Przypomina mi się jak to kiedyś bywałem w Budapeszcie. Dla mnie to fascynujące miasto. Byłem tam wielokrotnie i znam go o wiele lepiej niż Warszawę. Pierwszy raz byłem w Budapeszcie w 1976 lub 1977 roku, ostatnio w 2016. Byłem chyba we wszystkich większych miastach. W małych także bywałem. Żałuje tylko że nie udało mi się odwiedzić, mimo szczerych chęci i wielu postanowień, miejscowości Kutas. Byłem niedaleko, w Sekkutas, no ale z pewnością tam zajadę. Piszecie tu o swoich odczuciach odnośnie Węgier i Budapesztu. Prawdę powiedziawszy Budapeszt to inna bajka, niesamowicie różni się od prowincji. Nawet od większych miast, takich jak Debreczyn, Segedyn, Pecz, Miszkolc, Gyor czy Szombathely. Nie tylko miasta różnią się, ale i regiony. Północny wschód jest górzysty, północny zachód pagórkowaty i równinny. Cały środek równinny, a na południu, koło Peczu górki podobne jak na Podkarpaciu. Jak dla mnie całe Węgry są fajne, bo po prostu lubię tam bywać, lubię ludzi i tak jakoś dobrze się tam czuję. Jakbym odwiedzał rodzinę.
Poleciłem Wam Baltazara bo i mnie go kiedyś polecono. Szału nie ma, wykwintnych wnętrz także, no ale menu mnie niesamowicie pasowało. Po wielu pobytach na Węgrzech doskonale znam ich potrawy, nawet odróżniam bogracz z okolic Nigeryhaza czy Debreczyna od tego z okolic Baja, Seged czy też okolic Pecz albo Zalakaros. Nie wnętrza, marka i nazwa robi smak. Kiedyś gościłem w Hiltonie w Budapeszcie. Widok z pokoju miałem wspaniały, wprost na Dunaj i Parlament. Cóż z tego skoro jedzenie tam było co najwyżej średnie. Lubię spróbować smaku "z budy", z przydrożnego zajazdu, tam gdzie stołują się miejscowi. Baltazar ma wyszukane tradycyjne węgierskie smaki, ma też wina!!! Każdemu polecam, mimo, że tanio tam nie jest, no ale to Starówka, centrum turystyczne.
Znaczna część Węgier to pola uprawne. Pszenica i kukurydza, słoneczniki i kukurydza, także winorośl, ale to raczej na górkach. Lasów mało, tylko na północy, Matra i Góry Bukowe. Praktycznie całe Węgry leżą na termalnych wodach, a w Heviz to nawet sama ta woda wypływa spod ziemi do jeziorka. To też osobny temat, termy węgierskie. W samym Budapeszcie jest ich kilka, warto je zaliczyć, z całą pewnością chyba najstarsze w Hotelu Gellert.
Nie będę się rozpisywał, bo to moje wspomnienia sentymentalne i obarczone brakiem obiektywizmu z uwagi na moje uczucia do tego kraju.
Co sie zaś tyczy Słowacji to chyba jechałeś od Chyżnego, przez Rużomberok, Bańską Bystrzycę i Żar nad Hornem do przejścia na Dunaju w Sturovo. Ta część Słowacji, od Zaru do Sturova to jakaś taka przasna, zaniedbana. W ogóle Słowacja to dziwny kraj, niby bogatszy od nas, a tego nie widać. Region Bratysławy charakteryzuje się dochodem na głowę około dwukrotnie wyższym niż Warszawa. Średnie płace Słowaków są wyższe niż u nas, a jakos tam biednie to wygląda. Na Węgrzech też prowincja nie wyglada bogato, powiedziałbym że biednie.
Przedstawiony przez ciebie ośrodek narciarski Donovaly doskonale znam. Do 1997 roku, znaczy się do czasu uruchomienia kolei gondolowej na Jaworzynę w Donovaly bywałem corocznie. Miałem tam znajomego, którego nota bene poznałem przez przypadek jeżdżąc na nartach, u którego wynajmowałem cały dom, tzw chatę. Super warunki a i cena wówczas mi w zupełności pasowała. Donovaly to oblegany przez narciarzy ośrodek, szczególnie Węgrów. Mają blisko, górki łagodne, trasy łatwe. Co prawda jest tam i jedna trasa czarna, a i czerwona niczego sobie. Poza szczytem sezonu warto tam wpaść. Ostatnio jeżdziłem tam chyba w 2012, mimo wszystko do Chopoka nie umywa się.
Fajnie tak oglądać fotki i wracać wspomnieniami do miejsc w których kiedyś się było i miło spędzało czas. A może tak wybrać się kiedyś na Wyspę Małgorzaty podczas gdy odbywa się festiwal muzyczny? Chyba jeszcze są one organizowane? Zawsze, co roku była jakaś gwiazda, nieraz wiele.