Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 10.07.2019 w Odpowiedzi
-
Ostatni dzień w Szkocji i dalsze zwiedzanie Skye Tym razem dwie wędrówki po południowej części wyspy. Najpierw szlak do wodospadów Fairy Pools u stóp największych wzgórz wyspy – Cuillins. Po drodze jeszcze rzut oka na malowniczą dolinę – chyba Glen Brittle (?) Szlak wzdłuż kaskad Fairy Pools to godzinka marszu po spokojnej ścieżce, z surowymi, granitowymi górami w tle. Kilka szczytów przekracza 900 m npm., byłoby więc gdzie się powspinać, gdybyśmy mieli więcej czasu do dyspozycji. Bardzo ładnie, choć w porównaniu do Quiraing nie aż tak spektakularnie. Po prostu inaczej. Powrót mieliśmy zaplanowany inną drogą – promem z Armadale do Mallaig, późnym popołudniem. Czasu zostało jeszcze na tyle, aby dojechać na południowe krańce Skye do Aird of Sleat, w pobliżu przystani promowej. Ostatnie kilometry jedzie się „single trackiem” - bardzo wąską i krętą drogą na jeden samochód, jakich sporo jest na wyspie. Raz na jakiś czas są mijanki – nieco szersze zatoczki, ale generalnie to trzeba być czujnym . Droga kończy się niewielkim parkingiem przy farmie, z którego można powędrować w stronę najbardziej wysuniętego przyczółka – Point of Sleat. Sielskie widoczki ze szlaku: Znów te włochate kameleony 😛! Po jakimś czasie szlak skręca zakosem po wzgórzu, a po chwili naszym oczom ukazał się taki widok: To nie Grecja, nie Chorwacja – tak wyglądają plaże Północy 🤩! A gdy jeszcze wyszło słoneczko i po raz pierwszy zrobiło się naprawdę ciepło, to żałowaliśmy, że nie mamy strojów kąpielowych. Musiało nam wystarczyć moczenie nóżek w krystalicznie czystym, choć chłodnym morzu. Taka jest właśnie Szkocja – we czwartek żałowałam, że nie zabrałam kalesonów i ciepłej czapki, a w niedzielę – bikini. Niestety nie było już czasu, aby pójść kawałek dalej, do latarni morskiej, bo musieliśmy wracać, aby zdążyć na prom. Wsiadaliśmy z wielkim uczuciem niedosytu, a nad Skye zaczęły zbierać się czarne chmury. Tyle jeszcze pięknych miejsc zostało do odkrycia! Po drodze z Mallaig do Edynburga zatrzymaliśmy się jeszcze w Glenfinnan, przy zabytkowym wiadukcie kolejowym, przez który jeździł pociąg do Hogwartu - fajna traska na rower byłaby pod tym wiaduktem … Zresztą na bocznicy w Mallaig stoi parowóz, który bodajże raz w tygodniu wozi nie tylko wielbicieli Harrego Pottera malowniczą trasą przez dolinę: Następnego dnia rano Edynburg żegnał nas strugami deszczu na lotnisku i temperaturą +13 stopni. I tak skończył się nasz szkocki trip.5 punktów
-
Absolutnie tak, tylko rzadko sie zdarza, ze peleton sie przeliczy i ucieczki nie dogoni. Wygrana Cimy była kompletnie z D, bo tego dnia miały wygrać zespoły sprinterskie. Zostało trzech gości z przodu i wydawało sie, ze peleton ich dojdzie ALE wiało. Czołówka peletonu rzuciła sie do szaleńczej pogoni i trójka z przodu juz była w zasięgu ALE wtedy z jakimś desperackim zrywem Cima rzucił sie jeszcze raz zostawiajac dwójkę wspoluciekinierow, których peleton zjadł a on jakimś cudem dotrwał do kreski czując oddech sprinterów na plecach. Eweidentnie peleton sie przeliczył a Cima swoim aktem desperacji połączonej z determinacja wygrał etap Giro i tego mu juz nikt nie odbierze. Dlatego ta historia jest taka fajna.2 punkty
-
