-
Liczba zawartości
448 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
14
Zawartość dodana przez Aldok63
-
Bode Miller nie podjął decyzji o swojej sportowej przyszłości
Aldok63 odpowiedział Homar → na temat → Zawody, wyniki, kalendarze, sylwetki ...
Bode Miller odłożył rakietę Bode Miller przez kilka miesięcy trzymał wszystkich w niepewności. Przymierzał się nawet do kariery... tenisisty. Jednak ostatecznie ogłosił, że będzie kontynuował karierę narciarską i wystartuje normalnie we wszystkich zawodach sezonu 2010/2011 32-letni Amerykanin jest oryginałem. Nigdy nie wiadomo, czego się można po nim spodziewać. Trwająca prawie pół roku przerwa oznaczała, że Miller może na dobre porzucić narciarstwo. Tym bardziej że skoncentrował się na tenisie i wystartował nawet w turnieju kwalifikacyjnym do US Open (odpadając zresztą już na samym początku). Jednak ostatecznie trzykrotny medalista olimpijski z Vancouver powrócił do treningu na deskach i bierze udział w obozie przygotowawczym amerykańskiej kadry w Nowej Zelandii. - Każdy, kto mnie zna, wie, że potrzebuję w życiu zmian. Lubię przemyśleć różne sprawy. Zostawiłem więc narty na pięć miesięcy, bo ocenić moje perspektywy - stwierdził Amerykanin, który dwukrotnie był najlepszym zawodnikiem sezonu, wygrywając rywalizację o Puchar Świata. Miller zapewnił, że najbliższej zimy będzie startował we wszystkich konkurencjach. PAB http://www.sports.pl/Sporty-zimowe/Narciarstwo-alpejskie-Bode-Miller-jednak-wystartuje-w-sezonie-2010/2011,artykul,84469,1,982.html -
28 sierpnia w w 166-kilometrową trasę prowadzącą wokół najwyższego szczytu Europy wyruszy 2680 zawodników. Francuski kurort Chamonix przygotowuje się do największęgo święta biegów górskich w sercu Alp. W Chamonix czuje się gorączkę ostatnich przygotowań - w najbliższych dniach w okolice Mont Blanc przyjedzie ponad 25 000 osób. Najsłynniejszy z biegów - UTMB (Ultra-Trail du Mont-Blanc) - odnotował w tym roku rekordową liczbę 3 900 zgłoszeń. W celu ochrony górskich ścieżek przed rozdeptaniem, a także zapewnienia uczestnikom bezpieczeństwa w drodze losowania wybrano 2680 zawodników, którzy będą mieli szansę zmierzyć się z tą najbardziej prestiżową trasą wiodącą przez terytorium trzech krajów - Francji, Włoch i Szwajcarii. Wiele osób zgłosiło się także do startu w imprezach towarzyszących - biegach CCC (Courmayeur-Champex-Chamonix), PTL (la Petite Trotte à Léon) oraz TDS (Sur les traces des Ducs de Savoie). W sumie w tych czterech biegach wystartuje ponad 6 300 zawodników z 55 krajów. Rywalizacja zapowiada się pasjonująca, gdyż swój start potwierdzili najlepsi biegacze górscy ostatnich lat. W CCC będzie można dopingować Francuzki Maud Giraud oraz Chantal Begue, a także specjalistkę od biegów na 100mil - Kami Semick. Nie zabraknie także Francka Bussière, Nikolaosa Kalifrynisa czy Polaka - Tomasza Klisza. Uznanych nazwisk nie brakuje także na liście startowej biegu UTMB - Thomas Lorblanchet, obecny Mistrz Świata w Biegach Górskich, który na UTMB 2009 zajął 2. miejsce; Ludovic Pommeret, Antoine Guillon czy Sebasetien Chaigneau to tylko niektóre z nich. W biegu wystartuje także 8 Polaków. Atmosfera festiwalu biegowego towarzysząca zawodom sprzyja licznym atrakcjom dla publiczności. Firmy Garmin i UCPA opracowały grę miejską Poszukiwacze Skarbów - dzięki mapie oraz systemowu GPS uczestnicy będą mogli odnaleźć w urokliwych uliczkach Chamonix małe i duże nagrody. Zwodom będą towarzyszyły także targi branżowe oraz wydarzenia dla dzieci - Mini UTMB dla pociech w wieku 8 -12 lat oraz Mini CCC (3 - 8 lat). Na odwiedzających miasteczko czekają także liczne koncerty i konkursy artystyczne. *** Organizatorzy zadbali również o ekologiczny aspekt wydarzenia i dokładają wszelkich starań, by naturalne piękno terenów wokół najwyższego szczytu Europy pozostało nietknięte. Na czas UTMB przygotowano specjalny system transportu publicznego. W miejsce jednorazowych kubków na przepakach wszyscy zawodnicy zostaną wyposażeni w szklanki wykonane z naturalnego materiału - ta niewielka zmiana pozwoli zmniejszyć ilość wykorzystywanych podczas biegu kubków o ok. 90 000 sztuk! Biegacze będę regulaminowo zmuszeni także do zabrania z trasy swoich śmieci w specjalnych workach przygotowanych przez Polartec. Więcej informacji na temat The North Face® Ultra-Trail du Mont-Blanc® na stronie organizatora. Kształt trasy i video z przygotowań http://eu.thenorthface.com/tnf-eu-en/explore/videos/#/1148 Przygotowania do startu Sebastiena Chaigneau i wskazówki dotyczące właściwego treningu biegów wysokogórskich. http://www.vimeo.com/13957471
-
Jakaś siła wyższa mówiła mi, że trzeba wyjść i zjechać Wywiad z najlepszym narciarzem wysokogórskim w Polsce działającym w Tatrach, rozmowa z Jarosławem Krzempkiem. Jego najbardziej intensywna działalność narciarska w Tatrach przypadła na lata 1988 – 89. Wówczas w Polsce skialpinizm był dyscypliną niemal zupełnie nieznaną. Był jednym z pierwszych, który dokonywał ekstremalnych zjazdów, m.in. Zachodem Abgarowicza. Uczestniczył w pierwszych zawodach skialpinistycznych organizowanych w Tatrach Polskich. Działał także w Alpach i na Kaukazie (na nartach zjechał m.in. z Elbrusa i Mt Blanc północną ścianą). Mieszka w Tychach. Zawodowo związany jestem z górnictwem - pracuje w kopalni. Żona – którą poznał dzięki pasji narciarskiej – jest instruktorką narciarstwa. Ma dwóch synów w wieku 12 i 19 lat, którzy są zapalonymi narciarzami. - Jak się u pana zaczęła przygoda ze skialpinizmem? - Od wczesnych lat młodzieńczych miałem do czynienia z nartami. W latach 1971 – 72 dzięki rodzicom miałem możliwość skorzystać z kursów narciarskich organizowanych w Bukowinie Tatrzańskiej. Miałem wtedy 9 – 10 lat. Wtedy zetknąłem się z nartami, nauczyłem się jako tako jeździć. W 1972 roku byłem pierwszy raz na Kasprowym Wierchu na nartach, co było wielkim przeżyciem, myślę, że większym, niż teraz wyjazd gdzieś do Aspen… Miałem wtedy 10 lat. Od najmłodszych lat interesowałem się też górami. Najpierw chodziłem z rodzicami na wycieczki, początkowo beskidzkie, potem tatrzańskie. Coraz trudniejsze. W liceum po górach chodziłem latem i zimą, zainteresowałem się kwalifikowaną turystyką i wspinaczką. W 1981 roku, gdy zacząłem studiować, zapisałem się do Klubu Wysokogórskiego w Gliwicach. Zrobiłem kurs taternicki. Jednocześnie, chodząc po górach i wspinając się także zimą, oraz posiadając umiejętności narciarskie, stwierdziłem, że to może być przyjemna rzecz: poruszanie się na nartach po nieprzetartych szlakach. Sprzęt skiturowy we współczesnym pojęciu nie był wtedy w ogóle dostępny. Trzeba było podchodzić na butach z nartami na plecach i dopiero na szczycie, bądź przełęczy można było przypiąć narty. - Czyli pierwsze zjazdy poza trasą odbył pan wychodząc z nartami na plecach? - Oczywiście. W 1985 roku przez przypadek poznałem w Murowańcu sympatyczne towarzystwo turystów z Żar, które zareklamowało mi Narciarski Rajd Tatrzański. Dzięki poznanemu wówczas Witoldowi Kwiatkowskiemu udało mi się wciągnąć na listę uczestników. To był XXX Rajd Tatrzański. Trasa prowadzona była przez pana Zbigniewa Siudaka, wspaniałego człowieka i doskonałego narciarza wysokogórskiego. Bazą była Tatrzańska Łomnica. Przez czas trwania Rajdu zjechaliśmy m.in. ze Sławkowskiego Szczytu, Baraniej Przełęczy, Polskiego Grzebienia, Rohatki. Trasa kolejnego Rajdu miała swoją bazę w Popradzkim Stawie. Tym razem zaliczyliśmy takie szczyty, jak Kończysta, Krywań, Rysy od południowej strony. Organizowaliśmy też towarzyskie wyjazdy, np. na Babią Górę. Babia Góra po jakimś czasie stała sie dla mnie „Świętą Górą”. Moi rodzice kupili i wyremontowali u jej podnóża starą chatę. W związku z tym stałem się tam częstym gościem na stokach Babiej. Babią Górę mam zjeżdżoną od A do Z, niemal każdy żleb, czy żlebik. - Wdzięczny obiekt narciarski, zwłaszcza, gdy w Tatrach jest lawiniasto. - Jak najbardziej, ale nie należy zapominać, że na Babiej też można spotkać się z lawinami, Północne stoki mają charakter alpejski i przy niekorzystnych warunkach są narażone na lawiny. Trzeba o tym pamiętać planując zjazdy w tę stronę, natomiast południowe stoki są łagodniejsze, ale może tam wystąpić niebezpieczeństwo poparzeń słonecznych. W 1986 roku ukończyłem kurs na pomocnika instruktora Polskiego Związku Narciarskiego. Byłem w grupie prowadzonej przez instruktora wykładowcę, pana Adama Maraska, znaną postać, wieloletniego zastępcę naczelnika TOPR. Tam nabierałem doświadczenia w jeździe trasowej i pozaprasowej. Kurs był organizowany na Hali Gąsienicowej, - Miał pan solidne podstawy, zarówno od strony narciarskiej, jak i zimowego taternictwa. - W 1987 roku zrobiłem kurs instruktora PZN i zacząłem uczyć na organizowanych przez PTTK obozach narciarskich. Zacząłem częściej przebywać w górach. Wcześniej poznałem Monikę Janocik i Zbyszka Szymborskiego, którzy uczestniczyli w Rajdach Tatrzańskich. Monika i Zbyszek w tym rajdowym towarzystwie byli jednymi z pierwszych, którzy posiadali nowoczesny sprzęt turowy. - Kiedy i gdzie pan go kupił? - Pierwszego sprzętu dorobiłem się dopiero w 1989 roku. Oszczędzałem przez cały rok i pojechałem specjalnie do Austrii, by go kupić Wtedy na taki sprzęt trzeba było wydać ciężkie pieniądze. - Miał pan już spore obycie w górach, m.in. dzięki uczestnictwie w rajdach tatrzańskich. Jak wyglądało pana samodzielne wejście w góry – oczywiście na nartach? - W dużej mierze dzięki znajomości z Moniką i Zbyszkiem. Zbyszek pracował już wtedy w obserwatorium na Kasprowym, Monika zaczęła tam pracę dopiero później. Zbyszek był tam cały czas, miał kontakt bezpośredni kontakt z górami. Zaprzyjaźniliśmy się. Razem zaczęliśmy organizować coraz ciekawsze i trudniejsze wycieczki. On był bardziej niż ja zorientowany w temacie