Zibi28
Użytkownik forum-
Liczba zawartości
530 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
1
Zawartość dodana przez Zibi28
-
Kiedyś, i to w sumie, wcale nie tak dawno, nauka czytania i pisania była dostępna tylko dla nielicznych.....
- 7 387 odpowiedzi
-
- 1
-
-
- nowe inwestycje
- polska
-
(i 5 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Trochę więcej wiary w ludzi. W czasach kiedy była siermiężna infrastruktura, to tylko zapaleńcy jeździli na nartach. Dostępność i łatwość opanowania "trudnej sztuki narciarskiej", pozwoliło zasmakować w nartach dużo większemu gronu, dla mnie to duża zmiana na plus.A przy okazji średnia jakość narciarza zjechała w dół. Po prostu narty stały się sportem prawie że masowym. Za to z tak dużej grupy łatwiej jest znaleźć dobry narybek do sportowego uprawiania narciarstwa i dla mnie to też jest na plus. Więc nie łączyłbym tych dwóch różnych grup, aczkolwiek jedna jest dawcą młodzieży dla drugiej. Naszą naturalną potrzebą, jest potrzeba rywalizacji i dążenie do doskonałości. I chyba od tego są kluby. Ale jak ktoś jedzie raz w roku na tydzień w góry, bo ma ochotę, czas i kasę, i takich jest większość to takie wrażenie pewnie będziesz miał. Ale z drugiej strony lepszy tydzień na nartach w Białce lub Szczyrku niż na plaży w Egipcie, na pewno z korzyścią dla zdrowia.
- 7 387 odpowiedzi
-
- nowe inwestycje
- polska
-
(i 5 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Nie wierzę że tak myślisz.
- 7 387 odpowiedzi
-
- nowe inwestycje
- polska
-
(i 5 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Śmiem twierdzić że to na razie tylko marketing. Ale, z drugiej strony, można o czymś narciarskim poczytać. W każdym bądź razie, jakoś nie mam zaufania do tych zapowiedzi.
- 7 387 odpowiedzi
-
- 2
-
-
- nowe inwestycje
- polska
-
(i 5 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Miś: Janek, nie mieszajmy myślowo dwóch różnych systemów walutowych. Nie bądźmy Peweksami. Dostajemy za tego misia, jako konsultanci 20% ogólnej sumy kosztów i już. Więc im on jest droższy, ten miś tym... no? Koniaczek?Hochwander: Podwójny... Stać mnie!Miś: Noooo...
-
Trudno się z taką oceną nie zgodzić. W wyprawach komercyjnych chyba jest podobnie, a w każdym bądź razie, powinno być. Z tym, że nie ma kolegi który oceni stopień trudności, od tego jest właśnie "firma komercyjna". Oceni czy w ogóle można "turystę" zakwalifikować, potem ocenia jego wydolność, i przygotowuje do tego najważniejszego. A w trakcie akcji monitoruje postępy i w razie wystąpienia zagrożeń, mówi schodź.
-
Są dwie strony medalu, po jednej stronie jest klient - turysta a po drugiej stronie, jest firma, która zajmuje się "wciągnięciem" turysty na szczyt. Więc po kolei, firm organizujących wycieczki na szczyt pewnie trochę jest, więc pewnie rywalizują między sobą o turystę. Będąc turystą, to pewnie spytał bym się ile to kosztuje i czemu tak drogo:;) Ale w następnej kolejności to pewnie poszukałbym informacji, jak długo firma istnieje, czy mnie nie oszuka, czy skutecznie wprowadza turystów na szczyt i czy po zdobyciu góry wszyscy szczęśliwie wracają do domu. Czyli są to pytania dość podobne do tych, które się zadaje przy wyborze szkoły jazdy:;) A z kolei firma, aby mogła się utrzymać na rynku, to po pierwsze, musi zadbać o klienta, a klient - turysta musi wejść na szczyt i z niego zejść i być zadowolonym z usług firmy. Wiemy dobrze że Antek z ulicy zanim doszedł by do bazy pod Mount Everest to już będzie miał zadyszkę i spasuje. Więc firma aby mieć w swoim portfolio same powodzenia, co umożliwi im dostęp do szerszego i bardziej zasobnego klienta, a przy okazji również do kasy, to musi sobie tak dobrać turystów, aby jakoś na tę górę wleźli. Więc jakby nie patrząc zwykłym leszczom pewnie odmówią, czyli jakaś weryfikacja klientów mysi być przez nich robiona. Oczywiście główną weryfikacją, będzie wlezienie na tą cholerną górę. No i trzeba sobie zadać