Narty - skionline.pl
Skocz do zawartości

Ranking

Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 10.01.2021 w Wpisy na blogu

  1. . Dziewiętnasty lipiec. Budzi mnie słońce. Krajobraz od wczoraj wcale się nie zmienił. Jedziemy wzdłuż Elbursu, gór w których przyjdzie nam działać. Mamy ponad godzinę opóźnienia. Karadaż(Karadaj). Przez to miasto będziemy musieli jechać za parę dni, chcąc się dostać pod Alam Kuh(4804 m). Jest to najciekawszy rejon wspinaczkowy w Elbursie. Szczyt ten jest prawie identycznie wysoki jak Mont Blanc. Zbliżamy się coraz bardziej do Teheranu. Obok toru pojawia się coraz więcej domków. W pewnej chwili, po prawej stronie pociągu duży obóz wojskowy. Długie szeregi samochodów, dział, czołgów. Wszystko to tak stoi, bez maskowania, na otwartej przestrzeni. Jacek żartuje, że to demonstracja siły dla przyjeżdżających do Teheranu. Zabudowa jest coraz bardziej zwarta. Glinianki mają już okna i drzwi, nawet anteny telewizyjne, na płaskich dachach. Pociąg staje. Jesteśmy w Teheranie. Wychodzę z wagonu z dużym plecakiem. Jak na tym peronie piekielnie gorąco! To częściowo wina znakomitej klimatyzacji w wagonie, która nas „rozhartowała”. Patrzę do góry. Tak wysoko słońca jeszcze nie widziałem. Nic dziwnego, nie byłem jeszcze na trzydziestym szóstym równoleżniku. Z tyłu pociągu przyczepiony jest wagon, podobny do tego, do którego ładowano bębny w Dżulfie. Cudów nie ma, skąd by się tu znalazł? Został przecież w Tebriz. Ale tonący brzytwy się chwyta. Zostawiamy plecaki na peronie i usiłuję z Januszem zajrzeć do środka. Ktoś podnosi krzyk. Rezygnujemy. Idziemy przez tory w stronę rampy bagażowej. Za chwilę za nami jedzie wagon, do którego usiłowaliśmy zajrzeć. Zdążyliśmy już zauważyć, że wszyscy pracownicy państwowi mają tu małe tabliczki ze zdjęciem i napisem. Przyczepione do marynarki. Zaczepiamy takiego z tabliczką i pokazujemy mu kwit bagażowy. Prowadzi nas na górę do małego biura. Widocznie siedzi tu kierownik całego tego interesu. Zaczyna się rozmowa w języku angielsko-migowym. Tłumaczymy mu, że jesteśmy kunawardi - wspinacze. Że w bębnach mamy żywność i że chcemy jechać w góry. Niestety bębnów nie ma, będą jutro - tomorrow. Skąd jesteśmy? Poland. Widać po twarzy, że nie bardzo kojarzy. Gdzieś mi się przypomina, że w Persji Polskę nazywali Lechistan. Uśmiecha się do nas. Okay. Może zadzwoni do Tebriz. Gdzieś rzeczywiście telefonuje. Przykro mu. Ale…, tomorrow. Można się wściec ze złości. To i tak nic nie pomoże. Po prostu stykamy się z inną mentalnością i musimy się do tego przyzwyczaić, aby się niepotrzebnie nie denerwować. Wracamy na peron i wychodzimy wszyscy przed dworzec. Kobiety! Dużo jest tu starych kobiet w czadorach, siedzących na chodniku przed dworcem. Przy bliższym przyglądnięciu się, okazuje się, że to nie czadory i to nie są Iranki. Pod spodem mają pantalony. Na to coś w rodzaju koszuli nocnej, a na głowie turban. Wszystko na czarno. Twarzy nie mają zasłoniętych. I jeszcze ciekawy szczegół - na rękach i na nogach mają metalowe pierścienie. Kobietom towarzyszy grupa zajadle kłócących się mężczyzn. Na głowach mają pasiaste czarno-białe turbany. Ich wysuszone twarze sugerują, że dawno rozpoczęli drugą pięćdziesiątkę swojego życia. To są, podobno, Kurdowie. Dzielny, ale i egzotyczny naród, żyjący na pograniczu Iranu, Iraku i Turcji. Elżbieta wyraża obawę-jak oni się tu kłócą, to co będzie, gdy znajdziemy się gdzieś w Iranie, na wsi? Przed nami ulica teherańska. Na pierwszym planie ogromny pomnik jeźdźca na koniu(później dowiedzieliśmy się, że to pomnik Szacha Rezy - tatusia miłościwie teraz panującego). Trochę dalej perspektywa ulicy Pahlawi i zupełnie daleko wysoka góra z pasemkami śniegu pod szczytem. Mamy do załatwienia, pierwsze - wymienić dolary na rialsy i drugie-dostać się do ambasady. Z wymianą nie będzie kłopotów. Na dworcu jest kantorek banku Melli. Banku Narodowego Iranu. Kurs dolara- siedemdziesiąt sześć rialsów i dwadzieścia pięć setnych za jednego dolara. Pytamy się człowieka, wymieniającego dolary, jak dojechać do polskiej ambasady. Najlepiej taksówką, tylko że należy zwracać uwagę na licznik. Widocznie tutaj taksówkarze nie są wcale lepsi od naszych. Może pojedziemy autobusem. Podobno są nie drogie. Takie informacje uzyskałem w kraju. Niedaleko budynku dworcowego jest przystanek autobusu, to znaczy domyślam się, że to jest chyba przystanek, bo autobusy się zatrzymują. Tylko którym można dojechać do naszej ambasady? Mam przy sobie plan Teheranu, pożyczony od jednego z uczestników wyprawy w 1969 roku. Nazwy głównych ulic są podane w języku farsi i angielskim. Niestety nie na nim zaznaczonych linii autobusowych. Polska ambasada - zaznaczona kropką na tym planie - znajduje się na rogu ulic Tacht-e-Jamshid i Vesalli Shirazi. Patrzę na przejeżdżające autobusy. Są różnorodne-normalne, piętrowe jak w Londynie. Niebieskie i żółte. Całe upstrzone „robaczkami”. Usiłuję zagadnąć kilka osób. Nic z tego. Sprawa jest beznadziejna. Autobusem nie zajedziemy. Do normalnej taksówki wszyscy z naszymi worami nie wejdziemy. Pozostała taksówka bagażowa. Ale one nie mają liczników. Do naszej ambasady-jak wynika z planu jest około sześciu kilometrów. Ile się płaci za taką odległość? Nie mamy pojęcia i najmniejszej ochoty na to, żeby nas nacięto. Taksówkarze widząc, że jest okazja zarobić i to podwójnie, bo klient na pewno nie zna tutejszych cen, zaczynają nas ciągnąć do swoich pojazdów. Musimy jakoś ustalić cenę. Pytam się jednego-ile? Pokazując palcem na planie, gdzie chcę jechać. Rozkładam pięć palców drugiej ręki. Pięć osób! Piętnaście tomanów. Nie wiem, ile to jest rialsów. Pytam-sto pięćdziesiąt. Aha! Oni tu używają określenia „toman” na dziesięć rialsów. Trzeba to zapamiętać. Zobaczę, co powie drugi. Ten chce dziewięć tomanów. Oo…, już lepiej. Spróbujmy się potargować. Cztery tomany - i cztery palce lewej ręki są w ruchu. Nie! Osiem. Cztery…, siedem. Pięć-proponuję. Sześć- za mniej nie pojedzie. Nie to nie! Poszukamy innego. Pozostała czwórka zaczyna się łamać. Chcą zapłacić sześć tomanów-czyli sześćdziesiąt riasów. Nie, nie możemy tak szybko rezygnować. Trzeba się nauczyć targować, bo inaczej z tymi dolarami, co mamy, to nie mamy co szukać w Iranie. Widząc, że nie zapłacimy więcej, taksówkarz rezygnuje. Ładujemy nasze plecaki do środka. Razem z nimi ładują się moi dzielni „alpiniści”- oprócz mnie. Ja wsiadam do szoferki, jako coś w rodzaju przewodnika. Plan, który mam, nie jest zrozumiały dla kierowcy. Za dużo jest na nim napisów angielskich. Dopiero, powtarzanie nazwy ulicy Tacht-e-Jamshid i Vesalli Shiraz, wyjaśniło sprawę. Kierowca chyba wie, gdzie jechać. Tak samo nazwa Polish Embassy - nic mu nie mówiła. Na kolanach mam rozłożony plan miasta. Jedziemy. Szyba jest opuszczona, lekki wiaterek wpada do środka. A upał jest potężny. Coś dziwnie tu jeżdżą! Wyprzedzają z lewej strony, z prawej. Czasami naraz z obu stron. Rowery i motocykle urządzają sobie slalomy między autami. W środku jezdni jest ciągła biała linia, ale jakby nie istniała. Nikt jej tu nie respektuje. Czasami, gdzieś w tym strumieniu samochodów, zaplącze się jakiś pieszy, ale dziwnym trafem nie zostaje rozjechany. Co ciekawsze, to samochody zatrzymują się przed nim, choć idzie sobie na skos i nie korzysta z żadnej zebry. Jedziemy ulicą Pahlawi. Po obu stronach jezdni ciągną się płytkie kanały - aryki, w których płynie niezbyt czysta woda. Wzdłuż kanałów rosną drzewa platanów. Obrazu ulicy dopełniają sklepy, które wychodzą na ulicę. Sklep to jakby duża wnęka w budynku. A co się w niej nie zmieściło, to wisi nad chodnikiem, albo na nim leży. Wszechobecny hałas znakomicie uzupełniają klaksony. Nasz kierowca też co chwilę uruchamia ten piekielny mechanizm. Takie były pierwsze moje wrażenia z teherańskiej ulicy. Kierowca skręca i… przestaję się orientować, gdzie jesteśmy. Ale kierunek jazdy jest mniej lub więcej dobry. Co chwilę przejeżdżamy skrzyżowania z małymi rondami w środku. Prawie na każdym takim rondzie stoi pomnik. Ulica Tacht-e-Jamshid. Tu powinna być ambasada. Już widzę z daleka Orła na budynku. Rozcapierzony Orzeł - nasze godło. Mamy go w Polsce na monetach, w urzędach. Nikt na niego nie zwraca uwagi. Orzeł to Orzeł. Ale tu w tym budynku jest Polska. Tam są Polacy - lepsi, czy gorsi, ale Polacy. To się czuje, gdy zewnątrz otacza człowieka ten obcy hałas i dźwięk nieznanej nam zupełnie mowy. Gdy na plecach ma się kilkadziesiąt kilogramów, a w kieszeni, jak na tutejsze ceny, raczej pustki. Gdy do kraju jest tysiące kilometrów i w dodatku przez granice. Dziwne, ale takich okolicznościach zwraca się uwagę na najmniejsze oznaki polskości. Śmieszne, bo stojąca na ulicy beczka blaszana z napisem Poland, przynależąca zapewne do ambasady nagle wywołuje zainteresowanie. Stop. Kierowca staje. Płacę mu pięć tomanów. I żegnamy się, jak dwaj biznesmeni, zadowoleni z transakcji. Na dźwięk polskiej mowy portier otwiera bramę. Plecaki zostawiamy na klatce schodowej do piwnicy, a sami idziemy na pierwsze piętro. Przyjmuje nas pani w średnim wieku. Prosimy ją, czy by ambasada nie interweniowała na stacji, w sprawie naszych bębnów. Przekazuje tę sprawę jakiemuś panu, który bez entuzjazmu oświadcza nam, że wyprawa ze Szczecina czekała - bo mieli taką samą historię z bagażem - tydzień. Ładna historia! Zatelefonują na stację, ale musi to zrobić Iranka, która pracuje w ambasadzie. Iranka okazuje się być młodą dziewczyną. Wypytuje nas o szczegóły związane z feralnymi bębnami. Musimy teraz poczekać na rozmowę z drugim sekretarzem ambasady, bo pierwszy wyjechał na urlop do Polski. Siadamy tymczasem w fotelach, stojących w małym hallu na pierwszym piętrze. Przyjemnie tu jest, przede wszystkim z powodu klimatyzacji. Przeglądamy leżące na stoliku prospekty. Przyjmująca nas poprzednio pani przynosi nam klika egzemplarzy Trybuny Ludu z uwagą - pewnie państwo chcielibyście wiedzieć co się w Polsce dzieje? Trybuna Ludu nosi datę jeszcze z przed naszego wyjazdu. Kto z nas jest kierownikiem? Prosi sekretarz ambasady. Idź stary - mówimy do Janusza. Oficjalnie, a właściwie nieoficjalnie, to nie mamy kierownika. Po telefonie na stację, dostajemy wiadomość, że bębny są na stacji. Coś tu jest nie w porządku. Skąd się tam wzięły? Przecież z Tebriz jest tylko jeden pociąg na dobę, ten którym przyjechaliśmy. Ale to trzeba sprawdzić. Janusz dość długo nie wraca od sekretarza. Wreszcie jest. Coś nie jest w porządku? Jakie przyjęcie? Więcej niż zimne. Opowiem wam na ulicy. W każdym razie z noclegu w ambasadzie nici. Bagaż nam przechowają. Jakoś tę noc gdzieś prześpimy. Jutro pojedziemy w góry. Ale wcześniej musimy znaleźć „Iranian Mountainering Federation”- Irańską Federację Górską. Są przecież gospodarzami w tych górach. Nasz adres IMF składa się - podobnie jak naszej ambasady - z kropki na planie Teheranu. Kropka jest na ulicy Shirazi. Kropka jest oddalona od ambasady o parę kilometrów. Pójdziemy tam piechotą. Plecaki zostają w piwnicy, więc nie powinno być tak źle. Wychodzimy na ulicę z ambasady. W cieniu można jakoś wytrzymać, ale stanie w słońcu absolutnie do przyjemności nie należy. Idziemy w kierunku tej Federacji. No i co ci powiedział sekretarz? Objechał mnie, że wyprawa nie zgłoszona. Wie pan –powiedział - jak to wpłynie na stosunki polsko - irańskie, gdy wam się coś stanie? Od razu, z góry zastrzegł, że noclegu w ambasadzie nie będzie. Zaczął mnie straszyć, że zawiadomi ministerstwo, że przyjeżdżają „dzikie grupy”. Pokazywał mi nawet telegram do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Musiałem mu jeszcze zostawić spis naszych nazwisk. Co do noclegu to polecił mi hotel za czterysta pięćdziesiąt rialsów na dobę ze śniadaniem, ewentualnie sto riasów mniej, gdy doba jest bez śniadania. Jest też za lotniskiem camping, po piętnaście rialsów za osobę. Ta ostatnia informacja jest dla nas najciekawsza. Jednym słowem przyjęcie rzeczywiście raczej zimne. A nam się marzył basen w ambasadzie. Eh! Optymiści. Tak rozmawiając idziemy w stronę ulicy Kouroh-e-Kabir. Jest pora południowej sjesty. Można to poznać choćby po postaciach leżących na chodniku Avenue Kourosh-e-Kabir. Łóżko leżącego składa się z dwóch kawałków gazety. Ulica Shirazi. Tu gdzieś powinna być IMF. Idę z Jackiem w głąb ulicy. Reszta zostaje w cieniu jakiegoś drzewa. Upał jest jednak bardzo dokuczliwy, szczególnie dla naszych pań. Zaczepiam jakiegoś chłopaka - gdzie jest IMF- podając