The Quiraing A pod wieczór jeszcze lekki trekking fantastycznym okrężnym szlakiem Quiraing. W sumie 7,5 km. To miejsce, to dla mnie absolutny cud świata, a widoki są takie, że klękajcie narody 😀. Od parkingu najpierw idzie się ścieżką trawersując zbocze: Owieczki się pasą … Potem szlak biegnie dnem doliny, u stóp malowniczych formacji skalnych: No jak tu nie zapozować w takiej scenerii? Młodzież też pstryka fotki 😉 Następnie ścieżka wspina się do góry na grań I naszym oczom ukazują się takie widoki. Dech zapiera! 🤩 Idziemy teraz równolegle do dna doliny, ale górą. O dziwo – trawiaste kopuły są podmokłe i nieraz musimy przechodzić przez mokre błoto albo stojącą wśród traw wodę. Ale kto by tam się przejmował, mając wokół takie pejzaże! Darek na szlaku: I znów wszędobylskie owieczki w pięknych okolicznościach przyrody: Wieczorem objeżdżamy jeszcze autem półwysep Trotternish z drugiej strony i pełni wrażeń jedziemy na nocleg. Następnego dnia ciąg dalszy zwiedzania Skye. [cdn.]2 punkty
-
Jeśli chcesz odpocząć od polskich upałów, a nad uroki tłocznych, wakacyjnych kurortów przedkładasz surowe piękno majestatycznej przyrody – jedź do Szkocji! Tak zrobiliśmy – we wtorek przed Bożym Ciałem wylecieliśmy z Darkiem i naszą córką do Edynburga, żeby kolejne sześć dni spędzić na włóczędze po szkockich wyżynach północnej Wielkiej Brytanii. W Edynburgu wynajęliśmy samochód – co prawda do większych miejscowości, takich jak Fort William czy Inverness, można dojechać pociągiem z Glasgow, czy właśnie Edynburga, ale już przemieszczanie się po Highlandsach bez własnego transportu jest dość problematyczne. A do jazdy po lewej stronie można się przyzwyczaić. Ruszyliśmy wypożyczoną astrą na północ, do niewielkiej miejscowości Aboyne, we wschodnich Highlandsach, gdzie byliśmy umówieni na spotkanie z synem, który miał nam również towarzyszyć w dalszej wycieczce. Ledwie zjechaliśmy z autostrady, to zaczęły się takie widoczki:😀 Stara droga militarna prowadziła przez góry i przełęcz Cairn O’Mount W Aboyne czekała nas nie lada atrakcja – mieliśmy okazję polatać szybowcem w klubie, w którym szkoli się nasz syn. Piękne tereny, piękna pogoda – słońce i baranki na niebie, więc było bardzo dobre noszenie i świetna widoczność. Temperatury za to raczej rześkie - w słoneczny dzień tak z 15-20 stopni. Jak u nas w kwietniu . Darek załapał się jeszcze na lot we wtorek, a my z córą następnego dnia. A szybowce … z Bielska Białej 😏 – dwa Puchacze (chwilowo w naprawie) i jeden Perkoz No to lecę, pierwszy raz w życiu! 😀😀😀 W dole malownicze zakola rzeki Dee, góry i łąki. Ale super! 🤩 Nawet miałam okazję zakosztować trochę aerobatyki – jakieś loty nurkowe, pętle, takie tam. No, ciekawe uczucie . Ale prawdziwe „wesołe miasteczko” to instruktor urządził naszej Młodej – chyba się jej jednak podobało. 😀 [cdn.]1 punkt
-
Cześć (Wybacz). Nie muszą wygrywać nasi. Nie o to chodzi tak naprawdę. Ja oglądam sport dla piękna walki, sportowej czystej postawy, krótkich czasami zupełnie nie mających znaczenia dla wyniku chwil pokazujących szacunek do siebie sportowców, postaw fair play. To jest ważne i fajne. A czy wygrają akurat Polacy? Mogą ale nie muszą. Nie o to chodzi. Pozdrowienia1 punkt
-