skialpinizmu oraz warunków, jakie w danej chwili w górach panują. W tym czasie poznałem też Karola Życzkowskiego i jego kolegów z Klubu Wysokogórskiego - Józefa Walę, Grzegorza Kabałę, Jerzego Zachorowskiego. Oni jeździli już wcześniej w Alpy i mieli obycie z wyższymi górami i terenem lodowcowym.. - Od jakich celów pan zaczął? - W 1988 roku, gdy miałem już nieco doświadczenia nabytego podczas rajdów i wypadów towarzyskich, organizowało się wyjazdy na Halę Gąsienicową, czy do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Zacząłem stopniowo, od takich celów, jak Kościelcowa Przełęcz, żleby schodzące z Kasprowego do Doliny Kasprowej, Niebieska Przełęcz, Żleb pod Mnichem, Granacka Przełecz, Buczynowa Przełęcz, no i solidna przełęcz, a zarazem moim zdaniem jedna z najładniejszych w Polskich Wysokich Tatrach - Hińczowa Przełęcz. Zrobiłem tam wariant przez Pola Śnieżne. Zjechałem też Zachodem Abgarowicza, i ze Zmarzłej Przełęczy Wyżniej. To był maj 1988 rok. - Chodził pan z partnerami, czy samotnie? - Akurat te wycieczki robiłem solo. Wtedy niezbyt wielu ludzi fascynowało się trudnymi zjazdami i ciężko było znaleźć partnera, który zdecydowałby się na tego typu rzeczy. Ja byłem jednak zdeterminowany, dysponowałem ograniczoną ilością wolnego czasu – jeśli wstrzeliłem się już w pogodę i warunki – chodziłem samemu. - Wspomniał pan o determinacji. Co pana tak przyciągało do skialpinizmu? Jaką miał pan motywację? - Trudno powiedzieć. Musiała być jakaś siła wyższa, która mówiła, że trzeba gdzieś wyjść i spróbować zjechać, sprawdzić się w trudnym terenie. To dawało przyjemność, aczkolwiek podszytą emocjami, strachem. Nie jest to ławy sport, nie wolno pozwolić sobie na popełnianie błędów. W trakcie trudniejszych zjazdach każdy błąd, zwłaszcza, gdy są niesprzyjające warunki, może się źle skończyć. - Zjazdy, których pan dokonał, były autorskie, bądź miały niewiele powtórzeń. Skąd czerpał pan wiedzę o tych formacjach? Czy zdarzało się w trakcie zjazdu, że chciał się pan wycofać, bo źle pan oszacował swoje możliwości? W tamtych latach trudno było chyba o informacje - nie było przewodników po tak ekstremalnych formacjach, ani relacji. Byliście pierwsi. - Zawsze starałem się przechodzić trasę zjazdu od dołu. Rzadko pozwalałem sobie - chyba że na sprawdzonych trasach - na zjazd z góry, bez wcześniejszego podejścia. Podczas podchodzenia oceniało się, czy tu się da zjechać, czy trzeba się zaasekurować, itd. Zdarzały się sytuacje, gdzie w danych warunkach było na tyle niebezpiecznie, że rezygnowałem z wyjścia dalej, bo nie rokowało to szans na bezpieczny zjazd. - Na jakie lata przypada pana najbardziej intensywna działalność w Tatrach? - 1988 i 1989, wtedy też Piotrek Konopka zjechał z Długiego Giewontu. Przypatrywaliśmy się tej drodze, w trakcie pokonywania Żlebu Kirkora. Ale ta ściana wymaga szczególnych warunków śniegowych. W tym czasie w trakcie przemierzania Tatr cały czas rozglądałem się za miejscami, z których da się zjechać. Zjazdy, jakich dokonali w późniejszym czasie Piotr Konopka (Zachód Grońskiego), czy Edek Lichota (z Przełączki za Turnią Zwornikową do Mnichowego Żlebu) stanowiły moje przyszłe potencjalne cele. Niestety nigdy nie napotkałem odpowiednich warunków, by pokusić się na nie. Tym bardziej gratuluję tym świetnym ski-alpinistom, że potrafili pokonać te i inne drogi i podnieść poziom zjazdów ekstremalnych w Tatrach Polskich. - Który zjazd utkwił panu najbardziej pamięci? - Zjazd z Hińczowej Przełęczy pokonywany samemu nowym wariantem przez „Pola Śnieżne”. Wszystko było nowe, nieznane. To chyba najładniejszy i najbardziej urozmaicony zjazd, niezależnie od wariantu. Najmilej go wspominam. Najwięcej strachu najadłem się na Abgarowiczu. Półka na zewnątrz jest mocno eksponowana. Padał śnieg, była lekka mgła, widzialność była słaba, choć to może akurat był plus, bo nie było widać ekspozycji, natomiast śnieg się osuwał, nie był związany. Ale jak już wspiąłem się na przełączkę, nie miałem innego wyjścia, jak zjechać… Było to trochę ryzykowne. - Dalej pan uprawia narciarstwo wysokogórskie, czy też odłożył pan narty turowe? Oczywiście, że z nartami się nie rozstałem, narty turowe zamieniłem na freeridowe, które dają większe możliwości w otwartym terenie. Gdy czas pozwala, zaglądam na tatrzańskie zbocza, ale już nie na te najtrudniejsze. - Dziękuję za rozmowę. Rozmawiała: Agnieszka Szymaszek Źródło: "Góry" 2010 Ps. Przykro mi ,też tylko robiłem: kopiuj,wklej ?
-
Czwarta część Klimek znajdziony Na następny dzień zorganizowano w Zakopanem wyprawę składającą się z 12 członków Pogotowia i 6 ochotników, których zebrał członek Straży Ratunkowej Jerzy Żuławski. Wyjechali o godz. 15.15 czterema furkami z Zakopanego do Jaworzyny. Wieczorem zostali podzieleni na zespoły i zaopatrzeni w żywność. Nazajutrz wczesnym rankiem, w towarzystwie dwóch „jegrów” Hohenloego wyruszyli pod ściany Jaworowych Turni. Na grzędę spadającą od Hakowatej Turni (Zadniej Jaworowej Turni) pod kierownictwem Zdyba wyruszyli: Bednarski i Janusz Żuławski. Na środkową część ściany Małego Jaworowego poszli – Stanisław Gąsienica Byrcyn, Stanisław Majerczyk, Jędrzej Marusarz i Jan Wala pod kierownictwem Wojciecha Tylki, a na górną część północnej ściany, po wcześniejszym przejściu grani od Zielonej Przełęczy – Szymon Tatar, Jakub Wawrytko, Józef Wawrytko i Jerzy Żuławski pod kierownictwem Mariusza Zaruskiego Czwarty zespół pod kierownictwem Stefana Mazurkiewicza, składający się z Pawła Kittaya, ochotnika Ringmana oraz Józka Bachledy Klimkowego (który w ostatniej chwili odmówił udziału i pozostał w dolinie) miał na celu przejść przez Przełęcz Jaworową, przeszukać Dolinę Staroleśną i Rówieńki od strony Jaworowych Turni. Po pięciu godzinach poszukiwań, około godz. 11 zespół Zdyba dojrzał zwłoki Klimka w żlebie opadającym do Doliny Jaworowej od Przełęczy Hakowatej (Wyżniej Rówienkowej Przełęczy), niemal wprost pod turnią, pod którą Zaruski ze Zdybem widzieli Klimka po raz ostatni. W miejscu, gdzie leżał, było jeszcze do piargów ok. 100 m. Ciało było przywalone dużym głazem. Na ścianach w linii 200-metrowego upadku Klimka dostrzegli serdak, kabat, kapelusz, a jeszcze niżej trzewiki. W tym czasie zespół Zaruskiego był już pod Zadnią Jaworową Turnią. Jakub Wawrytko, który wychylił się nad przepaść urwiska, usłyszał wołanie od zespołu Zdyba, że Klimek znajdziony. Zdyb i Bednarski, którzy dostrzeli zwłoki, byli tak wstrząśnięci tym odkryciem, że nie odważyli się zjechać do nich na linach. Było południe, zachmurzyło się i zaczął padać deszcz. Zaruski zarządził powrót wszystkich zespołów do doliny tymi samymi drogami. O godz. 17 Zaruski posłał Zdyba do Zakopanego z wiadomością o znalezieniu ciała Klimka. Pozostali uczestnicy wyprawy spędzili noc w lesie, w deszczu pod gołym niebem. W niedzielę 14 sierpnia Zaruski wysłał pierwszą grupę ratowników pod kierownictwem Jakuba Wawrytki po zwłoki Klimka do żlebu. Godzinę później z pozostałymi ruszył również za nimi. Po drodze spotkał powracający zespół Wawrytki, który oświadczył, że nie ma możliwości dostania się do żlebu z powodu płynącej nim dużej ilości wody. W tej sytuacji wszyscy powrócili do Jaworzyny, skąd 7 udało się do Zakopanego na odpoczynek, a z Zaruskim na noc w papierni zostali: Byrcyn, Marusarz, Tylka, Jakub Wawrytko, Jerzy Żuławski i ochotnik Ringman. O godz. 4 rano dnia następnego wyruszyli z Jaworzyny po ciało Klimka: Zaruski, Marusarz, Tylka i Wawrytko, a pozostali poszli ich śladem po godzinie. Cały czas padał deszcz. Po dojściu do wylotu żlebu okazało się, że jego dnem spływa potok, a ściany wokół są oblodzone. Ratownicy zawrócili i w dolinie postanowili czekać aż lód ze ścian opadnie. O godz. 13 ponownie ruszyli do wylotu żlebu. Ponieważ żlebem razem z wodą spadały od czasu do czasu kamienie, Zaruski zadecydował, by weszła do niego tylko trójka ratowników: Marusarz, Tylka i Wawrytko, którzy już wcześniej zbili ze smreczków drabinkę, przy jej pomocy pokonali próg w żlebie. Pozostali czekali na płacie śniegu. Wymieniona trójka, wspinając się wyżej wąskim żlebem, którym spływała woda, dotarła o godz. 16.15 do zwłok Klimka. – „Leżał w żlebie przywalony głazem, z głowy pozostały szczątki, ręce i nogi połamane, ubranie w czasie upadku zostało zdarte i potargane na strzępy” – pisze w swoim sprawozdaniu Zaruski. Zwłoki zapakowano w siennik i na linach spuszczano żlebem. Jednym z uczestników tej wyprawy, który stał u wylotu żlebu, był Jerzy Żuławski, który tak wspomina: „Niewiele czasu upłynęło, kiedy oczom naszym na tle czarnej gardzieli żlebu zjawiły się zwłoki w zgrzebny całun zaszyte, na linach dołu puszczane. Za nimi ukazali się przewodnicy wodą ociekli, przemoczeni do nitki, zębami z zimna szczękający, tak że trudno było zrozumieć, co mówili. Posłaliśmy ich co rychlej ku ognisku w dolinie, a sami, przytroczywszy ciało linami do bambusa, wzięliśmy je na ramiona. I dziw! W tej chwili właśnie, kiedy uginając się pod ciężarem na stromych piargach, w dół schodzić poczynali, rozjaśniło się niebo od kilku dni zasnute. O godz. 21 złożyliśmy zwłoki z ramion na Polanie Jaworzyńskiej, gdzie czekała trumna przysłana z Zakopanego i komisja sądowo-lekarska z Kieżmarku. Przy blaskach pochodni odbyły się oględziny i zalutowano trumnę”. Przewieziono ją do Jaworzyny. Następnego dnia o godz. 9 z Jaworzyny wyruszyły do Zakopanego 3 furki – jedna ze zwłokami Klimka i dwie z członkami Straży Ratunkowej i ochotnikami, przy odgłosach dzwonu z miejscowego kościółka. O godz. 12 trumna z ciałem Klimka Bachledy została złożona w Starym Kościółku w Zakopanem. *** W środę 17 sierpnia 1910 roku na Nowym Cmentarzu odbył się uroczysty pogrzeb, jakiego Zakopane wcześniej nie widziało. Uczestniczyły w nim tłumy. Była to żywiołowa manifestacja sympatii, uznania i szacunku. Biły dzwony wszystkich kościołów. Nad trumną przemawiali dostojnicy Kościoła, przedstawiciele stowarzyszeń taternickich i Pogotowia Ratunkowego. Klemens Bachleda był człowiekiem wyjątkowym, od młodości oddany ciężkiej pracy, potem był znakomitym przewodnikiem tatrzańskim i wspaniałym ratownikiem TOPR, który swoje życie poświęcił, niosąc pomoc Szulakiewiczowi, do którego nie dotarł i prawdopodobnie wcześniej od niego zginął w zerwach Małego Jaworowego, kiedy runął z lawiną kamienną w 200-metrową przepaść. Był człowiekiem uczciwym, uczynnym i przyjacielskim, miał przedziwną szlachetność i pogodę ducha. Te wspaniałe jego cechy sprawiły, że mimo upływu stu lat pamięć o nim, nie tylko wśród ludzi gór, jest wiecznie żywa. Apoloniusz Rajwa http://www.tygodnikpodhalanski.pl/www/index.php?mod=news&strona=1&kat=&id=&typ=&id=9904