pełną nazwę. Nie bardzo wie o co chodzi. Na migi pokazał, aby czekać, a sam pobiegł do domu po drugiej stronie ulicy. Za chwilę pojawił się drugi, trochę większy. Ten drugi zna widać język angielski. Prowadzi nas ze sobą. Stajemy przed małym, ale ładnym domem. Tu ma być IMF. Na murze nie ma żadnej wywieszki - wskazującej, aby taka organizacja miała tu swoją siedzibę. Nasz Klub Wysokogórski - odpowiednik ich Federacji też nie ma żadnych szyldów. W drzwiach domu pojawia się starszy człowiek. IMF się stąd wyniósł. Gdzie? Nie wie gdzie. W tym momencie Janusz, który doszedł z dziewczynami, daje mi jakąś kartkę IMF jest na ulicy Fisher Abad. Skąd to wiesz? Dostałem adres od sekretarza. Dlaczego mi tego nie powiedziałeś? Po cholerę włóczymy się po tej ulicy. Mówiłem ci. Nie słyszałem. Nie kłóćcie się – wtrącił się ktoś z pozostałej trójki. Pod adresem, który zresztą nie zawiera numeru domu, jest numer telefonu. Spróbujemy zatelefonować. Nikt nie odpowiada. Rozkładamy plan miasta, który nam pożyczył sekretarz. Jest znacznie bardziej dokładny od naszego. Na ulicę Fisher Abad nie jest daleko. Jedziemy taksówkę zadecydowały Ryśka i Elżbieta. One maja dosyć tego chodzenia. Spacer w Teheranie w lipcowe południe do przyjemności nie należy. W taksówce pobieramy pierwszą lekcję arabskiego. Lekcji udziela nam taksometr. W okienku wyskakuje lekko zakrzywiona pionowa kreska - to jedynka, obok niej serduszko, odwrócone do góry - to piątka. Poznanie cyfr arabskich do dziesięciu jest dla mnie sprawą istotną. Jesteśmy już na ulicy Fisher Abad. Gdzieś tu musimy się zatrzymać i poszukać naszej Federacji. Przyjemnie się bardzo podróżuje taksówką. Tylko te pieniądze! W tym przypadku wyniosły dwadzieścia siedem rialsów. Znów zaczepiamy, tym razem przystojnego mężczyznę z czarnym wąsem. Ogląda kartkę z adresem IMF i wskazuje na budkę telefoniczną z automatem za dwa rialsy. Janusz wykręca numer i ma wyraźne kłopoty z dogadaniem się. Ściągamy do budki naszego „przystojniaka”, prosząc go, aby się dowiedział o numer domu, w którym jest IMF. Sprawa jest widocznie niezbyt łatwa, bo rozmowa trwa dłuższą chwilę. Wreszcie idziemy wszyscy, razem z właścicielem wąsików. Po drodze wchodzimy do jakiegoś biura, potem do drugiego. Nasz przewodnik widocznie się dopytuje, gdzie jest ten IMF. Wreszcie jesteśmy, tym razem chyba we właściwym budynku. Jest szyld, ale coś w rodzaju ministerstwa sportu. Budynek ma klimatyzację. Cudowna rzecz. Na szóstym piętrze ładna mała metalowa tabliczka „ Iranian Mountainering Federation”. Śliczne apartamenty ma ten ichni klub wysokogórski. Na ścianie w korytarzyku wisi duża panorama Alam Kuh i Tacht-e-Sulejman. Nikogo nie ma. Pokoje pozamykane. Nie, jest ktoś! Młody Irańczyk, pełniący pewnie obowiązki stróża. Uśmiecha się do nas i powtarza uparcie - six a`clock. Godzina szósta punktualnie. Widocznie tu dopiero ktoś jest o szóstej, z kim można coś załatwić. Żegnamy się z naszym uprzejmym wąsatym przewodnikiem. Nie mamy wcale ochoty wychodzić na ulicę. Nie ma jeszcze czwartej. Pojedziemy teraz na dworzec, sprawdzić tą rewelacyjną informację o bębnach. W taksówce trwa dalsza moja nauka arabskich cyfr. Zero-to malutki rombik. Dwójka jest prosta w zapamiętaniu. Dziewiątka też. Siedem jest takie same jak osiem, tylko odwrócone. Piątkę już znam. Najgorzej jest z szóstką i czwórką. Kurs kosztuje czterdzieści pięć rialsów. Bębnów, oczywiście, nie ma. Ale za to jest pięć znakomitych coca-coli z lodu, w restauracji dworcowej, w której właśnie siedzimy. Jest oczywiście klimatyzacja i ogromny portret szacha na czołowej ścianie. Na bocznej, jest już mniejszy jego małżonki - Farah Diby, a nad bufetem najmniejszy księcia. Nie wiemy jakiego. Ale następcy tronu. Przyjemnie się tak siedzi, sącząc coca-colę. Mam nadzieję, że jutro nadejdzie nasz bagaż i pojedziemy w góry. Tam będzie chłodno i spokojnie. Pobyt gdzieś w górach, nad potokiem, wydaje mi się teraz rajem. Wychodzimy przed dworzec. Elżbieta przeprasza, że za chwilę wróci. Nie ma jej dosyć długo. Gdzie byłaś? My tu wszyscy na ciebie czekamy. Byłam u Master Station - czyli po naszemu jakby zawiadowcy stacji. Świetny pomysł. No i co? Był tam jakiś cerber, ale weszłam obok niego i Master zatelefonował przy mnie do Tebriz. Ten telefon może mieć decydujące znaczenie. Taksówka po raz trzeci dzisiejszego dnia. Jest już ciemno. Nawet nie zauważyliśmy, kiedy dzień się skończył. Wspaniale wygląda Teheran wieczorem. Neony mnóstwo neonów, bajecznie różnokolorowe, ruchome. I do tego girlandy różnokolorowych żarówek. Jednym słowem Teheran By Night. I znów jesteśmy w IMF. Na korytarzu leżą na podłodze liny, młotki, haki. Obok grupki dyskutantów. Znana mi atmosfera. Przyjmuje nas prezydent Federacji pan Rafatiafshar - profesor ekonomii na Uniwersytecie Teherańskim. Pan Rafatiafshar przedstawia nam pana Osseina Adili - zdobywcę Fudżijamy, jak go reklamuje. Siedzimy w przyjemnie urządzonym pokoiku. Na ścianach proporce klubów górskich, prawie z całego świata. Włoskie, francuskie, japońskie, chilijskie. Jest też proporzec Klubu Wysokogórskiego z Krakowa. Całości dopełniają ogromne biurko, za którym siedzi pan prezydent, mała szafka z albumami, czekan na ścianie i kilka ładnych zdjęć. Między innymi Demawendu. Znany nam, już z południowej wizyty, Irańczyk przynosi herbatę. Wręczamy panu prezydentowi nasz proporczyk, album, krakowską ludową laleczkę. Rozmowa z panem Rafatiafshar toczy się w miłej atmosferze, spowodowanej dobrą znajomością francuskiego przez Elżbietę i jej urokiem. Pyta się nas, czy podoba nam się Teheran w nocy. Radzi nam poznać jego nocne życie. My też na to mamy ochotę. Tylko za co? Pan prezydent wygląda imponująco, starszy, siwy pan, otoczony telefonami. Dostaniemy, oczywiście, listy polecające do Rudbarak-skąd się wyrusza w grupę Tacht-e-Sulejman i do Rineh, punktu wyjścia na Demawend. Listy polecające? W kraju dowiadywałem się, że nie potrzeba żadnych zezwoleń na działalność górską. Taki list jest formą zezwolenia. Nie bardzo mi się to wszystko podoba. Pan prezydent mówi, że między alpinistami nie ma granic, nie tylko państwowych, ale i rasowych, religijnych. Elżbieta szybko pisze po francusku dedykację na albumie, który przywieźliśmy. Album jest z Tatr i pan Rafatiafshar zadaje parę grzecznościowych pytań - jak wyglądają Tatry? My ze swej strony zapraszamy go w nasze góry. Jeszcze jedna kolejka herbaty. Dostajemy książkę, do której wpisujemy nasz program działania. Przed nami zrobiło to już kilkadziesiąt wypraw. Przeważnie irańskie. Ale jest i wpis naszych kolegów z Krakowa, którzy tu byli w 1969 roku. Wydaje się, że nic już nie zdoła zakłócić tej miłej atmosfery. Niestety! Listy polecające dostaniemy dopiero w sobotę wieczorem. No trudno, dobrze, że chociaż dostaniemy. Jakoś wytrzymamy jeszcze trzy dni w Teheranie. W grę wchodzi tylko nocleg na campingu. A więc jazda na camping. Tylko, gdzie on jest? Stara droga do Saveh, dziesięć kilometrów za lotniskiem - tylko takie mamy informacje z ambasady. Jest już późno, dziewiąta wieczór. Machamy rękami na przejeżdżające samochody. Może się zatrzyma jakaś taksówka. Stanął duży kremowy samochód. Prawie amerykański „krążownik”. Pojedzie w stronę Saveh za czterysta riasów. To jest sześć dolarów. Bardzo dużo. Proponuję sto. Do targowania się to wypychali pozostali zawsze tylko mnie. W końcu jedziemy. Za dwieście. I tak jest nieźle. Hotel za jedną dobę kosztuje trzysta pięćdziesiąt Jedziemy szeroką aleją, na końcu której, na dużym rondzie stoi ogromny, nowoczesny łuk triumfalny. Za rondem kierowca skręca w jakąś boczną drogę. Miga nam znak campingu i liczba dziesięć. A więc dobrze jedziemy. Jeszcze dziesięć kilometrów. Kierowca krzywi się na dwieście rialsów. Chce jeszcze pięćdziesiąt, że niby droga długa. Nie mam ochoty mu dać, ale pozostali-daj mu! Te pięćdziesiąt - daleko jest. O, naiwni! Nie wiemy w tym momencie co czynimy. Wchodzimy przez wysoką bramę na camping. Nikt nas nie pyta o dokumenty. Kilka niewielkich cyprysów. Wierzby płaczące, między nimi trawa. Parę samochodów stoi pod drzewami, a obok nich namioty. Niewielki camping. Rozkładamy namiot na ziemi. Będziemy spać w piątkę na rozłożonym namiocie. Mamy dwa śpiwory. Jeden pod spód, drugim się przykryjemy. Noc jest wystarczająco ciepła. Nie to jest jednak najważniejsze, bo chce nam się potwornie pić. Nie piliśmy przez cały dzień nic, za wyjątkiem coca-coli na dworcu i herbaty w IMF. Wody z kranu pić nie chcemy, ze względu na ameby. Tylko co pić? Nie mamy herbaty, cukru, z wyjątkiem kilku kostek od Miszki. Obok bramy campingu jest mały sklepik i po drugiej jej stronie - bufet. Poszli tam państwo E i J. Napijemy się choćby wody przegotowanej. Wracają. Kupili paczkę herbaty, pięć jajek- bo tanio i paczkę herbatników. W sumie zapłacili jednego dolara. Nie jest tu zbyt tanio. Miłe perspektywy, jeżeli trzeba będzie czekać tydzień na naszą żywność w bębnach. Uszczuplimy bardzo nasz zapas cennych dewiz. Herbata jest gorzka, ale świetna. Do tego po jednym jajku i po kilka ciastek. Niewiele zjedliśmy dzisiaj, a mimo to nie odczuwam głodu. Nie wiem jak inni. Inni są jednak głodni. Elżbieta i Janusz zgłaszają propozycję, aby zjeść pasztet. Nie ma sensu jeść dzisiaj-oponuję. Przychodzi mi to łatwo, bo nie jestem głodny. Jakie masz argumenty? Tu na campingu nie robimy nic, więc nie potrzebujemy dużo jeść. A co będzie, jak będziemy musieli przez tydzień kupować żarcie. Widzicie, ile to kosztuje. Do tego opłata za camping. Za camping zapłaciliśmy przed chwilą. Chodził taki jeden z zeszytem, zapisał sobie skąd jesteśmy, zainkasował dwieście dwadzieścia rialsów - po czterdzieści na osobę. I dwadzieścia za namiot. A więc nie po piętnaście, jak poinformował Janusza pan sekretarz. To była cała biurokracja campingowa. Kontynuuję - jak dostaniemy bębny to sobie odbijemy to głodowanie. Chcesz cały tydzień głodować - wtrąca Elżbieta. Pojedziemy później wyczerpani w góry i co zrobimy. Nie uratuje nas ta puszka pasztetu, jak ją zjemy dopiero jutro. Mnie się wydaje, że lepiej ją zostawić. Zarysowały się dwa obozy - Elżbieta i Janusz oraz ja, Ryśka i Jacek. No to głosujemy. Trzy do dwóch na naszą stronę. Janusz – wściekły - rzuca w brata jakimś ciężkim przedmiotem. Stary! Co się wygłupiasz. Atmosfera staje się z miejsca bardzo nieprzyjemna. Po cholerę się kłócimy! Wszyscy stali się jacyś drażliwi i wybuchowi. To wszystko wina sytuacji, zmiany warunków, zmęczenia. Musimy jednak za wszelką cenę unikać konfliktów. Taka kłócąca się grupa jest nic nie warta. To nic w sumie nie daje. Łatwiej to jest jednak sobie wytłumaczyć, niż zastosować praktyce. Camping jest jednak przyjemny. Można wziąć prysznic. Jest nawet basen. Leżymy w piątkę na jednym rozpiętym śpiworze, typu rozpinana kołderka. Noc jest pogodna. Nie ma obawy, że pogoda się zepsuje. Tu w okresie letnim deszcze są zupełną rzadkością. I tylko jedynie w postaci burzy. Patrzę na niebo, usłane leciutkimi barankami, podświetlonymi księżycem, który schowany jest za wysokim murem, otaczającym camping. Oo…! Leci sputnik. Gdzie? Tu - pokazuję palcem. Wszyscy szukają sputnika. Ryśka twierdzi, że widzi. Nie, to tylko chmury przesuwają się szybko na tle gwiazd i jedna z nich najmniejsza sprawia wrażenie jakby była sputnikiem Ale to co ja widziałem, to był naprawdę sputnik. Tłumaczę. Nastrój wśród nas trochę się poprawił. Nie jest dobrze - myślę sobie. Bębnów nie ma. Zezwolenie na działalność w górach otrzymamy dopiero w sobotę. Może to skomplikować nasz program, który przewidywał - dwanaście dni w grupie Tacht-e-Sulejman, trzy do czterech dni na Demawend, a resztę na zwiedzanie Iranu. Oby tylko bagaż nie zaginął. Bo i taka myśl mnie nurtuje. Objaśnienie zdjęć(w kolejności zamieszczania) 1. Typowy sklepik prz ulicy. Takie ulice, poza reprezentacyjną częścia śródmiejską, ciągnęły się kilometrami. I sklepiki były po obu stronach. Przechodząc obok, należało wykazać całkowitą obojętność. Spojrzenie na towar, przystanięcie na moment, wywoływało gwałtowną reakcię właściciela interesu. Ryba poczuła przynętę. Zaraz nadzieje się na haczyk...I wyciągnie się ją z...- tj. wciągnie do środka. "Wędkarz" jej nie zwolni. Ma cenę kilkudziesięciu rialsów. Sama musi odzyskać wolność! 2. Gdzieś w Teheranie, na ulicy. To jest bardzo dobre miejsce dla chwilowego wypoczynku. Kwiatki kwitną. Upał leje się z nieba. Ale jesteśmy w dawnej Persji. I to się liczy. Jacek, Ryśka i chyba autor postu.