Jako, że dzisiaj trochę podróżowałem, to wziąłem ze sobą kolejny numer niemieckiego miesięcznika Tour (w Polsce wydawany jest jako kwartanik - polecam), który subskrybuje m.in. po to aby szlifować swój niemiecki i znalazłem tam garść ciekawostek o żółtej koszulce Tour de France: 1. 4 razy w historii TDF udało się kolarzowi założyć żółtą koszulkę na pierwszym etapie i dowieźć ją do mety, a więc przez cały wyścig; udało się to w 1924 r. Ottavio Botecchia; 1928 i 1935 zrobili to odpowiednio Nicolas Frantz z Luksemburga i Romain Maes z Belgii; w 1961 sztuka udała się Jacquesowi Anquetil z Francji; 2. w 1929 r. w pelwnym momencie wyścigu aż trzech kolarzy jechało równocześnie w żółtej koszulce lidera; Nicolas Frantz (wspomniany już wcześniej) Andre Leducq i Victor Fontan mieli taki sam czas, jako liderzy; ówczesny dyrektor wyścigu Henri Desgrange, tak zinterpretował regulamin, że uznał iż w tej sytuacji wszyscy trzej kolarze powinni jechać w żółtych koszulkach lidera wyścigu; 3. w 1937 roku, doszło pierwszy raz do sytuacji, w której jadący w żóltej koszuce lider wyścigu zrezygnował z dalszej jazdy, nie z przyczyn jakiegoś urazu lub przyczyn zdrowotnych. W tym roku Belg Sylvere Maes obraził się na organizatorów wyścigu i sędziów, twierdząc że zachowują się wobec niego nie fair i faworyzują konkurencję, wobec czego, mimo jazdy w żóltej koszulce, odmówił dalszego uczestnictwa w wyścigu; 4. Jacques Anquetil z Francji (była już o nim mowa w pkt 1) był pierwszy kolarzem, który 5 razy wygrał więlką pętlę, a więc ukończył wyścig w żółtku - było to w latach 1957, 1961,1962,1963 i 1964; 5. w 1969 roku, wielki Eddy Merckx, wygrał swój pierwszy TDF, ale też jako pierwszy i do tej pory jedyny kolarz w historii tego wyścigu wygrał jednocześnie koszulkę żółtą, zieloną (sprintera) koszulkę najlepszego górala (dzisiaj w grochy, wtedy była chyba biała); 6. Najmniejsza różnica w walce o żółtą koszulkę wyniosła 8 sek. Greg Lemond wygrał o tyle z Laurentem Fignon; jednocześnie największa różnica na mecie TDF wyniosła 28 minut i 17 sekund, gdy w 1952 roku Fausto Coppi zostawił w pobitym polu Belga Stana Ockersa; 7. Eddy Merckx zakładał żółtą koszulkę w sumie 111 razy - jest to rekord TDF; 8. Najstarszym kolarzem w żółtej koszulce na koniec wyścigu był Belg Firmin Lambot - w 1922 roku miał 36 lat gdy wygrywał TDF; Najmłodszym był Francuz Henri Cornet w 1904 roku - miał 19 lat i jest najmłodszym zwycięzcą TDF (wtedy nie było jeszcze żółtej koszulki) - w tym sensie najmłodszym zwycięzcą żółtej koszulki był Jan Ulrich, który w 1997 roku, miał 23 lata; 9. Na cele dekoracji kolarze ubierają specjalną żółtą koszulkę z zamkiem z tyłu, aby ułatwić ceremonię dekoracji; koszulkę w której kolarz startuje na następny dzień, organizatorzy dowożą do jego hotelu wieczorem dzień przed startem; 10. Po ceremonii dekoracji - lider wyścigu - składa autograf na około 10-ciu replikach żółtych koszulek; takie repliki - oczywiście bez podpisu kolarza - można kupić za ok. 89 EUR; 11. Francuska firma Le Coq Sportif była sponsorem żóltej koszulki w latach 1951-1988 i od 2012 roku do dzisiaj; w innych latach były to m.in. firmy Castelli, Giordana i Nike; 12. Koszulki lidera produkowane są z fabryce firmy Le Coq Sportif w Romilly sur Seine; przed jazdą na czas - cały team krawców pojawia się w hotelu lidera wyścigu, aby ściągnąć dokładne pomiary i przygotować specjalny kostium do jazdy na czas; 13. Na żółtej koszulce znajdują