Narty - skionline.pl
Skocz do zawartości

Aldok63

Użytkownik forum
  • Liczba zawartości

    448
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    14

Zawartość dodana przez Aldok63

  1. Aldok63

    Szwajcaria

    Jungfrau i Les Diablerets. Pociąg do nart Przypiąłem narty już na ośnieżonym peronie dworca Kleine Scheidegg... Polacy nieczęsto jeżdżą na narty do Szwajcarii, która uchodzi za kraj znacznie droższy niż Austria, Włochy czy Francja. Ale zimowych atrakcji jest w kraju Helwetów tak wiele, że warto się wykosztować i choć raz odwiedzić którąś ze stacji narciarskich... *** Do Interlaken, pięknego miasteczka w niemieckiej części kraju, położonego nad dwoma jeziorami, Thun i Brienz, świetnej bazy wypadowej w narciarski region Jungfrau, dotarłem koleją. W ten sam sposób z dworca Interlaken Ost położonego na wysokości 567 m dostałem się do Kleine Scheidegg, 2061 m n.p.m., gdzie tuż obok torów zaczynają się trasy narciarskie. Pociąg to bowiem w Szwajcarii fantastyczny środek lokomocji - dociera niemal wszędzie! A Jungfraubahn to kolej poprowadzona najwyżej w Europie. Można by się nią dostać aż na Jungfraujoch Top of Europe (Dach Europy, jak nazwali to miejsce Szwajcarzy), 3454 m n.p.m. I podziwiać - jak zapewniają przewodniki - zapierające dech w piersiach widoki po stronie niemieckiej, francuskiej i włoskiej. Ja nie dotarłem na Dach Europy, ale mogę zapewnić, że z okien pociągu do Kleine Scheidegg widoki są równie niesamowite. Najpierw więc piękne XIX-wiecznie wille i hotele Interlaken, w których bywali wielcy artyści, pisarze, politycy: Byron, Goethe, Andersen, Mendelssohn-Bartholdy, Brahms, Clara Schumann, Czajkowski, kanclerz Otto von Bismarck. Za miastem pojawiają się malownicze wiejskie domy z drewna, w sąsiedztwie których można dojrzeć włochate krowy szukające pod śniegiem trawy. Pociąg jedzie coraz wyżej, krajobraz staje się coraz bardziej alpejski, aż w końcu zbliżamy się do trzech sławnych gór. To: Jungfrau (nazwa zwykle tłumaczona jako "Dziewica", 4158 m), Mönch (Mnich, 4107 m) oraz najsłynniejszy Eiger (Olbrzym, 3870 m). W masywie Mnicha i Olbrzyma Szwajcarzy wykuli tunel wspomnianej kolejki Jungfraubahn oraz dwie stacje - ostatnią, Jungfraujoch, na wysokości 3454 m. Można się stąd dostać windą na Dach Europy, czyli do obserwatorium astronomicznego zbudowanego na przełęczy pomiędzy Mnichem i Dziewicą. Eiger ze swoją słynną North Face (Północna Ściana) to legenda alpinizmu. Jako pierwszy wszedł nań pewien Anglik w 1858 r. Po raz drugi Olbrzym został zdobyty dopiero w 1938 r., a zajęło to cztery dni. W 1957 r. na North Face utknęli dwaj włoscy wspinacze - ratownikom udało się ściągnąć jednego z nich, drugi odpadł od ściany i zamarzł, a jego zwłoki wisiały na linie przez dwa lata. North Face i dziś wygląda niezwykle groźnie, ale współcześni wspinacze pokonują ścianę w kilka godzin. Główne ośrodki narciarskiego Jungfrau (obowiązuje jeden skipass), to Grindelwald, Manlichen, Wengen, Mürren i Kleine Scheidegg. 29 km tras czarnych, 94 km czerwonych, 59 km niebieskich, 15 kolejek gondolkowych, 17 wyciągów krzesełkowych i 12 orczyków. Ja przypiąłem narty na ośnieżonym peronie dworca Kleine Scheidegg. Dosłownie kilka kroków stąd biegną trasy. Nie są szerokie i, prawdę powiedziawszy, bardziej niż na doskonaleniu stylu trzeba koncentrować się na zważaniu na innych narciarzy (były to ostatnie dni lutego i w regionie Jungfrau panował spory tłok). Największą atrakcją tych okolic jest Lauberhorn. To najtrudniejsza - obok Stelvio we włoskim Bormio i Die Streif w austriackim Kitzbühel - trasa biegu zjazdowego w Pucharze Świata. Jest też spośród nich najdłuższa: zjazdowcy pokonują ją w 2,5 min, momentami osiągając prędkość 160 km/h. Jeżdżąc tam i przypatrując się Lauberhorn z bliska uznałem, że największe wrażenie robią ostre zakręty oraz szeroki na kilka metrów przejazd pod mostkiem. Jak zapewniał Martin, mój szwajcarski przewodnik, tuż przed mostkiem zjazdowcy mają na liczniku 120-130 km/h. Jungfrau podzielony jest na trzy regiony narciarskie. Kleine Scheidegg - Mannlichen to średniej długości trasy czerwone z długimi krajoznawczymi szlakami biegnącymi z powrotem do miasteczka. W Grindelwald-First mamy trasy dłuższe i o mniejszym nachyleniu, a w Mürren-Schilthorn niewiele wyciągów i kilka trudnych czarnych tras. Równie pięknie i ciekawie prezentuje się stacja narciarska Les Diablerets w pobliżu Jeziora Genewskiego (francuskojęzyczna część Szwajcarii). Największą atrakcją jest tu lodowiec, również o nazwie Les Diablerets. Wznosi się niemal na 3 tys. m n.p.m., a widok z ulokowanej na szczycie stacji kolejki i restauracji jest wprost fantastyczny - panorama Alp, z Matterhornem i Mont Blanc. Okolice są dobre zarówno dla początkujących, jak i dla bardzo wymagających narciarzy. Ci pierwsi mogą korzystać z dość płaskich, bardzo szerokich tras, atrakcyjnych także dla amatorów carvingu. Zwolennicy mocnych wrażeń mogą udać się na długą, czarną Quille de Diable, zaczynającą się na wysokości ok. 3 tys. m, a kończącą na 1840 m n.p.m. Często wiedzie ona między skałami i otwierana jest zazwyczaj dopiero po południu, gdyż wcześniej służby górskie zajmują się odstrzeliwaniem grożących narciarzom lawin. Gdy ja tam byłem, zerwało się potężne wietrzysko. Wiało tak mocno, że do wielkiej gondoli, którą wjeżdża się na szczyt lodowca, ładowano potężne betonowe bloki, by uczynić ją stabilną. Samo miasteczko Les Diablerets (baza dla jeżdżących po lodowcu) przypomina klimatem nasze Podhale. Drewniane na ogół domy (chalet) nie reprezentują rzecz jasna stylu zakopiańskiego, ale dochodząca z obór woń krów, owiec, siana i dymu sprawia, że czujemy się tu znacznie bardziej swojsko niż w alpejskich kurortach Austrii, Włoch czy Francji. Kilkanaście kilometrów stąd znajduje się kolejne piękne miejsce - położone na wysokości 1300 m Leysin, znane z sanatoriów dla gruźlików. Pierwsze wybudowano w latach 90. XIX w. Sławę zdobył tu dr August Rollier, doktor Słońce, który leczył helioterapią (dobroczynne działanie promieni słonecznych). Dziś w przepięknych sanatoriach (wielkie, secesyjne gmachy) mieszkają turyści korzystający zarówno z zimowych, jak i z letnich górskich atrakcji. Leysin przyciąga zwłaszcza snowboardzistów, a w Leysin Snow Park można oglądać światowej sławy mistrzów deski. Kto wjedzie kolejką na szczyt la Berneuse (tu zaczynają się trasy, jest też obrotowa restauracja korzystająca wyłącznie z energii słonecznej) nigdy nie zapomni niezwykłej panoramy Alp - znów widać Mont Blanc i Matternhorn i, przede wszystkim, błyszczące w dole Jezioro Genewskie. Warto wiedzieć • Jungfrau: sześciodniowy skipass - 308 franków (dorośli), czyli prawie 200 euro (dla porównania: we włoskich Dolomitach w szczycie sezonu sześciodniowy karnet Dolomiti Superski - obejmujący znacznie większy obszar niż Jungfrau - 225 euro, a ten na Val di Fiemme-Obereggen - 189). W restauracji dworcowej w Kleine Scheidegg Alpler Znacht potrawa z makaronu, ziemniaków, sera i specku (wystarczy za obiad!) - 12,4 euro, szklanka coli - 2,53, a kieliszek grappy williamsówki - 4,66 • Les Diablerets: sześciodniowy karnet uprawniający do korzystania z 72 wyciągów i kolejek Glacier 3000-Alpes Vaudoises (225 km tras) - ok. 190 euro wyborcza.pl
  2. 2500 nowych pstrągów w Dunajcu Mała podpowiedz gdzie będą ryby!!! W czwartek wędkarze zarybiali Dunajec. Od Krościenka do Tylmanowej do rzeki trafiło 2500 pstrągów. Łącznie do Dunajca trafiło w czwartek 2500 pstrągów, o długości od 20 do 70 cm. Pochodzą one z hodowli nowosądeckiego Polskkiego Ziązku Wędkarskiego. - Nasza akcja nie jest działaniem jednorazowym. Robimy to co roku, mając nadzieję na to, że populacja pstrąga będzie rosnąć, tym bardziej, że wpuszczane przez nas pstrągi są już duże i bardziej odporne na niekorzystne działania ewentualnych ścieków, jakie niestety jeszcze wpadają do Dunajca w Krościenku z Zawodzia, końca ulicy Zdrojowej - mówi Michał Cebula, członek zarządu Oddziału PZW w Nowym Sączu. Wpuszczone pstrągi powinny w ciągu dwóch miesięcy zaaklimatyzować się w Dunajcu, pod warunkiem, że nie będą one traktowane przez niektórych wędkarzy, jako świeża ryba łowna.