    6 punktów
  2. Wolna niedziela i wreszcie jakieś nieco bardziej przyjazne prognozy – dokąd by się tu wybrać? Na narty? – można zapomnieć. Na rower? – za zimno na dłuższe wycieczki. Nad morze? – za krótki dzień. To może piesza wędrówka gdzieś bliżej, gdzieś, gdzie nas dawno nie było? Padło na Puszczę Bukową, czyli Park Krajobrazowy na Wzgórzach Bukowych, na południowy wschód od Szczecina. To spory kompleks leśny, będący dość popularnym obszarem rekreacyjnym dla prawobrzeżnej części miasta. Około 10 rano zostawiamy auto na parkingu przy Jeziorze Szmaragdowym – powstałym w wyrobisku dawnej, średniowiecznej kopalni kredy, w szczecińskiej dzielnicy Zdroje. My – my czyli Monika (moja sąsiadka), Darek i ja. Na parkingu jeszcze pustawo, ledwie kilka samochodów, mimo iż godzina nie jest już wczesna. Temperatura – 0 stopni, po mroźnej nocy. Kaczki na podmarzniętej tafli jeziora – nieco apatyczne, chyba im zimno. Niedaleko grupa morsów żwawo przebiera się po kąpieli, świecąc gołymi, wypiętymi częściami ciała . Brr! Ruszamy na niebieski szlak, ostro wspinający się na klif nad jeziorem, a dalej prowadzący na południe, aż do Lipian. Naszym celem jest jednak pobliski Bukowiec – najwyższe z Wzniesień Bukowych – mierzący 149 m npm. Maszerujemy przez zimową buczynę rezerwatu Bukowe-Zdroje, a z każdym metrem lekko wznoszącej się ścieżki, robi się coraz bardziej biało. Miejscami jest dość ślisko – nawet raz ląduję na czterech literach, ale przynajmniej błoto zamarzło. Na południe od autostrady „Berlinki” jest prawie całkiem pusto – z rzadka mijamy biegaczy czy spacerowiczów. Monika i ja Skrzyżowania szlaków i inne charakterystyczne miejsca oryginalnie opisano kamiennymi znakami. Kamieni jest zresztą sporo – głazy narzutowe i ruiny przedwojennych budowli to częsty element tutejszego krajobrazu. Docieramy do Drogi Kołowskiej (asfaltowa szosa wijąca się grzbietem wzniesień, popularna latem wśród szczecińskich kolarzy). Teraz na asfalcie jest szklanka, czym zdają się nie przejmować mijający nas kierowcy. Z Przełęczy Trzech Braci odchodzi szlak w kierunku kulminacji Bukowca. Nazwa przełęczy pochodzi ponoć od trzech wielkich głazów granicznych – posiadłości Szczecina, klasztoru cystersów w Kołbaczu i dóbr rodziny von Palenów z Chlebowa. Miejscowa legenda głosi jednak, że kiedyś napadali tutaj na podróżnych trzej bracia rozbójnicy. Pewnego dnia rzucili się oni na przechodzącego tędy ślepego harfiarza z urodziwą córką. Ślepca zabili, a następnie pomordowali się wzajemnie w kłótni o względy pięknej dziewczyny. Córka harfiarza pochowała zbójów pod trzema głazami, z których wyrosły trzy wzgórza – Bukowiec, Klasztorne i Kopytnik, a sama po takich strasznych przeżyciach zamieniła się w dąb. Z dala widać stalową dostrzegalnię przeciwpożarową na Bukowcu. Szkoda, że nie ma tutaj ogólnodostępnej wieży widokowej, ponad koronami drzew, bo pewnie panorama na okolicę byłaby super. Z Bukowca schodzimy czarnym szlakiem niecały kilometr, ostatni fragment dość stromym zejściem do krzyżówki z czerwonym szlakiem. Dalej za czerwonymi znakami, głęboką doliną Zielawy. Obok nas porośnięte buczyną i zaśnieżone zbocza – czujemy się prawie jak gdzieś w Beskidach. Zamarznięte rozlewisko Zielawy: Niżej śnieg znika, a szlak robi się błotnisty. Docieramy do Drogi Chojnowskiej – starego brukowanego traktu. „Wodospad” na Zielawie: Znów przekraczamy autostradę – im bliżej Jeziora Szmaragdowego, tym więcej ludzi. Przewędrowaliśmy już 10 km – zgłodnieliśmy, więc czas na piknik. Kanapki i herbata z termosu smakują wyśmienicie. Wracamy nad Szmaragdowe, zaglądając jeszcze w kilka ciekawych miejsc. Odrestaurowany zajazd Szmaragd, który będzie niebawem pełnił funkcję schroniska młodzieżowego: Hmm, gdzie ten pies? Ruiny pałacu Toepffera – szczecińskiego przedsiębiorcy, właściciela dużej cementowni „Stern”. Piękny, dziewiętnastowieczny pałac z ogrodem przetrwał drugą wojnę światową, ale jak niestety wiele historycznych budowli, został w latach 50-tych bezmyślnie rozebrany na cegłę, wywiezioną gdzieś, pewnie na odbudowę Warszawy… Ostatnie spojrzenia na Jezioro Szmaragdowe - w promieniach popołudniowego słońca. Spacerowiczów po południu przybywa – nie chcąc mieszać się ze skupiskami ludzi, decydujemy się na powrót do auta. Z trudem wyjeżdżamy z przepełnionego parkingu i zastawionej samochodami ulicy Kopalnianej. Za nami solidny, trzynastokilometrowy spacer, dający dużo pozytywnej energii na kolejny tydzień zdalnej pracy .
    5 punktów
  3. Osiemnasty lipca. W nocy budzi mnie szarpanie wagonu i wydaje mi się, jak bym słyszał charakterystyczny odgłos jadącego parowozu. Ale skąd tu parowóz-myślę sobie. Przecież to linia zelektryfikowana. I zasypiam znowu. Cicho i spokojnie. Podnoszę roletę w oknie. Stoimy na jakiejś dużej stacji. Na zegarku godzina ósma. To pewnie Dżulfa. Wagon nasz stoi naprzeciwko dużego budynku dworcowego. Budynek jest zupełnie nowy. Szkło i marmur. Nawet drzwi są ze szkła. Nigdzie nie ma napisu, co to za stacja., ale na pewno jesteśmy w Dżulfie. Wychodzę z przedziału na korytarz. Jakieś dziwne, rdzawe góry. Wyglądają, jakby je ktoś wypalił w ogromnym piecu. Nie widać na nich ani źdźbła trawy. W ładne góry jedziemy, nie ma co. Co prawda spodziewałem się, że nie będziemy w Iranie narzekać na nadmiar lasów – to nie Tatry – ale tu nie ma nawet trawy. Daleko na wschodzie widać wysoki ośnieżony łańcuch. To Zangiezurskij Chriebiet. Jeden z łańcuchów małego Kaukazu. Na peronie ruch minimalny. Miszka dyplomatycznym gestem wskazuje toaletę. Towarzystwo w wagonie mamy międzynarodowe. Trzej Afgańczycy jadący przez Teheran do Kabulu. Studiują w Moskwie, no i oczywiście znają rosyjski, stąd to wiemy. Jeden Belg z ogromną walizką. Po co on się wlecze tyle dni pociągiem. Chyba nie cierpi, jak my, na brak dewiz. A może chce odbyć egzotyczną podróż? I jest jeszcze kilku Irańczyków. Jest też drugi wagon do Teheranu, ale tamtych nie znamy. Pożegnamy się nie za długo z Miszką i jego kolegą, ale przedtem zjemy śniadanie i zamówimy u niego dużo herbaty. Wleje się nią do naszych zielonych plastykowych baniek na wodę - ochrzczonych przez nas baczkami. Nazwano tak nasze bębny to i nazwa ta nam się spodobała. Herbata będzie nam potrzebna przez cały dzień, który zapowiada się jako gorący. Poza tym po drugiej stronie granicy już wszystko za dolary. W wagonie pojawiają się kolejno: - niski, czarny człowiek, zainteresowany tym, czy mamy świadectwa szczepień, - później tamtejszy wopista, który zabiera nam paszporty i opowiada nam, że kilka tygodni temu jechała tu z Polski jakaś grupa na traktorze. Na końcu przychodzi celnik. Ten jest zainteresowany, przede wszystkim, czy mamy ruble. Tak mamy. To trzeba oddać do depozytu. Dobrze oddamy. W zamian dostajemy „kwitancję”- innymi słowy pokwitowanie. Gdzieś około wpół do dziesiątej pociąg, a właściwie tylko trzy wagony, dwa osobowe i bagażowy-ruszył. Po wagonie chodzą wojskowi i oddają nam paszporty. Stajemy i wysiadają wszyscy ci, którzy nie jadą na drugą stronę, łącznie ze strażą graniczną. Do granicy jeszcze kilkaset metrów. Już widać niezbyt szybko płynący Araks i duży stalowy most, jedyne połączenie z Iranem. Pociąg rusza wolno dalej. Goni nas jakiś motocykl. Zatrzymują nasz ogromny pociąg i wsiadają niego celnicy. Kto z panów nazywa się Jacek T.? Co się dzieje? Znowu jakieś kłopoty! Nie, to tylko celnik popełnił małą nieformalność i dobrze, że się w porę spostrzegł. Jeszcze jakieś sto, sto pięćdziesiąt metrów i bylibyśmy po drugiej stronie. To nie jest tylko przejazd z jednego brzegu rzeki na drugi. To jest przejście z jednego świata w drugi. W takiej chwili, w jakiej jesteśmy, czuje się to najlepiej. Pociąg jedzie wolno dalej. Płynący pod mostem Araks ma kolor zielonkawy. Ledwo, gdy tylko przetoczyliśmy się po moście, znowu stoimy. Janusz ukradkiem fotografuje rzekę. Do wagonu wchodzi oficer irański i jeszcze dwóch, ale niższych szarżą. Jesteśmy więc w Iranie. A jeszcze dwa miesiące temu, wydawało się to niemożliwe. Sądzę, że warto marzyć, bo spełniło mi się w życiu sporo marzeń. Inna sprawa, że były to marzenia nie pozbawione w jakimś stopniu prawdopodobieństwa. A spełniły się, bo włożyłem w ich zrealizowanie cząstkę swego życia. Nie odbiegajmy jednak od tematu. A tematem jest podróż, już nie do Iranu, bo jesteśmy w nim, tylko w Iranie. Pan oficer w dobrze skrojonym mundurze przejrzał paszporty i nasz pociąg toczy się dalej. Z Dżulfy radzieckiej do Dżulfy irańskiej jest tylko kilka kilometrów, a tak długo wszystko to trwa. Tak, tylko że te kilka kilometrów dzieli granica. Zgrzytnąwszy kilka razy na zwrotnicach, pociąg wreszcie stanął. Dżulfa irańska. Słońce to samo, krajobraz się nie zmienił, ale coś tu jest innego. Tamtą Dżulfę można by sobie wyobrazić jako graniczną stację w Polsce. Tej - już nie. Wyczuwa się podświadomie jakiś inny rytm życia. Po tej stacji wałęsają się grupki mężczyzn. Nigdzie nie widać kobiet. Za budynkiem stacyjnym w głębi stoją równe szeregi glinianych domków o płaskich dachach. Nic się nie dzieje. Czasami tylko przejedzie między tymi domkami samochód lub autobus, wzniecając trochę kurzu. Za to w wagonie zaczyna się coś dziać. Pojawia się grupa panów w eleganckich beżowych mundurach i druga grupa, ale ubrana mniej zdecydowanie. Pierwsi-to celnicy. Drudzy-policjanci. Drugich interesują paszporty. Między nimi kręci się jegomość zainteresowany naszymi świadectwami szczepień. Panowie policjanci dają nam do wypełnienia małe karteluszki, a po ich wypełnieniu zabierają je z paszportami i znikają. Celnicy, niestety nie chcą tak szybko zniknąć. Deklaracja celna jest najbardziej skomplikowana z tych, jakie dotychczas w czasie moich podróży zagranicznych udało mi się spotkać. Dane osobiste, gdzie się urodził, skąd jedzie, dokąd, zawód i cała masa różnych szczegółów. W rubryce, dotyczącej bagażu najciekawsze były pytania - czy delikwent nie posiada narkotyków(miałby się przyznać?), złota, szlachetnych kamieni, dywanów i broni. Po wypełnieniu przez nas deklaracji, panowie zabierają się do oględzin naszego bagażu. Na szczęście przypominam sobie jedyne słowo-jakie znam z języka perskiego(to poprawnie jest język farsi)-kunawarda. To znaczy ten co się wspina, czyli alpinista. Słówko to usprawiedliwia nasz bagaż. Zainteresowali się za to bardzo zawartością naszego zielonego baczka z herbatą. Może sądzą, że to jest alkohol. Czyżby nie wolno było wwozić wódki? Oo! Jest tu coś ciekawego. Któryś z nich znalazł moją starą wojskową lornetkę, z podziałką w środku. Zaczynają ją ciekawie oglądać. Przez chwilę mam obawy, że ulegnie konfiskacie, ale skończyło się na strachu. Pobieżna kontrola bębna. Na drugim sprawdził tylko, czy plomba jest cała. Nawet tu wierzą plombom naszych celników. Januszowi i Elżbiecie poszło gorzej. Wybebeszyli im cały plecak, łącznie z półlitrówką wódki. Wódka jednak nie zainteresowała. Więc dlaczego tak obwąchiwali naszą bańkę z herbatą. Może jednak narkotyki, ale w płynie? Poszli sobie. W wagonie duszno. Aklimatyzacja wyłączona, od chwili gdyśmy przyjechali do Dżulfy irańskiej. Oszczędzają akumulatory? Na sąsiedni tor po drugiej stronie peronu wjechał jakiś pociąg, chyba przyjechał z Teheranu. Nie pojedziemy w wagonach radzieckich do Teheranu, tylko musimy się przesiąść. Eleganci w beżowych garniturkach zniknęli w tamtym pociągu. Po peronie przechadzają się stróże porządku jego szachowskiej