pytanie, jak dużym wyzwaniem jest zdobycie Mount Everestu, jaki to jest stopień trudności. Samo przebywanie w bazie głównej pod Mount Everestem to już spory problem. Byłem na 5500 i wiem że nie jest to proste. Ciekaw jestem czy któryś z dyskutantów odczuł brak tlenu na własnej skórze, zaręczam że to jest już spory problem. No ale zostawmy to preludium. Szerpowie przygotowali trasę a wspinacze - turyści mają tylko wejść na górkę i z niej zejść. Atak szczytowy porównałbym do biegu maratońskiego, chociaż nie, chyba bardziej do triatlonu. I to triatlon z ustalonym czasem końcowym. Jeżeli się w czasie nie zmieścisz, to jesteś trupem. Można sobie zadać pytanie, a jak to? Ano tak to, że w strefie śmierci za długo przebywać się nie da. Albo zabije mróz albo brak tlenu, albo wespól wzespól, i jedno i drugie. Firmy komercyjne o tym wiedzą, więc chcąc nie chcąc, muszą tak weryfikować i przygotować turystów, aby prawdopodobieństwo powrotu z góry było jak największe. Bo wbrew pozorom, poza tym że pomagają na tę górę wleźć, to jeszcze dbają o to, aby delikwenci z tej góry zeszli żywi, czyli dbają o ich bezpieczeństwo i chyba ta ostatnia rola jest moim zdaniem nie do przecenienia. Więc nie wierzę, że i firmy i himalaiści którym się marzy wejść na górę gór są zupełnymi "leszczami". A że od czasu do czasu ktoś na tej górze ginie? No cóż, brak tlenu i zimno mogą zabić każdego, wystarczy odpowiednio wolno na tę górę gór wchodzić.
-
Wujot opisał historię Koreańczyków, którzy poszli w pięciu po zwłoki swojego kolegi. Pewnie czytałeś i wiesz czym to się skończyło. To trochę jest w sprzeczności z tym co napisałeś. Jeśli chodzi o test wydolności, to jest nim właśnie próba wejścia na szczyt. Tempo wchodzenia jest weryfikowane przez "biuro turystyczne" i jeśli go turysta nie "zda", to jest zawracany. Oczywiście zawsze może się nie posłuchać, ale wtedy wsiada do łódki, która płynie tylko w jedną stronę Przy takim niedotlenieniu i zimnie, to każdemu, bez względu na przygotowanie, organizm może odmówić posłuszeństwa. Na to nie ma mocnych. Ale o tym tylko wtedy można się przekonać, jak się tam jest. Wystarczą trzy minuty bez powietrza i człowiek schodzi z tego świata. Niedotlenienie jest czymś niewyobrażalnym, zresztą zimno też.
-
Bardzo miło wspominam, swoje spotkania z "tubylcami". Kawa, dobra kolacja i "wkładka" do kolacji:;) Ponoć niektórzy wracali ożenieni:;) Jednym słowem, staropolska gościnność. Dużo by opowiadać, ale chyba nie to miejsce. Oczywiście zdarzają się rzadkie przypadki, że tej gościnności zabraknie. Kolegom którzy wylądowali na ściernisku koło Nowogrodu Bobrzańskiego, właściciel zagrodził wyjazd z pola ciągnikiem i zażądał opłaty lotniskowej. Zabawa z pazernym właścicielem trwała do następnego ranka, z policją, prokuraturą i tv w tle. Rosnący rzepak na polu ma bardzo gęstą strukturę, więc jest spore prawdopodobieństwo że lądowanie na nim może dobrze się nie skończyć. Więc wszystko co żółte(kwitnący rzepak) omijamy szerokim łukiem. Wbrew pozorom, nawet z niedużej wysokości 500 metrów jest sporo kilometrów kwadratowych pod nami, aby upatrzyć sobie coś sensownego. Mamy wypracowane procedury i przechodzimy trening, aby te wybory były bardzo świadome. Ale tak do końca to nigdy nie wiemy co nas spotka na ziemi. Kiedyś lądowałem na lotnisku w Nadarzycach, przymierzyłem się do zielonego pasa, tuż obok głównego betonowego pasa. Jednak w ostatniej chwili zmieniłem decyzję i wylądowałem na głównym pasie, bo w tej równej trawie mogły być przecież ukryte jakieś "wojskowe" niespodzianki. A tu song, na starym betonowym pasie było wybrzuszenie w poprzek którego z powietrza nie sposób było wypatrzeć i niestety przy lądowaniu uszkodziłem płozę. W lotnictwie tak jak ze zdobywaniem Mount Everest, nie da się ryzyka wyeliminować, wprawdzie mamy wypracowane procedury, jak to bezpiecznie robić i to ryzyko minimalizować, ale statystyki mówią, że od czasu do czasu coś się dzieje.
