Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 05.06.2016 w Odpowiedzi
-
5 punktów
-
Nadchodzi czas na ostatnią górę - piekielne Passo Fedaia. Do pokonania ponad 1km podjazdu, jednak nie sama wysokość robi trudność. Tą robi nachylenie. Pierwsze kilka kilometrów to jeszcze umiarkowana stromizna, ale zmęczenie i upał dają znać o sobie. Obok drogi odpoczywają zwierzaki... Skwapliwie korzystam z widoków, by zrobić jakąś przerwę. Nawet nie próbuję tego na raz podjeżdżać. Potem jeszcze małe wypłaszczenie, taka cisza przed burzą. Dojeżdżam do miejscowości Malga Ciapella. Tutaj żarty się kończą. Do szczytu pozostaje ponad 5km, średnio 11% (!). A co gorsza na początek długa prosta. Jak są serpentyny, jest łatwiej. Tu jedzie się prosto w górę stoku, którym w zimie jeździ się na nartach. W zimie wydaję się to płaską dojazdówką, na rowerze odczucia są skrajnie różne. Na koniec długiej prostej znajduje się knajpa Capana Bill, gdzie zaczynają się upragnione serpentyny. Ale łatwiej wcale się nie robi... Podjeżdżam bardzo mozolnie, co chwila się zatrzymując. W końcu widać już koniec męczarni, widać też ładnie to, co się już pokonało. Na przełęczy czuję się zniszczony przez tą "górę". Na szczęście już do samej kwatery wyłącznie z góry. Po drodze jeszcze rzut oka na masyw Marmolady. W te 3 dni objeździłem wszystkie okoliczne górki, które zamierzałem. W planie była jeszcze jedna wycieczka po okolicy (tym razem bez słynnych podjazdów), ale z racji nieco inaczej rozplanowanej podróży powrotnej, plany się nieco pozmieniały... więc zamiast 100% normy miało być 100% + coś extra Ale o tym później... Aaaa... jeszcze liczby dnia: 90km/3,67km4 punkty
-
Dzień trzeci, to lekkie zluzowanie - mniej kilometrów do przejechania i mniej podjazdów, ale za to ten najgorszy na koniec. Wszelkie opisy były w tej kwestii zgodne, zresztą zdążyłem już nim wcześniej zjechać, więc widziałem, że lekko nie będzie. Na początek jednak częściowa powtórka z pierwszego dnia, czyli mini zjazd do Canazei i od razu pod górę w kierunku Passo Sella/Pordoi. Piękna pogoda, więc i lepsze widoki niż 2 dni wcześniej na tej trasie. Mniej więcej w połowie podjazdu następuje rozwidlenie i zamiast jechać w kierunku Selli jak poprzednio, skręcam na Passo Pordoi. Ta przełęcz zarówno od tej strony jak i od strony Arabby, to taki fajny podjazd szkoleniowy. Długi, wymagający, ale bez trudnych miejsc. Po wyjechaniu na górę czas na jakieś foto i zaraz potem długi zjazd do Arabby i potem jeszcze niżej. Zjazd z wysokości 2230m na ok 1400m i po krótkim wypłaszczeniu za drogowskazami w kierunku Cortiny. Ale tym razem aż tam nie dojadę. Celem jest Passo Falzarego prawowitą (najciekawszą) drogą. Znów więc mnóstwo serpentyn i mozolna wspinaczka. Do pokonania ok 700m. Jak zwykle w okolicy początki podjazdów schowane w lesie - godziny przedpołudniowe, więc każda odrobina cienia mile widziana. Końcówka, to jeszcze kilka patelni, zbudowanych na skałach i kapitalny tunel :-) Kapitalny, pod warunkiem, że akurat nie przejeżdża przez niego stado motocyklistów... wrażenia słuchowe są wtedy dość ekstremalne Już końcówka, już widać wagonik kursujący z przełęczy. Na Passo Falzarego (2116m) mały popas, dziś mam sporo czasu, więc mogę sobie na to pozwolić. Jest bardzo ciepło, więc nie zmarznę na zjeździe. A ten będzie wiódł tą samą drogą, którą przed chwilą wjechałem. Nie zjadę jednak na poziom 1400m, ale jeszcze dalej, aż do Caprile (1000m). Super są te kilkunasto-kilometrowe zjazdy :biggrin:4 punkty