mości. Ubrani w ciemne spodnie, popielatą koszulę, wpuszczoną do spodni. Na głowie czapeczki a la SS. U pasa dynda pistolecik z drewnianą rączką. Z pociągu, który przyjechał wychodzą pierwsi pasażerowie i wchodzą do naszego wagonu. Pora i na nas. Wynosimy cały nasz majdan na peron. Uff! Jak gorąco. Samo południe. Jesteśmy zepsuci przez klimatyzację. Dobrze, ale gdzie jest pierwsza klasa w tym pociągu? Rzut oka na wagon. To nie ten standard, co po drugiej stronie granicy. Biedne coś są te szachowskie koleje. Wszystko to jest jednak niezbyt istotne w tej chwili. Ważne, abyśmy wtaszczyli nasze bębny do wagonu. O…nie! Plecaki-owszem, ale bębny w żadnym przypadku! Tylko do wagonu bagażowego. Zapowiada się dłuższa dyskusja. Nie mamy absolutnie ochoty, dopiero co po przekroczeniu granicy, wydawać naszych dolarów na bagaż. Do dyskusji włącza się jakiś gość znający farsi i rosyjski. Wreszcie jesteśmy górą. Upychamy plecaki na półkach, a bębny ustawiamy na podłodze, między siedzeniami. Nakrywamy je powłoczką ze śpiwora. Aby nie rzucały się w oczy. Przedział jest czteroosobowy pierwszej klasy. Ale to nie jest pierwsza klasa, którą przed chwilą jechaliśmy! Dobrze, że jest chociaż klimatyzacja. Z kratki pod oknem dmucha zimne powietrze. W sumie jest całkiem przyjemnie. Może byśmy tak coś zjedli-padają propozycje. Rozłożymy to wszystko na bębnach, przecież nikt nie będzie ich nam wyciągał spod jedzenia. Eee, nie ma się co wygłupiać. I nie wygłupimy się, bo przychodzi starszy pan w mundurze, wyglądający na kierownika pociągu. Bardzo się martwi, że nam niewygodnie tak trzymać nogi i że lepiej byłoby bębny oddać do wagonu bagażowego. Posługując się łamanym językiem Szekspira, tłumaczymy mu, że jest „very good”, i że z przyjemnością tak pojedziemy. Poszedł. A my spacerujemy po korytarzu wagonu. Okazuje się, że inni pasażerowie mają też ogromny bagaż. Tylko, że bębny są takim jego rodzajem, który zdaje się wywołuje sprzeciw. Gdyby to były worki, toboły, może walizy, wszystko byłoby w porządku. Jeszcze jedno doświadczenie na przyszłość. Na stacji pojawiają się kobiety. Jedna starsza i dwie młodsze. Pierwszy raz widzę kobiety w czadorach. Długa chusta osłaniająca całą kibić kobiety, łącznie z nogami. W razie potrzeby i twarz. Widocznie chcą jechać do Teheranu. Nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca. Bo oto do naszego przedziału wchodzi dwóch brudnych młodzieńców. Trzeci-widocznie ich szef-stoi na korytarzu. Całe to towarzystwo zaczyna wynosić nasze bębny. Rozpoczyna się dyskusja na migi, z której wynika, że chyba chcą bębny zważyć. Zdaje się, że będziemy musieli zapłacić bagaż. Idę z Januszem za nimi. Do odjazdu pociągu zostało około pół godziny. Nie jest dobrze, gdy te sprawy załatwia się w ostatniej chwili. Coś niecoś o tym wiemy. Obok wagi stoi, znany już nam kierownik pociągu i jakiś cywil. Tak to ten, któremu najbardziej nie podobały się bębny w przedziale. Ważą sto siedemdziesiąt dwa kilogramy. W Krakowie było to samo. Dobrą wagę mają tutaj. Czterysta pięćdziesiąt rialsów za te bębny. Nie, pięćset dwadzieścia kilka. To jest siedem i pół dolara. Nie mamy rialsów, tylko dolary. Cywil chętnie nam wymieni po siedemdziesiąt dwa rialsy za dolar. Kurs oficjalny jest o trzy rialsy wyższy-takie mamy informacje. Tu jest pies pogrzebany! Facet doskonale wiedział, że nie mamy rialsów, tylko dolary i chciał na nas zarobić, a nie po to, aby uchronić skarb szacha przed stratą. Płacimy pierwsze frycowe, bo mogliśmy dać facetowi parę dolarów i byłby się zamknął. A tak to wyfrunęło prawie osiem dolarów. Załadowali je do wagonu bagażowego, który następnie doczepili do naszego pociągu. Wracamy do wagonu. Za kilka minut pociąg rusza. Czujemy jakiś niepokój. Nie stało się najlepiej, że nie mamy bębnów przy sobie. Ruszamy punktualnie o wpół do czwartej. Do Teheranu mamy około tysiąca kilometrów. Będziemy w nim jutro rano. Coś wolno jedzie ten nasz ekspres Dżulfa-Teheran - bo taką nazwę nosi. I w dodatku staje na każdej stacji. Ale jak ma nie stawać, skoro jeździ raz na tydzień. A innego pociągu z Dżulfy do Teheranu nie ma. Stacyjką jest mały budynek, otoczony czasem kilkoma drzewkami. Nieraz wydaje się po co ta stacja tu stoi, bo w promieniu paru kilometrów nie widać żadnego domostwa. Pociąg jedzie rodzajem płaskiej równiny, ograniczonej dwóch stron toru, biegnącymi równolegle do niego kopułkowatymi górami. Pozbawionymi, jak mi się wydaje śladów życia. Tylko na dole, tam gdzie coś cieknie, ewentualnie gdy teren wskazuje na to, że tu okresowo płynie woda, potok lub rzeczka, pojawiają się plamy zieleni. A gdzie jest zieleń, tam są i ludzie. Mijamy szare, gliniane wsie. Wieś taka, to duży gliniany czworobok, a w jego środku, stoją przytulone do siebie, jak komórki plastra, domy o płaskich dachach. Wieś stanowi jakby warownię, którą zburzyć jest dziecinnie łatwo. Wystarczy duży spychacz, który przejedzie przez nią na krzyż. Równie łatwo jest ją odbudować. Wystarczy trochę gliny i wody. Trafiliśmy na okres żniw. Trwa zbiór jęczmienia. Na polach widać całe rodziny. Jęczmień ścina się sierpami o ciekawym kształcie, podobnym do zminiaturyzowanej kosy. Tylko osiołki, pasące się ze stoickim spokojem, nie wydają się tym wszystkim zainteresowane. Mijamy klepisko z rozłożonym na nim zbożem i depczącymi po nim wołami. Aby z tego zboża był chleb, trzeba jeszcze oddzielić plewy od ziarna. Dokonuje się tego w genialnie prosty sposób, wykorzystując lekki wiatr. Dwóch ludzi podrzuca wymierzonymi ruchami do góry ziarno z plewami. Plewy lecą dalej, ziarno upada bliżej. Te metody zbioru młócenia nie zmieniły się zapewne od setek, może tysięcy lat. Widać pasterza ze stadem białych i czarnych owiec z zaplątanymi w stadzie kozami. Rosną drzewa - wierzby płaczące, platany, topole. Obok niewielkie, zielone plamy pól. Dookoła tych skupisk ludzkich, wyschnięte góry. Taki krajobraz towarzyszy nam teraz za oknem pociągu. Zbliża się wieczór, a my zbliżamy do Tebriz, największego miasta między Dżulfą a Teheranem. Tebriz jest stolicą ostanu, czyli odpowiednika naszego województwa. Wychodzę z Januszem na peron. Musimy czuwać nad bębnami. Do tyłu pociągu przyczepili lokomotywę i zaczynają jakieś manewry, w których bierze udział wagon, zawierający nasze miesięczne wiktuały. Nie ma specjalnie obaw- stwierdzamy i oglądamy dworzec. Jest to duży, ładny budynek, zbudowany ze smakiem. Może za duży i za ładny dla tej marnej kolei. Obok niego stoi sobie spokojnie na cokole parowóz. Pomnik lokomotywy? To są chyba reminiscencje drugiej wojny światowej. Ta linia kolejowa, mająca początek nad Zatoką Perską, oddała duże usługi w czasie wojny jako szlak dostaw ze strony aliantów dla walczących Rosjan. Parowóz słusznie zasługuje na pomnik. Na peronie jest stosunkowo dużo kobiet. Wszystkie w czadorach, tylko że pod czadorami modne spodnie i buty na słupku. Oglądam z Januszem gablotę ze zdjęciami. Taka tutejsza „Centralna Agencja Fotograficzna”. Szach z Farah Dibą i państwo Nixonowie, szach z Ali Butto, szach tu, szach tam, wszędzie szach. Już w Dżulfie ogromny portret szacha wisiał w bagażowni. W miejscu do tego celu raczej niezbyt odpowiednim - ale to mój pogląd. A mówią, że tylko u nas i w krajach ościennych był kult jednostki. Wagon z naszymi bębnami zbliża się z powrotem do naszego pociągu. Do odjazdu zostało tylko kilka minut. Co to!? Wagon odjeżdża! Nie dogonimy go, aby wyładować bębny i wrzucić do naszego wagonu. Po peronie włóczy się nasz cywil z Dżulfy. Biegniemy do niego z naszym kwitem bagażowym. Niech coś zrobi-jak wycyganił od nas dolary. We trójkę idziemy do następnego „cywila”, potem jeszcze innego. Do licha, czy tu największe szarże muszą być w mundurach? Ostatni uśmiecha się mile, rozkłada ręce i mówi – „tomorrow”, a więc jutro pojadą dalej nasze bębny. Pociąg rusza i wskakujemy do pierwszego, lepszego wagonu. Niech to krew zaleje, tyle już przejechały i musiały tu zostać. Wściekli idziemy do naszego wagonu. Dziewczyny po minach poznają, że coś nie jest w porządku. Co się stało? Bębny zostały! Gdybyśmy wiedziały, to byśmy pociągnęły za hamulec. Dobra myśl, ale teraz to nie ma sensu. Jesteśmy już za daleko od stacji. Jutro, tomorrow, maniana - wiemy doskonale, co to wszystko oznacza z doświadczeń innych, włóczących się po świecie. To może być w najlepszym przypadku jutro, a raczej pojutrze, bo jutro to my będziemy w Teheranie. A może też być „jutro” za tydzień. Tydzień czekania w Teheranie, tydzień straty czasu. Przez tydzień kupowanie z naszej skromnej, bardzo skromnej puli pieniężnej-jedzenia. Nie mówiąc o ewentualnym noclegu, bo liczymy na spanie w ambasadzie. Może to skomplikować dosyć poważnie dalszy ciąg wyprawy. Słuchajcie-mówi Janusz. Wysiadamy z Gienkiem, czyli ze mną, na najbliższej stacji i wracamy do Tebriz. Nie podoba mi się to rozwiązanie. Dobra, ale gdzie będziesz spał? Będziemy siedzieć na bębnach do rana. To nie ma sensu. Jest ciemno. Nie wiadomo jak dostać się do Tebriz. Pociąg wykluczony, bo właśnie nim jedziemy, tylko w przeciwną stronę. Autostopem – wątpliwe. Pytanie-czy nam wydadzą bębny? A poza tym nie byłoby dobrze, abyśmy się rozdzielali. Najbardziej protestują Ryśka i Elżbieta, ale one z obawy, żeby nam się coś nie stało. I mają rację, bo chyba byłby to dziwny widok, dwóch Europejczyków, wysiadających wieczorem na jakiejś takiej zagubionej stacyjce i szukających po ciemku drogi do Tebriz. Przychodzą sprawdzać bilety. Już drugi raz. Bo pierwszy raz nas sprawdzili zaraz za Dżulfą. Janusza ponoszą nerwy. Nie chce dać im biletów, tylko krzyczy do nich-gdzie jest nasz bagaż? Widząc, że jesteśmy rozłoszczeni nie na żarty-wycofują się. Nie mamy praktycznie nic do jedzenia, nie licząc puszki pasztetu, resztek masła-jeszcze z Polski, kilku kostek cukru od Miszki, orzeszków w czekoladzie, cukierków i do tego trochę chleba z Kirowakanu. Zjadamy resztki chleba z masłem, pasztet zostawiając na jutro. Na deser po kilka orzeszków i zimna herbata z fusami z zielonego baczka. Jacek śpi w jednym przedziale z facetem, który nam w Dżulfie tłumaczył z farsi na rosyjski. Jest pracownikiem radzieckiej ambasady w Teheranie. Idziemy do niego, aby nam przetłumaczył, co jest napisane na kwicie bagażowym. Kwit jest wypisany w farsi a litery są arabskie-słynne „robaczki”. Zaczynamy mieć wątpliwości do wszystkiego. Wszystko jest w porządku. Bilet jest wypisany na moje nazwisko. Napisano, że bagaż jedzie z Dżulfy do Teheranu, tylko brak jest daty przybycia do Teheranu. Zabezpieczyli się cholera. A forsę to umieli wziąć! Płacimy następne frycowe. Doświadczenia nie zdobywa się za darmo. Nasz tłumacz pociesza nas, że bagaż może przyjść za tydzień. Ładna pociecha-uśmiechamy się krzywo. Na domiar złego po powrocie do przedziału widzimy, że taki jeden chodzi po wagonie i pyta, czy chcemy pościel, ale za trzydzieści centów. Dziękujemy. Będziemy w tej szachowskiej pierwszej klasie spać w śpiworach. Nie mogę zasnąć. Co będzie, jak bębny pojutrze nie przyjadą? Szkoda, że nie wyjęliśmy z nich w Dżulfie chociaż kilku puszek. Tu jedna puszka pasztetu, a tam sto siedemdziesiąt kilogramów pyszności. Wniosek na przyszłość, trzeba mieć zawsze, w takich przypadkach, przy sobie żelazną porcję żywności. Nad górami wschodzi księżyc. Na szosie, biegnącej równolegle do toru, błyskają od czasu do czasu światła samochodów. Wagon monotonnie podryguje. Zasypiam w końcu.