-
Niestety, z mediami tak jest. Jak na właśnie ukończonych w Stalowej Woli Szybowcowych Mistrzostwach Europy, że było ich tak dużo że jakby ich nie było. Tak jakikolwiek wypadek lotniczy, to jest ich cała zgraja, niestety wielokrotnie byłem tego świadkiem. Ale z drugiej strony, czytać o czymś normalnym, jest po prostu nudne. Kto by takie gazety kupował. Więc się nie dziw. A propo latania szybowcowego, bardzo lubimy latać po trasach, co czasami kończy się lądowaniem w polu, dla nas jest to element rzemiosła, nic szczególnego. W jakichś buraczkach, ziemniakach czy innej łące, byle nie w rzepaku:;) W środowisku wielokrotnie już mieliśmy ubaw po pachy, jak do szybowca w "burakach" przyjeżdża siedem zastępów straży pożarnych, bo samolot spadł. Oczywiście jest to dokładnie opisane w mediach, zazwyczaj z adnotacją, "że pilot był trzeźwy". A mi się zawsze flaki wywracają na drugą stronę, jak zamiast samolot piszą awionetka. Więc nie dziw się, że media piszą o efektownym wypadku lotniczym, czy też, że na Evereście ktoś został, a nie o tym, że tysiące gdzieś tam zginęło, bo to już tylko "nudna" statystyka. No cóż, takie rzeczy lubimy czytać, to takie nam podrzucają.
-
Na szczęście jakiś w Białce się ostał:;)
- 13 438 odpowiedzi
-
- szczyrkowski ośrodek narciarski
- szczyrk
- (i 7 więcej)
-
Przypominam, jakbyś zapomniał, prywaciarz robi to dla pieniędzy. Zasadą funduszy inwestycyjnych jest, kupić firmę, wyprowadzić na wysoki level i sprzedać z dużym zyskiem, najczęściej inwestorowi branżowemu. Z tego co pisali, to inwestor zarobił górę kasy.
- 7 387 odpowiedzi
-
- nowe inwestycje
- polska
-
(i 5 więcej)
Oznaczone tagami:
-
No muszę Ci przyznać rację. Ocieplenie daje w pierwszej kolejności "rozchwianie" atmosfery. Więc zjawisk "z przytupem" jest po prostu więcej. Ale konia z rzędem temu kto powie że dzisiejsza burza to jest tego efektem. Pewnie klimatolodzy są jedynymi którzy mogą określić, czy i w jakim tempie postępuje to groźne zjawisko. Nie jestem klimatologiem, więc nie będę się wkręcał w temat. Wolę się skupić na tym co jest za oknem. A właśnie trwają Szybowcowe Mistrzostwa Europy w Turbi koło Stalowej Woli. Naszym świetnie idzie. Sebastian Kawa w swojej klasie prowadzi:;) Pogody są bardzo trudne. Tradycyjnie wraz z rozpoczęciem mistrzostw,nie brakuje opadów deszczu. Jaka miła odmiana dla rolników. Kiedyś rozgrywano mistrzostwa świata w suchym Teksasie, które też odbywały się pod rzęsistymi opadami, a rolnicy skomentowali że mogą organizować takie zawody co roku, aby tylko lało:;)
-
Cholera, ciągle sypie. To w ramach "ocieplenia":;)
-
Zawsze można do nas dołączyć:;)
-
Tylko że za "wystarczy regulować napięcie" stoi układ żyroskopów i skomplikowany układ elektroniczny, który wypracowuje poprawki i ją w powietrzu stabilizuje. Trochę latałem zdalnie sterowanymi modelami i czuję aerodynamikę. Więc jak mój wnuczek dostał na prezent drona z Biedronki za 80 zł i jakie było moje wielkie zdziwienie że to to normalnie latało. Oczywiście, aby tą "zabawką" latać to też trzeba było się na tym nauczyć latać, oczywiście jakby ta zabawka nie była elektronicznie stabilizowana, to byłaby nie do opanowania. I to wszystko za 80 zł, a w tym jeszcze zysk Biedronki. Więc jak duża to musiałaby być wyprodukowana seria, aby ten naprawdę dobrze latający dron, mógł się producentowi opłacać. No i teraz porównajmy nasz genialny szybownik Sebastian Kawa latający zabawką za 200 tys. Euro wygrywa mistrzostwo świata i w nagrodę dostaje medal i dyplom, a chłopcy co się ścigają dronami - walczą o nagrody po kilkadziesiąt tysięcy Euro i jeszcze się ich w Eurosporcie pokazują. I gdzie tu sprawiedliwość:;)