-
Trzecia część Następnego dnia już wczesnym rankiem, o godz. 5.30, Zaruski wyznaczył do akcji poszukiwawczej w ścianie 12 osób, po 3 na jednej linie. Ochotnicy – Włodzimierz Boldireff, Mieczysław Świerz i Tadeusz Świerz udali się na wschodnią grzędę Małego Jaworowego. Na ścianę północną, tą samą drogą, poszły 3 zespoły: Jędrzej Marusarz, Mariusz Zaruski i Stanisław Zdyb, a za nimi Józef Lesiecki, Wojciech Tylka i Bolesław Macudziński, natomiast w 3. partii Henryk Bednarski, Jan Pęksa i Józef Wawrytko syn Jakuba. Pogoda była dobra, ale ściana mokra – jeszcze spływała z niej woda po opadach, a upłazy były rozmiękłe. Od czasu do czasu spadały też kamienie, więc w tak dużym zespole wspinano się bardzo ostrożnie. Wszyscy doszli do miejsca przy kopczyku, gdzie przed dwoma dniami Zaruski ze Zdybem widzieli po raz ostatni Klimka. Zespół ochotników, który wspinał się wschodnią grzędą, zauważył na występie skalnym coś podobnego do chusteczki. Pomyśleli, że może jest to znak rozpoznawczy pozostawiony na cyplu skalnym przez Jarzynę. Zaruski skierował tam swoich ludzi, którzy przepatrzyli rejon, ale kiedy nic nie znaleźli, powrócili do poprzedniego miejsca. Z piargów pod ścianą, gdzie był również Jarzyna, przesłano Zaruskiemu wzrokową sygnalizacją telegraficzną informację, że ratownicy znajdują się na właściwym kierunku poszukiwań. Z miejsca przy kopczyku zaczęli się wspinać tą samą drogą, którą przed dwoma dniami samotnie przeszedł Klimek, aż do kociołka. Pierwszy zespół po przejściu dwóch żeberek utknął w rynnie, gdzie wspinaczka była bardzo trudna i eksponowana. Drugi znalazł lepsze przejście, chociaż też trudne, przez krawędź trzeciego żebra. Młody ochotnik Macudziński, idący jako trzeci, nie zdołał pokonać trudności i pozostał nieco niżej, w bezpiecznym miejscu. Do Lesieckiego i Tylki dowiązali się teraz do liny z pierwszego zespołu Marusarz i Zaruski, natomiast Zdybowi, który był przed trawersem, naczelnik polecił odwiązać się od liny i pozostać na miejscu. Zatem tylko w czwórkę weszli na grań trzeciego żeberka, na którym znaleziono martwego Szulakiewicza. – Był w pozycji półleżącej, twarzą o głaz oparty u podnóża pionowej, kilkadziesiąt metrów liczącej ściany szczytowej. Na głaz była nałożona pętla, do której był przywiązany. Obok rozrzucone były worki turystyczne, dwie pary trzewików skalnych i inne drobiazgi. Żywności w żadnym z worków nie było. Śmierć nastąpiła prawdopodobnie z zamarznięcia w nocy z soboty na niedzielę – konkluduje Zaruski, który przekazał wiadomość o znalezieniu Szulakiewicza do doliny za pomocą telegrafu wzrokowego. Po uczczeniu chwilą ciszy zmarłego taternika przystąpiono do zapakowania zwłok i opuszczania ich na złożonej w pół 120-metrowej linie. Przez rynnę z jednej grzędy na drugą przeciągano je w powietrzu, stosując ręczną „tyrolkę”. Po drugiej stronie zwłoki odbierali ratownicy niżej stojący. Była to ciężka praca, transport z tak trudnej ściany ratownicy wykonywali dopiero po raz pierwszy. Potem zjeżdżali na linach i znowu następny odcinek opuszczania zwłok. Zaruski zdawał sobie sprawę, że przed nocą nie zdążą się ewakuować ze ściany. Zdecydował, że pozostawią ciało Szulakiewicza w rejonie załupy i sami zejdą do doliny. Większość z uczestniczących w tym dniu w akcji zeszła przez zmrokiem na piargi, gdzie nocowała przy watrze. Pościel Zaruskiego W ostatniej grupie schodzili: Tylka, Pęksa, Józef Wawrytko a na końcu Zaruski z Marusarzem, którzy ściągali ze ścian mokre, ciężkie liny. Eksponowaną płytę wiodącą do żlebu pokonywali już po omacku i kiedy doszli nad pionowy uskok, nie zdecydowali się na zjazd w ciemność czeluści – nie było też o co zaczepić liny. Wydostali się na małą, eksponowaną płytę, gdzie postanowili spędzić noc w piątkę – ciasno, niewygodnie, jeden koło drugiego. Miejsce nie było bezpieczne, gdyż w każdej chwili mogły spadać żlebem kamienie. Głodni i zziębnięci leżeli na płycie. W dole zobaczyli rozpaloną watrę, od której po chwili oddzieliły się trzy światełka, podchodzące pod ścianę. Jednym z idących był Jakub Wawrytko, który co dopiero doszedł z Jaworzyny. W grupie nocującej na płycie w żlebie był jego syn Józek. Po dojściu pod ścianę stwierdzili, że nie sposób dostać się w nocy do biwakujących, więc powrócili ku watrze, a skulonym z zimna na płycie pozostało oczekiwanie do rana. Miejsce to nazwali potem przewodnicy Pościelą Zaruskiego. W nocy siąpiło, a rano padał deszcz. Ledwo żywi, z trudem zeszli na piargi przy pomocy lin rzuconych im przez Jakuba Wawrytkę. Ciało Szulakiewicza pozostało w ścianie. Co się stało z Klimkiem? Od Szymona Tatara, członka Straży Ratunkowej, i Gustawa Kaleńskiego, którzy przybyli rano z Jaworzyny z kilku przewodnikami, dowiedzieli się, że Klimka Bachledy nie ma w Zakopanem. Z powodu zmęczenia uczestników wyprawy po Szulakiewicza i gęstej mgły Zaruski zarządził powrót do papierni w Jaworzynie na odpoczynek. Tylko trzej: Józek Bachleda syn Klimka, Józef Gąsienica Tomków i Jan Wala, poszli szukać Klimka, doszli do połowy ściany i stamtąd zawrócili. Do Jaworzyny przybyli z Zakopanego ludzie, którzy twierdzili, że Klimek żyje – jedni widzieli go w Zakopanem, inni przy Morskim Oku a jeszcze inni po węgierskiej stronie. Żeby te sprzeczne informacje wyjaśnić, Zaruski wysłał furką do Zakopanego Macudzińskiego. Dał mu polecenie na piśmie, by treści nie przekręcił: jeżeli Klimek jest w Zakopanem Macudziński może nie wracać, a jeżeli tamtego nie ma, powinien niezwłocznie powrócić do Jaworzyny i zameldować o tym Zaruskiemu. Wieczorem do Jaworzyny przybyli węgierscy taternicy: bracia Guyla i Roman Komarniccy, bracia Schweighardt i Ferenc Kienast, którzy chcieli się włączyć w poszukiwanie Bachledy. Jeszcze wieczorem Zaruski zorganizował 30-osobową wyprawę podzieloną na zespoły i rozdał żywność, bo wcześnie rano mieli wyruszyć do Doliny Jaworowej na poszukiwanie Klimka. Ponieważ Macudziński się nie pojawił, wynikało z tego, że Klimek jest w Zakopanem. W tej sytuacji Zaruski następnego dnia zebrał wszystkich na dziedzińcu papierni i oświadczył im, że skoro kurier z Zakopanego z wiadomością nie powrócił, to znaczy, że Klimek żyje i rozpuścił wszystkich do domu. Na wszelki wypadek wysłał Jana Obrochtę do Morskiego Oka, by telefonicznie rzecz wybadał. Ponadto wysłał do Zakopanego telegram z zapytaniem o Klimka drogą przez Jaskinie Bielskie – tak się wówczas nazywała Tatrzańska Kotlina. Pozostawił przy sobie tylko kilku członków Straży Ratunkowej: Jędrzeja Marusarza, Jana Stopkę Ceberniaka, Jana Pęksę, Szymona Tatara młodszego, Wojciecha Tylkę, Jakuba i Józefa Wawrytkę oraz Stanisława Zdyba i udał się z nimi po zwłoki Szulakiewicza. W ścianę poszli ratownicy pod kierunkiem Jakuba Wawrytki. Ciało Szulakiewicza opuszczano na linie z załupy do żlebu, a potem na piargi, skąd dalszy transport odbywał się w siatce dowieszonej do bambusa. O godzinie 18.45, zmieniając się w transporcie, doniesiono je do Jaworzyny, gdzie komisja sądowo-lekarska z Kieżmarku stwierdziła śmierć z zamarznięcia przy równoczesnym przerwaniu kręgosłupa. Ciało Szulakiewicza złożono do trumny, którą zalutowano i oddano przedsiębiorcy pogrzebowemu. W czwartek 11 sierpnia odbył się jego pogrzeb. Wieczorem Zaruski otrzymał odpowiedź na wysłany telegram, odpowiedź z Morskiego Oka przyniósł również Obrochta – w Zakopanem Klimka Bachledy nie było. Jak się potem okazało, Macudziński przez karygodną lekkomyślność nie wypełnił polecenia Zaruskiego i nie wrócił do Jaworzyny. W czwartek 11 sierpnia w deszczu i mgle Zaruski wyruszył ze Strażą Ratunkową pod ściany Jaworowych Turni i czekał z nadzieją na poprawę pogody. Ponieważ jeszcze się pogorszyła, zarządził powrót do Zakopanego, gdzie aż wrzało od różnych domysłów i plotek. Zaruskiego i członków Straży Ratunkowej oskarżano, że nie uratowali Szulakiewicza, a Bachledę posłali na niechybną śmierć i jeszcze go nie szukają. Nie było czasu, żeby wiadomości te prostować – trzeba było szukać Klimka, i tak też ratownicy uczynili. Dopiero po tych wszystkich wydarzeniach Mariusz Zaruski sam zażądał przeprowadzenia śledztwa w sprawie wyprawy. 29 sierpnia komisja w składzie: Władysław Kulczycki, Antoni Kuczewski i Marian Smoluchowski po zbadaniu sprawy wydała oświadczenie: „Postępowanie Mariusza Zaruskiego było bez zarzutu, zasługuje na zupełne uznanie. Uratowanie Szulakiewicza udaremniła niepogoda i wyczerpanie sił członków ekspedycji, zmęczonych w najwyższym stopniu pracą w najfatalniejszych warunkach w dniu 6 sierpnia. Powodem śmierci Klimka Bachledy były nie zarządzenia kierownika, lecz gorliwość w spełnianiu obowiązków, które go doprowadziły do samowolnego odłączenia się od towarzyszów i podjęcia kroków niemożebnych do wykonania. Zaniedbania w szukaniu zwłok śp. Bachledy nie było, z chwilą, gdy stało się rzeczą wiadomą, że Bachleda zaginął, poszukiwanie rozpoczęto i prowadzono w należyty sposób aż do znalezienia zwłok cdn.
