Postanowiłem napisać kilka spostrzeżeń odnośnie ubezpieczeń narciarskich, a mianowicie chodzę na rehabilitację i spotykam tam dobrego znajomego który w marcu br. jeździł na dechach w SUDTIROLU we Włoszech, wszystko było pięknie aż do momentu wywrotki. Wiadomo ała złamana noga (kość pod kolanem zgnieciona i rozszczepiona - wyszło to potem) ale że był przezorny ubezpieczył się u brokera w Pawłowicach ponad to jechał wycieczką z biura podróży i tam także ubezpieczony no to co luz. A właśnie że nie leczenie musiało być operacyjnie i ubezpieczyciele postanowili że będzie to robione w Polsce dlatego że nie ma zagrożenia życia. Znajomy wył 2 dni w szpitalu w Włoszech i czekał aż ktoś się pojawi po niego. Miał być wieziony ambulansem z siostrzyczką i panem doktorem pod pełną opieką, a tu przyjeżdża 3 kierowców ( by mogli jechać cały czas) karetką , pakują nieszczęśnika do tyłu i dawaj!(bo już trzecia doba idzie od wypadku na stoku) . Co przeżył w ambulansie to tylko on sam wie (gnali na złamanie karku). W Polsce już potem poszło, skomplikowana operacja, rehabilitacja kilkumiesięczna (niezakończona i jeszcze ho hohoho do końca). Można powiedzieć że potraktowali go hm piąte koło u wozu, zero jakiegokolwiek zainteresowania ze strony ubezpieczycieli i te zdziwienie malujące się na twarzy że z nim nic nie robią w szpitalu a noga wielkości wiadra. Czy rola ubezpieczyciela kończy się na transporcie delikwenta do kraju? A może lepiej wyrabiać sobie dyskietki z ZUS że się jest ubezpieczonym? Sam nie wiem dlatego pytam Was , a może ktoś miał z ubezpieczycielami do czynienia proszę o wypowiedzi. I oby nie były nam potrzebne pozdrawiam Raceman