się inicjały HD, dla uczczenia pamięci pomysłodawcy i twórcy wyścigu Henri Desgrange. Zwyczaj umieszczania inicjałów HD wprowadził następca Desgrange'a Jacqus Goddet w 1949 roku; inicjały HD zniknęły z koszulki w roku 1984, jednak powróciły znów w roku 2003 z inicjatywy ówczesnego szefa wyścigu Jean-Marie-Leblanca; 14. W tym roku - po raz pierwszy żółte koszulki będą spersonalizowane w ten sposób, że będą zawierały informację takie jaki imię i nazwisko kolarza oraz nazwę etapu, na którym ten kolarz jedzie jako lider; 15. Na koniec o być może największym "pechowcu" żółtej koszulki - Raymond Poulidor był trzykrotnie drugi w TDF i pięciokrotnie trzeci w TDF; w sumie więc stał 8 razy na podium TDF, jednak ani jednego dnia (ani jednego etapu) nie udało mu się pojechać w żółtej koszulce lidera wyścigu. Tyle ciekawostek przepisanych z magazynu Tour. Zainteresowanym polecam tą pozycję, która w Polsce występuje jako kwartalnik - za to słusznej grubości.1 punkt
-
Na specjalną prośbę @MarioJ i aby nie zaśmiecać wątku o relacjach rowerowych stworzyłem niniejszy wątek, gdzie można pogadać o obecnie rozgrywanym Tour de France i kolarstwie w różnych wymiarach.1 punkt
-
Do Auchan rzucili serię z Herculesem Poirot i panną Marple. 9,99 zł szt - w sam raz, żeby potem na forum narciarskim cytatami rzucać1 punkt
-
Oglądam czasami etapy sprzed kilku lat. I ciągle są emocjonujące, chociaż wynik znany. Oglądam chociażby dla takich scen jak ta pomiędzy Schleckiem i Contadorem - kiedy Contador próbował zgubić wielokrotnie Schlecka we mgle na zboczach Col du Tourmalet. W zamian otrzymał od Schlecka "The Look"1 punkt
-
Cześć Oglądałem to na żywo również - piękna walka. O to chodzi w sporcie. Wszystko tkwi tak naprawdę w psychice, potem jest trening i noga. Pozdrowienia Pozdrowienia1 punkt
-
A tutaj jest samiutka końcówka: Zwracam uwagę na kolarza Bora w koszulce mistrza Niemiec (Ackerman), który wściekłe wali ręka w kierownice, bo gdyby scenariusz był normalny (ucieczka skasowana) to on tu „miał wygrać”. Tu jest sama końcówka - warto pewnie obejrzeć trochę więcej np. Ostatnie 5-10 km jak widać jak peleton coraz bardziej sie zbliża. Oglądałem to na żywo i oczywiście trzymałem kciuki za ucieczkę, wiec ten filmik tych emocji, które były ma żywo nie oddaje, ale widać o co chodzi, zwłaszcza ostatni zryw Cimy.1 punkt
-
I co można powiedzieć? No po prostu zajefajnie!!!!!!! Nigdy tego rejonu nie brałem pod uwagę jako miejsca na spędzenie urlopu.... Cóż, może czas skorygować "marzenia"? Dzięki Magdaleno za tę świetną relację i pozdrowienia dla całej "ekipy"1 punkt
-
Skye to - jak wiadomo - jedna z wysp archipelagu Hebrydów Wewnętrznych, na zachód od Szkocji „kontynentalnej”. Jedna z większych i bardziej znanych. Podobno jej nazwa po gaelicku (którym to językiem wciąż posługuje się około 1/3 mieszkańców) oznacza „Wyspa Mgieł”, ale celtyccy bogowie tym razem byli dla nas łaskawsi i mogliśmy podziwiać zachwycające i niesamowite pejzaże Skye przy przepięknej, słonecznej pogodzie 🤩. Dostać na Skye można się promem lub mostem, łączącym miejscowość Kyle of Lochalsh w Szkocji „kontynentalnej” z wioską Kyleakin na wyspie. Podróż autem z Glasgow trwa około 5 i pół godziny, ale przez bardzo piękne tereny. Znów mijaliśmy Loch Lomond, Glen Coe, a dalej na przykład niezwykle