-
15 osób zebrało się na kolejnym WZFie. Tym razem na Babiej. Na razie podchodzimy3 punkty
-
3 punkty
-
3 punkty
-
Czas na zjazd! Ten będzie długi i bardzo kręty. Czyli tak jak lubię :-D Do wyboru zjazd na wysokość 1500m, lub na sam dół do Cortiny d'Ampezzo (1200m). Biorąc pod uwagę, że tym dolnym odcinkiem musiałbym potem z powrotem podjeżdżać, to mógłbym sobie go oszczędzić... ale i tak skończyła mi się woda, więc trzeba było zjechać na sam dół, dylematu nie było. Jak na złość, nie znalazłem nigdzie fontanny/kranu z wodą. We wszystkich kurortach okolicy jest tego pełno, po Cortinie jeździłem i nic nie znalazłem. W końcu udało się zlokalizować mały sklepik, kupić wodę, banana, by kontynuować przejażdżkę. Czas na Passo Falzarego i Valparola. To znów 1000m do zrobienia w pionie. Podjazd łagodniejszy, prowadzi tędy jedna z główniejszych dróg Dolomitów, jednak już tym razem nie siliłem się na ciągłą jazdę. Trudy etapu zaczęły dawać o sobie znać. Po koniec podjazdu otwiera się widok na Lagazuoi - kolejny monumentalny masyw okolicy. Prowadzi tam kolejka górska (startująca z Passo Falzarego), a także trasa narciarska. Po lewej mijam kolejny stok, gdzie nawet sporo śniegu się uchowało. Jadąc w zimie tamtędy było tu ustawione mnóstwo tyczek. Po wjechaniu na Passo Falzarego można kierować się w dół, w stronę Arabby, lub jeszcze kawałek wspiąć się - na przełęcz Valparola. I tu się udałem. Końcówka znacznie stromsza, ale podjazd krótki, więc za moment przystanek na celebrowanie zdobycia kolejnej góry (kolejne HC :-D) Stamtąd trasa zjeżdża do Alta Badii, a konkretnie La Villi. Po zjeździe odcina mi "prąd", całe dzisiejsze żarcie już zjadłem, więc zaczyna to słabo wyglądać. Już 95km, ale mnóstwo jeszcze przede mną. Postanawiam udać się na obiad w Corvarze, jak na złość wszystko pozamykane - sjesta. W końcu trafiam na otwartą piekarnię, gdzie serwują pizzę na kawałki - zjadam cztery, do tego drożdżówkę i powoli odzyskuję siły... Od tej pory jadę tą samą drogą, co dzień wcześniej, tylko w odwrotnym kierunku. Więc najpierw podjazd z Corvary i Colfosco na Passo Gardena. Z La Villi wychodzi ponad 650m przewyższenia. Idzie to bardzo mozolnie. Droga jest odwrotnością poprzedniej, więc przynajmniej nie muszę już sięgać po aparat foto, i tak już za dużo tych zdjęć :> Po wdrapaniu się na przełęcz, krótki zjazd na Plan de Gralba, by wreszcie zacząć ostatnią wspinaczkę tego dnia. Jeszcze tylko 360m na Passo Sella, a potem już z górki. Po drodze przejeżdżam obok masywu Saslong'a Jeszcze trochę, już niedaleko... Tym razem nawet się nie zatrzymuję na Passo Sella, tylko od razu cisnę w dół. Ten odcinek już znam, więc te kilkanaście kilometrów bardzo szybko zlatuje. Jeszcze tylko ostatnie 2km lekko pod górę do kwatery i koniec wyczerpującego dnia. Udało się! Ponad 130km i 4,9km przewyższenia.3 punkty
-