-
Ale cały urok dronów, to właśnie ten elektroniczny "zmysł równowagi". Niewielu ma świadomość, ze stopnia komplikacji. W latach 60 - tych były montowane między innymi na B-52,bezwładnościowe systemy nawigacyjne, które kosztowały miliony dolarów. Teraz podobne rozwiązanie zawiera każda komórka, powiedzmy w cenie jednego dolara. Każda deska elektryczna też zawiera żyroskopy, które ją stabilizują, oczywiście przez mikroprocesor, na szczęście na nartach póki co jeździmy sami.
-
Najciekawsze że sami produkują:;) Chyba że o czymś nie wiem. W drugim wątku, to można Ci tylko ze smutkiem przytaknąć. Fajnie że masz taką wiedzę. Więc mogliśmy być drugą Koreą:;) Też miałem styczność z Odrami, klimatyzowane pomieszczenia. Świetne rozmowy o tym co można przy pomocy tych wielkich liczydeł policzyć. Wtedy się w technice cyfrowej zakochałem. Z perspektywy czasu nie była to miłość odwzajemniona. Została jakaś tam satysfakcja. Pracując na radarach - takich na których sprowadzali Tupolewa w Smoleńsku, miałem okazję poznać pilota - oblatywacza, legendarnego Ludwika Natkańca. Przyleciał do nas na Iskrze, oblatywać urządzenie które było na niej zamontowane. A wraz z nim przyjechało grono szacownych naukowców z WAT-u. Coś tam w prototypie grzebali i w którymś momencie byli bardzo zasmuceni, że im jakiegoś układu scalonego zabrakło. Oczywiście zapytałem czego im brakuje, a chodziło o dekadę liczącą do przodu i do tyłu "93". Bardzo mocno się zdziwili, jak ją ode mnie dostali.
-
Chyba nie tylko, koreański Samsung sprzedaje więcej układów elektronicznych od Intela:;) Wejdź do sklepu z telewizorami i zobacz co stoi na półce. Wróciła mi nostalgia do trochę starszych czasów, jak wykorzystywałem do projektowania polskie układy TTL. A zawodowo pracowałem na systemie radiolokacyjnym gdzie z jednej strony były wykorzystywane lampy a przy nich pracowały układy scalone - zdecydowanie gorsze od tych produkowanych w Polsce.
-
W Ahlbek są świetne termy a w nich klimatyczne sauny.
- 12 odpowiedzi
-
- 1
-
-
- świnoujście
- świna
- (i 4 więcej)
-
Miałem na myśli coś takiego GoPro, pewnie masz rację. Co do napędów, to pewnie będziemy musieli poczekać, napędy się poprawiają tak jak mikroprocesory, w jakimś tam tempie, tak jak poprawia się jakość materiałów z których są produkowane. Pewnie jakby był pomysł, na śmigłowce wysokościowe, to byłoby szybciej. Ale tu wspominamy o wielkiej i drogiej technice. Mnie najbardziej martwi fakt, że jak łatwo jest zdobywcom gór przekraczać granicę, za którą jest już tylko śmierć. W tym filmie świetnie to widać, gdzie zawodowcy mówią dość, a on się pcha na swoją zgubę, Być może tutaj są jeszcze jakieś rezerwy, aby "wycieczki" w najwyższe góry, były choć trochę mniej śmiercionośne. Być może, ale to już musiałby się wypowiedzieć ktoś kto zna te tematy "od środka".