-
Druga część Tymczasem 6 sierpnia już o godz. 4 nad ranem Jarzynę obudzili w szkole strażnicy leśni Hohenlohego, którzy zadeklarowali pomoc w ratowaniu Szulakiewicza. Jarzyna wyruszył z pięcioma strażnikami w górę doliny, ale kiedy doszli w pobliże ściany, strażnicy oświadczyli, że dalej nie pójdą. Wtedy z dołu nadeszła grupa ratowników. Na miejscu było już 3 przewodników z Wawrytką, którzy przybyli w nocy z Morskiego Oka. Była godz. 7 rano. Po kilkunastu minutach Zaruski wybrał ludzi, których podzielił na zespoły do poszukiwań w ścianie. Jarzyna zdał Zaruskiemu relację z wypadku i dał mu także szkic ściany z wrysowaną linią ich wspinaczki. Sam również chciał uczestniczyć w akcji ratunkowej jako trzeci w zespole na linie, ale naczelnik TOPR nie zgodził się, uznając, że jest bardzo zmęczony. W tej sytuacji Jarzyna z przeciwstoku obserwował poczynania ratowników dopóki chmury nie zasłoniły ścian. Padała mżawka, kiedy sześciu członków Straży Ratunkowej i trzech taterników-ochotników podzielonych na zespoły wyruszyło w ścianę. Dwa 2-osobowe, które podjęły próbę wejścia z lewej i prawej strony żlebu, wycofały się. Bachleda, Zaruski i Zdyb związani na jednej linie trafili na właściwą drogę, według szkicu Jarzyny. Za nimi ruszył drugi zespół: Kordys i Znamięcki. Mżawka przeszła w rzęsisty deszcz, a następnie deszcz ze śniegiem i gradem, do tego rozpętała się burzą z piorunami. Wspinali się wtedy ściankami i dnem żlebu, którym lała się woda. Po jakimś czasie wydostali z niego i czołgając przez eksponowaną płytę, dotarli do upłazków, a następnie na rodzaj załupy skalisto-piarżysto-trawiastej. Wtedy Klimek i Zaruski usłyszeli dwukrotnie przeciągły głos, dobiegający gdzieś z góry. Był to – jak stwierdzili – głos Szulakiewicza. Mimo dokuczliwego zimna, przemoczenia i zmęczenia z trudem wspinali się dalej. Klimek prowadził pierwszy zespół. Był cieplej ubrany, miał na sobie serdak i portki góralskie, inni ubrani byli w zwyczajne stroje turystyczne, które ciepła nie dawały. Dotarli pod ścianę turni szczytowej, gdzie zatrzymali się chwilę, by odpocząć. Był tam kopczyk kamieni, co utwierdziło ich w przekonaniu, że są na właściwej drodze. Była godzina 12.30. Nie było warunków, by zjeść posiłek – dygotali z zimna i na stojąco zasypiali. Była mowa o odwrocie, gdyż – jak twierdził Zaruski – znajdowali się u kresu swoich możliwości. Trudno ustalić, w którym miejscu Klimek odwiązał się od liny i dlaczego, ale było to raczej w połowie ściany. Ogólnie przyjęta wersja jest taka, że lina między Klimkiem a Zaruskim i Zdybem zaczepiła się o skałę i to było powodem. Gdyby tak było, to prawdopodobnie po odblokowaniu liny Klimek ponownie by się związał z zespołem. Być może uznał, że tempo wspinaczki przemoczonych i dygoczących z zimna partnerów jest zbyt wolne, dlatego postanowił samotnie i szybciej wspinać się w kierunku, skąd słyszał głos Szulakiewicza. Po latach, w drugiej relacji Zaruskiego nie ma już mowy o przyczynie odwiązania się od liny. Klimek zawierzył swoim umiejętnościom i doświadczeniu górskiemu, a wypełniając słowa przyrzeczenia ratowniczego: „bez względu na stan zdrowia, porę dnia i pogodę, wyruszę w góry w celu poszukiwania zaginionego i udzielenia mu pomocy”, wspinał się dalej samotnie żeberkiem w skos w prawo. Nawoływano go, żeby wracał. Kiedy jednak nie usłuchał, Zaruski ze Zdybem ruszyli w lewo półką, którą wcześniej przeszli Kordys ze Znamięckim. Doszli do płytkiej rynny, gdzie Zdyb oświadczył, że nie ma już sił, ale zachęcony przez Zaruskiego, kontynuował wspinaczkę. Z ogromnym wysiłkiem, wspinając się gzymsikami i półkami, przebyli rynnę, wychodząc na grań żeberka. Powyżej widoczna była druga rynna przechodząca w pionową ścianę, innej drogi nie było. Próbowali wspinać się dalej, ale był to kres ich możliwości, a trudności wzrastały. W tej sytuacji Zaruski zadecydował o odwrocie. Z tego miejsca do płaśni na następnym żebrze, gdzie znajdował się Szulakiewicz, było około 50-70 metrów, ale wtedy o tym nie wiedzieli. Zsunęli się ostrożnie rynną, a potem trawersem doszli do kopczyka pod ścianą, gdzie wcześniej odpoczywali. Kordysa i Znamięckiego już tam nie było – zeszli w dół. Zaruski ze Zdybem czekali na Klimka ćwierć godziny. On tymczasem wspiął się prawą stroną żeberka i doszedł do kociołka (Klimkowego Kotła), a więc drogą, którą wspinali się Szulakiewicz z Jarzyną. Stamtąd być może próbował wejść na platformę w żebrze lub też zatrzymała go trudna rynna. Był prawdopodobnie również niedaleko od Szulakiewicza. Wrócił do kociołka i wtedy postanowił przetrawersować ścianę wyraźnym zachodem, obecnie nazwanym Klimkową Ławką, prawdopodobnie z myślą o wycofaniu się ze ściany po bezowocnych poszukiwaniach. O tej możliwości wytrawersowania ze ściany w kierunku Wyżniej Rówienkowej Przełęczy, zwanej wówczas Przełęczą Hakowatą, Klimek wspominał Zaruskiemu w czasie jazdy furką do Jaworzyny. Nie znał tego przejścia, ale narzucający się ukośny zachód zmierzał w kierunku tej przełęczy. Nie wiedział o tym, że za załomem ściany zanika on całkowicie, a dalsze przejście prawie pionowej ściany jest bardzo trudne, zwłaszcza kiedy ścianą spływa woda, zwietrzałe, naruszone przez wietrzenie i wodę skały w każdej chwili mogą runąć, a nasiąknięte wodą trawiaste stopieńki – oberwać się. W tych warunkach przejście tego miejsca było prawie niemożliwe. Zaruski i Zdyb po raz ostatni zobaczyli Klimka po 15 minut oczekiwania na niego przy kopczyku pod grzędą. Podążał zachodem w kierunku przełęczy. Wówczas naczelnik dwukrotnie zawołał: „Klimku, wracajcie”, ale Klimek dwukrotnie odwrócił się do nich i machnął ręka wskazując, że idzie w kierunku przełęczy, z której potem łatwo można zejść do Doliny Rówienek. Po chwili zniknął im z oczu. Za kilka minut dał się słyszeć straszliwy łoskot, dochodzący z tej strony, gdzie poszedł Klimek. To runęła w dół kamienna lawina. Wtedy nie przypuszczali, że runął z nią również do żlebu Klimek Bachleda. Stali tak jeszcze pod ścianą ponad pół godziny i zanim ruszyli w dół, to pozostawili na wszelki wypadek linę dla Klimka, gdyby zdecydował się tędy wracać. Była godz. 14.30. Odcinkami zjeżdżali na linie, zaczepiając ją o występy skalne lub wbijając haki, gdyż napotkane 2 haki, które w czasie wycofywania się wbił Jarzyna, można było bez trudu wyjąć ręką. Zmęczeni i przemoczeni, zasypiając po drodze, stanęli na piargach pod ścianą o godz. 18. Czekał tam na nich Paweł Kittay i razem poszli do Jaworzyny – po ciemku i w nieustannym deszczu. W papierni około godz. 23 osuszyli się nieco, a potem przysłanym powozikiem dojechali o godz. 2.30 w nocy do leśniczówki na Łysej Polanie, gdzie zanocowali. Nie udało się dotrzeć do Szulakiewicza, który prawdopodobnie jeszcze w tym dniu zmarł z wychłodzenia i wyczerpania. Również w tym dniu zginął Klimek Bachleda, król przewodników tatrzańskich, ale o tym jeszcze nikt wtedy nie wiedział, gdyż wszyscy sądzili, że udało mu się dojść do głównej grani, a stamtąd zejść do Rówienek i Białej Wody, a następnie do Zakopanego. Dalsze poszukiwania Szulakiewicza W niedzielę 7 sierpnia o godz. 11 Zaruski ze Zdybem stawili się na Łysej Polanie przy moście, gdyż poprzedniego dnia ktoś zostawił w Jaworzynie kartkę, że o tej godzinie przybędą świeże siły przewodników i taterników z Zakopanego. Czekali do godz. 13.30 – ponieważ nikt nie przybył, odjechali furką pani Górskiej do Jaworzyny, skąd udali się od razu do Doliny Jaworowej. W tym dniu jeszcze do południa weszły w ścianę 2 zespoły, kierowane przez Henryka Bednarskiego z Pogotowia i taternika Mieczysława Świerza. Dotarli tylko do połowy ściany, skąd przynieśli linę pozostawioną poprzedniego dnia przez Zaruskiego i Zdyba zostawili Klimkowi. Na skraju kosodrzewiny rozłożono obóz pod gołym niebem. Z dołu doszli członkowie Straży Ratunkowej: Jędrzej Marusarz, Jan Pęksa, Stefan Mazurkiewicz, Janusz Żuławski, Wojciech Tylka oraz ochotnik Bolesław Macudziński. Dzień i noc były pogodne.