malowniczy zamek Eilean Donan: W ostatniej miejscowości przed mostem na Skye – Kyle of Lochalsh – mieliśmy zabukowany apartament. Pomimo, że całą logistykę ogarnialiśmy z półtoramiesięcznym wyprzedzeniem, to noclegi na wyspie w weekend były już wtedy praktycznie w 100% wyprzedane, a te, które zostały, miały horrendalne ceny 😟. Nawet ten apartament był naszą najdroższą miejscówką na całym wyjeździe, ale chyba najfajniejszą – no i taki widok z okna 😀! W sobotę objechaliśmy wschodnie wybrzeże wyspy i półwysep Trotternish. Będzie dużo zdjęć – nie mogłam się zdecydować na selekcję. Widoczki po drodze – obłędne: Zatrzymaliśmy się przy pastwisku na sesję fotograficzną z Highland cattle, czyli krowami szkockiej rasy górskiej. Czyż nie są urocze ? Kolor włosów i fryzura jakby nieco podobna … A potem zajechaliśmy do Portree – największego miasteczka i centrum administracyjnego wyspy, z urokliwym portem. Trafiliśmy akurat na porę odpływu i obiadu – więc usiedliśmy sobie nieopodal, w niewielkim barze na „fish and chips”. Sielanka! A potem – na półwyspie Trotternish – było jeszcze piękniej: Powyżej widok na Loch Leathan i grupę skalną The Old Man of Storr – jeden z bardziej spektakularnych i bardzo popularny motyw fotograficzny na Skye. Prowadzi tam z głównej drogi również krótki i dość prosty szlak turystyczny. Wodospady Lealt: Ach, jak tu romantycznie … Wodospad Mealt Falls, a w oddali Kilt Rock, wow! 🤩🤩🤩 Widok na drugą stronę niewiele gorszy: Miejsce jest trochę komercyjne – na parkingu stoją busy z wycieczkami – Chińczycy w klapkach i Chinki w sukieneczkach i sandałkach. Jest więc i dyżurny dudziarz, a jakże! [cdn.]1 punkt
-
Kolejnego dnia mieliśmy uroczystość rodzinną w Glasgow, do którego dojechaliśmy przez bardzo malowniczą dolinę Glen Coe i brzegiem jeziora Loch Lomond. W Glen Coe krajobraz jest bardziej zielony, a góry jakby bardziej masywne niż w Cairngorms. Tutaj również poprowadzono wiele szlaków pieszych, choć okolica jest prawie niezamieszkała. W oddali ośrodek narciarski Glencoe – ok. 1 km od głównej drogi Loch Lomond: A wieczorem, po uroczystości zrobiliśmy sobie krótką wycieczkę po Glasgow rowerami miejskimi, które - podobnie jak szczecińskie - są w systemie nextbike, więc można korzystać z tego samego konta. Wycieczka wiodła bulwarami wzdłuż rzeki Clyde, następnie zielonymi terenami wdłuż jej dopływu - niewielkiej rzeczki Kelvin, kanału Forth and Clyde, a potem kawałeczek przez centrum miasta. W sumie 22 km. Most na rzece Clyde: Pub nad Kelvin Dojechaliśmy do dzielnicy Kelvindale, gdzie znajduje się ciekawe skrzyżowanie - dołem płynie sobie rzeczka Kelvin, a górą poprowadzono kanał Forth and Clyde Canal, przecinający w poprzek centralną Szkocję. Ogólnie to bardzo mało jest typowych dróg dla rowerów, raczej jeździ się jezdnią, albo alejkami pieszo-rowerowymi, ale kierowcy raczej respektują rowerzystów. Szlaki są wytyczone, oznaczone, ale nie wydzielone jako infrastruktura. Odległości oczywiście w milach 😉 Taka panorama to kwintesencja Glasgow - przemysłowe, duże miasto z kilkoma zabytkami i ładnymi miejscami: Lofty nad kanałem: Okolice katedry Św. Munga: People's Palace i zabytkowa szklarnia w parku Glasgow Green - tak zabytkowa, że aż zamknięta, bo szyby ze starości lecą ludziom na głowę ;-). A nazajutrz znów w drogę na północ – tym razem na wyspę Skye . [cdn.]1 punkt