  3. XI Puchar SNPTT 1907 im. Józefa Oppenheima odbył się na nieco innej trasie, niż początkowo zakładano. Zagrożenie lawinowe (III stopień) oraz miejscami brak pokrywy śnieżnej ograniczyły trasę do dwóch pętli w rejonie: schronisko na Polanie Chochołowskiej – Grześ – Przełęcz pod Rakoniem i Dolina Wyżnia Chochołowska. Przechodząc drugą pętlę zawodnicy pokonywali zaporęczowaną skałkę. Amatorzy mieli do pokonania tylko jedną pętlę. Kolejny raz ambitna trasa na Wołowiec, z którego miał nastąpić zjazd w stricte wysokogórskim terenie, musi poczekać. Jednak, pomimo niesprzyjających warunków meteorologicznych, na starcie pojawiło się ponad 100 zawodników w kategorii profesjonalnej i amatorskiej. Trasa dla profesjonalistów miała 17 km i 1600 metrów przewyższenia. Amatorzy mieli do pokonania 8 km z 700 metrami przewyższenia. Zawody były trzecią edycją Pucharu Polski w narciarstwie wysokogórskim oraz kolejną edycją Pucharu Polski Amatorów. W pięknym stylu, ponad 7 minut przed następnym zawodnikiem (Mariuszem Wargockim), wygrał Jacek Żyłka-Żebracki. Przemek Sobczyk ze stratą ponad 9 minut usytuował się na 3. miejscu, tym samym umacniając się na pozycji lidera Pucharu Polski (drugi w PP jest Michał Stoch, a trzeci Jacek Żebracki. Przemek i Michał nie zanotowali absencji na zawodach PP, stąd też ich przewaga m.in. nad Mariuszem Wargockim, Jakubem Przystasiem czy Tomkiem Brzeskim, którzy przebywali podczas jednej z edycji PP na Mistrzostwach Świata w Andorze). Zakończenie pucharowych zmagań odbędzie się podczas słowackich zawodów Pucharu Tatr Wysokich 4 kwietnia. O końcowym wyniku PP decydować będzie także taktyka, jaką zawodnicy przyjmą podczas dobierania się w pary. Tymczasem wśród seniorek kolejny raz pojawiła się tej zimy na starcie w zawodach ski-alpinistycznych Magda Derezińska-Osiecka, potwierdzając swój ogromny talent i zacięcie do ski-alpinizmu. W zasadzie zdeklasowała swoje rywalki, wygrywając z Agnieszką Szymaszek i Dominiką Kasieczko aż 30 minut. Czwarta seniorka – Ewelina Zwijacz Kozica zrezygnowała w czasie zawodów z ich kontynuacji. Na starcie nie pojawiła się Justyna Żyszkowska. (Jeśli Justyna będzie chciała wygrać Mistrzostwo Polski podczas Memoriału Malinowskiego 17 kwietnia, w Magdy Derezińskiej-Osieckiej będzie miała groźną konkurentkę). Wśród juniorek zawody wygrała Paulina Figura. Na trasę juniorów wystartował jeden junior – Grzegorz Kwiatek i „był klasą sam dla siebie”. W kategorii nestorów wygrał Zbigniew Rajtar przed Josefem Litvinem ze Słowacji i Damianem Szołtysikiem. Zofia Chruściel nie dała szans drugiej nestorce, Teresie Stochel. Wśród weteranów wygrał Zbigniew Orłowski, a weteranek – Zuzanna Sucova ze Słowacji. W kategorii amatorów zawody wygrał Marcin Piętka przed Piotrkiem Mędoniem i Bartkiem Golcem. Wśród pań amatorek wygrała Agnieszka Solik przed Aśką Stępińską i Agnieszką Mendys. W kategorii amatorów kadetów wygrał Bartek Bargiel, a wśród dziewczynek – Agatka Cikowska (która również była jedyna w swojej kategorii). Swoje zawody miały także dzieci – wygrała Marysia Szatkowska (rocznik 1997). Godnym podkreślenia jest udział w zawodach w tej kategorii Hani Brzosko i Jasia Sitarza, którzy mają po 6 lat. Zdjęcia oraz wyniki na stronach: www.snptt.pl oraz www.pza.org.pl Jakub Brzosko
  4. Prawie połowa ankietowanych za igrzyskami w Polsce Czterdzieści sześć procent uczestników ankiety Ośrodka Badania Opinii Publicznej widzi możliwość zorganizowania za dziesięć lat przez Polskę lub wspólnie z którymś z sąsiadów letnich ewentualnie zimowych igrzysk olimpijskich. http://vancouver.interia.pl/vancouver/news/prawie-polowa-polakow-za-organizacja-igrzysk,1457558
  5. Słynny w przeszłości austriacki alpejczyk 71-letni Karl Schranz miał wypadek na nartach, w wyniku którego doznał wstrząśnienia mózgu i stłuczenia klatki pierściowej. "Czuję się nieźle. Dzięki Bogu skończyło się tylko na takich obrażeniach. Dobrze się stało, że miałem kask na głowie" - powiedział poszkodowany austriackim mediom. Mimo obrażeń sam dojechał do szpitala. Nie był jednak w stanie powiedzieć czy do wypadku doszło z jego winy, czy też został podcięty przez innego narciarza. Karl Schranz to legenda narciarstwa alpejskiego. Zdobył tytuł wicemistrza olimpijskiego w 1964 roku w Innsbrucku w slalomie gigancie. W mistrzostwach świata w latach 1962-1966 wywalczył trzy złote, jeden srebrny i jeden brązowy krążek. W kolekcji ma także dwie Duże Kryształowe Kule w sezonie 1968/1969 i 1969/1970 oraz trzy Małe - dwie w zjeździe i jedną w slalomie gigancie. W 1957 roku zwyciężył w zjeździe i slalomie w Memoriale Bronisława Czecha i Heleny Marusarzówny. czytaj dalej W 1972 roku tuż przed igrzyskami w Sapporo został zdyskwalifikowany przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski za przekroczenie przepisów o amatorstwie. Austria witała go mimo to jak bohatera narodowego. http://sport.interia.pl/news/grozny-wypadek-slynnego-przed-laty-narciarza,1457099
  6. W Istebnej powstaną trasy dla nartorolkarzy Wyasfaltowane ścieżki dla nartorolkarzy, trasa do kolarstwa górskiego, park z rzadkimi drzewami, place zabaw, miejsce biwakowe nad rzeką - Istebna wzbogaci się wkrótce o wiele nowych atrakcji dla turystów Już teraz malowniczo położona w Beskidach Istebna jest chętnie odwiedzana przez turystów. Jednak władze gminy postanowiły na tym nie poprzestawać i opracowały kompleksowy program rozwoju infrastruktury turystycznej. - Jego realizacja pochłonie ponad 6,5 mln zł, z czego prawie 5 mln zł to dotacja z Unii Europejskiej - mówi Wiesław Legierski, zajmujący się projektami europejskimi w Urzędzie Gminy w Istebnej. Trasy dla nartorolek powstaną w dwóch miejscach w Istebnej. Ścieżka przy gimnazjum będzie miała prawie 1,4 km długości, będzie wyasfaltowana i oświetlona. Identyczna będzie trasa w dolinie Olzy licząca 560 m. Z nią będzie też łączyć się leśna trasa dla biegówek o długości 800 m. Asfaltowe trasy będą pierwszymi takimi w Beskidach i umożliwią trenowanie biegania na nartach przez cały rok. Tym bardziej że powstanie tu wypożyczalnia nartorolek. To nie wszystko. Zostanie również przebudowany amfiteatr Pod Skocznią, a nieopodal powstanie czterokilometrowa trasa do kolarstwa górskiego. Brzegi Olzy zostaną zagospodarowane, aby w pogodne dni można było na nich biwakować, a przy Ośrodku Edukacji Ekologicznej powstanie Ogród Roślin z arboretum (park drzew), ścieżkami, wiatą edukacyjną i leśnym placem zabaw. Jego stworzeniem zajmie się Nadleśnictwo Wisła. Do tego powstanie kilka parkingów i placów zabaw dla dzieci. Część prac zostanie zakończona już w tym roku, na resztę poczekamy do 2011 roku. Źródło: Gazeta Wyborcza Bielsko-Biała http://bielskobiala.gazeta.pl/bielskobiala/1,88025,7694706,W_Istebnej_powstana_trasy_dla_nartorolkarzy.html