    1 punkt
  4. Siedemnasty lipca. Terkot budzika. Przecieram oczy i wyglądam przez okno. Widok bardzo ograniczony. Stoki górskie porośnięte rzadkim lasem, raczej krzakami. Od czasu do czasu migają za oknem skałki, w miejscu gdzie wycięto, pod tor kolejowy, kawałek zbocza. Dzwonek budzika obudził Ryśkę. Jest już Tbilisi? Nie, nic nie widać. Piszczą koła pociągu, który skręca gwałtownie raz w jedną, to w drugą stronę. Przejeżdżamy tunele dłuższe, krótsze. Zasypiam znowu. Budzę się około godziny ósmej. Szkoda, przespaliśmy Tbilisi. W drodze powrotnej będziemy w nim wieczorem i też nic nie zobaczymy. Wychodzę na korytarz. Widziałeś Tbilisi-pytam się Jacka. W Tbilisi będziemy za dwie godziny. Nie żartuj! Poważnie, pociąg się spóźnia. To fajnie! Góry wyłysiały. Rośnie na nich tylko trawa. Jedziemy wzdłuż jakiejś rzeki. Rzut oka na mapę. Tak, to Kura. Przepływa przez stolicę Gruzji i wpada potem do Morza Kaspijskiego. Ładna rzeka, tylko trochę mętna. Góry się oddalają i stają się bardziej płaskie. Za oknem migają od czasu do czasu nędzne domki z szarej gliny, potem jakiś obóz pracy. Pociąg wolno wtacza się na stację. Jesteśmy w stolicy Gruzji. Godzina dziewiąta. Jest ciepło, ale nie upalnie. Tbilisi jest położone dość wysoko nad poziomem morza, a poza tym, to jeszcze rano. Usiłujemy kupić chleb, który jest nam potrzebny na śniadanie. Można dostać tylko bułki. Jak zdążyłem zauważyć prawie na każdej stacji, że można dostać pieczoną kurę z chlebem, rzadziej rybę. Słodkie bułki i ciastka. Do popicia piwo i tak zwany „kruszon”- coś pośredniego między oranżadą i sokiem owocowym. Klient dostaje to wszystko opakowane w prasę codzienną. Czytałem kiedyś książkę o Albanii napisaną przez Austriaka, który tam wędrował na skuterze razem z żoną. Otóż kupił pewnego razu w prowincjonalnej aptece maść. Maść tę sprzedawca zapakował w gazetę. Oburzył go ten drobny incydent do tego stopnia, że zaczął wątpić w osiągnięcia, w innych dziedzinach życia, tego małego kraju. Rzecz jest błaha i nie warta wzmianki, tym bardziej, że robiona jest bez złej woli. Wynika to z braku „mocy przerobowych” przemysłu papierniczego. Natomiast warta jest wzmianki mentalność pań, sprzedających wspomniane wyżej wiktuały. Pod tym względem nasze rodzime przekupki są wzorem grzeczności. Nie wiem dlaczego, ale wyobrażałem sobie, że jak przyjadę do Gruzji, to będą mnie otaczały stosy owoców, wspaniałe winogrona. Jedziemy od wczorajszego popołudnia przez Gruzję i nie możemy nic kupić. Co prawda nasz rejon poszukiwań ogranicza się tylko, z konieczności, do stacji kolejowych. Pociąg szarpnął i zaczął się następny etap podróży-do Erewania. Wszyscy pasażerowie wagonu wylegli na korytarz. Mamy wspaniały widok na miasto, które leży w dole. Dwa kolory dominują- czerwień dachów na małych domkach i zieleń. Te czerwono-zieloną mozaikę przecina w środku Kura. Mijamy małe charakterystyczne kościółki, widoczne na wzniesieniach, zbudowane na planie krzyża. Po drugiej stronie rzeki potężny srebrzysty pomnik…. Pociąg skręca, przejeżdża po moście nad Kurą i Tbilisi znika nam z oczu. Jeszcze tylko na szczycie góry, dominującej nad miastem widać budowlę podobną do widzianych niedawno kościółków. Ciekawe, kto kiedy i po co ją zbudował. Potem i ona znika. Odnoszę wrażenie, jak byśmy jechali na północ. Gdyby nie słońce i mapa, skłonny byłbym w to uwierzyć. Ale my w rzeczywistości jedziemy dokładnie na południe. Na horyzoncie wyrastają, przed nami powoli potężne góry. To łańcuch Małego Kaukazu. Mijamy jakąś wieś i obok toru pojawia się rzeka. To Debied, wpadająca do Kury. Będziemy jej towarzyszyć a ona nam, aż do jej źródeł. Brudna, bardzo brudna woda. Co, albo kto jest sprawcą tego zabrudzenia? Pociąg pędzi na spotkanie gór. Zbocza wznoszące się po obu stronach rzeki są coraz wyższe. Mijamy tunele, półtunele - czyli po prostu okapy chroniące tor od spadających kamieni i skał. Pociąg staje i jesteśmy w miasteczku Aławerdy. Dokoła nas góry ze skałkami na ich zboczach. Budzi się we mnie i Januszu duch wspinacza. Wymieniamy uwagi-ile tu można nowych „dróg” zrobić. Pociąg rusza. Usiłuję ukradkiem fotografować z okna. Ładne miasteczko na tle gór. Na zboczach pojawiają się pojedyncze drzewa. Za chwilę, w trakcie jazdy, rośnie już na nich gęsty las. Nasz długi pociąg wije się jak wąż. Przejeżdża teraz dziesiątki tuneli. W dole płynie, niestety dalej brudna - Debied. Najwyższe szczyty górskie skryte są w chmurach. Po którymś z zakrętów Debied znika nam z oczu i jednocześnie znika las. Górskie „kopy” pokryte teraz są tylko trawą. Po kilkudziesięciu minutach jazdy rzeka pojawia się znowu i razem z nią pojedyncze domy. Po drugiej stronie rzeki ciekawy cmentarz. Widziałem cmentarze w Polsce, cmentarze muzułmańskie w Jugosławii, gdzie grób kobiety od grobu mężczyzny różnił się tylko tym, że mężczyzna miał na kamieniu nagrobnym wykuty turban, a kamień na grobie kobiety był prosty. Biedni muzułmanie nie mieli takich szykan, tylko po prostu zwykłe kamienie wetknięte w grób. Ale ten jest jeszcze inny. Groby, grobowce jak miniaturowe świątyńki. Grobowiec jest otoczony malutkim ogrodzeniem przez znającego swój zawód kowala. W środku na czterech małych kolumnach daszek, a pod nim grób. To jeden z takich jego modeli. Skąd tu, w zagubionej w górach i chyba biednej miejscowości, taki kult zmarłych. Te groby były z pewnością bardzo kosztowne. Ta zagubiona miejscowość okazała się Kirowakanem. Miasteczko to jest uzdrowiskiem, do którego jedzie towarzysz z przedziału Jacka. Skłonny byłbym w to uzdrowisko uwierzyć, gdyby nie duży zakład przemysłowy, który teraz skutecznie zadymia okolicę i który na pewno jest sprawcą zabrudzenia biednej rzeki Debied. C`est la Vie! Usiłujemy kupić chleb. Już pora na „obiad” złożony z konserwy i chleba, bo bułki, kupione rano w Tbilisi, już się skończyły. Dostajemy duży, ciemny chleb, który najpierw został zważony a potem wyceniony na osiemdziesiąt sześć kopiejek i zapakowany w gazetę. Pociąg wciąż jeszcze jedzie do góry. Tu gdzieś w pobliżu powinien być jeden z najwyższych szczytów- a może najwyższy Małego Kaukazu - góra Aragac. Wydaje mi się, że w głębi widać duży szczyt z pasemkami śniegu. To Aragac. Pozostała czwórka pokpiwa sobie ze mnie, że wszędzie węszę śnieg. Aluzja do jazdy nad Morzem Czarnym. Tam też wydawało mi się, że widzimy momentami ośnieżone szczyty Kaukazu. Przyznam się szczerze, że lubię wodę pod tą postacią fizyczną. Bierze się to zapewne stąd, że narciarstwo jest jedną z moich pasji. Debied wyraźnie zmalała. Cieknie w dół już tylko cienka strużka. Drzewa zniknęły definitywnie, tylko wzdłuż naszej rzeczki rosną jakieś nędzne krzaki. Mijamy wsie, rozłożone u wylotów małych dolinek, spadających z pod kopulastych szczytów. Pociąg ma niestety spore opóźnienie. Liczyliśmy, że przyjedziemy około drugiej po południu do Erewania. Według rozkładu jazdy pociąg w Erewaniu miał stać około siedmiu godzin. Można więc było w ciągu tego czasu zobaczyć przynajmniej śródmieście. Chcieliśmy też pójść do Inturistu, bo wykombinowaliśmy sobie, że może się da wymienić nasze powrotne bilety kolejowe do Moskwy na lotnicze. Cena prawie ta sama, a oszczędność czasu ogromna. Zdaje się, że z tego wszystkiego będą nici. Jest już późne popołudnie, a do Erewania jeszcze spory kawał drogi. Długi tunel i... - przez dłuższą chwilę - siedzimy ciemnościach. Światła w wagonie palą się tylko na korytarzu. Koniec tunelu i pociąg lekko przyspiesza. Jesteśmy więc po drugiej stronie gór. W dole przed nami widać dość duże miasto. To pewno Leninakan, nazwa dla uczczenia wodza rewolucji. Drugie co do wielkości miasto Armenii. Tak, bo już jesteśmy od kilku godzin w Armenii. Jeszcze tylko kilka wężowych ruchów pociągu i stoimy na stacji w Leninakanie. Stąd przez Kars i Erzurum biegnie linia kolejowa do Ankary. Wychodzimy wszyscy na peron. Temperatura taka, jak i u nas o tej porze roku. Leninakan leży wysoko nad poziomem morza. Teraz pojedziemy tylko ciągle w dół. Aragac jest już dobrze widoczny. Można rozróżnić dwa wierzchołki oddzielone od siebie dość głęboką przełęczą. W podszczytowych partiach leży jeszcze dużo śniegu. Pociąg jedzie wzdłuż granicy radziecko-tureckiej, biegnącej wzdłuż rzeki Achurian. Po drugiej stronie rzeki, płynącej malowniczymi zakolami, stoją domki o glinianych płaskich dachach. To turecka wieś. Horyzont po stronie tureckiej zamykają pasma niewysokich wzgórz, biegnących równolegle do Achurianu. Gdzie ta kwitnąca Armenia? Bo krajobraz, który widzimy, wygląda raczej na księżycowy. Jakby jakiś olbrzym szedł po tych niewysokich pagórkach i ze swej sakwy czerpał garściami kamienie, wielkości dyni i rozsiewał je w regularnych odstępach dookoła siebie. Między tym kamiennym nasieniem tulą się do ziemi nędzne trawy. Tylko nad Achurianem, który oddalił się wprawo i zniknął nam z oczu, były większe partie zieleni. Mamy okazję obejrzeć sobie dokładnie granicę radziecko-turecką. Dzieli kraj socjalistyczny od kapitalistycznego. Widziałem granicę między ZSRR a Rumunią. Szeroki, zaorany pas ziemi. Po jego obu strona wysoki płot ze słupów betonowych, między którymi rozciągnięte są rzędy drutów kolczastych. Oddalonych od siebie o kilkanaście centymetrów. W Bieszczadach miałem okazję być z Rysią na granicy ze ZSRR. Ale tam był tylko wycięty szeroki, trawiasty pas i słupki z pięcioramiennymi czerwonymi gwiazdami. Ta granica, którą widzę teraz, jest imponująca. Szeroki bardzo pas zaoranej i gładkiej, prawie świeżo zabronowanej ziemi. Posiada po obu stronach, nie jeden rząd, ale trzy rzędy kolczastych płotów. Od swojej strony widzę, że na słupach są zamontowane izolatory, podtrzymujące druty. Jako elektryk z zawodu wiem, że izolatory się stosuje tylko po to, aby przewód odizolować od ziemi i wpuścić do niego prąd. Ściślej -między ziemią a przewodem - jest różnica potencjałów nazywana napięciem. Człowiek usiłujący sforsować taki płot zawsze dotyka ziemi. Zresztą druty kolczaste, nie zamocowane do izolatorów mogą być doskonale uziemione. I między nimi, a tymi na izolatorach jest wysokie napięcie. Nawet nie musi być za wysokie, aby człowieka porazić i obezwładnić. Ta wspaniała zapora graniczna jest uzupełniona jeszcze stojącymi na pasie reflektorami przeciwlotniczymi. Stoją w takiej odległości od siebie, aby jeden zapalony reflektor oświetlał doskonale pas, aż do następnego. Na tym urządzeniami czuwa człowiek żołnierz na wysokiej wieży, też niezbyt daleko oddalonej od następnej. Na pewno nie dalej, niż w zasięgu skutecznego ognia z karabinu maszynowego. Wspaniała granica. Mucha się nie przeciśnie. Tylko w którą stronę chciałaby lecieć? Czeka nas większa trakcja. Mamy nadzieję zobaczyć najbardziej chyba znaną przed odkryciem Everestu, górę świata. Biblijny Ararat.- noszący turecka nazwę Buyuk Agridag. Według mapy wznosi się tu za granicą, wzdłuż której jedziemy. Od pewnego czasu wypatrujemy go. To z jednej, to z drugiej strony pociągu, w zależności od tego, jak pociąg skręca. Mam! Zobaczyłem pierwszy. Na tle lekko zamglonego nieba, oświetlonego zachodzącym słońcem, widoczna jest bardzo słabo biała, ogromna piramida. Po chwili cała nasza piątka rozróżnia go na tle nieba. Zbliżamy się coraz bliżej do Araratu, ale go więcej nie zobaczymy, ponieważ zapada wieczór. Szkoda! Jeszcze chwilę błyszczą, jego szczytowe śniegi, w blasku znajdującego się już za horyzontem słońca. Potem to wszystko znika. Ale zdążyłem z okna wagonu zrobić mu zdjęcie. Gdzieś się zawieruszyło. Na pierwszym planie plątanina drutów telefonicznych. Według mapy, w linii prostej to jakieś piętnaście kilometrów od granicy. Wysoka góra. Ma przecież ponad pięć kilometrów. W prawo do głównego wierzchołka szerokie siodło, przełęcz. Dalej szczyt Małego Araratu. Gdzieś tu zapewne usiadła Arka Noego. Archeolodzy nie wierzą w biblijny potop. Jakaś gigantyczna powódź na terenach wokół Eufratu i Tygrysu, to było możliwe. Przecież to były rejony bardzo rozwiniętej cywilizacji. Będziemy na terenie starożytnej Persji. Jej potęga została zakończona przez Aleksandra Wielkiego. Mamy nadzieję zobaczyć Persepolis. Obok toru pojawiają się pierwsze drzewa. Mijamy od czasu do czasu małe domki, stojące w małych sadach. Ktoś na korytarzu wagonu mówi po rosyjsku, że w tych okolicach była kilka dni temu duża katastrofa kolejowa. Więc może stąd to nasze opóźnienie. Zakłócenia w ruchu kolejowym trwają aż do dziś. Wszyscy z natężeniem wypatrują miejsca katastrofy. W pewnej chwili, w małym lasku, obok toru, widać w świetle, padającym z oświetlonych wagonów, resztki pociągu osobowego. Straszliwie pogięte wagony i cała masa kół, leżących między drzewami na trawie. Wieść gminna, kursująca po wagonie, podaje dwieście zabitych. Jaki procent z tego jest prawdziwe to trudno dociec. Horyzont przed nami robi się coraz jaśniejszy. Sprawcą jasności jest Erewań stolica Armenii. Jest godzina dziewiąta wieczorem, gdy wysiadamy z pociągu. Duży, ładny dworzec. Dzielimy się na dwie grupy, jedna grupa będzie stać obok wagonu, bo nie wiemy kiedy pojedziemy do Dżulfy. Przypuszczamy tylko, że około dwudziestej trzeciej. Druga pójdzie coś zjeść. Zostaję z Ryśką. Wracają po kilkunastu minutach. Jedli tylko jakieś ciasto biszkoptowe z kakaem. Teraz na nas kolej. Jemy to samo. Nie ma po co włóczyć się po dworcu. Coś się dzieje na torze, gdzie stoi nasz wagon. Wyciągną go na bocznicę i szukaj wiatru w polu. I rzeczywiście, ledwo tylko wsiedliśmy, już gdzieś nas ciągną. Odciągnęli kilka kilometrów od dworca i zostawili na przedmieściu. Nie pozostało nic innego jak tylko pójść spać. Elżbieta pyta się Miszki, czy możemy się myć, no bo pociąg stoi właściwie na stacji. Łaskawie pozwala. Mija już czwarta doba, odkąd wyjechaliśmy z Krakowa. Jutro będziemy w Dżulfie, a pojutrze w Teheranie. Oczywiście jak się nam pechowego nic nie przydarzy. Zasypiam momentalnie.