-
Chyba nie jest to takie proste. Ile może ważyć profesjonalna kamera, 100 g? Jest jeden czynnik który na wysokości Everestu będzie zawsze problemem, to jest gęstość powietrza. Aby to bardziej uzmysłowić, to startujący odrzutowiec, powiedzmy Boeing 737, na wysokości morza przeciąga się przy prędkości dwieście coś tam, a na wysokości przelotowej, pomimo że leci 800 a więc bardzo daleko od tej granicy, to w związku z małą gęstością powietrza to ciągle są tej granicy bardzo blisko. Te same ograniczenia również dotyczą śmigłowców. Trzeba pamiętać że pod względem aerodynamicznym śmigłowce są najmniej doskonałe. Czyli trzeba dostarczyć dużo więcej koni mechanicznych aby to to utrzymało się w powietrzu, z tego też powodu najczęstszym stosowanym napędem są silniki odrzutowe, które przy stosunkowo niedużej wadze, rozwijają potężne moce a mimo to było to duże wyzwanie. Śmigłowiec co wleciał nad Mount Everest, to jego normalny pułap to raptem 4000 metrów a żeby mógł wlecieć tak wysoko to mu zamontowali dużo mocniejszy silnik i wybebeszony. Niestety ta prosta technicznie góra, ale przez swoją wysokość jest zabójcza dla ludzi i bardzo trudna technicznie dla śmigłowców. I to nie jest tak że jutro wymyślą jakieś rewolucyjne rozwiązanie które pozwoli bez wysiłku tak wysoko latać. Jak się przyglądam w jakim kierunku idzie rozwój silników lotniczych i wykorzystujących je śmigłowców to raczej idzie to w kierunku konstrukcji coraz lżejszych i i bardziej ekonomicznych. Rozwoju w kierunku dużych wysokości nie ma, bo i po co. Być może trafi się jakiś genialny konstruktor który poskłada jakiś wyjątkowy śmigłowiec i będzie go na to stać. Na razie jest to w sferze marzeń. A na dzień dzisiejszy zostaje dobre przygotowanie techniczne i fizyczne himalaistów, którzy też będą przy tym bardzo świadomi granicy, za którą góra już ich nie wypuści i nikt nie przyjdzie z pomocą.
-
Prawdę mówiąc to byłem mocno zdziwiony, jak ktoś po tylu przejściach i w sumie bez dobrego szkolenia, mógł pchać się w tak wysokie góry. Z drugiej strony, jego koleżanka na wyprawie, chyba reprezentowała już wysoką klasę, a jednak nie miała oporów, aby iść z nim w Himalaje. Przecież to nie był jej pierwszy wypad z Tomkiem. Co do puenty, to takim moim motto, które wielokrotnie powtarzam, oczywiście najczęściej w kontekście kolegów - pilotów, że warto jest mieć w głowie taką czerwoną lampkę. Która ma się zawsze żarzyć, jak coś wykombinuję to zawsze musi być miejsce na plan B. I chyba dotyczy również wielu innych tragedii w Himalajach, nie tylko Czapkinsa. Sęk w tym, że jak już jest się tak blisko szczytu, to pokusa jest spora, niedotlenienie w decyzji nie pomaga, a decyzja jest nieodwracalna. W zamieszczonym filmie też o tym było sporo mowy. Czapkins mógł się wycofać, jak już to wielokrotnie robił, ale tym razem tej czerwonej lampki zabrakło.