-
W historii taternictwa była to jedna z najgłośniejszych tragedii – w czasie wspinaczki na północnej ścianie Małego Jaworowego Szczytu zginął Stanisław Szulakiewicz, student Politechniki Lwowskiej, a w akcji ratunkowej Klemens Bachleda, znakomity przewodnik i ratownik tatrzański. Wydarzenia te w ciągu minionego wieku były wielokrotnie opisywane w prasie i wydawnictwach górskich. W setną rocznicę tej tragedii, która przypadła 6 sierpnia, warto jeszcze raz powrócić do tych wydarzeń i odtworzyć ich przebieg na podstawie wiarygodnych materiałów źródłowych. Mariusz Zaruski, pierwszy naczelnik Straży Ratunkowej, powstałego rok wcześniej TOPR, wpisał do Księgi Wypraw Ratunkowych drobnym, ale czytelnym i starannym pismem, przebieg akcji ratunkowej po Stanisława Szulakiewicza oraz Klimka Bachledę. Jest to zwięzłe sprawozdanie. Ponieważ już w sierpniu 1910 roku pojawiły się niedokładne, często fałszywe wiadomości o przebiegu tej wyprawy, szerzone ustnie i w czasopismach, dlatego Zaruski zdecydował się podać ścisły jej opis w porządku chronologicznym, co zamieścił w numerach: 21, 23 i 24 czasopisma „Zakopane”. Zarówno Księga Wypraw Ratunkowych, jak i obszerne sprawozdanie zamieszczone w wymienionym czasopiśmie, uzupełnione jeszcze późniejszą relacją, to podstawowy materiał faktograficzny dotyczący przebiegu wyprawy ratunkowej. Również artykuł Jerzego Żuławskiego – „Za zwłokami Klimka Bachledy”, zamieszczony w nr 21 tegoż pisma, a dotyczący akcji, w której Żuławski uczestniczył, wzbogaca wiedzę o tych wydarzeniach. Za wiarygodne źródło, dotyczące przebiegu wspinaczki na ścianie Małego Jaworowego, uznałem relację Jana Jarzyny, partnera Stanisława Szulakiewicza, który po wypadku samotnie wydostał się ze ściany, by zawiadomić Pogotowie. Jan Jarzyna po 50 latach opowiedział o tych wydarzeniach, co zostało opublikowane przez Ewę Kossak w „Przekroju” nr 15 w 1960 roku. Miał wówczas 68 lat. Nieraz tak bywa, że w starszym wieku pamięta się szczegółowo wydarzenia z młodości, a słabo te niedawne. Zatem wspomnienia Jarzyny sprzed pół wieku można by uznać również za wiarygodne, tym bardziej że tragedia ta pozostawiła trwały ślad w jego pamięci. Po tym wypadku zaniechał wspinaczek. Powróćmy zatem do wydarzeń sprzed stu lat. Próba zdobycia północnej ściany Małego Jaworowego Szczytu Stanisław Szulakiewicz, Józef Bizoń i Jan Jarzyna byli studentami Politechniki Lwowskiej i należeli do Akademickiego Klubu Turystycznego. Szulakiewicz wspinał się już od kilku lat i miał większe doświadczenie górskie. Rok wcześniej przeszedł z Bizoniem wschodnią ścianę Wysokiej, a 23 lipca 1910 roku, w dniu, kiedy została zdobyta południowa ściana Zamarłej Turni, Szulakiewicz, Bizoń, Jarzyna i Stanisław Menda poprowadzili nową drogę północno-wschodnią ścianą z Doliny Staroleśnej na Sławkowski Szczyt. Niespełna dwa tygodnie później wszyscy poza Mendą jechali furką góralską z Zakopanego do Jaworzyny, po czym udali się do Doliny Jaworowej z zamiarem dokonania pierwszego przejścia północnej ściany Małego Jaworowego Szczytu. Noc z czwartku na piątek spędzili w kosówce. Przed nimi piętrzyły się groźne ściany Jaworowych Turni. W nocy padał drobny deszcz, ale poranek był słoneczny. Pierwsi wstali Szulakiewicz i Bizoń. Kiedy pakowali sprzęt i żywność do plecaków i likwidowali biwak, doszło między nimi do sprzeczki, podobno o jakiś drobiazg – jak twierdził Jarzyna. Bizoń się obraził, powiedział, że rezygnuje ze wspinaczki, zabrał swoje rzeczy i ruszył w dół do Jaworzyny. Szulakiewicz zdenerwowany tą sytuacją pobladł na twarzy, ale po chwili uspokoił się. Podszedł z Jarzyną na przeciwstok, by stamtąd dokładnie obejrzeć północną ścianę. Przy bocznym oświetleniu promieniami wschodzącego słońca szczegóły rzeźby były świetnie widoczne. Sporządzili rysunek ściany z planowaną drogą. Wrócili na biwak, wzięli kleterki (trzewiki do wspinania), linę, żywność i po jednej parze butów. Resztę zostawili w maliniakach u podnóża ściany. Weszli w skały z lewej zatoki wrzynającej się w podnóże ściany, w której znajdował się duży płat śniegu. Początkowo piarżystymi półeczkami wspięli się do skalnej rynny, nią w górę, potem stromą płytą do trawiasto-piarżysto-skalnej załupy, którą w skos w prawo, ciągle w górę, pod koniec trudniej, do piarżystego kociołka pod ścianą szczytową. Nosi on obecnie nazwę Klimkowego Kotła. Szulakiewicz wspinał się z trudem, przeważnie na drugiego. Jarzynie wydawało się, że jest on myślami cały czas nieobecny. Po drodze ustawiali kopczyki, by w razie odwrotu ułatwić sobie orientację. Z kociołka bardzo stromą rynnę przeszedł na pierwszego Jarzyna. Po długim i mozolnym wspinaniu osiągnęli nad nim piarżystą platformę. Było południe – do szczytu zostało jakieś 150 metrów. Przed nimi pionowa szczytowa ściana – wiadomo, że nie będzie łatwo. Postanowili zrobić krótki odpoczynek. Zachmurzenie od rana wzrastało, a w południe chmury objęły już górne partie ścian, przechodząc stopniowo w mgłę, która utrudniała orientację. Trudno było ocenić, czy ściana przed nimi jest pionowa, czy też przewieszona. Znowu na pierwszego ruszył Jarzyna. Szulakiewicz asekurował go – był skoncentrowany i uważny. Stał jakieś 5 metrów poniżej Jarzyny, łączyła ich lina. Była godz. 13. Jarzyna rozpoczął wspinaczkę bardzo trudną, pionową ścianą. Wyszukiwał drobne chwyty, ale po kilku ruchach lewa dłoń stopniowo zaczęła się rozwierać i palce ześlizgnęły się ze skały. Odpadł – przeleciał koło Szulakiewicza i pociągnął go w dół. Obaj zaczęli spadać, ale nagle zatrzymali się. Kiedy Jarzyna się ocknął i uświadomił sobie, że żyje, zauważył, że znajduje się na wąskiej stromej półeczce. Lina zahaczyła wyżej za blok skalny i na szczęście się nie zerwała. Był potłuczony i miał pokrwawione palce. Podczołgał się wzdłuż liny w górę i na jej drugim końcu zobaczył Szulakiewicza, który leżał twarzą do skały. Jęczał, że boli go krzyż i łokieć. Jego stan był znacznie gorszy, chociaż spadł tylko 15 metrów, a Jarzyna prawie 30. Lina z manili o średnicy 28 mm wytrzymała. Szulakiewicz z ledwością przy pomocy Jarzyny wczołgał się na piarżystą platformę. Mieli z sobą „sygnałową świstawkę”, której użyli, ale nikt jej nie usłyszał, bo nikogo w tym dniu nie było w górnej partii doliny. Jarzyna rusza po pomoc szczytach przewalały się deszczowe chmury. Dwie godziny siedział Jarzyna przy Szulakiewiczu, który nie mógł się poruszać, i zastanawiał się, co robić. Potem przewiązał go częścią liny w pół oraz pod pachami i przywiązał do skały, żeby nie spadł. Nogi wsadził mu do plecaka i zostawił dwie tabliczki czekolady i pięć jabłek. Ze skały kapała woda – napełnił kubek i postawił obok na głazie. Wyjął chusteczkę, położył na cyplu skalnym, jako znak rozpoznawczy. Po wykonaniu tych czynności najpierw podszedł pod skałę, z której odpadł, po czym schodził znanym sobie terenem, szukając po drodze kopczyków. Nadeszła burza z deszczem i gradem. Ze ściany spływały kaskady wody, która wlewała się Jarzynie za kołnierz a wypływała bucikami. Dwa razy wbijając haki zjeżdżał na linie, dwa razy też spadał i tylko cudem udało mu się zatrzymać. Wreszcie dotarł do ostatniego cypla skalnego, pod którym była głęboka szczelina o szerokości 3 metrów między ścianą a zlodowaciałym płatem śniegu. Z tego cypla o wysokości 2-3 pięter nie mógł zjechać na linie, bo wjechałby do szczeliny pod lód, skąd nie było szansy na wydostanie się. Skoczył ponad szczeliną na płat śniegu, po którym zaczął się zsuwać na plecach – coraz prędzej. Palcami hamował, jak tylko to było możliwe. Przy spotkaniu z piargiem poderwał się na nogi i stopniowo biegiem wytracił prędkość. Doszedł do maliniaków. Znalazł worki, z których wydobył pelerynę i natychmiast ruszył w dół, do Jaworzyny, biegiem i szybkim marszem na przemian. Po drodze miewał zwidy, ale siłą woli chciał jak najszybciej dotrzeć do schroniska w Morskim Oku, gdzie już od dwóch lat był telefon, by zawiadomić o wypadku. Najpierw doszedł do Jaworzyny, potem do Łysej Polany, skąd ruszył w górę przez Starą Roztokę. Pod wieczór przestało padać i przejaśniło się. Kiedy był w rejonie Wanty, słońce zachodziło. Około godz. 10 dotarł do schroniska w Morskim Oku. Przekazał relację o wypadku i prosił o powiadomienie Straży Ratunkowej TOPR. Ale to nie koniec niezwykłego wyczynu Jarzyny. Zaraz potem udał się w nocy w drogę powrotną do Jaworzyny i dopiero około godz. 1 położył się spać na podłodze w miejscowej szkole. Potłuczony po wypadku, zszokowany, zdołał przebyć trasę o długości 30 kilometrów. Wyprawa ratunkowa po Stanisława Szulakiewicza „5 sierpnia 1910 roku o godz. 10 i 1/4 wieczorem wezwano mnie do telefonu ze schroniska przy Morskim Oku” – pisze w Księdze Wypraw Ratunkowych Mariusz Zaruski. – „Telefonował pan Jamrugiewicz, że pewien turysta przyszedł spod północnej ściany Małego Jaworowego z wiadomością, że on z drugim turystą spadli ze ściany. Ten zeszedł do schroniska, drugi związany został w ścianie. Proszą o pomoc.” Ponieważ w schronisku był w tym czasie przewodnik Jakub Wawrytko, Zaruski polecił mu, by wziął sobie kogoś do pomocy i z noszami oraz apteczką udał się na miejsce wypadku, a sam zaś zawiadomił członków Straży Ratunkowej. Przed północą pod wodzą Zaruskiego wyruszyli furką z Zakopanego do Jaworzyny: Klimek Bachleda, który miał już wtedy 59 lat, Henryk Bednarski, Paweł Kittay, Józef Lesiecki i Stanisław Zdyb, zabierając ze sobą sprzęt ratowniczy i żywność. W nocy znowu zaczął padać deszcz. Do Jaworzyny dotarli o świcie, gdzie dołączyli do nich przebywający tam akurat taternicy: Zygmunt Klemensiewicz, Roman Kordys, Aleksander Znamięcki oraz Wanda Jerominówna, która nie brała udziału w wyprawie ratunkowej. cdn.
-
Historia polskiego himalaizmu na Discovery World wtorek, 27 lipca 2010 22:25 Znana stacja popularnonaukowa rozpoczyna emisję serii filmów dokumentalnych o polskim himalaiźmie. Pozycja absolutnie obowiązkowa dla wszystkich ludzi gór, również tych znających historię na pamięć. Ośmioodcinkowa seria "Himalaiści" (ang. tytuł: "Polish Mountaineers in the Himalayas") poświęcona będzie ludziom i wydarzeniom które na trwałe odcisnęły swój ślad w historii tego sportu. Opowieść o legendach, przełomach i tragediach, pełna unikatowych materiałów, wywiadów i wspomnień. Emisja pierwszego odcinka rozpocznie się 6 sieprnia o 22.30 a poźniej co tydzień o tej samej godzinie, aż do 24 września, nadawane będą kolejne odcinki. W skład serii wchodzą następujące odcinki: Himalaiści: Wyprawy 1939-1980 Opowieść o trudnych początkach polskiego himalaizmu, pierwszych, porażkach i marzeniach. Historia wyprawy na Nanda Devi East w 1939 roku, oraz pionierskiej jak na owe czasy wyprawie na Lhotse zimą 1974 roku- pierwszej polskiej wyprawie na ośmiotysięcznik. Himalaiści: Wyprawy 1980-1989 Rzecz o złotej dekadzie polskiego himalaizmu, Jerzym Kukuczce, który w niedościgniony sposób zdobył wszystkie 14 ośmiotysięczników, jako drógi człowiek na świecie, oraz o Wandzie Rutkiewicz, kobiecej legendzie himalaizmu, organizatorce wielu kobiecych wypraw i propagatorce gór wśród młodzierzy. Himalaiści: Karawana marzeń Program opowiada o determinacji Wandy Rutkiewicz do zobycia Korony Himalajów, celu, którego nigdy nie osiągneła. Spotkamy rodzinę i ludzi z którymi się wspinała a także cofniemy się do jej dziecięcych lat by dowiedzieć się, co spowodowało, że góry stały się sensem jej życia. Himalaiści: Zerwana lina Poznamy historię Jerzego Kukuczki, największym polsklim himalaiście i światowej legendzie tego sportu. Odkryjemy początki jego fascynacji wspinaczką i dowiemy się jak silny miał harakter, dzięki czemu Koronę Himalajów zdobył w ciągu zaledwie 9 lat. Himalaiści: Życie jest za krótkie Odcinek poświęcony Andrzejowi Zawadzie, człowiekowi- instytucji polskiego himalaizmu, który choć nie zasłynął jako zdobywca, to jako kierownuk wielu wypraw praktycznie stworzył wizytówkę polskiego himalaizmu- zdobywanie gór zimą. Himalaiści: Ścieżka gór Film opowiada o Wojciechu Kurtyce, jednym z najwybitniejszych himalaistów świata. Jego przejście zachodniej ściany Gaschebruma IV zostało uznane najwybitniejszym przejściem XX wieku. Poznamy jego dzieciństwo i trudne relacje z ojcem, które zaważyły o jego dalszym życiu. Himalaiści: Głód wspinaczki Odcinek przybliża sylwetkę Krzysztofa Wielickiego który jako piąty człowiek na świecie zdobył Koronę Himalajów, a styl w którym to zrobił okrył go nieśmiertelną sławą i uczynił żywą legendą. Jego wizytówką są samotne i spektakularne wejścia na najwyższe szczyty. Himalaiści: W strefie śmierci Historia Ryszarda Pawłowskiego, który uczynił wpsinaczkę sposobem na zarabianie pieniędzy. Organizuje komercyjne wyprawy na najwyższe góry świata , a sam uważany jeśt w światku himalaistów za szczęściarza, który wiele razy cudem uniknął śmierci. Przetrwał chociażby biwak na 8500 m. bez śpiwora i namiotu.