  7. -gratulacje dla testowiczów NTN i udanej zabawy
  8. Stefan idzie w ślady Roberta W 2011 R. DWÓCH POLAKÓW W F1? SZANSA JEST Już w przyszłym sezonie Formuła 1 może mieć jeszcze więcej fanów w Polsce. Niewykluczone bowiem, że w elitarnych wyścigach zobaczymy drugiego, po Robercie Kubicy, Polaka. Nazywa się Stefan Romecki i zimą zrobił furorę w zespole Epsilon Euskadi, który jest jednym z faworytów do zajęcia miejsca w F1. Od tygodnia wiemy, że Międzynarodowa Federacja Sportów Motorowych (FIA) poszukuje zespołu, który zapełni lukę po Amerykanach z USF1. Ci tuż przed rozpoczęciem sezonu zrezygnowali ze startu w Formule 1. Jednym z głównych faworytów do zajęcia zwolnionego miejsca jest właśnie Epsilon Euskadi, którego władze zapewniają, że będą ubiegać się o miejsce w elicie sportów motoryzacyjnych. - Byliśmy gotowi już w czerwcu. Mieliśmy wsparcie finansowe, ale z jakiegoś powodu nas nie wybrano - mówi szef zespołu Joan Villadelprat. Polak nr 2 Jeśli tym razem Epsilon otrzyma zgodę na start w F1, to duże szanse na miejsce w ekipie ma Stefan Romecki, polski kierowca mieszkający na co dzień we Francji. Romecki był przed tym sezonem na testach w Euskadi i na władzach zespołu wywarł ogromne wrażenie. Wtedy jednak wszystko rozbiło się o pieniądze, bo Polak nie miał silnego sponsora, dzięki któremu mógł trafić do zespołu. Teraz jednak, jak polskie firmy m.in. N-gine, X-trade Brokers coraz śmielej współpracują z Formułą 1, być może któraś zdecyduje się na sponsorowanie Romeckiego. Tym samym szanse na zatrudnienie drugiego, po Robercie Kubicy, Polaka zwiększą się. Na razie Stefan Romecki bierze udział w wyścigach długodystansowych w zespole Ibanez Racing (seria V de V). http://www.tvn24.pl/-1,1649017,0,1,stefan-idzie-w-slady-roberta,wiadomosc.html
  9. Kornelia Marek "nie powinna się przyznawać..." SŁYNNY SPORTOWIEC SKAZANY ZA DOPING RADZI KORNELII MAREK 25-30 proc. sportowców korzysta z dopingu - w programie "Teraz My!" powiedział Ben Johnson, słynny sprinter, którego kariera skończyła się wraz ze sterydowym skandalem. Jego zdaniem Kornelia Marek nie powinna się przyznawać do korzystania z niedozwolonych substancji, a jedynie wynająć dobrego prawnika. - Wszystko tam mogło się zdarzyć - ocenia Johnson. Ben Johnson był gwiazdą sportu lat 80. Z pochodzenia Jamajczyk, profesjonalną karierę przyjechał robić w Kanadzie. W barwach tego kraju bił sprinterskie rekordy świata i absolutnie dominował na bieżniach. Jego blask zgasł wraz z serią dopingowych wpadek, z których najgłośniejsza skończyła się odebraniem złotego medalu za bieg na 100 metrów podczas Igrzysk Olimpijskich w Seulu w 1988 roku i unieważnieniem jego rekordu świata (9,79 s.). Dzisiaj Johnson już nie biega, za to chętnie mówi o roli dopingu w wielkim sporcie. Afery uciszone? W programie "Teraz My!" zdradził, że wie o sportowcach na dopingu, których wyniki badań zostały utajone przed imprezą w Vancouver. - Słyszałem, że było dużo więcej sportowców, którzy oblali testy jeszcze przed igrzyskami, ale zostało to uciszone - powiedział. Jest też zdania, że to powszechna praktyka. - Większość sytuacji używania dopingu w różnych dyscyplinach jest uciszana - twierdzi Johnson. "Nie brać na siebie winy" Zdaniem byłego sprintera, przy imprezach tego formatu, co Igrzyska Olimpijskie zdarzają się też przypadki preparowania dowodów na stosowanie niedozwolonych środków. - Moja sprawa z Seulu została częściowo spreparowana - twierdzi i radzi polskiej biegaczce Kornelii Marek, aby nie przyznawała się do używania substancji dopingujących. - Nie powinna się do niczego przyznawać, nie brać na siebie żadnej winy. Wszystko mogło się tam zdarzyć. Powinna wziąć dobrego prawnika - radził Johnson. "Wątpliwy wariant" Mniej wiary w przypadek lub spisek mają specjaliści zajmujący się zwalczaniem dopingu. - To jest bardzo wątpliwy wariant. Zazwyczaj dzieje się to za porozumieniem zawodnika i innej osoby - uważa specjalista od medycyny sportowej i szef komisji do spraw zwalczania dopingu w sporcie prof. Jerzy Smorawiński. - Zawodnicy zazwyczaj nie wiedzą, jaki brać preparat, jaką dawkę, jak często. Nie są samobójcami - nie chcą zostać wykryci, dlatego korzystają z pomocy osób, które powiedzą jak długo substancja będzie wykrywalna itp. Zawsze ktoś jest na zapleczu i tak chyba było z panią Kornelią - przekonuje Smorawiński. Marek na dopingu Badanie antydopingowe Kornelii Marek, które przeprowadzono po narciarskim biegu sztafetowym 4x5 km, dało wynik pozytywny. 12 marca, na żądanie zawodniczki, w olimpijskim laboratorium w Richmond rozpoczęła się analiza próbki B. 16 marca MKOl potwierdził obecność niedozwolonej substancji w organizmie Polki. Zawodniczka została zawieszona w prawach członka polskiego Polskiego Związku Narciarskiego, a pracę stracił jej fizjoterapeuta Ukrainiec Witalij Trypolski. http://www.tvn24.pl/-1,1649005,0,1,kornelia-marek-nie-powinna-sie-przyznawac,wiadomosc.html