-
Ben Nevis Rano – leje i zimno, +11 stopni. Główna ulica w Fort William wyglądała tak – legendarne szkockie lato : Rzut oka na prognozę – cóż, po 11.00 opady mają przechodzić w nieciągłe, istnieje możliwość przejaśnień, a późniejszym popołudniem deszcz ma zaniknąć 🤔. Jest więc jakaś nadzieja. Generalnie w tamtych górach pogoda klaruje się na ogół w ciągu dnia – inaczej niż np. w Tatrach. A że w czerwcu jest jasno do ok. 23.30, to z wychodzeniem na trekking nie trzeba się tak bardzo śpieszyć. No to idziemy najpierw na śniadanie do pubu: Po śniadaniu niebo wygląda tak jak powyżej, tak więc decyzja zapada – idziemy na Ben Nevis, najwyższy szczyt w Wielkiej Brytanii – 1352 m.n.p.m . Najpopularniejszy szlak – Mountain Path – prowadzi z doliny Glen Nevis, a startuje się praktycznie z poziomu morza, bo ok. 60 m., z parkingu w pobliżu centrum informacji turystycznej Ben Nevis Visitor Centre i mostka na potoku Nevis. Zlało nas zaraz za mostkiem, na szczęście był jeszcze jakiś zagajnik, w którym można się było trochę schować. Szlak nie jest oznaczony – spotkaliśmy tylko dwa takie drogowskazy na rozwidleniu, ale czytelny w terenie, zwłaszcza w dolnym odcinku. I nawet w tak nieciekawą pogodę wędruje nim sporo ludzi. Na dole zielono, malowniczo i pasą się owce – jak wszędzie w Szkocji. Schronisk na szlaku nie ma, tylko na początku szlaku jest jakaś gospoda z gastronomią, widoczna na pierwszym zdjęciu poniżej: Wkrótce szlak skręca w lewo i trawersem skalistej dolinki bocznej dochodzimy na przełęcz, z której widać malownicze jeziorko Loch Meall an t-Suidhe: Jesteśmy mniej więcej w połowie drogi na szczyt, spowity w ciężkich, gęstniejących chmurach. Niedaleko jeziorka jest nieoznaczone rozwidlenie szlaków – ścieżka na północ prowadzi do osady Torlundy. Szlak dość łagodnie pnie się po kamiennym cielsku Ben Nevisa – widoki super, póki jeszcze są 😏. Wyżej idzie się kamiennym rumowiskiem - niestety znów zaczyna padać i nic nie widać. 🙄 Widoczność szlaku trochę poprawiają stojące co jakiś czas kamienne kopczyki Jest i śnieg na ziemi … … i sypie się z nieba … Jest lodowato – temperatura odczuwalna bliska zeru, a ja żałuję, że nie mam bielizny termicznej i rękawic. Na szczycie ruiny obserwatorium astronomicznego z XIX wieku nie dają niestety żadnej osłony przed siekącym deszczem ze śniegiem. Pstrykamy fotki i spadamy. Schodzi się tą samą drogą, można wybrać też szlak do Torlundy granią Carn Mor Dearg Arete – ale nie w taką pogodę! Jest zimno, strasznie zimno i mokro 🥶🥶🥶. Po czterech godzinach marszu poddają się nawet nowe buty trekkingowe z membraną i przemakają 😢. A na dodatek musiałam sobie chyba przemrozić w mokrych spodniach staw kolanowy, bo przy zejściu w pewnym momencie dostałam strzałę – kolano zesztywniało i zaczęło boleć. Do tego stopnia, że nie byłam pewna, czy dam radę do końca zejść o własnych siłach. Ale jakoś je rozchodziłam, a niżej temperatura też była nieznacznie wyższa, na tyle, że ból trochę odpuścił. Pod sam koniec na dole nawet przestało padać, ale już mi się nie chciało robić zdjęć. Noż taka g**niana górka jak nie przymierzając Szrenica albo Turbacz, a tak nam dała przez tę pogodę w kość 😬! Oj, dawno tak w tyłek na żadnym trekkingu nie dostaliśmy, jak na tym Ben Nevisie. Nie wiem, może czymś