    1 punkt
  5. Wstęp do dalszego ciągu... Mam mnóstwo zdjęć i opisów związanych z trzema pobytami: - wyjazd i pobyt w Iranie -1972 r, główny cel-góry Elburs, -wyprawa alpinistyczna do Afganistanu, Hindukusz Wysoki-1973 r, -trekking w Himalajach, na północ od stolicy Indii, oraz objazd subkontynentu pociągiem-1976 r. Prowadziłem dziennik w Iranie i w Indiach. Na podstawie tych zapisków, mając w pamięci, pojawiające się obrazy, spisywałem na nowo swoje wspomnienia. W pewnym okresie miałem nawet zamiar napisać jakąś książkę podróżniczą. Czytało się czasem coś takiego. Tylko proste relacje z czynności dnia bieżącego. Był to okres, gdy już wyjazd w Alpy, był marzeniem. Nie tylko z powodu braku zielonych. Pierwsze pytanie, przy staraniu się o paszport, wisiało w powietrzu. "Po co chcecie tam jechać" ? Zarejestrowani sportowcy mieli przywileje. Jechali na zawody. Z rzadka ktoś jechał służbowo. Ale indywidualnie, turystycznie można było tylko do "demoludów". Coś z relacji, z szerokiego świata, się wtedy jednak pojawiało. Były wyprawy alpinistyczne, czy też w innych dziedzinach(żeglarstwo). Ale to się podciągało pod wyczyn, rozsławiający imię Polski Ludowej na całym świecie. Czytałem "Poznaj Świat". Tam się czasem pisało o dalekich podróżach indywidualnych. "Orbis"-owszem - umożliwiał wyjazdy daleko w świat. Nie tanie i porządnie zorganizowane, bezpieczne. Egzotyka głównie się ograniczała do paru zabytków i kultury w wydaniu cepeliowskim. W wspomnianym periodyku czytałem relacje pewnego autora, którego później poznałem osobiście. Rysiu-mówię, jak to pisałeś. Tyle wiadomości o kraju, kulturze, zabytkach. Rozmowy z ludźmi spotkanymi na ulicy. Stary! Ja mam dobrą Practikę. Robi się parę zdjęć na miejscu. Idziesz do Biblioteki Jagielońskiej i szukasz materiałów o tym kraju. Rozmowa na ulicy jest dziecinnie prosta. Jak masz nieco wyobraźni to bez trudu tworzysz taki dialog. Ja nie jechałem z Orbisem. Sam ze swoimi kolegami organizowaliśmy taki wyjazd. Zdobywało się wcześniej informacje o danych górach, kraju,...Maksymalnie ile się da. Na ulicy nie robiłem reportażu, ale w ścisku, z miejscowymi, siedziałem w telepiącym się gruchocie. Zwanym autobusem. Lub też przez dwa tygodnie, objeżdżając Indie i docierając do przylądka Komorin - zmieniałem pociągi. Było wystarczająco dużo czasu na rozmowy ze współpasażerami. Więc sobie myślałem - moja książka będzie bardziej prawdziwa. W zapiskach nie jestem jedynym bohaterem. Raczej unikam pisania o sobie. "Selfi" to można policzyć na palcach jednej ręki. Zawsze mnie interesowali ludzie. Jak żyje przeciętny człowiek. Bez upiększeń dla celów propagandy tyrystycznej. Geografia - czyli teren, pogoda, zabytki. To się samo przez się rozumie. Książek przygodowych czytałem w tym okresie, jak wyżej, sporo. Ja zawsze szukałem w takiej literaturze nie tylko "reportażu". Przykład - to jest takie miasto, takie zabytki itp. Szukałem bardzo osobistych przeżyć autora. Strachu, zwątpienia, wyrzutów(po co się w to wkopałem?). Jeśli chodzi o góry to mam osobisty pogląd, że generalnie jest to marna "literatura". To są reportaże. Alpiniści cierpią z zimna, z braku powietrza. Ale gdyby zarejestrować im wszystkie te myśli, które przelatują przez ich głowę, w bezsenną noc, gdzieś w namiocie, oczekujących na wątpliwą pomoc...A dostajemy opis trudności technicznych ze wspinaczki. I że jest to osiągnięcie. Jest. Chwała za to! Ale to nie jest literatura. I teraz się kiwam. Wykorzystać serwer "Online" na archiwum. Napisać w odcinkach "książkę". Będzie ich sporo. Stąd perfida. Materiału mam dużo. Jest napisany i sfotografowany. Drobne korekty, jak opisanie publikowanych zdjęć(kolor). Co, gdzie, kiedy? Nie będzie to wielki wysiłek z mojej strony. Więc bez żalu mogę to zawsze przerwać. Nie potrzebuję "lików". Nie wszystkim moja relacja musi się podobać. Ale czasem jakieś "thanks" może świadczyć, że ktoś z ciekawości to przeczytał. Zagronie
    1 punkt
  6. Wyprawa do Iranu 13.07-20.08.1972 r Prolog-czyli jak zorganizować wyprawę. Pytanie-jak zorganizować wyprawę? Odpowiedź na nie jest w zasadzie bardzo prosta. Trzeba mieć; bardzo, bardzo dużo entuzjazmu, odpowiednią odporność psychiczną, szczęście - no i pieniądze. Reszta jest prosta. Nas było pięcioro: Ryśka - moja żona, Elżbieta żona Janusza i Jacek, jego brat. Pasją naszą były góry. Jeździliśmy w Tatry. Schodziliśmy Riłę i Piryn. Udało nam się wyjechać w Alpy Julijskie. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, w tym przypadku w miarę wzrostu doświadczenia i poznawania nowych miejsc. Spotykaliśmy w każdą środę w Klubie. Na ulicy Basztowej w Krakowie w budynku, w którym była szkoła muzyczna, jedno piętro zajmował Oddział Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego(PTTK). Pod jego skrzydłami działały kluby. Nasz nazywał się Tatrzański . Czasami w czasie walnych zebrań z udziałem przedstawicieli, czy oficjeli z wyższego szczebla „peteteku”, ktoś z zarządu klubu, liczącego teoretycznie kilkudziesięciu członków podkreślał, że jesteśmy jak odwrócona litera T. Na dole są szerokie masy turystów górskich, na górze „wyczynowcy”, czyli członkowie Klubu Wysokogórskiego, który zresztą był obok nas. PTTK łaskawie przydzielił im jeden pomieszczenie, na zebrania i niezbędne papiery potrzebne do działalności. My turyści wysokogórscy byliśmy między nimi. Dotychczas monopol na wyjazdy w góry, nazwijmy je egzotyczne, choć mogły być w Europie, ale w strefie dolarowej, mieli tylko wyczynowcy. Więc marzyliśmy. Marzyć jest łatwo. Może Alpy, a może poza Europę. Wszyscy marzą. No i co z tego ? Gdzieś około dwóch lat temu Janusz rzucił hasło - pojedziemy do Mongolii. Dlaczego nie! Może być Mongolia. W Mongolii nie trzeba było mieć dewiz. Góry są wysokie, posiadają lodowce, co było moim marzeniem, aby wreszcie przejść się po prawdziwym lodowcu. Są wprawdzie „lodowczyki” w Tatrach, ale i tak większość wspinaczy w to nie wierzy. W rzeczywistości jest to zlodowaciały śnieg, który, wprawdzie rzadko, ale jednak topnieje całkowicie. W ten wyjazd, po prawdzie nikt nie wierzył, może z wyjątkiem Janusza. Ale jak się tylko gada co środa i marzy, to oczywiście nigdzie się nie pojedzie. Na wiosnę dopingowani przez Janusza oraz zbliżającymi się wakacjami zebraliśmy dwunastkę chętnych na wyjazd. Zespół, może nie całkiem odpowiedni, ale lepszego nie było. Program wyprawy przewidywał wyjazd pod najwyższy szczyt Mongolii Moenche Chajchran Uuł, położony w Ałtaju Mongolskim.. Przewidywano wyjście na ten szczyt, akcję eksploracyjną w jego otoczeniu i badania biologiczne potoków górskich. Wśród środowych dyskutantów, przy rarytasie klubowym-kawie, były dziewczyny zajmujące się naukowo takimi badaniami. Rozpoczęły się starania o paszporty i wizy mongolskie. Paszporty otrzymaliśmy, po wizycie Elżbiety u zastępczy komendanta wydziału paszportów MO. Miała widocznie jakiś dar przekonywania. Gorzej niestety było z wizami. Strona mongolska, bo tak oficjalnie wtedy nazywano kraj udzielający nam łaskawie wiz, odpowiedziała na pismo Klubu uprzejmie, ale stanowczo, że wiz w tym roku nie będzie. Między wierszami, czytało się wtedy, że mamy za małe poparcie. Gdyby jakiś ważny sekretarz partii poparł naszą wyprawę? Wszyscy tak robili. Bo bez - znaczącej w naszej ludowej ojczyźnie figury - wyjazd był praktycznie niemożliwy. Nasz zespół się rozleciał. Przy tej okazji wyciągnęliśmy smutny wniosek, że w przyszłości należy staranniej dobierać ludzi. Niezmordowany Janusz zaproponował Iran. Rzecz wydawała się jeszcze mniej realna niż Mongolia. Tym bardziej, że w „Taterniku”- organie Klubu Wysokogórskiego można było przeczytać relacje z wypraw, z których wynikało, że na zorganizowanie takiej wyprawy potrzeba nawet dwóch lat. I znów w ruch poszły marzenia. Grupa Tacht-e-Sulejman, Alam Kuh, Demawend – to nazwy szczytów w Elbursie, gdzie chcieliśmy jechać. Góry te znane były u nas pod nazwą Alborz. Poza nimi marzył nam się Isfahan, Sziraz, Persepolis – jako piękne kulturalne dodatki do gór. Na razie w wymienionych czterech elementów, potrzebnych do zaistnienia wyprawy, mieliśmy tylko jeden - entuzjazm. Entuzjazm ten rósł lub malał w zależności jak dana sprawa się przedstawiała. Co do pieniędzy, to istniała nadzieja, że coś się załatwi. Pozostałe dwa elementy, odporność psychiczna i szczęście były wielka niewiadomą. Na początku maja Janusz wysyła pismo do Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Turystyki(GKKFiT) podając zasady na jakich będzie zorganizowana wyprawa. A były one, w pewnym skrócie takie, osiem osób, każda z nich będzie posiadać pięćdziesiąt dolarów na koncie wywozowym, działalność w grupie górskiej Tacht-e-Sulejman i wyjście na Demawend. Cały maj łudzimy się, że coś z tego będzie. Przy końcu maja wysyłamy pismo do ambasady irańskiej z prośbą o wizy. Początek czerwca to nowe rozczarowanie. GKKFiT jest zainteresowany tylko wyjazdami sportowymi. A więc tylko wyczyn. Widocznie nie nadszedł jeszcze czas, aby zainteresować się turystą, który nie jest wyczynowcem, i nie chce, i nie zawsze może korzystać z Orbisu. Dostajemy od nich radę, że należy się starać o wyjazd na zasadach turystycznych. Co te zasady znaczą w przypadku Iranu, tego nikt z nas nie wie. Można się domyślać, że powinniśmy tam jechać z Orbisem zwiedzać zabytki. Był więc już początek czerwca, a wyprawa, aby miała jakiś sens powinna trwać minimum pięć tygodni. Elżbieta, Ryśka i Janusz, powinni być, ze względów zawodowych już na początku września z powrotem w Polsce. Z tego wypływał wniosek, że powinniśmy wyjechać najpóźniej na początku drugiej połowy lipca. A my jesteśmy w punkcie zerowym. Bo poza zdobyciem pewnego doświadczenia, sprawa wyjazdu nie ruszyła z miejsca.. Do tego wszystkiego ubywa nam Janusz, który wyjeżdża do Włoch.. Powróci pod koniec czerwca. Przy tej okazji załatwia dla mnie i dla Rysi delikatną sprawę konta dewizowego. Nie mamy dolarów i nikogo za granicą, który by nam przysłał kilka zielonych, koniecznych do wypuszczenia nas z kraju do strefy dolarowej. Kupiłem więc u konia setkę, którą Janusz zabiera ze sobą. Ma zorganizować przesyłkę. Zdołaliśmy ustalić, w przybliżeniu, zasady wyjazdu turystycznego a więc przede wszystkim dolary - potrzebne na podróż od granicy radziecko-irańskiej i na pobyt w Iranie. Dalej program działania w Iranie, przedstawiony przez Zarząd Klubu i poparty przez Krakowski Komitet Kultury Fizycznej i Turystyki(KKFiT). Około dziesiątego czerwca posiadamy - to znaczy Ryśka i ja - konto dewizowe. Z Włoch nadeszła informacja do Narodowego Banku Polskiego w Krakowie na ulicy Basztowej, że na moje nazwisko i mój adres nadeszło sto dolarów, jako darowizna. Przy tej informacji otrzymałem list od nieznanej mi pani, z którego treści wynikało, że jest moją daleką krewną i że daruje mi tę skromną sumę zielonych, na jakieś tam potrzeby. List ten był wystarczającym dla banku dokumentem, że darowizna jest legalna i pochodzi od mojego krewnego. Jako dokument został dołączony do moich akt w NBP. Janusz dobrze to załatwił. Mamy więc z Rysią po pięćdziesiąt zielonych. Jako małżeństwo mogę się podzielić moim kontem z żoną. W międzyczasie telefonujemy, co pewien czas, do ambasady irańskiej, aby się dowiedzieć jak przestawia się sprawa naszych wiz.. W czasie którejś z rozmów dowiadujemy się, że nasze pismo z prośbą