Już nie przesadzaj... jak pisałeś w którymś z postów o przejażdżkach ze średnimi ~30km/h, to nie można powiedzieć, że nie ma kondycji ;-). Mi jadąc solo, rzadko kiedy się tyle udaje. Choć góry to trochę inna bajka, trzeba cisnąć podjazdy na codzień. Jest taka jedna fajna góra w PL, która profilem przypomina typowe alpejskie drogi, to Przehyba. Moim zdaniem idealna na sprawdzenie się - kilkanaście km podjazdu i prawie 900m przewyższenia. Na Sella Rondzie w zasadzie wszystkie podjazdy są łatwiejsze. Tylko jest ich więcej... ;-) ----- No dobra, to czas na drugi etap mojego "Giro". Pierwszy to tak naprawdę była przyjemna przejażdżka, drugi dzień, to już ciężka harówka, żarty się skończyły... Już przed wyjazdem zaplanowałem sobie, że to właśnie drugi dzień, będzie tym najdłuższym i najcięższym. Jako, że z każdym dniem ryzyko, że będę miał serdecznie dosyć roweru rosło, to trzeba było jak najszybciej odpalić największe fajerwerki Ty razem ruszyłem z kwatery w przeciwnym kierunku niż dzień wcześniej. Od razu pod górę drogą w kierunku jeziora i przełęczy Fedaia. Podjazd od strony Canazei jest relatywnie łatwy: lekko ponad pół kilometra przewyższenia i brak większych stromizn. Po Sella Rondzie nogi były trochę "ciężkie", ale jakoś się kręciło... Widoki prawie do samej góry raczej bez fajerwerków... no, nie licząc królowej Dolomitów - Marmolady. Passo Fedaia to właśnie to miejsce, nad którym góruje lodowiec i najwyższy masyw Dolomitów. Jak widać śniegu, zwłaszcza w górnych partiach, jeszcze mnóstwo - gdyby wyciągi były czynne, to można by pojeździć jeszcze na nartach. Czego na tych zdjęciach akurat nie widać, to na upartego dałoby się zjechać do samej przełęczy. Po przejechaniu wypłaszczenia wzdłuż jeziora otwierają się widoki na nową dolinę i zaczyna się zjazd w stronę miejscowości Malga Ciapella. Zjazd z ok 2050m, solidnie nachylony, trzeba się mocno pilnować, bo rower bardzo szybko nabiera prędkości. Podjazd od tej strony rysuje się na znacznie, znacznie cięższy. Po drodze mija się Malgę (1450m) i stację kolejki na Marmoladę. Odcinek kolejki, widoczny na zdjęciu poniżej, pokonuje 900m przewyższenia w jakieś 3 minuty! Ja kontynuuję zjazd, aż do miejscowości Caprile, położonej na ok 1000m. Stąd już skręcam w stronę słynnego Passo Giau. Czeka mnie teraz ponad 1,2km w pionie. Z początku jest płasko... Ale ten stan nie trwa długo i zaraz zaczyna się wspinaczka... I tak dojeżdża się na wysokość ok 1350m, krótki zjazd i rozpoczyna się oficjalny podjazd na Passo Giau. Podjazd najwyższej kategorii (HC), 900m w pionie, średnio 9% nachylenia. Tutaj żartów nie ma! Cały czas ostro pod górę, jedyne momenty wytchnienia, to mostki nad potokami. Oczywiście mnóstwo serpentyn, co trochę ułatwia jazdę. Mam mocne postanowienie wyjechania na raz i nie przeszkadza mi w tym nawet czerwone światło na wahadle na początku trasy (jakiś mały remont) :-D Widzę przed sobą dwóch kolarzy, w połowie drogi jednego z nich prześcigam, drugi cały czas 100-200m przede mną. Za chwilę przemyka obok mnie zawodniczka (kobieta mnie bije! ), chwilę później kolejny kolarz przejeżdża w takim tempie, że się zastanawiam, czy to nie jakiś PRO's, który zabłądził po wcześniejszym etapie Giro d'Italia. ;-) W końcu widać już przełęcz, jeszcze tylko ostatnie metry i... Jest! Udało się wyjechać! W wolnym tempie, ale bez przystanków. 2236mnpm. Zostawiam brykę na parkingu i idę pooglądać widoki. Nie wspomniałem jeszcze o tym, ale drogi Dolomitów są o tej porze roku oblężone przez motocyklistów. Do tego mnóstwo super-samochodów, gdzie Porsche'aki robią za auta dla ubogich ;-) Jest głośno na drodze, ale cóż, trzeba przywyknąć.3 punkty