rozgniewaliśmy jakichś celtyckich bogów, że tak nam dali popalić 😏. Ale przy lepszej aurze – pewnie jest inaczej, bardziej malowniczo, ale pewnie i bardziej tłoczno. Szczegółowy opis tego szlaku wraz z mapkami można znaleźć tu: Jest to, nawiasem mówiąc, bardzo fajnie zrobiona stronka do turystyki pieszej w Szkocji. Czas wędrówki jednak mocno zawyżony – w tak paskudną pogodę, z przerwami na przeczekanie deszczu, na jedzenie, robienie zdjęć i z lekką kontuzją zajęło nam to niecałe 5 i ½ godziny w nieśpiesznym, turystycznym tempie. Spokojnie można zrobić ten szlak w ok. 4 ½ - 5 godzin przy przeciętnej kondycji.1 punkt
-
Tymczasem ze skrzydeł znów przesiedliśmy się w cztery kółka i ruszyliśmy w drogę. Z Aboyne jest całkiem niedaleko do zamku Balmoral – letniej posiadłości brytyjskiej królowej. W okresie, gdy nie korzysta z niej rodzina królewska – od kwietnia do końca lipca - rezydencja jest udostępniona zwiedzającym – ogród i park w zakolu Dee oraz niektóre pomieszczenia. W jednym z budynków jest wystawa fotograficzna, dokumentująca coroczne odwiedziny Elżbiety II i jej rodziny w Balmoral – od roku 1952 do czasów obecnych. Balmoral leży w granicach parku narodowego Cairngorms – największego w Wielkiej Brytanii. Cairngorms to jednak przede wszystkim góry – surowe i prawie bezludne połoniny, ciągnące się po horyzont przez dziesiątki mil. Tylko z rzadka rozproszone są ludzkie siedliska A jak góry – to i narty . Może nie w czerwcu, ale w zimie jest to możliwe, choćby w położonym na przełęczy ośrodku The Lecht 2090, przez który przejeżdżaliśmy. Nazwa pochodzi od wysokości dolnej stacji – 2090 ale nie metrów, lecz … stóp n.p.m. (to jest około 637 metrów) . Tablice informacyjne po angielsku i po gaelicku: A sam ośrodek to rozległa, łagodna polana - jak w Zieleńcu, a na niej 18 km tras, obsługiwanych przez 11 wyciągów orczykowych, pamiętających chyba lata 70-te lub 80-te i jedno archaiczne krzesełko Poma, z kolorowymi siedziskami. Jakoś mi tak ten wyciąg przypomina place zabaw z czasów mojego dzieciństwa... 😏 Ośrodek jest na środku pustkowia – do najbliższej miejscowości jest ok. 10 km, nie ma też jakiegoś specjalnego zaplecza noclegowego, a droga przez przełęcz ponoć często w zimie jest zamykana ze względu na lawiny i zaspy. Generalnie w Szkocji można pojeździć na naturalnym śniegu w pięciu ośrodkach – trzech we wschodnich Highlandsach (Glenshee – największy z 40 km tras, Cairngorm oraz właśnie The Lecht - najmniejszy) oraz dwóch w zachodnich (Glencoe - najstarszy, bo założony w latach 50-tych i Nevis Range – niedaleko Fort William i najwyższego szczytu w Szkocji). Ośrodki nie są jednak duże, infrastruktura jest mocno przestarzała, a kapryśna pogoda i krótki dzień w zimie sprawiają, że większość Brytyjczyków chyba woli latać samolotem w Alpy, niż tłuc się do dość odludnych, narciarskich skansenów w Szkocji ze słabym zapleczem. Ostatni sezon ponoć mieli katastrofalny – brak śniegu, wietrzna pogoda, która unieruchamiała wyciągi, jakieś spory instytucjonalne w Cairngorm – wszystko to sprawiło, że niektóre ośrodki działały tylko dwadzieścia parę czy trzydzieści dni w sezonie i to dopiero w marcu-kwietniu. Paradoksalnie najlepiej było ponoć właśnie w Lecht – orczykom porywiste wiatry tak nie szkodzą, a śniegu było tam tyle o ile.1 punkt