  10. W Szklarskiej wybudują najdłuższy w Polsce wyciąg W poniedziałek w siedzibie Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych we Wrocławiu uroczyście podpisano ostatni aneks do umowy z austriackim inwestorem, który ma wybudować sześcioosobowy wyciąg krzesełkowy na Szrenicę. Gdy burmistrz negocjował z dolnośląskim nadleśnictwem warunki, mieszkańcy stali z transparentami "Chcemy wyciągu w Szklarskiej Porębie". Sprawa budowy wyciągu na Szrenicę ciągnie się już od 1992 roku. Przez ten czas austriacka firma Arlberger Bergbahnen prowadziła negocjacje z Karkonoskim Parkiem Narodowym i Nadleśnictwem Szklarska Poręba, do których należy SkiArena Szrenica. Inwestor chce na 25 lat wydzierżawić wszystkie tereny, aby móc poszerzyć nartostrady i wybudować tam najdłuższy w Polsce, 2360-metrowy wyciąg. W umowie Szrenica została podzielona na trzy części: teren przyszłego wyciągu, istniejące trasy narciarskie i działający wyciąg. O ile dzierżawę dwóch pierwszych inwestor ma już zagwarantowane na 25 lat, o tyle trzeciego jedynie do 2018 roku. Chciał więc podpisać w tym roku aneks przedłużający umowę, co zostało zablokowane przez Nadleśnictwo Szklarska Poręba. Nadleśniczy miało wątpliwości, czy firma nie powinna zapłacić za wylesienie tego terenu, bo choć formalnie nazywa się on lasem, to od dawna żadnych drzew tam nie ma. Rozmowy w tej sprawie toczyły się w poniedziałek w Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych. Do Wrocławia przyjechało kilkudziesięciu mieszkańców Szklarskiej Poręby, którym najbardziej zależy na budowie wyciągu. Około 200 osób czekało też na decyzję w Szklarskiej. Mieli flagi, transparenty i byli gotowi rozpocząć manifestację, gdyby negocjacje nie przyniosły spodziewanych rezultatów. http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35751,7688241,W_Szklarskiej_wybuduja_najdluzszy_w_Polsce_wyciag.html
  11. PZN zawiesił Kornelię Marek. Fizjoterapeuta zwolniony http://vancouver.interia.pl/vancouver/news/pzn-zawiesil-marek-fizjoterapeuta-zwolniony,1455307
  12. Igrzyska paraolimpijskie – kronika 22.03.2010 Igrzyska paraolimpijskie w Vancouver zakończone. Reprezentacja Polski zdobyła jeden medal – brązowy biegaczki Katarzyny Rogowiec. I choć w tej imprezie nie wyniki są najważniejsze, to jednak do największych potęg wciąż daleko http://sport.tvp.pl/inne/zimowe/paraolimpiada/paraolimpiada-vancouver-2010/wideo/igrzyska-paraolimpijskie-kronika-22032010/1490608 Kronika z 21 03 2010r http://sport.tvp.pl/inne/zimowe/paraolimpiada/paraolimpiada-vancouver-2010/wideo/igrzyska-paraolimpijskie-kronika-21032010/1487258
  13. W rozegranych w dniach 1-7 marca w Andorze Mistrzostwach Świata w ski-alpinizmie udział wzięli zawodnicy z: Andory, Argentyny, Austrii, Belgii, Bułgarii, Chile, Chin, Czech, Francji, Hiszpanii, Japonii, Kanady, Niemiec, Norwegii, Polski, Południowej Korei, Słowacji, Słowenii, Stanów Zjednoczonych, Szwajcarii, Szwecji, Wielkiej Brytanii i Włoch Spośród 23 państw generalną punktację i klasyfikację wygrali Włosi (6261 pkt.) przed Francuzami (5079 pkt.) i Szwajcarami (4789 pkt.). Ten triumwirat alpejski „dzieli i rządzi” niepodzielnie od początku rozgrywania Mistrzostw Świata. Włosi w Andorze zdobyli 23 medale: 6 złotych, 9 srebrnych, 8 brązowych. Francja i Szwajcaria zdobyły po 13 medali, z czego Francuzi zdobyli: 4 złote medale, 4 srebrne i 5 brązowych. Szwajcarzy wywalczyli: 4 złote, 7 srebrnych i 2 brązowe. Rokrocznie bardzo blisko podium utrzymuje się Hiszpania, która w tym roku ukończyła Mistrzostwa na miejscu czwartym, z 7 medalami i 4386 punktami. Warto podkreślić, że Hiszpanie zdobyli 4 złote medale, z czego aż 3 niewątpliwa gwiazda hiszpańskiego oraz światowego ski alpinizmu – espoir Killian Jornet Burgada. Również na przestrzeni kilku lat Austria „zaliczyła” progres, sytuując się na tych Mistrzostwach Świata na 5 miejscu. Gospodarze imprezy ukończyli zawody na 6 miejscu. Polska ulokowała się na dobrym 10 miejscu, niestety bez medalu. 1 marca odbył się Vertical (tylko jeden podbieg, graniczący ze sprintem – przyp. aut.)) dla juniorów i kadetów. Wystartowały: Anna Figura, Paulina Figura i Julia Wajda. Przewyższenie trasy wynosiło 490 metrów. Julka ukończyła zawody na miejscu 6. (00:31:05), Paulina na 7. (00:31:41), a Ania na 15. (00:35:16). „Anna jest pod opieką lekarską, ale z powodu choroby nie należy się spodziewać, że ”zrobi” jeszcze na mistrzostwach dobry wynik” – możemy przeczytać na stronie internetowej www.pza.org.pl (w zakładce narciarstwo wysokogórskie) informację podaną przez kierownika polskiej reprezentacji Jana Macieja Głogoczowskiego. Złoty medal wśród juniorek zdobyła Jennifer Fiechter z czasem 27 minut 39 sekund. Cały artykuł http://www.tygodnikpodhalanski.pl/www/index.php?mod=news&strona=1&kat=&id=&typ=&id=8160
  14. Narty w Austrii - Kitzbühel. Kozica wśród gwiazd Z Koguciej Góry pędzi się na łeb na szyję Są w Europie miejsca kultowe. Miłośnicy skoków narciarskich mają Zakopane i Turniej Czterech Skoczni. Filmowcy pędzą do Cannes, Wenecji i Berlina. Najlepsze rockowe koncerty odbywają się w duńskim Roskilde. A narciarze? Ich mekką jest Kitzbühel. Tu znajduje się słynna trasa Die Streif, na której rozgrywane są najbardziej prestiżowe zawody Pucharu Świata, zaś ulicami miasteczka przechadzają się gwiazdy alpejskiego narciarstwa. Do tego setki tras i wyciągów, na które nie może narzekać nawet największa maruda... Kitzbühel to miasto i powiat w Tyrolu, w zachodniej Austrii. Narciarze mówią nań Kitz (kozica). Leży w Alpach Kitzbuhelskich, ok. 800 m n.p.m. Na ten ogromny narciarski obszar składa się siedem regionów. Poza Kitzbühel są to: SkiWelt Wilder Kaiser-Brixental, Schneewinkel, Hochtal Wildschonau, Alpbachtal, Skicircus Saalbach Hinterglemm Leogang oraz Zell Am-See-Kaprun (ten ostatni bardzo popularny wśród Polaków). Kitzbühel jest miastem starym (powstało w XII w.), kameralnym (oficjalnie ok. 8 tys. mieszkańców), uroczym, z typowo alpejską architekturą (polecam nocny spacer w okolice kościoła z początku XVII w.). Jest też miasteczkiem ekskluzywnym, co widać po wystawach sklepów pełnych wyrobów najdroższych światowych marek. Oglądając je, zastanawiałem się, kto wybrawszy się na narty, zagląda też do salonów z futrami i biżuterią? Odpowiedź znalazłem w lokalnej prasie: na panoramie miasta zaznaczono wille prominentnych rezydentów Kitz, m.in. muzyka i wokalisty Jacka White'a i rosyjskiej bizneswoman Jeleny Baturiny, żony mera Moskwy Jurija Łużkowa, wyceniane na kilka, a nawet kilkanaście milionów euro. Wokół Kitz rozciągają się zaśnieżone i zalesione alpejskie szczyty. Okolice przypominają więc - niestety tylko krajobrazowo - raczej beskidzki Szczyrk niż np. wyrosłe wśród nagich skał