-
2 punkty
-
W piątek skoczyłem na rower trochę odetchnąć od tego upału - niestety tylko na niecałe 2 godzinki. Jako, że ostatnio staram się trzymać z dala od dużego ruchu, pojechałem na wał szutrowy (Zawadowski). Ludzi niewiele, chociaż minąłem kilku rowerzystów i pieszych. Co się dziwić - ciepło, przyjemnie i piątek wieczorem - czego chcieć więcej? Po tym jak wał szutrowy zmienił się w kostkowyi zaczął się kończyć, pojechałem (trochę na ślepo) wzdłuż torów, których koniec (albo początek) jest w elektrociepłowni. Skręciłem w prawo w jakąś drogę gruntową. Mijałem krzaki, ziemniaki itd. - wszystko, co rośnie na wsi.[ATTACH]33165[/ATTACH]Potem kilka skrętów przez kocie łby i mijam rzeczkę Wilanówkę i jakiś kanałek.I jeziorko...Dojeżdżam do ścieżki rowerowej i cisnę do Wilanowa. Po raz drugi przejeżdżam przez Wilanówkę.[ATTACH]33166[/ATTACH][ATTACH]33167[/ATTACH]Niestety bliżej Pałacu w Wilanowie nie da się pojechać, więc robię fotkę z daleka wraz z pobliską kapliczką.Obok budynku poczty robię krótki postój. [ATTACH]33168[/ATTACH]Nieco się pogubiłej, ale w końcu dotarłem na wał szutrowy. Pędzę do domu. Po drodze zatrzymałem się przy dawnych działkach - dojrzewają tam teraz czereśnie! 30km zrobione. Za tydzień może starczy czasu na 40-50. Trzeba się rozkręcać :wink:Pozdrawiam2 punkty
-
To dzieci chciały poczuć się studentami i ciągnęły do "akademika" ))), a dorośli nie zauważyli podstępu, bo chyba zapomnieli jak mogą wymęczyć imprezy w akademiku )))) I tak dzieci wyprowadziły wszystkich "w pole" Dzięki wszystkim za bardzo miły WZF! no i pogoda wytrzymała Do następnego WZF! (Justyna również pozdrawia i nie może doczekać się następnego! ) Pozdrawiam Tomek2 punkty
-
Po swojej wizycie marcowej na Stubaju bardzo mi się spodobał ten ośrodek, żona bardzo też chciała tutaj spróbować swoich sił i udało się nam wyjechać od 25.05-27.05 trzy dni jazdy...Dziś pierwszy dzień jazdy wiedzieliśmy, że będą dobre warunki tzn. pełne słonce cały dzień.Tras otwartych dużo nie jest, 1, 1b, 6, 7, 7a, 9, 17. Wyjeżdżając z apartamentu widzieliśmy dużą mgłę. Po 15 km dojechaliśmy na parking i ku zaskoczeniu bardzo mało aut tak naprawdę stanęliśmy pod samym znakiem zakazu parkowania, bliżej się nie dało .Jazdę zaczęliśmy od trasy 7, żona długo nie była na nartach trzy szybkie zjazdy bez zatrzymania na rozgrzewkę. Stok zmrożony więc zjazdy były piękne. Potem wjazdy kanapą Rotadl zjazd trasa 7a i kilka zjazdów trasami 1 i 1b, po ówczesnym wjeździe orczykiem. Zrobiła się 12.00 udaliśmy się do restauracji na jedzonko. Otwarta tylko jedna przy gondoli działającej, mało ludzi wolne leżaki.Po przerwie jazda trasami 1 i 1a warunki ciężke moje narty nie dawał rady ślad cięty o głębokości 10 cm, żona radziła sobie lepiej 82 mm pod butem robi swoje... Zjechaliśmy tylko kilka razy by mieć energię na jutrzejszy dzień . Na liczniku 40 km w dół, twarze pieką... Zachęcam do obejrzenia fotek .Jutro do południa ma być słonecznie zobaczymy jak to będzie w praktyce. Pozdrawiam,magnusDux851 punkt
-