-
Drodzy Solenizanci - Figo, aklim - Wszystkiego Najlepszego!!! Zdrówka , Pogody Ducha , Śniegu po pas !!!
-
Robert Kubica w Renault do końca 2012 roku Robert Kubica przedłużył o dwa lata kontrakt z francusko-luksemburskim teamem Formuły 1 - Renault. Oznacza to, że polski kierowca będzie startował w jego barwach do końca 2012 roku. 25-letni Kubica, który trafił do Renault w styczniu, jest obecnie piąty w mistrzostwach świata kierowców. http://sport.interia.pl/formula-1/formula-1/news/oficjalnie-kubica-w-renault-do-konca-2012-roku,1503322
-
62-letni kolarz zapaleniec wymarzył sobie, by Tour de France wystartował z Krakowa. W blisko stuletniej historii kolarskich igrzysk olimpijskich - jak TdF nazywają sami zawodnicy - tylko kilkanaście razy peleton wyjechał poza granice Francji. Wyjeżdżał za wielkie pieniądze miast i krajów, które chciały promować się choćby w jednej z trzytygodniowych transmisji telewizyjnych do ponad 100 krajów świata. Kolarzy gościły najczęściej kraje Beneluksu, ale także Niemcy, Szwajcaria, Hiszpania, Irlandia i Anglia. Bogdan Koraszewski ma 62 lata, mieszka w Krakowie. Ogląda Tour nie tylko w telewizji, jeździ także na najciekawsze etapy. Ścigał się na rowerze, był w młodzieżowej reprezentacji Polski, ale nie spełniło się jego największe marzenie, czyli start w Wyścigu Pokoju. Sześć lat temu wyznaczył sobie nowy cel - sprowadzić do Polski TdF, najlepiej do swojego miasta. - Pojechałem w 2004 roku do belgijskiego Liege, gdzie startował TdF - opowiada Koraszewski. - Tam podjął mnie ówczesny dyrektor wyścigu Jean-Marie Leblanc. Złożyłem mu wstępną propozycję, ta oficjalna musiała wypłynąć od miasta. Rok później Koraszewski został szefem Rowerowej Akademii Królewskiej, która wspólnie z władzami Krakowa stała się oficjalnym już partnerem TdF w staraniach o wyścig. Do akademii należą sławni niegdyś kolarze, m.in. Jan Brzeźny, Jan Kudra, Mieczysław Nowicki i Tadeusz Mytnik. W 2007 roku polska delegacja znów wybrała się do szefa wyścigu, którym został Christian Prudhomme. Koraszewski: - Tym razem dowiedzieliśmy się, że jesteśmy w gronie miast, które już po przesianiu ofert mają szansę na organizację. Kiedy? Liczymy, że najwcześniej za trzy lata, najpóźniej za pięć. Szef TdF nie odpowiedział dotąd na maila "Gazety". Od jego współpracowników dowiedzieliśmy się, że obok polskiej aplikacji rokrocznie wpływa około 200, wśród nich m.in. Tokio i Dauhy. Po pierwszym odsiewie Kraków został ponoć zakwalifikowany do grupy miast, które rywalizują o start TdF w latach 2013-15. Organizacja wiąże się z niemałymi kosztami. Oprócz noclegów dla ponad 20 ekip sportowych, setek dziennikarzy i przedstawicieli sponsorów to tzw. wpisowe. Nieoficjalnie miasta płacą od 500 tys. euro wzwyż. Władze Krakowa są na to przygotowane, zresztą podczas kolejnego spotkania Koraszewskiego z Prudhomme 25 kwietnia omawiano termin spotkania wierchuszki TdF z delegacją miasta. Wyznaczyli je na wieczór po którymś z etapów tegorocznego wyścigu. Prudhomme dostanie też precyzyjny plan imprezy w Polsce, który Koraszewski nakreślił w niedawno obronionej pracy dyplomowej na Uniwersytecie Jagiellońskim. - Kiedy studiowałem we francuskim Lille zarządzanie, zająłem się słynnym klasykiem Paryż - Roubaix - opowiada. Otwarcie TdF i prezentacja ekip - według planu Koraszewskiego - miałyby odbyć się w piątek. Następnego dnia liczący 6,4 km prolog - ze startem i z metą na Rynku Głównym. Pierwszy etap prowadziłby z Krakowa do Zakopanego. Start o 12.20 przez Wadowice i Nowy Targ. W sumie 181 km, przy średniej prędkości 42 km/godz. na metę pod Wielką Krokwią kolarze dotarliby o 16.52. - Ten facet to wariat. Wariat na punkcie rowerów - opowiada o Koraszewskim Ryszard Szurkowski, legenda polskiego kolarstwa, a teraz szef Polskiego Związku Kolarskiego. - Widziałem jego olbrzymie zaangażowanie, potwierdziliśmy jego kontakty z dyrektorem TdF oraz władzami Krakowa. Od naszej federacji także dostał pełne poparcie, walczymy o start tego wyścigu w Polsce. TdF u nas to wcale nie mrzonka. Uwierzcie mi, wiem, co mówię. http://www.sport.pl/kolarstwo/1,64993,8104273,Krakow___Zakopane_na_trasie_Tour_de_France_.html
-
Kołecki i Blanik – jak się sprawdzą w nowej roli? Puchar Śląska Spokey Nordic Walking w Brennej czwartek, 1 lipiec 2010Imprezy outdoor Nordic Walking Niecodzienny event z udziałem sław polskiego sportu: Szymona Kołeckiego i Leszka Blanika. 3 lipca 2010 w Brennej odbędzie się wielkie sportowe święto, Puchar Śląska Spokey Nordic Walking oraz Finał Wielkiej Loterii Spokey „Porusz światem - z Pasją!". Impreza odbywać się będzie na terenach malowniczo położonego Amfiteatru w samym sercu miasta. Na zawodach nie zabraknie największych gwiazd polskiego sportu, medalistów olimpijskich - Szymona Kołeckiego i Leszka Blanika. Cykl imprez Nordic Walking to projekt, który ma na celu rozpropagowanie w całej Polsce zdrowego stylu życia, który w Europie Zachodniej już od lat 90. cieszy się ogromnym powodzeniem. Ten niezwykle popularny sport przyciąga rzesze miłośników, którzy regularnie spotykają się na każdych zawodach tworząc wielką rodzinę wiernych fanów Nordic Walking. Największą atrakcją zawodów będzie przyjazd wielkich sportowców międzynarodowej klasy, wspomnianych wyżej, Ambasadora Marki Spokey - Szymona Kołeckiego oraz Leszka Blanika. Zadaniem olimpijczyków będzie wsparcie oraz doping zawodników, którzy będą walczyć o cenne nagrody ufundowane przez głównego sponsora imprezy - firmę Spokey. Nordic Walking, to nie tylko zwykły marsz z kijami, to sposób na życie, czego dowodem są licznie przybywający zawodnicy z różnych zakątków Polski. Niezapomniana atmosfera i wielkie emocje, jakie towarzyszą zwykłym ludziom na mecie, porównywalne z tymi, jakie często możemy oglądać na szklanym ekranie. Cykl imprez NW to również zwycięstwo zdrowego i aktywnego trybu życia wśród rodziny, przyjaciół i znajomych na łonie natury, czemu przyświeca cel organizacji imprezy. Szymon Kołecki i Leszek Blanik to zdeklarowani ambasadorzy propagowania aktywności sportowej, zwłaszcza na takiej imprezie jak ta w Brennej. Dojazd: Dojazd trasą Cieszyn-Bielsko-Biała; od strony Cieszyna należy skręcić w kierunku Brennej tuż za Skoczowem lub od strony Bielska za Grodźcem. Start i meta: Teren za amfiteatrem w Brennej, który znajduje się w samym centrum miejscowości (jadąc od strony Górek po prawej stronie) Trasa: Długość jednego okrążenia wynosi 5,7 km. Trasa w Brennej jest trasą wymagającą kondycyjnie. Prowadzi w połowie odcinkami górzystymi o dużym nachyleniu, typowym dla szlaków beskidzkich. Zalecamy wybranie wygodnego obuwia o dobrej przyczepności do podłoża. Osobom z tendencjami do urazów stawu skokowego proponujemy obuwie powyżej kostki. Jeżeli nie jesteś pewien swojej kondycji proponujemy jedno okrążenie. Opis trasy: Po starcie za amfiteatrem w Brennej płaski odcinek 500 m - dalej ostre 1 km podejście asfaltową drogą która z czasem zmienia się w drogę gruntową - 1,5 km odcinek biegnący grzbietem górskim z mniejszymi zejściami i podejściami - 1 km zejście w dół szlakiem a dalej łąką - ostanie 2 km to lekkie zejście drogą asfaltowa a następnie szutrową Program zawodów: 8.30 - 10.00 - zapisy w Biurze Zawodów 10.00 - 10.40 - warsztaty; "Sprzęt do nordic walking". Prawidłowa technika 10.40 - 10.55 - wspólna rozgrzewka 11.00 - start 13.30 - dekoracja oraz losowanie nagród 14.15 - zakończenie zawodów Zapisy na stronie organizatora. Organizator: Sportshooter http://www.puchar-nordicwalking.pl/brenna.htm
-
ON-SIGHT Adventure Race 2010 (2 - 4 lipca, Gorzów Wielkopolski) Klub Sportów Ekstremalnych On-Sight oraz Wydział Promocji i Rozwoju Miasta Gorzowa Wielkopolskiego zapraszają na II edycję On-Sight Adventure Race, rajdu przygodowego, który odbędzie się w lipcu W tym roku terenem zmagań będą Puszcza Gorzowska, Puszcza Drawska oraz Puszcza Notecka. Rajdy przygodowe to sport zespołowy i multidyscyplinarny pozwalający pokonać granicę własnych możliwości podczas długotrwałego wysiłku fizycznego. Zawodnicy pokonują dystans pieszo, rowerem, kajakiem, na rolkach i pływając, posługują się przy tym mapą, na której są zaznaczone obowiązkowe punkty kontrolne. Dodatkowo podczas rajdów pojawiają się zadania specjalne, których wykonanie może dostarczyć niezapomnianych emocji. Ukończenie każdej trasy rajdu stanowi wyzwanie, ale daje również niezapomnianą satysfakcję. Tym razem dla uczestników zostały przygotowane 3 trasy: MASTERS - ok. 225 km, 6 dyscyplin, 11 etapów, zadania specjalne, limit 36 h, zespoły czteroosobowe. Trasa Masters została zaprojektowana z myślą o osobach, które regularnie startują w rajdach przygodowych. Wymagać będzie ona kondycji oraz umiejętności orientacji w terenie na najwyższym poziomie. Mnogość dyscyplin oraz etapów sprawia, że trasa będzie bardzo dynamiczna i ciekawa. SPEED - ok. 125 km, 6 dyscyplin, 7 etapów, zadania specjalne, limit 24 h, zespoły dwuosobowe. Trasa Speed została zaprojektowana dla osób, które nie są w stanie skompletować zespołu 4-osobowego lub nie czują się jeszcze na siłach, aby pokonać ponad 200 km trasy Masters. Ilość dyscyplin oraz jej trudność nie odbiega znacząco od trasy Masters. Podstawową różnicą pozostaje dystans. AMATOR - ok. 55 km, 3 dyscypliny, 4 etapy, zadania specjalne, limit 12 h, zespoły dwuosobowe. Trasa Amator jest przeznaczona dla każdego, kto lubi aktywnie spędzać czas i ma ochotę spróbować czegoś nowego. Dystans oraz trudność nawigacji zostały tak wyważone, aby każdy był w stanie ukończyć rajd, ale jednocześnie żeby było to wyzwanie. Nie ma żadnych przeciwwskazań, aby był to Twój pierwszy rajd przygodowy w życiu! Podejmij wyzwanie! Więcej informacji na www.race.onsight.pl
-
Po kongresie Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS) w tureckiej Antalyi dotarły do Zakopanego dwie ważne dla naszego miasta informacje. Jedna dotyczy niestety nie przyznania Zakopanemu organizacji Mistrzostw Świata w narciarstwie klasycznym w 2015 roku. Druga informacja dotyczy bezpośrednio Harendy. Podczas konferencji zapadła decyzja o przyznaniu prawa do organizacji Pucharu Europy FIS w slolomie kobiet, który już po raz drugi odbędzie się na trasach naszego Ośrodka. Zawody odbędą się 1 marca 2011 r. na trasie z homologacją FIS. Organizatorem zawodów będzie PZN i TZN. W tym terminie nie rozgrywane będą inne zawody w ramach Pucharu Świata. Oznacza to, że na Harendzie mogą pojawić się zawodniczki ze światowej czołówki. Argumentowano na Kongresie FIS, że Puchar Europy, który odbył się 18 lutego 2009 roku na zakopiańskiej Harendzie zorganizowany został profesjonalnie, a zawody cieszyły się uznaniem zarówno FIS, kibiców licznie zgomadzonych wzdłuż trasy, jaki mediów. Transmisja live odbyła się w telewizji Polsat Sport. Cieszymy się, że doceniono zaangażowanie i dobrą organizację poprzedniego Pucharu Europy w Zakopanem. Co prawda nie są to mistrzostwa świata ale takimi zawodami jak Puchar Europy, i ich bardzo dobrą organizacją, potwierdzamy, że można u nas organizować zawody najwyższej rangi. Ponadto w dniu 2 marca 2011 r. na tej samej trasie odbedą się zawody z kalendarza FIS w slalomie zarówno mężczyzn jak i kobiet. Już dziś zapraszamy na Puchar Europy FIS w slolomie kobiet na zakopiańską Harendę.