-
Nie, nie stanie się "Krupówkami", pewnie masz rację że Matterhorn jest trudniejszy technicznie, ale..... Szerp nie musi robić testu wydolnościowego. Zrobi to za niego góra. W tym wątku były już cytowane opinie, o ile tlen obniża wysokość dla oddychania, chyba tysiąc albo dwa niżej. Załóżmy że dwa tysiące, to i tak jest to ciągle 7500 metrów. Wiem jakie miałem problemy na wysokości 5500 i to na siedząco:;) Widziałem jak inni się zachowywali, zapewniam Cię, że nie była to "bułka z masłem przed śniadaniem". Powyżej 7000 metrów jest strefa śmierci, i żaden cudotwórca i diesięciogwazdkowy hotel tego nie zmieni. Aby turystyczne wejście skończyło się powodzeniem, to trzeba górę zdobyć w określonym tempie, bo inaczej albo się zamarznie albo się udusi - nawet jak lokaj będzie niósł setkę butli z tlenem. Niestety, znowu muszę przypomnieć Tomka Mackiewicza i dlaczego został na trochę niższej górze na zawsze. W latach 90 - tych aby być dopuszczonym do latania na lepszej klasy szybowcu to należało zrobić przelot 300 km. Wielu się burzyło, że instruktorzy chcą mieć dla siebie sztabówkę. A prawda była taka, że jak ktoś w ciągu powiedzmy sześciu godzin obleciał tak długą trasę, to znaczy że precyzyjnie krążył w kominach że wybierał dobre chmury - bo inaczej lot nie odbyłby się w dobrym tempie, to znaczy że jakość pilotażu jest na dobrym poziomie i można go wsadzić na lepszy(trudniejszy) szybowiec i sobie na nim nie zrobi krzywdy. Jeżeli ktoś zapłacił za wyprawę komercyjną, a oszukał co do swoich umiejętności, to góra go szybko zweryfikuje, Bo będzie wolniej się wspinał, a zimno i brak tlenu będą powoli go zabijać. Jak stamtąd na czas nie ucieknie - ze zdobyciem szczytu czy bez, to jego los i tak będzie przesądzony. Pewnie znasz, ale jakby co, to obejrzyj sobie film Chyba dobrze oddaje realia, które na górze gór panują. Zwróć uwagę na szefa ekspedycji który wie kiedy jeszcze można kontynuować wspinanie i kiedy trzeba powiedzieć sobie wystarczy i spróbować uciec ze strefy śmierci. A że brak tlenu upośledza w pierwszej kolejności układ nerwowy, można zaobserwować jak "turystom" rozum odbiera.
-
Ale elektryk "pedałuje" za Ciebie, więc to byłby obciach. Chyba większość wypraw wysokogórskich posiłkuje się szerpami, czy nie jest to forma elektryka? Koledzy rozbijają obozy a grupa do ataku szczytowego jest inna - nie jest to forma elektryka? Inni mocują poręczówki i inni po nich wchodzą na szczyt - elektryk? Mackiewicz i nasza narodowa - byli w tym samym czasie, zupełnie inna kasa i wyposażenie. Można by tak mnożyć. Ludzie idą w góry po coś, jeżeli ta forma zdobycia góry, jaką sobie wymyślili ich satysfakcjonuje, to czemu nie mają być usatysfakcjonowani? Przecież na lektyce nikt ich na szczyt nie wniósł. A przecież się zdarzyło, że na tej górze został. Oczywiście waga osiągnięcia jest zdecydowanie mniejsza, ale jak im to daje pełnię szczęścia - to dlaczego im to odbierać? Z tym argumentem - że wolałbyś zaryzykować życie - to byłbym ostrożny. Żaden wyczyn nie jest tego wart - być może właśnie Tomek Mackiewicz poszedł "o jeden most za daleko"? Całkiem niedawno jeden z naszych znakomitych pilotów napisał dający do myślenia artykuł, o całej szufladzie medali i że już nawet nie pamięta który był za co, ale jej zawartość - nigdy nie będzie warta ludzkiego życia. A artykuł był odpowiedzią na tragedię kolegi, który zginął w Tatrach, latając w zawodach. A że była to osoba wyjątkowo sympatyczna, to całe środowisko mocno tą stratę przeżyło. Więc chyba warto postawić sobie granice. "Turystów" wchodzących na górę gór, zawodowcy ubezpieczają i im pomagają. Jest im na pewno dużo łatwiej, ale najważniejsze - mają dużo bezpieczniej. Raczej w annałach himalaizmu się nie zapiszą, ale jak tego potrzebują do pełni szczęścia - to czemu im tego bronić? Pozdrawiam