Ostatni odcinek. W 3 dni plan wykonany, czas na bonus. W ostatni dzień zebraliśmy się bladym świtem, by nieco "skrócić" drogę powrotną do PL. A po drodze przerwa na małą działalność górską. Problemy były zasadniczo dwa. Pierwszy: droga, która jeszcze dzień wcześniej była zamknięta z powodu małej lawiny. A drugi: prognoza pogody. Ta nie pozostawiała wątpliwości - będzie padać i będzie zimno na górze. Były więc duże wątpliwości, ale o godzinie 8 rano w miejscu startowym jeszcze nie padało, więc postanowiłem ruszyć, najwyżej zmoknę... Początek na ok 800mnpm, kilka km po płaskim i zaraz zaczyna się podjazd. A ten przedstawi się sam... Jak widać droga już otwarta, póki co sucho. Oby tak dalej! Z początku podjazd jest dość łagodny, można się oswoić z ogromem pracy, którą trzeba włożyć. Z głównej drogi, gdzie zaczynałem jazdę, na górę jest 28km i prawie 1,9km w pionie... Niestety dzień dziecka szybko się kończy - po wyjeździe z jednego z tuneli, z niesmakiem stwierdzam, że już pada. A to dopiero początek wspinaczki. No ale cóż, to była kwestia czasu. Sam podjazd też robi się coraz trudniejszy, już do samego końca będzie stabilnie trzymać 8%. Deszcz i zmęczenie po 3 wcześniejszych dniach, to też słabe połączenie. Momentami pada intensywnie, chwilami przestaje. Widoków za bardzo nie ma, jest mglisto i ponuro. W końcu zaczynają się serpentyny, jest ich 48, są numerowane, ale dość wybiórczo. Tutaj już okolice po przejechaniu 20-tu z nich, wysokość 2060m. W Dolomitach byłaby to już końcówka wspinaczki, na Stelvio czeka mnie jednak jeszcze prawie 700m... Na horyzoncie widać już słynne końcowe serpentyny. I tak mozolnie się to wszystko posuwa do przodu. Na jednym z zakrętów czai się paparazzi, który robi mi serię zdjęć... Teraz mogę sobie je nawet wykupić, ale musiałbym mieć konto na paypalu :-/ Jak mówiłem idzie to mozolnie i mało przyjemnie w tym deszczu, ale drogi ubywa. Śniegu za to przybywa, choć z tej strony, to akurat stok przy drodze jest za stromy, żeby się utrzymał. I wreszcie ostatni kilometr, już widać metę. Nareszcie koniec męczarni (jak bardzo się myliłem, za chwilę się przekonam)... Cima Coppi zdobyta! Jestem chyba pierwszym kolarzem, który w tym roku wyjechał na Passo Stelvio od klasycznej strony (bo to był pierwszy dzień kiedy było otwarte ) Teraz krótka przerwa na odpoczynek, kupno pamiątki i w dół... Początek zjazdu w stronę Bormio, by zaraz odbić na Szwajcarską stronę i przez Umbrail Pass kierować się na sam dół. Bardzo, bardzo długi (ponad 25km) zjazd. W normalnych okolicznościach byłby to raj. W ten dzień był koszmarem. Po pierwszym kilometrze już czułem, że nabawię się odmrożeń palców. Po kilku kilometrach cały już trzęsłem się z zimna. A wysokości wcale szybko nie ubywało, bo na mokrej szosie i wirażach trzeba było bardzo uważać i nie rozpędzać się zanadto. Ubywało za to klocków hamulcowych - po tych 4 dniach, a szczególnie po tym deszczowym zjeździe nowe klocki się praktycznie zużyły... W końcu dotarłem do miejscowości po stronie szwajcarskiej, droga się nieco wypłaszczyła, a ja ile sił w nogach cisnąłem, żeby choć trochę się rozgrzać. Chyba w życiu tak nie zapieprzałem po tak kiepskiej i mokrej nawierzchni... w takich okolicznościach włączają się pierwotne instynkty Do miejsca spotkania czekał mnie jeszcze kawałek podjazdu do pokonania (Reschen Pass), ale chłopaki się nade mną zlitowali i wyjechali mi naprzeciw ;-) I tak po ok 60km wpakowałem się do busa, by wreszcie poczuć ten komfort suchego ubrania :-D i za moment ruszyć w drogę powrotną do domu. Wiadomość dnia: Passo dello Stelvio zobyte! Ale frajdy za dużo w tym nie było. The End1 punkt