stacje narciarskie francuskiej Sabaudii. Dwa najbliższe szczyty to Hahnenkamn (Kogucia Góra, 1700 m, skojarzyła mi się z naszą Babią - z jej zalesionej podstawy wyłania się czubek z łysiną) i Kitzbüheler Horn (2000 m). Do Kitz zjeżdżają narciarze z całej Europy. Prócz angielskiego i niemieckiego często słychać rosyjski i czeski. Polaków wciąż nie ma zbyt wielu (kilka-kilkanaście tysięcy w sezonie), co wynika zapewne z obaw przed cenami (raczej niesłusznie, bo podstawowe usługi są porównywalne z innymi ośrodkami) i z tego, że bliżej mamy do tak lubianego Kaprun. Sezon zaczyna się tu na początku listopada, kończy na początku maja. W całym regionie Kitzbüheler Alpen jest prawie 1100 km tras, w tym ponad 750 km sztucznie zaśnieżanych i kilka oświetlonych nocą. Jest 600 km szlaków do biegówek, snowparki, narciarskie przedszkola i 70 szkółek (od kilkudziesięciu do kilkuset euro za kilka godzin lekcji). W samym Kitz i najbliższej okolicy (Oberndorf, Brixental, St Johann, Jochberg) przestrzeni do zabawy na śniegu jest tak wiele, że nie czuje się tłoku: 170 km tras, pół setki wyciągów i kolejek linowych. Lodowca nie ma, ale - jak podają foldery - przez 157 dni w roku temperatura spada poniżej zera; wtedy sztuczne zaśnieżanie (700 armatek) załatwia sprawę "podkładu" pod deski. *** Nasza kilkuosobowa grupa pod kuratelą Austria.info zjawiła się w połowie stycznia. Była niedziela, pełnia sezonu. Zamieszkaliśmy w czterogwiazdkowym Penzinghof Hotel w Oberndorfie, obok Kitz (od 77 do 140 euro za dobę, ale są też kwatery prywatne za 20-30 euro). W poniedziałek rano, po sytym śniadaniu (jajka, pieczywo, szynka, kilka kawałków sera, kawa), wypożyczyliśmy narty i taksówką dotarliśmy do dolnej stacji kolejki w Jochbergu. Tam jednak chmury i mgła były coraz bliżej, zapowiadało się załamanie pogody. Wjechaliśmy szybko kolejką na jeden z okolicznych szczytów i zaczęliśmy sprawdzać trasy... Czerwone i niebieskie są niczym jednokierunkowe autostrady: szerokie i pozbawione muld (trzeba jednak uważać na pracujące w dzień ratraki). Czarne są trudniejsze, ale właśnie o tę trudność chodzi. Jest też dużo tzw. off-piste - szlaków poza trasami, gdzie ludzka stopa (narta) staje bardzo rzadko, zostawiając głęboki ślad w kopnym puchu. Marketingowcy mówią o Kitz: "czarujący, zaśnieżony, rzucający wyzwania narciarski region". Po mniej więcej dwóch godzinach mieliśmy w nogach kilkanaście tras i byliśmy gotowi zgodzić się z tym hasłem. Potem czerwonymi nr 62 i 65 dotarliśmy do Wurzhohe (1739 m n.p.m.). Stąd gondola biegnąca nad wielką doliną zawiozła nas na szczyt Penglestein (1938 m). To cudo techniki sunie nad przepaścią po linach rozwieszonych między wierzchołkami bez żadnej podpory czy filara! Pośpiech jest jednak złym doradcą, to był dzień srogiej lekcji. Zamiast - jak zwykle - wziąć narty typu allmountain (dość łatwe w prowadzeniu, choć wibrujące przy jeździe na krechę), wybrałem zawodnicze slalomowe. Już po odepchnięciu się kijkami wiedziałem, że popełniłem błąd - okazały się dla mnie za trudne! Wyłożyłem się tam, gdzie normalnie zjechałbym z zamkniętymi oczami (pamiętajcie, mierzcie siły na zamiary!). Z radością powitałem przerwę na obiad. W drewnianej, przytulnej restauracji położonej 1500 m n.p.m. dostaliśmy rosół z siekanym naleśnikiem, spaghetti, kawę i obowiązkowy kieliszek sznapsa na szyszkach - wszystko za ok. 20 euro (uwaga! sznaps - w sklepie butelka 12 euro - to dobry pomysł na prezent). Nazajutrz wybraliśmy się do Brixen im Thale w sąsiednim regionie SkiWelt, by poznać trasy wokół szczytów Hochbrixen i Zinsberg (1300 i 1674 m). Dotarliśmy tam z samego rana, więc jeździliśmy po sztruksie (tak się mówi na śnieg tuż po przejeździe ratraka, jego faktura przypomina właśnie sztruks). Jednak nawet gdy pojawili się "spóźnialscy" i trochę go nam rozjeździli, trasy wciąż trzymały się nieźle. Ale nasze myśli krążyły już tylko wokół kultowej Die Streif.. Die Streif oznacza pasek, ale także krechę - sposób, w jaki pokonują trasę najlepsi alpejczycy. Wiedzie ona z Koguciej Góry niemal do centrum Kitz. Gdy zawodnicy zdejmują na mecie narty, po chwili mieszają się z przechodniami i gośćmi okolicznych hoteli i restauracji. Die Streif budzi ambiwalentne uczucia - podziw i grozę, chęć ryzyka i strach. Nie jest wcale najszybszą czy najtrudniejszą trasą dla zawodowców na świecie (prym wiodą stoki we włoskim Bormio i szwajcarskim Wengen). Ale to zjazd legenda - kto tu wygra, na zawsze pozostanie w annałach narciarstwa. Najlepsi potrzebują nań niecałych dwóch minut. Generalna zasada: pędem w dół na łeb na szyję. Zaczyna się od ścianki, która po dwóch skrętach przechodzi w Mausefalle, czyli pułapkę na myszy - to nagłe załamanie stoku o nachyleniu sięgającym 73 proc. Narciarze wpadają na tę naturalną skocznię z prędkością 120 km/godz. i lecą niemal jak Małysz (najdłuższy zmierzony skok wyniósł 80 m). Dalej kolejne zakręty i uskoki pokonywane z prędkością co najmniej 100 km/godz. Aż do finalnego zjazdu (licznik pokazuje 140 km/godz.) i hamowania przed wiwatującą kilkutysięczną publicznością... W ostatnim dniu naszego pobytu (środa) przed tegorocznym 70. Pucharem Świata w Kitz trenowali zjazdowcy. Kiedy trasę pokonywali najlepsi - Szwajcar Didier Cuche, Amerykanin Bode Miller, Austriacy Benjamin Reich i Michael Walchhofer - głowy z przerażenia same nam się odwracały, a ręce z podziwu same składały do oklasków (trening i całe zawody kilka dni później wygrał Szwajcar). Die Streif to klejnot Kitzbühel i wszyscy mają tego świadomość. Im bliżej daty zawodów, tym bardziej rosną ceny, a miasteczko zapełnia się turystami. Raz jedliśmy kolację w hotelu Kaiserhof przy Hahnenkammstrase, którego część pokojów "patrzy" na krechę. Choć nocleg kosztuje tu 200-300 euro, na czas pucharu wszystko było od dawna zarezerwowane. Uwaga! Trasa z Koguciej Góry na kilka tygodni przed zawodami jest zamknięta. Kiedy indziej można zjechać jej fragmentami, zaś przez cały sezon działa tzw. rodzinna Die Streif - czerwona, dużo łatwiejsza, ale i tak wymagająca. Wystarczy wjechać na górę kolejką Hahnenkammbahn. Łatwo ją rozpoznacie, gdyż każdy wagonik nosi nazwisko