o wizy zaginęło. Może zostało wysłane do Teheranu - zmienili w tym czasie sekretarza ambasady - a może nie. W każdym razie nie ma w ambasadzie po nim śladu. To nic, nie załamujemy się. Bo załamanie oznaczałoby rezygnację z wyjazdu. Kolega z pracy Ryśki, jadąc na delegację do Warszawy zabiera kopię pisma, szybciej dotrze do ambasady. Postanawiamy jak najszybciej złożyć kwestionariusze paszportowe w Biurze Paszportów Komendy Wojewódzkiej MO w Krakowie. Mamy paszporty, ale do Mongolii. Na nie da się na nie jechać do Iranu. Iran to strefa dewizowa, a zresztą składaliśmy podanie o wyjazd do Mongolii, więc nie możemy tak sobie zmienić kraju docelowego. Aby uzyskać paszporty do Iranu musimy mieć poparcie KKFiT. W tej sprawie do „kakafitu” idzie Hanka, koleżanka klubowa i Ryśka. Kakafit bardzo przychylnie ustosunkowuje się do naszych zamierzeń i po dwóch dniach mamy gotowe pismo popierające nasz wyjazd. Sprawa ta jest załatwiana przed Jasiem prezesem Klubu, ponieważ były między nami różnice zdań na temat organizowania wyprawy i chcemy go postawić przed faktem dokonanym. Organizujemy tą wyprawę nie tylko dla siebie, ale i dla klubu. Byłaby to, według naszego rozeznania, pierwsza w dziejach PTTK wyprawa polskich turystów górskich w tak wysokie góry. Tym bardziej, że dla uczczenia stulecia turystyki polskiej, Klub zamierza w przyszłym roku zorganizować wyprawę eksploracyjną w Hindukusz. W tej wyprawie mamy wziąć udział Janusz i ja. Dobrze byłoby sprawdzić siebie na wysokości cztery, pięć tysięcy metrów ponad poziomem morza. Nasze największe dotychczas wysokości to niecałe trzy tysiące na Triglavie w Alpach Julijskich. Środa - dwudziestego pierwszego czerwca. Przychodzę z Elżbietą do klubu, licząc że da się nam przekonać Jasia i uzyskamy jego podpis na piśmie, popierającym naszą wyprawę, do biura paszportowego. Elżbieta, przezornie przygotowała wcześniej jego projekt. Dyskusja z Jasiem w tej sprawie trwa prawie dwie godziny. Przez półtorej Jasiu mówi nie i nie, obawiając się, że możemy nie dostać wiz, że może się powtórzyć historia Mongolii. Żąda od nas promes wizowych. Udaje nam się przekonać najpierw Adama, członka zarządu klubu, który uczestniczy w dyskusji, i w końcu Jasia. Mamy więc już pismo naszego klubu i pismo z KKFiT-u. W pracy mój szef, podpisuje mi po raz trzeci kwestionariusz paszportowy. Najpierw Mongolia, po tym Jugosławia, która w międzyczasie wypłynęła - a teraz Iran. Pyta się – gdzie pana tak nosi? Pozostaje do załatwienia sprawa promes bankowych, że posiadamy odpowiednią ilość dewiz na podróż i pobyt w Iranie. Ale na załatwienie tej sprawy, jak się okaże za chwilę, mamy jeszcze kilka dni czasu. Dwudziestego trzeciego czerwca Elżbieta i Ryśka idą do biura paszportowego, gdzie dowiadują się, że musi być indywidualne poparcie przez „kakafit” każdego uczestnika wyprawy. Może to wydawać się proste uzyskać poparcie, ale kakafit nas nie zna. I tu rodzą się wątpliwości, czy będą mieli do nas zaufanie, że nie zostaniemy za granicą demoludów - korzystając z wyjazdu. Mieliby wtedy spore przykrości. Rysia zajmuje się tą sprawą i załatwia ją pozytywnie. Na razie mamy pierwsze małe sukcesy. Dwudziestego szóstego czerwca kolejna wizyta Elżbiety i Ryśki w biurze paszportowym. Mają przy sobie plik kwestionariuszy i wszystkie wspomniane wyżej pisma. Oprócz tego moją i Ryśki promesę dewizową z banku. Brakuje promesy Elżbiety, Janusza oraz Jacka. Promesę Elżbiety i Janusza musi on załatwić, ponieważ tylko on ma konto dewizowe. Biuro przyjmuje część kwestionariuszy, polecając uzupełnić promesy. Jednocześnie robią nam nadzieję, że możemy dostać paszporty dziesiątego lipca. Całe konto dewizowe musi być podzielone na dwie części. Pierwsza część jest potrzebna na pobyt w Iranie, natomiast druga-na opłacenie kosztów podróży, czyli na bilety kolejowe od granicy radziecko-irańskiej do Teheranu. Bank oczywiście nie orientuje się jakie są ceny biletów. Trudno im się dziwić, są instytucją przeznaczoną do czego innego. Natomiast powinien tereny znać dokładnie Orbis-instytucja zajmująca się organizowaniem wyjazdów za granicę i wszystkim tym, co jest z tymi wyjazdami związane. I my też tak myśleliśmy. Poszła Ryśka do Orbisu na Rynku Głównym i tu nastąpił ciekawy dialog: „Ryśka do kasjerki, sprzedającej międzynarodowe bilety kolejowe - proszę panią, proszę mi podać adres Orbisu w Warszawie zajmującego się sprzedażą biletów kolejowych do Teheranu -nie znam adresu - to może dyrektor będzie znał - dyrektora nie ma, ale ja pani podam prywatnie adres: hotel „Metropol”. Wcześniej, oczywiście dowiedzieliśmy się, że biletów nie można kupić w Krakowie, bo nie mają cennika. Informacja, że bilety sprzedaje Orbis w hotelu „Metropol” okazała się błędna, bo robił to oddział Orbisu na ulicy Brackiej. Zresztą adresy wszystkich oddziałów Orbisu znaleźliśmy w kolejowym rozkładzie jazdy, dostępnym w każdym kiosku „Ruchu”. Tak więc ustalenie ceny biletów kolejowych do Teheranu, wymagało będzie wyjazdu do Warszawy. Zrobi to Janusz, który tymczasem wrócił z Włoch. Przywiózł z Orbisu na Brackiej - gdzie zresztą zdziwiono się, że tak prostej sprawy nie można załatwić w Krakowie - świstek papieru z wypisaną ceną biletu z Dżulfy(Julfa) – miejsce przekraczania granicy radziecko-irańskiej do Teheranu. Cena biletu była wypisana złotówkach dewizowych, mówiąc prosto w dolarach. Cała ta operacja był potrzebna, aby Orbis dał nam zaświadczenie do Biura Paszportowego, że przeznaczona na koszty podróży cześć naszego konta wywozowego wystarczy na pokrycie ceny biletów z Dżulfy do Teheranu i z powrotem. Zaświadczenie to było potrzebne, aby uzyskać paszport za tysiąc - a nie za pięć tysięcy złotych. Na co Ryśka i ja nie mogliśmy sobie absolutnie pozwolić. W międzyczasie pojawiły się kłopoty z kontem wywozowym Janusza. Miał on konto w banku Peko. A promesy do Biura Paszportowego wydawał Narodowy Bank Polski. Należało więc przelać posiadane dewizy z banku Pekao do NBP. Normalnie na decyzję w tej sprawie czeka się podobno kilka tygodni, co w naszym przypadku przekreśliłoby cały nasz wyjazd.. A my mamy już koniec czerwca. Dwudziestego ósmego czerwca pierwszy większy sukces. Telefon z ambasady irańskiej do oddziału PTTK, że Klub Tatrzański otrzymał wizy. Janusz tymczasem pomyślnie załatwił przelanie swoich dewiz do NBP. Tak więc najważniejsze sprawy formalne mamy z głowy. Wizy będą, paszporty też, otrzymamy zezwolenie z banku na wywiezienie dolarów. Pozostało nam skompletowanie sprzętu i żywności. Ustalamy wstępny termin wyjazdu na trzynasty lipca. Następny za tydzień. Różnice te są dlatego tak duże, bo pociąg z Moskwy do Teheranu jeździ raz na tydzień i granicę radziecko-irańską można przekroczyć tylko raz w tygodniu. Jeżeli wyjedziemy trzynastego lipca rano z Krakowa, to jadąc przez Warszawę, zdążymy na pociąg , który wyjeżdża piętnastego lipca rano z Moskwy do Teheranu. Do wyjazdu zostało nam więc niecałe dwa tygodnie. Mama Ryśki, Rysia i ja bierzemy pożyczki w swoich miejscach pracy. Poza tym pożyczamy pieniądze od mojej mamy, mamy Rysi i od mojej siostry. W zasadzie nie mamy więcej źródeł pożyczek. Zgromadzona suma pieniężna powinna wystarczyć. W wolnych chwilach w pracy robię spisy sprzętu i żywości. W górach przewiduję, że każdy uczestnik powinien skonsumować około 3500 kilokalorii, a na dole, w czasie podróży dwa tysiące pięćset na dobę. Nie jest to dużo, ale na więcej nie możemy sobie pozwolić, ze względu na ciężar bagażu, który według moich obliczeń powinien się zawrzeć od sześćdziesięciu do siedemdziesięciu kilogramów na osobę, licząc, że wyprawa będzie trwała około pięć i pół tygodnia. Całe popołudnia spędzam z Ryśką na kupowaniu żywności i sprzętu. Brakuje nam skafandrów przeciwdeszczowych. Ryśka nie ma odpowiednich butów. Brak nam czekana, jeden mamy, raków, dużego plecaka ewentualnie nosiłków. I całej masy drobnych rzeczy. Poza tym istniejący sprzęt wymaga reparacji. Staramy się wszyscy także zdobyć maksimum wiadomości o Iranie, rejonie górskim, w którym będziemy działali. Zakupujemy dla wyprawy w „Polfie” bębny po lekarstwach. Są zrobione ze sklejki, lekkie i sztywne. Wieko ma obręcz nadającą się do plombowania. Z takich bębnów korzystają prawie wszystkie polskie wyprawy górskie. Załadujemy do nich naszą żywność. Pięć bębnów przewożę z Rysią do mieszkania Elżbiety i Janusza.. Mieszkanie ich jest naszą „bazą”. Prawie codziennie spotykamy się tu w piatkę, robiąc narady, pakując żywność do bębnów. Jeszcze z ważniejszych spraw zostało załatwienie zezwolenia w Urzędzie Ceł na wywiezienie żywności z kraju. Pismo z Klubu w tej sprawie musiało być poparte prze Oddział PTTK i KKFiT. Prawie zapomniałbym, ale musieliśmy mieć świadectwa szczepień przeciwko ospie i cholerze. Aby się zaszczepić należało mieć zaświadczenie od lekarza, że nie ma się przeciwwskazań, co wymaga z kolei badania krwi. Pierwsze szczepienie jest przeciwko cholerze, następnie za tydzień cholera i ospa i jeszcze tydzień oczekiwania na wynik. A jak będzie ujemny, to szczepienie trzeba powtórzyć. To też robimy w ostatniej chwili. Ale trudno się szczepić wcześniej, gdy nie wiadomo, czy się pojedzie. Szczepienia nie są przecież obojętne dla organizmu. Dziesiąty lipca. Paszportów jeszcze nie ma, ale mają być jutro, to znaczy we wtorek. W mieszkaniu Elżbiety i Janusza odbywa się pakowanie bębnów. I malowanie na nich napisów: „Iran-Teheran, Alborz Mountains Expedition Klub Tatrzański PTTK Kraków Poland”. U nas w domu góra bagażu, leżąca dotychczas w kącie pokoju, zaczyna znikać w plecakach. Jedenasty lipca. Paszporty są. Niestety nie wszystkie. Jacek nie dostanie paszportu, bo nie przepracował trzech lat po studiach, a wyjazd jest do kraju kapitalistycznego. Może wyjechać, ale pod warunkiem, że w przypadku gdyby nie wrócił, odpowiednia suma, będąca ekwiwalentem za studia, zostanie wpłacona do skarbu państwa. Na tę sumę trzeba znaleźć poręczycieli. Rzecz do załatwienia, ale niemożliwa w ciągu kilku godzin. Tyle jedynie godzin możemy jutro na to poświęcić, ponieważ dzisiaj jest już późno. Jest wtorek wieczór, jedenasty lipca. Mamy spakowaną żywność w bębnach. Plecaki w zasadzie też. Elżbieta nie ma jeszcze butów. W czwartek rano chcemy wyjechać ekspresem do Warszawy. Śpimy coraz krócej. Czym bliżej wyjazdu, tym bardziej jesteśmy zmęczeni. Chwilami mam tego dosyć!. Ale już tak daleko zabrnęliśmy, że musimy wyjechać. Zgodnie z teorią - zresztą bardzo słuszną - ostatnie tygodnie przed wyjazdem powinno się poświęcać na zdobywaniu kondycji, a ostatnie dni na wypoczynek. Pytanie tylko - ile wypraw tak robi? Albo ile wypraw na to stać? I tak nadszedł dzień dwunasty lipca. Dzień , w którym ilość załatwionych spraw sięgnęła szczytu. Dzień, który miał decydować, czy wyjedziemy jutro i czy rozpocznie się największa przygoda w dotychczasowym naszym życiu. Że wyjedziemy, to wiedzieliśmy już właściwie na pewno. Ale względy zawodowe Elżbiety wymagały jak najszybszego powrotu do kraju i byłoby bardzo dobrze, gdybyśmy wyjechali w ten czwartek. Poprzedniego dnia umówiliśmy się, że Janusz zniesie bębny z żywnością z czwartego piętra, na którym mieszka, i zostawi je w bramie domu. Bębnów ma pilnować najmłodszy brat Janusza. Dalszym ich losem mam się zająć ja z Ryśką. Ważą w sumie sporo ponad sto kilogramów. Umawiamy się też, że spotkamy