-
Coś dla MOSTOSTAL-a. Fajne podejście do historii co mi osobiście bardzo się podoba !!!! http://wiadomosci.onet.pl/slask/dawna-gorna-stacja-kolei-na-szyndzielnie-bedzie-otwarta-dla-turystow/dhsvf91 punkt
-
w czasie przerwy śniadaniowej małe przemyślenia. Majowe czy czerwcowe wypady na lodowce mają sens. myślałem, że koło 10-11 godziny zrobi się tłoczno. Ale nic z tego. Ludzi w każdą godziną coraz mniej. Z rana najwięcej było zawodników, a oni trening 2 maks 3 godzinki i do domu. Na wjazd na początku czekałem dwie gondole, a od 10 czekam 2 gondole, żeby nie jechać samemu. Dzięki temu poznaję parę z Warszawy, która bawi tu od poniedziałku. Według ich relacji w sobotę jest najmniej narciarzy, najwięcej było w czwartek, bo auta nawet parkowały przy drodze przed Hintertuxem. Wychodzi z tego, że mam szczęście, uwielbiam narty kontemplować w samotności (trochę przeginam, bo przed kim się popisać - żart). Tym co byli na Hintertuxie nie trzeba reklamować, ale dla tych co nie byli trochę widoków na zachętę, bo warto tu pojeździć Jeszcze się odezwę, ale teraz muszę ruszać znowu na jakąś górę. To chyba jakaś kobieca góra, ale nie pamiętam jaka. Za to będziemy mieli z Anią do towarzystwa grono przyjaciół z forum. Dobra pędzę bo Ania mnie pogania. Pozdrawiam serdecznie.1 punkt
-
Dzień 3W ostatni dzień chcieliśmy wybrać się na szczyt ośrodka Stubaj od strony platformy widokowej, gdzie widoki są najładniejsze wg. mnie. Ośrodek trochę dziwnie to rozwiązał, bo do góry można było dojechać orczykiem, ale kolejne 300 m na nartach pod górę. Przeszliśmy patrzymy otwarta trasa 6 orczyk widmo stok o 13 jeszcze wyratrakowany . By nie iść dalej zjeżdżamy w dół. Facet obsługujący orczyk trasę na słowo Hello nawet nie odpowiedział, chyba się zdziwił, że ktoś zjechał . Widok z tego miejsca (góra trasy 6): Żeby było ciekawiej myśleliśmy, że tylko jedna restauracja jest otwarta w całym ośrodku jednak okazało się, że knajpa w tym miejscu również funkcjonuje: Po pewnym czasie jedziemy w dół niestety narciarka musiała lecieć do szpitala z użyciem helikopotera: Ok 13 byliśmy przy gondoli na liczniku 40 km w dół. To już koniec nartowania majowego... Zjeżdżamy gondolą w dół otwarcie auta i ciepło jak z pieca niezapomniane wrażenia . Po drodze zatrzymujemy się by podziwiać widoki i zamoczyć nogi w strumyku: Czy warto wybrać się na narty w maju? Pewnie, że warto można się najeździć chociaż km tras za dużo nie ma... ale za to widoki po nartach pozwalają na postawienie kropki nad i. Pozdrawiam,magnusDux851 punkt
-
Dzień 2Tak jak pisałem dziś pogoda miała się pogorszyć, przełożyło się to tylko na większą ilość chmurek .Dziś ludzi wydawało się być więcej chociaż na stronie lodowca podano 4% pojemności ośrodka. Przy dolnej stacji gondoli dało się poznać większą ilość zorganizowanych grup zawodniczych. Na trasach lodowca rozstawione były dwa slalomy. Ilość tras otwartych taka sama jak wczoraj. Ludzi na kanapach średni 3-4 osoby co druga .Do przerwy jeździliśmy intensywnie stoki były zmrożone z każdym zjazdem od 4 coraz gorzej, słońce mocno grzało śnieg robił się ciężki i grząski. Po przerwie po dwóch zjazdach odpuściliśmy nie dało się jeździć w tak mocno hamującym śniegu.Na liczniku 35 km w dół. Zdjęcia przedstawiam poniżej miłego oglądania.Pozdrawiam narciarsko,magnusDux851 punkt