wielkiego narciarza (nas "wiózł" Benjamin Reich). *** Opuszczaliśmy Die Streif z żalem, choć na własnych nartach poznaliśmy jedynie trudności jej familijnej odnogi. Kiedy minęliśmy granice Kitz, zastanawiałem się, czy bez słynnego stoku miasteczko byłoby warte narciarskich pielgrzymek z całego świata... Ale czy ktoś pyta, czy Piza bez krzywej wieży byłaby godna uwagi? *** Samolotem do Innsbrucka (95 km od Kitz), Salzburga (80 km) lub Monachium (160 km), a stamtąd narciarską taksówką (kilkadziesiąt euro/os., z Salzburga 30 euro). Najlepiej zamówić je na www.kitzalps.com/shuttle - wtedy kierowca odbierze nas zaraz po wylądowaniu - lub telefonicznie (0043 664 5328830); muszą być co najmniej dwaj pasażerowie. Można też jechać pociągiem do Insbrucka lub Salzburga (trochę taniej) bądź samochodem (najtaniej, jeśli koszty rozłożyć na wszystkich pasażerów). Sprzęt wypożyczymy na miejscu - ok. 100 euro/tydzień. Najwygodniejszy skipass to Kitzbüheler Alpen All Star Card - można z nim jeździć w całych Alpach Kitzbühelskich. Najpopularniejszy 6-dniowy - 211 (dorośli) i 105 euro (dzieci),jednodniowy - odpowiednio 44 i 22 euro. Można też kupować karnety na poszczególne stacje narciarskie, ale to mniej opłacalne Źródło: Gazeta Turystyka. http://wyborcza.pl/1,90889,7680048,Narty_w_Austrii___Kitzb%C3%BChel__Kozica_wsrod_gwiazd.html
  15. 9-letni Kuba Toporowski (klub Mitan Ski) jest jednym z najmłodszych i największych talentów narciarskich w Polsce. W tegorocznej Zakopiańskiej Lidze Sportów Zimowych wygrał cztery z pięciu zawodów, raz był drugi i zapewnił sobie zwycięstwo w generalnej klasyfikacji jeszcze przed zakończeniem sezonu Jak relacjonuje ojciec Kuby, młody narciarz, pierwszy raz deski założył już w wieku dwóch lat. – Od początku garnął się do narciarstwa. Nikt go nie zmuszał, widać było, że po prostu to lubi i po wynikach osiąganych teraz widać, iż ma do tego talent – opowiada Piotr Toporowski, ojciec Kuby. Wyczynowe narciarstwo alpejskie nawet w tak młodym wieku to już duże wyrzeczenia – Codzienne pobudki o godz. 6 rano jazda na treningi, wyjazdy na lodowiec, obozy ogólnorozwojowe latem. Czasem jestem bardziej zmęczony niż syn, który ma wielki zapał do treningów. Mam nadzieję, że Kuba dalej pójdzie w tym kierunku i będzie trenował zjazdy – ojciec Kuby nie kryje, że w Polsce cały koszt finansowania treningów młodych alpejczyków ponoszą rodzice. – W alpejskich krajach jest zbudowany specjalny system szkoleń, wyłapuje się talenty i są pieniądze na ich szkolenie, u nas niestety, jest zupełnie inaczej. Teraz powstał projekt firmy Tauron, który firmuje Andrzej Bachleda „Ałuś”, ale dotyczy on trochę starszych niż Kuba chłopców. W tym sezonie Kuba był zdecydowanie najlepszym alpejczykiem wśród chłopców z roczników 2000-2001. Cztery razy w Lidze Zakopiańskiej zajmował pierwsze, raz drugie miejsce. W czasie niedawnych zawodów w kompleksie Rusin-ski w Bukowinie Tatrzańskiej, drugiego Bartłomiej Sanetrę wyprzedził prawie o półtorej sekundy. Zwyciężał też w innych startach. W środę w Kluszkowcach odbyły się finałowe zawody XXXIII Zakopiańskiej Ligi. Relacja z tych zawodów wkrótce. pp
  16. Bezpieczeństwo górskie to wciąż biznes. Działacze z Fundacji im. Anny Pasek chcą to zmienić, organizując w Tatrach darmowe szkolenia lawinowe. Przecież w góry wybierają się nie tylko profesjonaliści! Rozmowa z Pawłem Chrustkiem i Adrianem Zelgą Barbara Suchy: Wielu ludziom w Polsce temat lawin wydaje się równie odległy jak trzęsienia ziemi. Adrian Zelga*: Zdecydowana większość z nas chodzi po górach w błogiej nieświadomości, przekonana, że lawiny dotyczą tylko tych, którzy wybierają się w Himalaje czy skaczą z helikoptera i jeżdżą poza trasami. Sam kiedyś myślałem podobnie. Nic bardziej mylnego. Potwierdzają to choćby wypadki z ostatnich tygodni. Lawiny najczęściej schodzą w okolicach masowo uczęszczanych tatrzańskich szlaków turystycznych, ale zdarzają się też w pozostałych masywach karpacko-sudeckich czy nawet w zalesionych Beskidach. I co najważniejsze, zagrożenie dotyczy wszystkich - zarówno alpinistów, jak i turystów wybierających się w góry od czasu do czasu. Są przecież ratownicy górscy. A.Z.: Przy dobrej pogodzie ich przybycie na miejsce zajmuje około 45 minut. A po 15 minutach szanse na przeżycie zasypanego diametralnie spadają. Jego życie leży więc w rękach innych uczestników wypadku. Dlatego tak ważne jest podstawowe przeszkolenie i odpowiednie wyposażenie. Tej zimy po raz pierwszy zorganizowaliśmy kursy lawinowe otwarte dla wszystkich. Ograniczeniem jest tylko limit miejsc. Niestety, właśnie od śmiertelnego wypadku się zaczęło... Paweł Chrustek**: W 2007 roku Ania, patronka fundacji, zginęła w lawinie podczas wyprawy na Mont Blanc. Mocno zapadły nam wówczas w pamięć słowa, które wypowiedział Marek Pasek, tata Ani: „Trzeba zrobić coś, żeby młodzi przestali ginąć”. To był początek fundacji, której głównym celem jest właśnie zmniejszanie wypadkowości w górach. Uczycie też, jak wykorzystywać w górach urządzenia GPS. P.Ch.: Na wiosnę ruszamy ze szkoleniami medycznymi i nawigacyjnymi. Często przyczyną wypadków w górach jest brak orientacji, zwłaszcza przy złej pogodzie. Niedawno taka sytuacja spotkała turystów na Babiej Górze. Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że GPS, którego używa się w samochodzie, można wykorzystać w sytuacji kryzysowej w górach. Normalnie takie szkolenia kosztują kilkaset złotych. Wy robicie je za darmo. P.Ch.: Niestety, bezpieczeństwo to wciąż jest biznes, co widać po cenach sprzętu ratowniczego... A.Z.: Świadomie wykraczamy poza pewien standard. Przecież w góry wybierają się nie tylko profesjonaliści, którzy grube pieniądze wydają na wysokiej klasy sprzęt, ale także ludzie młodzi, pasjonaci niemogący sobie pozwolić na drogie wyposażenie. Tym bardziej takie szkolenie wydaje się im zbytecznym wydatkiem. To pewnie na darmowe szkolenia chętnych jest wielu? A.Z.: Zainteresowanie przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. Szkolenia, jakie udało nam się zorganizować w tym roku, to kropla w morzu potrzeb. Mamy nadzieję, że dzięki wsparciu naszych darczyńców kursów będzie coraz więcej. W przyszłym sezonie planujemy też prezentacje na festiwalach górskich. Taka wiedza musi stać się powszechnie dostępna! *Paweł Chrustek, prezes zarządu Fundacji im. Anny Pasek, ratownik Grupy Podhalańskiej GOPR **Adrian Zelga, członek fundacji, bezpośrednio czuwa nad organizacją szkoleń lawinowych Źródło: Gazeta Wyborcza http://krakow.gazeta.pl/krakow/1,35798,7686102,Zeby_mlodzi_przestali_ginac_w_gorach___.html