-
Mniej więcej tyle zostało do VI Spotkań z Filmem Górskim. Trwa okres nadsyłania filmów biorących udział w międzynarodowym konkursie filmowym. Nowością programową będzie konkurs filmu polskiego. Hitem festiwalu będzie pokaz filmu „Deklaracja Nieśmiertelności” autorstwa Marcina Koszałki. Termin nadsyłania prac upływa 20 czerwca. Rozstrzygnięcie nastąpi podczas VI Spotkań z Filmem Górskim, które odbędą się w dniach 9-12 września 2010 r. w Zakopanem. Do konkursu można zgłaszać filmy zrealizowane po 30 listopada 2008 r. Forma obrazu jest dowolna – na konkurs można nadsyłać filmy fabularne, dokumentalne, animowane lub eksperymentalne, związane tematycznie z górami. Mogą to być obrazy prezentujące zarówno różne rodzaje aktywności górskiej (np. wspinaczkę, czy narciarstwo), filmy przyrodnicze, reportaże społeczno-polityczne lub inne. Filmy konkursowe oceniać będzie międzynarodowe jury pod przewodnictwem Petera Atanasowa z Bułgarii (dyrektora Festiwalu Filmów Górskich z Bansko). Zwycięzca otrzyma Wielką Drewnianą Górę – Grand Prix Spotkań z Filmem Górskim o równowartości 2 tys. zł. Przyznane zostaną także dodatkowe Drewniane Góry – nagrody specjalne o równowartości 1200 zł (wszystkie statuetki są autorstwa Marcina Rząsy). 6. Międzynarodowy Konkurs Filmu Górskiego jest realizowany przy współpracy z The International Alliance for Mountain Film, skupiającego najważniejsze górskie festiwale z całego świata. Formularz zgłoszeniowy dostępny jest na stronie: www.spotkania.zakopane.pl w zakładce konkurs filmowy. – Termin nadsyłania filmów zza granicy uzależniony jest też od pracy nad tłumaczeniami i nanoszeniem napisów na filmy – wyjaśniają organizatorzy. Natomiast ostateczny termin zgłoszeń polskich filmów upływa 15 sierpnia. – Chcemy „odmłodzić” nieco Spotkania. Poziom prezentowanych filmów na festiwalach bywa różny, jednak doszliśmy do wniosku, że warto promować twórczość, nawet tę amatorską, która może stać się gruntem, punktem wyjścia do dalszej zaawansowanej twórczości filmowej – wyjaśniają organizatorzy SzFG. – Pokazy tych filmów będą miały swój osobny harmonogram. Wśród atrakcji programowych nie zabraknie także wystaw i prelekcji. Wśród zaproszonych gości jest Kinga Baranowska, Krzysztof Wielicki oraz tryumfator sprzed kilku tygodni, zdobywca Korony Himalajów – Piotr Pustelnik. W odróżnieniu do poprzednich lat podczas Spotkań nie odbędą się zawody wspinaczkowe. W związku z dużymi, międzynarodowymi imprezami, termin V Zako Boulder Power im. Bogusia Probulskiego został przeniesiony na weekend 2-3 października 2010. Instalacją ścian wspinaczkowych (na terenie Dworca Tatrzańskiego) oraz wytyczeniem dróg zajmie się Tomek Oleksy – utytułowany zawodnik, wielokrotny Mistrz Polski, Mistrz Europy z 1998 roku, zdobywca Pucharu Świata (1999, 2003), srebrny medalista Mistrzostw Świata na czas (2003, Chamonix), brązowy medalista Mistrzostw Świata na czas (2001, Winterthur), brązowy medalista Mistrzostw Świata w bulderingu (2003, Chamonix). Zakopiańskie zawody otrzymały kolejny raz status edycji Pucharu Polski we wspinaczce bulderowej. „Komisja Wspinaczki Sportowej Polskiego Związku Alpinizmu z wielką satysfakcją oświadcza, że przyznała Stowarzyszeniu Spotkania z Filmem Górskim organizację zawodów Pucharu Polski we wspinaczce sportowej w konkurencji wspinaczki buldering, które odbędą się w dniach 2-3 października 2010 roku. KWS PZA po raz kolejny zdecydowała się powierzyć organizację zawodów tej rangi stowarzyszeniu, biorąc pod uwagę profesjonalizm i wysoki poziom organizacyjny ubiegłorocznych zawodów. Uważamy, że miasto Zakopane jest właściwym miejscem do organizowania zawodów promujących aktywność sportową związaną z górami, a także dzięki imprezom i akcjom towarzyszącym, promującym bezpieczeństwo poruszania się w górach” – pisze w oficjalnym piśmie Arkadiusz Kamiński, członek Zarządu Polskiego Związku Alpinizmu Komisja Wspinaczki Sportowej. Jednak zasadniczym przełomem jest zmiana miejsca całego festiwalu. Dotychczasowe kino „Sokół” ustąpiło historycznemu, wręcz kultowemu budynkowi Dworca Tatrzańskiego. – Chcemy profilem prowadzonej przez nas działalności nawiązać do niezwykłej historii, jaka „działa się” w murach tego niezwykłego obiektu. Tutaj m.in. swoją siedzibę miał TOPR, tutaj też spotykali się wybitni przewodnicy tatrzańscy, tu w końcu Karol Szymanowski z „Witkacym” prowadzili długie, twórcze dysputy przy „pyfku” – opowiada Michał Pietrzak, znany też jako właściciel zakopiańskiego klubu muzycznego „Ampstrong”. Organizatorzy wiążą z nowym miejscem wielkie nadzieje. – Przede wszystkim cieszy nas możliwość zintegrowania całego festiwalu w jednym miejscu. Od zawsze dobrze się nam układała współpraca z klubem „Ampstrong”. Teraz będzie okazja zjednoczyć siły we wspólnym celu. W tym samym budynku będzie także klub festiwalowy. Planowane są realizacje projektów w bardzo nowoczesnym wymiarze – mówi jeden z organizatorów. – Być może podczas październikowych zawodów, podczas integracyjnej imprezy zagra DJ znanego brytyjskiego zespołu „The Prodigy” – zdradza szczegóły Michał Pietrzak, nowy rezydent Dworca Tatrzańskiego. Podczas 6. Spotkań nie zabraknie stałych punktów programu, jak: Górskie Kino Nocne, Blok Praw Człowieka w Górach czy Wycieczka w Stylu Retro. Trwają prace nad formułą festiwalu i jego programem. Niebawem pojawi się plakat autorstwa przyjaciela Spotkań Krzysztofa Kokoryna z Bielska-Białej (malarza, filmowca, m.in. twórcy plakatów dla festiwalu w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą czy „Era Nowe Horyzonty”). Tegoroczne Spotkania współtworzą głównie: Magda Ziaja, Gabi Kuhn, Jakub Brzosko oraz zakopiańscy przyjaciele (ci z gatunku „byli, są i będą” to z pewnością Magda i Marcin Rząsowie czy Maciek Krupa). Słowa podziękowania za dotychczasowe działania należą się byłej prezes Ani Łukawieckiej oraz członkowi Stowarzyszenia Spotkania z Filmem Górskim Maciejowi Wojakowi. Do zobaczenia we wrześniu. http://www.tygodnikpodhalanski.pl/www/index.php?mod=news&strona=1&kat=&id=&typ=&id=9050
-
12-minutowy zwiastun filmu Wysokie Tatry - dziki świat zastygły w czasie Pavla Barabasa, wydanego na DVD Zwiastun filmu Wysokie Tatry - dziki świat zastygły w czasie Pavla Barabasa wydanego na DVD , przedsięwzięcie, które ma na celu udostępnienie polskich i zagranicznych filmów dokumentalnych dotyczących szeroko rozumianego Active Life. W zdecydowanej większości są to filmy znane z festiwali filmowych, ale nieobecne na rynku DVD. http://vimeo.com/3744018
-
tygodnikpodhalanski.pl 2010-06-01 09:24:54 Kolejna Edycja amatorskiego pucharu polski w zjeździe rowerowym Jurgów 2010 Już w najbliższą niedzielę odbędzie się kolejna odsłona Joy Ride Open Series – Pucharu Polski Amatorów w jeździe rowerowym w Jurgowie. Tym razem zawodnicy będą zmagać się z bardzo widowiskową trasą, która, jak zapewniają organizatorzy, jest rewelacyjnie przygotowana i nawet najbardziej wymagający zawodnicy nie będą mogli narzekać. Impreza zaczynać się będzie w piątek przyjazdem ekip i możliwością trenowania. W sobotę przyjmowane będą zgłoszenia zawodników oraz treningi. Niedziela to dzień, w którym raiderzy udowadniać będą, kto tu rządzi. PIĄTEK 04.06.2010 10:00 - 18:00 Możliwość treningów cena wjazdów wyciągiem: 5 zł wyjazd, 50 zł karnet całodzienny SOBOTA 05.06.2010 9:00 - 17:00 - przyjmowanie zgłoszeń, wydawanie numerów startowych (Numery startowe urawniają do darmowych przejazdów wyciągiem) 10:00 - 18:00 – Treningi 20:00 – Kolacja w karczmie "Szymkówka" Ul. Sportowa 4 Bukowina Tatrzańska Bufet w cenie 20zł …. Na pozostałe dania z menu rabat 20% (karczma jest położona 5km od Jurgowa istnieje możliwość wynajęcia busa w cenie 8zł kurs w obie strony) NIEDZIELA 06.05.2010 9:00 - 10:00 - zapisy 9:00 - 11:30 - trening 12:00 - 14:00 – pierwszy przejazd 14:30 – 16:30 – drugi przejazd 17:00 - dekoracja zwycięzców
-
Sprawdzone szkoły wspinaczkowe http://www.kilimanjaro.com.pl/aktualnosci.php http://vamos.org.pl/ http://www.abcwspinania.info/ http://www.kw.katowice.pl/
-
Planujesz wycieczkę w góry? Chcesz łatwo wytyczyć cel wyprawy? Chcesz na bieżąco wiedzieć, gdzie jesteś? A może jesteś w Tatrach i nie zdążyłeś kupić przewodnika? Nic straconego: połącz się z internetem i ściągnij wybraną trasę na Twoją komórkę. Zakup i ściągniecie trasy zajmie Ci kilka minut (w sam raz podczas przerwy na trasie na drugie śniadanie!). Aplikacje tatrzańskie na komórkę to... 20 wybranych szlaków, opracowanych na podstawie przewodnika Wydawnictwa Bezdroża "Tatry. Polskie i Słowackie" Bezpieczne i wygodne przemierzanie szlaków nawet w trudnych warunkach atmosferycznych Możliwość śledzenia bieżącej lokalizacji GPS Możliwość wysłania współrzędnych GPS SMS-em Intuicyjne połączenie najnowszej technologii i funkcjonalności pomocnych w górskich wędrówkach Bardzo dokładne mapy Opisy i zdjęcia miejsc na szlaku Jakie są atuty aplikacji? Jakie trasy dostępne są w formie aplikacji komórkowej? http://bezdroza.pl/aplikacja_trasy.htm Jak to działa? http://bezdroza.pl/aplikacja_funkcjonalnosc.htm Na jakich telefonach komórkowych można uruchomić aplikację? http://bezdroza.pl/aplikacja_telefony.htm Jak zainstalować aplikację na swoim telefonie? http://bezdroza.pl/trasy_instrukcja.htm Chcesz wiedzieć więcej? http://bezdroza.pl/aplikacja_opis.htm http://bezdroza.pl/tatry.html
