostajesz do jedzenia rzeczy, które normalnemu europejczykowi nie za bardzo kojarzą się z szamką. A co powiecie na taką akcję, że będąc na stoku w japońskim kurorcie narciarskim, ktoś do was nagle podchodzi i mówi – „słuchaj, tam stoi pingwin, chcesz go zobaczyć?”. W pierwszej chwili myślałem, że robi sobie ze mnie jaja, ale po chwili przekonałem się, że jak najbardziej ma rację. Obrońcy praw zwierząt z pewnością by się nieźle przerazili – na śniegu stał samotny pingwin, którego ludzie mogli dotykać. Poza tym gęś, jastrząb oraz kilka innych zwierząt trzymanych w niesamowicie małych pudełkach. Tu po raz kolejny przekonaliśmy się, jak bardzo nasze kultury są od siebie odmienne. Podsumowując – wyjazd do Japonii był wspaniałym przeżyciem. Japończycy są niezwykle przyjacielscy i uczynni – czasami aż za bardzo. Pogoda może dać po dupie, ale gdy w końcu trafi się dobry dzień, dostajesz w zamian najlepszy śnieg, po jakim kiedykolwiek jeździłeś. Gdy choć raz wybierzecie się do Japonii zrozumiecie, dlaczego Japończycy fotografują wszystko co widzą, gdy są na wakacjach w Europie. Muszą przeżywać to samo, co my przeżywaliśmy będąc w Japonii. tekst: Christian Brecheis snowBoard MDS nr 50 Ot, taki zimowy przerywnik w wiosennej, deszczowej aurze...1 punkt
-
Nie licząc dziecięcego (miałem 12/13 lat) epizodu tzn. próby opanowania poruszania się na nartach ,, Rysy" bo jazdy było bardzo mało, zacząłem jeździć na poważnie w wieku lat49. Za mną 4 pełne sezony narciarskie. Jestem samoukiem, jakoś się zsuwam w swoim stylu i mam coraz większa frajdę z tego powodu. Już czekam na następny sezon:smile:Jak dla mnie zaczynasz wcześnie przygodę z narciarstwem. Tak jak inni namawiam do nart.1 punkt
-
No widzisz - akurat ja na Kronplatzu miałem mgłę Co do Kronplatz - nie bardzo wierzę w możliwość radykalnie odmiennej pogody w stosunku np. do austriackiego Sillian, Lienz czy innych w Osttirolu. Przecież Sillian jest w tej samej dolinie Na Chopoku miałem prawie zawsze ładną pogodę ...ale... jeździłem głównie na wiosnę kiedy jest tam na pewno śnieg a do tego przecież z Kraka mogę sobie wybrać dzień/dni - jechałem wtedy kiedy było warto. W Livigno za pierwszym razem OK, potem gorzej ...aż do odwołania wyjazdu. Indywidualne doświadczenia to jedno, i raczej mało obiektywne - statystyki pogodowe jakoś nie wykazują istotnych różnic. Tzn. owszem jest dużo, radykalnie więcej słońca w różnych włoskich rejonach ...ale w miesiącach letnich Kiedyś sprawdzałem jakieś serwisy - i w zimie to tylko kilka minut różnicy - w końcu bardziej na południe, szerokość geograficzna itp. Poza tym trzeba by porównywać porównywalne - a to trudne bo w Dolomitach masz jakieś realne 3,5 miesiąca sezonu (na Kronplatz powiedzmy że 4) - to nieco bardziej na północ, w Tyrolu masz min. 7 miesięcy jazdy... w tym sezonie nawet ponad 8! Tak czy owak: albo słońce albo śnieg*) - tertium non datur *) zamiast śnieg można podstawić mróz, który równa się naśnieżanie itd, jakkolwiek wolę to pierwsze czyli jazdę po naturalnym opadzie. OK, jeśli chodzi o cały rejon Zillertal to oczywiście mogę zrozumieć, ale Tux to w najlepszym wypadku jakaś 1/8 całej doliny, może mniej. Cała dolina to przecież "Eldorado narciarskie" jak dla mnie, do tego nieprzesadnie drogie, i niezbyt odległe. W tym sezonie spędziłem tam ...wiele dni, do tego słonecznych w większości, ...tylko ten Tux w chmurach siedział Co do Brixental czyli Skiwelt - są tacy co jeżdżą do Białki latami i mówią, że jest OK ...żartuję, bo skala i jakość jednak radykalnie inne Raz, że Skiwelt spory - 280 km tras, dwa, że blisko z Polski, trzy, że nie trzeba się ograniczać tylko do jednego ośrodka - rzut beretem jest sporo innych, mniejszych ale fajnych jak Kitzbühel, St. Johann, Fieberbrunn, Steinplatte, Alpbachtal, Wildschönau i parę innych, w dodatku do ogarnięcia na jednym karnecie.1 punkt