  17. Piękno ligi hiszpańskiej http://video.interia.pl/obejrzyj,film,118928,sortuj,ch,st,8,pozycja,151,Pi%C4%99kno_ligi_hiszpa%C5%84skiej
  18. Zimowe wpadki http://video.interia.pl/obejrzyj,film,119771,sortuj,ch,st,8,pozycja,71,Zimowe_wpadki
  19. Przeprowadziłem na sobie eksperyment. Wszystko przez książkę, która w USA została bestsellerem. Kiedy ją czytałem, postanowiłem - na próbę - pobiegać boso Zacząłem od bieżni mechanicznej. Za oknem zima, a poza tym nie będę narażał stóp na kamienie, rozbite butelki i psie kupy. Za pierwszym razem odparzyłem sobie poduszki stóp, a łydki rwały mnie przez tydzień. Odezwały się mięśnie, których nigdy nie używałem - pomyślałem. Za drugim razem nabawiłem się wielkiego krwiaka u nasady lewego palucha, ale nogi rwały mnie już tylko przez trzy dni. Jest lepiej - przemknęło mi przez głowę. Za trzecim razem... naciągnąłem mięśnie prawej łydki. Pytanie Książka - "Born to Run"* ("Urodzeni biegacze") - też zaczyna się od kontuzji. Jej autor Christopher McDougall podczas joggingu doznaje urazu stopy. "To była łatwa, trzymilowa przebieżka po zaśnieżonej wiejskiej drodze. Nagle złapałem się za prawą stopę. Zabolała mnie tak, jakby przebił ją sopel lodu. Nadziałem się na ostry kamień albo gwóźdź? Kiedy wreszcie się pozbierałem i zacząłem moją biedną stopę oglądać, okazało się, że wygląda zupełnie normalnie! Ani śladu krwi. A w bucie żadnej dziury". Zbolały McDougall kuśtyka po pomoc do dr. Josepha Torga, słynnego amerykańskiego lekarza sportowego. Dostaje w stopę zastrzyk z przeciwzapalnego kortyzonu, Rzeczywiście, McDougall to wielkolud. Dwa metry wysokości, 104 kg żywej wagi. Jak przyznaje, od czasu, kiedy postanowił zostać maratończykiem, prześladują go kontuzje. „Ale z drugiej strony, pisząc do magazynu » Men's Health «, sporo czasu poświęcam na eksperymentowanie ze sportami ekstremalnymi. A będąc wcześniej reporterem wojennym, spędziłem miesiące w bardzo ciężkich warunkach. I nigdy nic mi się nie stało. Ale wystarczy krótki jogging, żebym zwijał się z bólu". Dlaczego? Według danych, które podaje autor książki, od 65 do 80 proc. biegaczy ulega kontuzji co najmniej raz w roku! Nie wytrzymują: stawy skokowe, kolana, biodra, ścięgna, mięśnie. McDougall jednak się nie zraża. Znajduje dr Irene Davis z Uniwersytetu stanu Delaware. Ta wpuszcza go na mechaniczną bieżnię i nagrywa jego przebieżkę na wideo. Kiedy autor "Urodzonych biegaczy" obejrzy ten film, z przerażenia otworzy usta. "Wyobrażałem sobie, że śmigam jak Indianin podczas polowania, a okazało się, że przypominam raczej próbującego tańczyć tango Frankensteina". - Jak biegać poprawnie? - pyta. - Ba, to odwieczne pytanie - odpowiada dr Davis. Na trop prowadzący do bardziej praktycznej odpowiedzi McDougall trafia przypadkowo. Trzy lata później leci do Meksyku z dziennikarskim zleceniem i w lokalnym czasopiśmie trafia na artykuł o "zagubionych" w górach Sierra Madre Zachodnia Indianach Rarámuri, zwanych też Tarahumara. Artykuł jest ozdobiony zdjęciem śniadolicego biegacza przypominającego Jezusa. Rarámuri "potrafią imprezować całą noc, a rano startują do biegu długiego nie na dwie mile czy dwie godziny, ale dwie doby! (...) I nie ścigają się po drogach, ale przedzierają górskimi ścieżkami". - Dlaczego oni biegają całymi dniami i nic, a ja bez kontuzji nie mogę przetruchtać nawet kilku mil? - zastanawia się McDougall. Mała podpowiedź - indiański Jezus na okładce meksykańskiego czasopisma biegł w... sandałach. Zwykłych łapciach skleconych z kawałka gumy i sznurka. Nauka Podpierając się różnymi badaniami, autor "Urodzonych biegaczy" stawia karkołomną, wydawałoby się, tezę, że za plagę kontuzji wśród dzisiejszych biegaczy odpowiada... nowoczesne obuwie sportowe. Bo upośledza stopę, przesadnie ją amortyzując. Jak to? Przecież sam wielokrotnie czytałem, że kupując buty do biegania, należy wybrać te z największą amortyzacją! Guzik prawda - upiera się McDougall. Należy wybrać te z jak najmniejszą. Albo biegać boso. "Do 1972 r., kiedy Nike wymyśliło nowoczesne buty sportowe, ludzie biegali w obuwiu na cienkiej i twardej podeszwie, dzięki czemu mieli silniejsze stopy i dużo rzadziej doznawali kontuzji " - cytuje McDougall prof. Daniela Liebermana, biologa ewolucyjnego z Harvardu. Dlaczego miękkie, wygodne buty dla biegaczy mają szkodzić? Bieganie nazywa się czasem kontrolowanym upadaniem i z mechanicznego punktu widzenia tak właśnie ono wygląda. Jak dowodził niedawno w "Nature" zespół naukowców pod kierunkiem prof. Liebermana, biegając w obuwiu na amortyzatorach, prawie zawsze upadamy na piętę, dopiero potem przenosząc ciężar ciała na pozostałą część stopy. Dla nóg i całego ciała lądowanie na pięcie to poważny wstrząs. Prof. Lieberman porównuje go do wielokrotnego (ok. tysiąckrotnego na każde 1,6 km biegu) uderzenia młotkiem z siłą równą dwu-trzykrotnej wadze naszego ciała Prof. Lieberman przeanalizował sposób biegania kenijskich dzieciaków. Ci, którzy przez większą część życia nosili buty, "biegali na piętach". Ci, którzy musieli obywać się bez butów, podczas biegu lądowali albo na przednią część stopy, albo na jej zewnętrzną krawędź. Kiedy przyjrzeć się budowie ludzkiej stopy, widać, że jej podbicie tworzy łuk. To skuteczny amortyzator, który jak sprężyna łagodzi siłę uderzenia o ziemię. Kiedy jednak zamkniemy go w bucie i osłabimy amortyzowaną podeszwą, nie ma prawa działać. - Czy jakikolwiek łuk utrzymałby most, gdybyśmy zamiast na krańcach podparli go na środku, w najwyższym miejscu? - pyta McDougall. Cena - Nowoczesny but do biegania jest jak opatrunek z gipsu - mówi autorowi książki dr Gerard Hartmann, irlandzki fizykoterapeuta zajmujący się maratończykami. - Kiedy zamkniesz