się wszyscy o dziewiątej czterdzieści pięć przed Biurem Paszportów na Placu Szczepańskim. Przychodzę rano o wpół do ósmej do pracy. Zjadam śniadanie i już mnie nie ma. O ósmej piętnaście umówiliśmy się z Rysią pod domem Janusza. Mamy być z bębnami o dziewiątej w Urzędzie Celnym na Kamiennej., aby mogli je sprawdzić i zaplombować. Jak było umówione pilnuje ich brat Janusza. Wynoszę je na chodnik ulicy Karmelickiej. Usiłujemy z Ryśką zatrzymywać samochody, może nam ktoś to podrzuci do Urzędu Celnego. Sto metrów od nas stoi ciężarówka, która przywiozła towar do sklepu. Wysyłam do kierowcy Rysię - w myśl, stosowanej w takich przypadkach przeze mnie zasady. Kobieta załatwia z mężczyzną. Mężczyzna z kobietą. Za chwilę jedziemy na Kamienną. A w tym czasie Elżbieta, Janusz i Jacek załatwiają sprawę poręczenia za tego ostatniego. Rzecz wymaga wizyty w miejscu pracy Jacka. To znaczy w Administracji Akademii Górniczo-Hutniczej. Uzyskanie zaświadczenia(czy też zaświadczeń - szczegółów dokładnie nie pamiętam), znalezienia poręczycieli, wizyty u notariusza, wizyty w urzędzie zatrudnienia.. To wszystko mieli załatwić w ciągu dwóch godzin. Znając tempo pracy w naszych urzędach-rzecz mało prawdopodobna. Do tego większość urzędników ma zwyczaje przyjmować interesantów o godzinie dziewiątej, dziesiątej - różnie to bywa. W każdym razie nie za wcześnie rano. Jeszcze jedna osoba jest bohaterem tego dnia - mama Janusza.. Zajmuje ona od godziny wpół do dziesiątej kolejkę do Biura Paszportowego. A kolejki teraz w wakacje są duże. Dwie, trzy godziny czekania. My tymczasem jesteśmy na ulicy Kamiennej. Wytaczamy bębny z samochodu na rampę. Kierowca dostaje cztery dychy a Ryśka idzie do celników z prośbą, aby czynili swoje. Wraca po piętnastu minutach z wiadomością, że w naszej sprawie nie ma decyzji szefa urzędu. Który ma zdecydować, czy zwolnią nam żywność od cła. Decyzja ma być około dwunastej. Mimo, że dzisiejszy termin był dokładnie umówiony z nimi kilka dni wcześniej. Im się nie spieszy, tylko nam. Jest już po dziewiątej. Do dziewiątej czterdzieści pięć mamy niewiele czasu, a my mamy jeszcze wpłacić do banku na ulicy Pijarskiej pięć tysięcy złotych, jako opłatę za pięć paszportów. W banku, na szczęście, nie ma kolejki. I uporaliśmy się z tym bardzo szybko. Idę z Rysią do Biura Paszportów. Jest wpół do dziesiątej. Mama Janusza jest trzecia w kolejce. Dzisiaj kolejka jest nawet nie taka duża jak zwykle tu bywa. Dziewiąta czterdzieści pięć - umówiona godzina, o której mieliśmy wszyscy tu się spotkać, aby odebrać paszporty i następnie załatwić w banku odbiór dolarów i wykupienie rubli na podróż przez ZSSR. Dziewiąta czterdzieści pięć minęła, potem dziesiąta, wpół do jedenastej, jedenasta, a bank załatwia wspomniane sprawy tylko do dwunastej. Wreszcie są! Janusz i Elżbieta, ale bez Jacka, który za moment powinien wpaść. Przyjechali taksówką. Od tej chwili najmodniejszym u nas środkiem transportu stała się taksówka - z konieczności. W kolejce jesteśmy pierwsi. Cały czas tak manewrowaliśmy z Rysią, przepuszczając kolejnych ludzi, aby jak przyjdzie wspomniana trójka od razu wejść po paszporty. Elżbieta i Ryśka znikają za drzwiami. Wystarczą tylko one do odebrania paszportów. Wychodzą za chwilę z wiadomością, że paszporty będą za dwadzieścia minut. To znaczy za pięć wpół do dwunastej, ale bez paszportu Jacka. Paszport Jacka ma być o drugiej. No to pojedziemy do Teheranu we czwórkę z bagażem Jacka. Jacek nas dogoni samolotem w Erewaniu. Biegniemy z Januszem do banku na ulicę Basztową, aby zająć kolejkę. Tam też są godzinne kolejki. Gdy przybiegamy na miejsce do zamknięcia kas zostało tylko dwadzieścia pięć minut. Ale nas chyba załatwią byle mieliśmy paszporty w ręku. Stoimy w jednej kolejce, potem w drugiej. W końcu okazuje się, że załatwiamy w dwóch różnych miejscach i powinniśmy stać w dwóch różnych kolejkach. A minuty płyną nieubłaganie. Czy nasze dziewczyny zdążą z paszportami? Jest za trzy dwunasta, gdy Janusz opuszcza swoją kolejkę i idzie zobaczyć, czy czasem nasze panie nie biegną. Ja tymczasem proszę urzędniczkę, żeby nas załatwiła po dwunastej, bo my jedziemy z wyprawą do Iranu i mamy raz na tydzień pociąg. Zgadza się. Zegar ścienny, wiszący w dużej sali gdzie obsługuje się klientów wskazuje już minutę po dwunastej. No to cześć! Strażnik na pewno zamknie bramę i pojedziemy za tydzień. Ależ nie! Otwierają się wahadłowe drzwi z hallu wpada zaczerwieniony Janusz, a za nim Elżbieta i Ryśka, trzymające w rękach paszporty. W końcu wpada Jacek. Świetnie. Jest nawet paszport Jacka. Okazuje się, że Janusz w ostatniej chwili przytrzymał strażnikowi drzwi wołając: - jeszcze te panie, które właśnie przyjechały taksówką.. Jesteśmy w komplecie i mamy paszporty. A przed nami w kolejce jeszcze kilka osób. Najpierw załatwiam ja i Rysia. Pozostała trójka robi to w innym okienku i mają tam jakieś „sęki”. Inkasuję od kasjera, który się krzywi, bo jest sporo po dwunastej, dolary i ruble. Teraz na Kamienną, gdzie powinniśmy być o dwunastej a jest już pierwsza. Oni tam pracują do trzeciej mogą więc poczekać. Najpierw pojechała na Kamienną Ryśka, bo ja jeszcze stałem w kolejce do kasy. Następnie jadę i ja. Przyjeżdżam do urzędu i zostaję mamę Janusza, jego brata, który pilnował bębnów od rana i Ryśkę. Celnicy sprawdzają już drugi bęben Każdy ma włożoną listę zawartości. Jest to kopia przedłożona szefowi z prośbą o zwolnienie od cła. Otwieram następne i zaczynam pakować te już sprawdzone. W domu spokojnie można było wszystko ułożyć i było ułożone. Ale tu nie mamy czasu. Trzeba pewne rzeczy dopychać kolanem. Najgorzej na tym wychodzą ciastka. Nie szkodzi-wszystko się zje. Zjawia się nasza pozostała trójka. Bębny sprawdzone. Jeszcze tylko na wagę. Pięć bębnów waży sto siedemdziesiąt dwa kilogramy. A więc po trzydzieści sześć kilogramów na głowę. Mamy już godzinę drugą. Ustalamy, że Elżbieta pojedzie do San-Epidu, gdzie do trzeciej mamy odebrać zaświadczenia o szczepieniu ospy cholery. Później dołączy do niej Ryśka, która tymczasem idzie do biura Urzędu Ceł, aby odebrać decyzję o zwolnieniu od cła. Bo sprawdzenie zwartości bębnów i plombowanie sobie, a wypisywanie decyzji sobie. Ja z Januszem zawieziemy bębny na stację kolejową. Rozlatująca się ciężarówka wiezie nas z bębnami na stację. Przy okazji stwierdzamy, że drobne dziesięciozłotowe bakszysze znakomicie ułatwiają sprawę. Na stację nas nie zawiózł. Zakaz wjazdu dla takich pojazdów. Bębny zostawił przed przychodnią lekarską na ulicy Pawiej. Nie będziemy nosić kilkaset metrów tych prawie dwustu kilogramów. Janusz dostrzega na dworcu autobusowym, położonym obok przychodni, wózek pocztowy. Znajdujemy właściciela wózka, który za dziesięć złotych pozwala łaskawie skorzystać z tego pojazdu. Bębny mamy więc już na stacji. Za pół godziny zamkną nam San-Epid. A więc taksówka. Tu już są dziewczyny i Jacek. Bez sensacji odbieramy żółte książeczki, świadczące o szczepieniu. Biegnę jeszcze do biura projektów, gdzie pracuję. Na szczęście bardzo blisko San-Epidu i składam podanie o urlop. Wcześniej nie mogłem, bo nie wiedziałem, kiedy pojedziemy. Żegnam się z kolegami z pracy dołączam do mojej czwórki. Uff! Mamy teraz trochę czasu. Orbis sprzedaje bilety kolejowe do godziny ósmej wieczorem. Uwzględniając kolejkę, wystarczy jak tam będziemy o czwartej. W tym miejscu małe wyjaśnienie. Sądziliśmy, że jak krakowski Orbis wydał nam zaświadczenie do Biura Paszportów stwierdzające, że posiadana przez nas złotych dewizowych wystarczy na pokrycie kosztów podróży z Dżulfy do Teheranu to i powinien nam taki bilet wypisać. O naiwni!!! Ale o tym co było w Orbisie to za chwilę. Tymczasem idąc ulicą 18 Stycznia robimy szybko krótki kosztorys. Ile nas będą kosztować bilety i ile jeszcze mamy pieniędzy. Stwierdzam, że może nam w dwójkę zabraknąć około tysiąca. W grę wchodzi tylko wujek Rysi. On jeszcze może pożyczyć. Pożyczymy jak się da dwa tysiące. Ryśka idzie więc do wujka. Ja do Orbisu z Jackiem. Janusz i Elżbieta na obiad. Po czwartej jesteśmy wszyscy w Orbisie. Biletów z Dżulfy do Teheranu nam nie wypiszą. Półgodzinna dyskusja z kierownikiem, po której nie dostajemy nawet biletów do Dżulfy. Trudno, będziemy musieli kupić bilety jutro w Warszawie. Jeszcze tylko wizyta w „Locie”, bo wykombinowaliśmy sobie, że z powrotem zamiast wracać pociągiem przez Moskwę, polecimy z Erewania do Kijowa samolotem. A Kijowa do Krakowa pociągiem. Nie będziemy mieli bagażu możemy sobie na to pozwolić, tym bardziej że poinformowano tu właśnie Janusza, że taki bilet nam sprzedadzą. Nic bardziej naiwnego, jak święta wiara w informację. Dzisiaj nam oświadczają, że takiego biletu nie dostaniemy. Przyjmiemy to spokojnie. Przyzwyczailiśmy się, że jeden pracownik danej instytucji mówi tak, a drugi właśnie- że nie tak. Celował w tym krakowski Orbis, gdzie uzyskaliśmy rekordową ilość błędnych informacji. Wobec tego nie pozostaje nam nic innego jak jechać do Warszawy. Jutro rano załatwimy wizy, potem bilety kolejowe, a po południu pojedziemy do Moskwy. Pozostaje nam tylko jeden pociąg o godzinie pierwszej zero cztery. Będąc jeszcze w Orbisie, usiłowaliśmy kupić bilety z miejscówkami na ranny ekspres, ale miejscówek nie było. Kupujemy dzisiejszą, krakowską popołudniówkę „Echo Krakowa”. Ma coś być tam o naszej wyprawie. Załatwiła to Elżbieta ze znajomym redaktorem. Jest! Duży tytuł „Elburs 72 Pierwsza wyprawa Klubu Tatrzańskiego PTTK w góry Iranu” i dalej - „Kontynuując tradycje małych wypraw w góry Bliskiego i Środkowego Wschodu Klub Tatrzański PTTK w Krakowie zorganizował pierwszą w dziejach PTTK polską wyprawę….. Dalej z ważniejszych zamierzeń napisano- „ Uczestnicy będą prowadzić działalność w górach Elburs, ze szczególnym uwzględnieniem masywu Tacht-e-Solejman, miedzy innymi wejdą na najwyższy szczyt Iranu – Demawend… Uczestnicy wyprawy maję w planie ponadto przeprowadzenie pewnego programu naukowego, obejmującego badania geologiczne i przyrodnicze oraz przywiezienie bogatej dokumentacji fotograficznej. Wyprawa ma duże znaczenie dla krakowskiego środowiska turystycznego, stanowi bowiem…”. Wszyscy, którzy nam sprzyjali będą mieli spokojne sumienie przed władzą, że wypuścili z kraju niewłaściwych ludzi. Tak trzeba pisać o wyprawach zwariowanych zapaleńców, by kolejni mieli szanse w przyszłości wyjechać. Wszystko tu jest, i wyczyn, i program naukowy. Tak trzymać! Umawiamy się o dwunastej w nocy na dworcu. Wracam z Rysią na Kozłówek, gdzie mieszkamy. Po drodze kupujemy większą ilość biletów tramwajowych, bo pojedziemy w nocy, gdy wszystkie kioski „Ruchu” są zamknięte. Mamy kilka godzin czasu do wyjścia z domu. Zleciały błyskawicznie. Należało dokończyć pakowania plecaków. Zrobić sobie kąpiel, bo nie wiadomo, gdzie będzie znowu okazja. Mocna kawa i jesteśmy prawie gotowi do wyjścia. Jeszcze tylko sprawdzenie, czy wszystkie okna są zamknięte, czy gaz wyłączony…i wychodzimy. Minęła przed chwilą godzina jedenasta. Dołączam zdjęcie z przed dworca w Teheranie. To my i nasze bębny. Radośni, że są wreszcie z nami. Ale między moim i żony wyjściem z domu na Kozłówku w Krakowie(p. wyżej) było jeszcze dużo ciekawych wydarzeń, które nas czekały. Wydarzeń zupełnie nieprzewidywanych.
    1 punkt
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2026
×
×
  • Dodaj nową pozycję...