-
Jutro o godz. 11.30 w krakowskim hotelu Sheraton poznamy nowe władze Polskiego Związku Narciarskiego. - Nie jedziemy co prawda na zjazd z zaostrzonymi ciupagami, ale mamy szereg uwag do pracy zarządu PZN - mówi Tygodnikowi Andrzej Kozak, prezes Tatrzańskiego Związku Narciarskiego. W ostatnich dwóch latach za sprawą Justyny Kowalczyk i Adama Małysza polskie narciarstwo odniosło największe w historii sukcesy. Mimo to tatrzańscy działacze narciarscy mają wiele zastrzeżeń do pracy zarządu PZN. - Doceniamy te wielkie sukcesy, ale to nie zmienia faktu, że chociażby w przygotowaniu sobotniego zjazdu panuje bałagan. Na papierze widnieje inna liczba uprawionych do glosowania działaczy niż w rzeczywistości - mówi prezes TZN Andrzej Kozak. Kolejna sprawą, o którą tatrzańscy działacze mają wielkie pretensje do prezesa Tajnera jest wykluczenie Zakopanego z organizacji letniej Grand Prix w skokach, które rozegrana zostanie w Wiśle. - Prezes Tajner powinien zaproponować dwa miejsca do organizacji tej imprezy Zakopane i Wisłę, a nie wycinać nas jeszcze przed startem. Niemcy, czy Austriacy mają kilka Pucharów Świata, dlaczego my nie możemy mieć dwóch Grand Prix - dodaje Andrzej Kozak. Kolejną kontrowersyjną sprawą jest zablokowanie wniosków 13-stu podhalańskich klubów o członkostwo w PZN, to nie pozwala naszym działaczom brać udziału w jutrzejszych głosowaniach. Władze PZN tłumaczą, że wnioski te wpłynęły po terminie. Na działalności PZN wielkim cieniem kładzie się także sprawa biegaczki Kornelii Marek, przyłapanej na dopingu. Była ona jedynym sportowcem, u którego wykryto doping na całych Igrzyskach w Kanadzie. Czy będzie więc jakiś „czarny koń” jutrzejszych wyborów prezesa PZN. - Ja nic o takim czarnym koniu nie wiem - twierdzi prezes Kozak. Dzisiejsza Gazeta Krakowska napisała o kandydaturze Ludwika Żukowskiego, szefa warszawskiego Okręgu Narciarskiego, pasjonata narciarstwa zjazdowego i adwokata specjalizującego się w prawie sportowym. Wybór innego niż Apoloniusz Tajner prezesa na czteroletnią kadencję byłby mimo wszystko wielką niespodzianką. http://www.tygodnikpodhalanski.pl/www/index.php?mod=news&strona=1&kat=&id=&typ=&id=8892
-
Zbliża się IV Maraton na Orientację Orient Bike. Dwudniowa impreza odbędzie się w okolicach Łodzi w dniach 26-27 czerwca 2010 Tak było w ubiegłym roku nad Pilicą, gdzie odbywała się trzecia edycja Maratonu na Orientację Bike Orient. Tym razem zapraszamy w okolice Łodzi, na piękne pagórkowate tereny tu i ówdzie porośnięte lasami będącymi pozostałością puszczy łódzkiej. Park Krajobrazowy Wzniesień Łódzkich i okolice Zgierza to tereny doskonale znane wielu łódzkim rowerzystom. Udział w IV Maratonie na Orientację Bike Orient będzie doskonałą okazją do poznania tego bardzo interesującego obszaru. Zapraszamy na dwa dni wędrówki śladami podłódzkich ciekawostek! Weekend rozpoczniemy od zawodów na orientację, które odbędą się 26 czerwca. Startujący do wyboru będą mieć 4 trasy o różnej długości i stopniu trudności. Będzie można ją pokonać pieszo (30 km), rowerem (30 lub 170 km) lub na zmianę pieszo i rowerem (100 km). Rywalizacja polegać będzie na jak najszybszym zaliczeniu jak największej liczby tzw. punktów kontrolnych. O ich rozmieszczeniu będzie można dowiedzieć się z mapy, którą każdy zawodnik otrzyma przed startem. Kolejność odwiedzania punktów będzie dowolna. Nie trzeba też zaliczać ich wszystkich, przez co faktyczna długość trasy może się różnić od podanej wartości optymalnego wariantu. Oprócz śniadania, które zaoferujemy tego dnia, będzie również okazja do posilenia się na punktach żywieniowych podczas trwania zawodów. Po zakończeniu rywalizacji zapraszamy na ognisko, a wieczorem podsumujemy pierwszą część imprezy i nagrodzimy najlepszych uczestników na poszczególnych trasach i w kategoriach. Odbędzie się również losowanie nagród, których łączna wartość wyniesie ok. 3000 zł. Drugiego dnia imprezy, w sobotę 27 czerwca zapraszamy do udziału w rajdzie krajoznawczym po Wzniesieniach Łódzkich. Po wspólnym śniadaniu w spokojnym tempie pokonamy najciekawsze trasy rowerowe w Parku Krajobrazowym Wzniesień Łódzkich i poznamy interesujące waloru krajoznawcze tego terenu. Jeżeli jesteś już przekonany do udziału w rajdzie to mamy dla Ciebie dodatkową propozycję. Wystarczy, że opiszesz nam dlaczego chcesz wystartować w czwartej edycji Maratonu na Orientację Bike Orient w Łodzi i wyślesz tekst na adres [email protected]. Autorzy dwóch najciekawszych opisów otrzymają darmowy udział w czerwcowych zawodach na wybranej przez siebie trasie. Na prace czekamy do 31 maja 2010 r Szczegółowe informacje http://bikeorient.pl/bo_2010_zapowiedz.php Rejestracja na stronie organizatora. http://bikeorient.pl/form_bo_lodz.php
-
Ratownicy TOPR podsumowują zakończony na początku maja sezon narciarski. Tylu wypadków na stokach nie było nigdy dotąd. - Z narciarskich tras zwieziono 1768 kontuzjowanych narciarzy i snowboardzistów - informuje Adam Marasek z TOPR. - 308 z nich doznało lżejszych obrażeń a 1456 obrażeń poważniejszych, wymagających długotrwałego leczenia, nieraz operacji i jeszcze dłuższej rehabilitacji. Kontuzjowanych zostało 166 narciarzy z zagranicy, z czego w przeważającej liczbie byli to nasi wschodni sąsiedzi. 10 narciarzy ze stoków zabierał śmigłowiec. Największą liczbę wypadków zanotowano w Białce Tatrzańskiej (759), Małem Cichem (193), Witowie (140), Szymoszkowej (117), Rusińskim Wierchu (102) i Jurgowie (96). Najmniej na Kasprowym Wierchu (30) i Gubałówce (27). http://www.tygodnikpodhalanski.pl/www/index.php?mod=news&strona=1&kat=&id=&typ=&id=8763
-
Przyrodnicy wytypowali sześć symboli Tatr. Są to: Giewont, kozica, świstak, niedźwiedź, krokus i Morskie Oko. Teraz internauci w głosowaniu z tej grupy wybiorą trzy. Na ich ochronę firma Milka wyda milion złotych. Pierwszy w głosowaniu "dostanie" pół miliona, drugi trzysta tysięcy, trzeci dwieście tysięcy. Cała akcja nosi nazwę: "Razem dla Tatr". Dzięki akcji uda się zrealizować zadania, których nie bylibyśmy w stanie sami sfinansować - na stronie promującej akcję napisał Paweł Skawiński, dyrektor Tatrzańskiego Parku Narodowego. - Pieniądze przeznaczone na wsparcie ochrony symboli Tatr nie przełożą się bezpośrednio na liczbę kozic, niedźwiedzi czy świstaków. Nie zmniejszy się ruch turystyczny w TPN. Ważne jest jednak zwrócenie uwagi na problem ochrony Tatr i na to, że zmiany w naszym zachowaniu mogą pomóc Tatrom. Szczegóły akcji na stronie: razemdlatatr.pl p Najważniejszy Twoim zdaniem tatrzański symbol to: Przyrodnicy wstępnie wybrali sześc tatrzańskich symboli. Po głosowaniu na stronie internetowej razemdlatatr.pl trzy z największą liczbą głosów "dostaną" w sumie milion złotych Giewont Głosów: 47 (35.34%) Krokus Głosów: 4 (3.01%) Kozica Głosów: 29 (21.8%) Świstak Głosów: 28 (21.05%) Morskie Oko Głosów: 13 (9.77%) Żaden z nich Głosów: 2 (1.5%) Niedźwiedź Głosów: 10 (7.52%) Oddanych głosów: 133 http://www.tygodnikpodhalanski.pl/www/index.php?sonda=26&mod=news&strona=1&kat=&id=8735&typ=
-
Właściciele wyciągu Salamandra w Kościelisku odkryli dziś włamanie do dwóch budynków. Sprawcy kompletnie splądrowali wnętrze karczmy, uszkodzili ratrak, ukradli sprzęt narciarski i wędkarski. Na razie trwa szacowanie strat, ale budynki wyglądają, jak po przejściu tornada. W jednym z nich wybito szyby, zniszczono kasy fiskalne, zdewastowano wnętrze. Uszkodzony został także stojący obok ratrak. Przy budynku ktoś rozpalił wcześniej ognisko, dookoła i w środku znaleziono wiele puszek, butelek po alkoholu. - Sprawcy ukradli też sprzęt wędkarski i narciarski. Budynki były użytkowane tylko w czasie sezonu narciarskiego - mówi nadkom. Kazimierz Pietruch, rzecznik prasowy zakopiańskiej policji. http://www.tygodnikpodhalanski.pl/www/index.php?mod=news&strona=1&kat=&id=&typ=&id=8724 p
-
1 Przegląd Narciarskich Filmów Freeride'owych
Aldok63 odpowiedział otremba → na temat → Freeride, freestyle
I edycja Freeride Festiwal 3 czerwca 2010 roku rusza pierwsza edycja "Freeride Festiwalu". FREERIDE FESTIWAL Pierwsza, inauguracyjna edycja imprezy w całości skierowana na zimowy Freeride. Składać się będzie z trzech paneli, pierwszy to przegląd zdjęć FR połączony z konkursem z nagrodami na najlepsze zdjęcie, drugi to pokaz filmów FR najnowszych a także kultowych produkcji. Trzeci panel z kolei to będzie pokaz slajdów z wypraw narciarskich. wstęp na wszystkie trzy panele jest bezpłatny GDZIE Tegoroczna edycja Freeride Festiwal odbędzie się w Krakowie w klubie studenckim Stara Kotłownia znajdującym się przy ulicy Zabłocie 22 (obok Krakowskiej Akademii im. A. Frycza Modrzewskiego) KIEDY Impreza odbędzie się trzeciego czerwca 2010 r. (Boże Ciało) start o 16:00 http://www.freeridefestiwal.pl/