nogę w gipsie, w ciągu półtora miesiąca zanikowi ulegnie 40-60 proc. jej mięśni - wyjaśnia. Obuta stopa słabnie, a dodatkowo jest "ślepa" na informacje o podłożu, po którym biegnie. McDougall cytuje też dr. Craiga Richardsa, naukowca z australijskiego Uniwersytetu w Newcastle, który w 2008 r. napisał w "British Journal of Sports Medicine" tekst podważający wiarę w to, jakoby amortyzowane buty zapobiegały kontuzjom. Richards twierdzi, że nie ma ŻADNYCH badań, które popierałyby taką tezę! Są za to badania, które udowadniają, że nowoczesne buty w istocie szkodzą. Jak pisze McDougall, już w 1989 r. szwajcarski lekarz z Uniwersytetu w Bernie dr Bernard Marti opublikował w "The American Journal of Sports Medicine" wyniki analizy urazów odniesionych przez ponad 4 tys. biegaczy w berneńskim wyścigu na 15 km. Kontuzje odniosła prawie połowa z nich i dr Marti postanowił sprawdzić, czym były one spowodowane. Okazało się, że zależały od... ceny butów. Biegacze w dobrze amortyzowanych butach kosztujących ponad 95 dol. byli ponaddwukrotnie bardziej narażeni na urazy niż ci, którzy biegli w tanim i twardym obuwiu. Pogoń W 2004 r. wspomniany już prof. Daniel Lieberman razem z biologiem Dennisem Bramble'em z Uniwersytetu stanu Utah opublikowali w "Nature" pracę, w której zaprzeczyli utartym poglądom, jakoby w porównaniu z czworonogami człowiek był kiepskim biegaczem. Naukowcy przekonywali, że choć sprinterzy z nas nie najlepsi, to na dystansach dłuższych niż maraton nie mamy sobie równych. Jednym słowem - człowiek wyewoluował na maratończyka. Według badaczy skamieniałości dowodzą, że pierwsi przedstawiciele rodzaju Homo zaczęli biegać już 2 mln lat temu. Żeby zabić w ten sposób antylopę, wystarczy w upalny dzień zmusić ją do nieustannego galopu przez 10-15 km. Lieberman doszedł do tego wniosku, m.in. biegając ze swoim psem. Któregoś upalnego dnia zabrał go na 8-km przebieżkę, podczas której czworonóg omalże nie padł z wycieńczenia. - Podczas biegu ludzki organizm poci się i w ten sposób schładza - mówi naukowiec. - "Ubrane" w futra zwierzęta nie dopuszczają do przegrzania organizmu, ziając, ale kiedy biegną, nie mogą tego robić. Muszą stanąć. Ale jeśli widzą, że ktoś je goni, nie staną. I umrą. Istnieje nawet hipoteza mówiąca o tym, że to maratońskie umiejętności pradawnych Homo sapiens pozwoliły im wygrać konkurencję z neandertalczykami. Kiedy zmienił się klimat i lasy zostały wyparte przez otwartą sawannę, więksi i ciężsi od nas kuzyni - a więc niezdolni do biegów długodystansowych - mieli nie poradzić sobie ze zdobywaniem jedzenia. Istnieje też jeszcze ciekawsza hipoteza, autorstwa polskiego uczonego prof. Konrada Fiałkowskiego, wskazująca na to, że Homo jest przypadkiem sapiens tylko dlatego, że biegał. Bo do biegów długodystansowych potrzebował większego mózgu, w którym dodatkowe połączenia między neuronami mogłyby zastępować te, które zostały wyłączone przez stres cieplny. Nauczka O tym, że człowiek obuty biega "na piętach", przekonałem się na własnej skórze. Kiedy po raz pierwszy potruchtałem boso, walnąłem piętą, aż huknęło. Zaraz jednak skróciłem krok, zacząłem stawać na zewnętrznych krawędziach stóp i z nich przenosić ciężar ciała na całe stopy, z których potem odbijałem się mocno, prawie kopiąc się piętami po pośladkach. Skąd jednak ta kontuzja? Za bardzo chciałem, zbyt niecierpliwy byłem, za szybko i za długo biegłem jak na początek. Na swojej stronie internetowej prof. Lieberman udziela rad biegaczom chcącym "nawrócić się" na tradycyjne bieganie. Oto kilka z nich: 1. Zacznij od chodzenia na boso. 2. Kiedy już będziesz biegać, przez pierwszy tydzień rób to co drugi dzień. Za każdym razem pokonuj nie więcej niż 1,6 km. 3. Co tydzień zwiększaj dystans najwyżej o 10 proc. 4. Jeśli biegasz dużo, nie zdejmuj od razu butów. Na początek postaraj się nie biegać na piętach. 5. Bądź cierpliwy. Przemiana w bosonogiego maratończyka zajmie miesiące. - Większość ludzi uważa, że bieganie na bosaka jest niebezpieczne, ale wbrew pozorom da się tak biegać komfortowo nawet na najtwardszych nawierzchniach - przekonuje prof. Lieberman. - Wystarczy tylko "wyhodować" sobie na stopach trochę zrogowaciałego naskórka. *"Born to Run", Christopher McDougall, wydawnictwo Alfred A. Knopf, Nowy Jork 2009 Running Barefoot http://wyborcza.pl/1,75476,7662303,Bosy_maratonczyk.html?as=1&startsz=x
  20. Aldok63

    witam

    Zagłębie wita również !!!
  21. Dużo zdrowia i wszystkiego najlepszego
  22. Lekarstwa przeciw astmie mogą poprawiać wydolność organizmu Norwegia wspólnie z Danią będą bardziej intensywnie prowadzić badania nad wpływem lekarstw przeciw astmie, stosowanych przez sportowców, na zwiększenie wydolności organizmu. Eksperymenty na zwierzętach potwierdzają taką zależność. Profesor Jimmi Elers zajmujący się w szpitalu uniwersyteckim w Kopenhadze badaniami nad astmą u sportowców, nie wyklucza, że lekarstwa przeciw tej chorobie mogą być używane jako środki dopingujące w przypadku stosowania silnych dawek. Jego odczyt podczas kongresu medycyny sportowej w Kopenhadze w lutym pod tytułem "Astma medication and antidoping regulations" wywołał wielkie zainteresowanie w okresie przedolimpijskim. "Jeszcze tego nie wiemy, lecz prowadzimy już od jakiegoś czasu intensywne badania. Chcemy się dowiedzieć, czy stosowanie większych dawek tego typu lekarstw w krótkim okresie czasu może zwiększyć, jak sądzimy, wydolność organizmu" - powiedział Elers w wywiadzie dla norweskiego dziennika "Verdens Gang". Lekarstwa przeciw astmie, jak wykazują wszystkie dotychczasowe badania, nie podnoszą wydajności jeżeli są stosowane w zalecanych dawkach. Wielkim pytaniem jednak jest, co się dzieje, kiedy dawki te zostają poważnie zwiększone. Niestety, w przypadku niektórych preparatów niemożliwe jest podczas dzisiejszych badań ustalić, jak duże dawki były stosowane. W przypadku innych można" - dodał. Elers prowadzi obecnie wspólne badania z norweskim laboratorium antydopingowym Aker, przy szpitalu uniwersyteckim w Oslo, nad opracowaniem nowych metod badań antydopingowych, pozwalających wykryć wielkość dawek Jak na razie istnieje ogólne pojęcie, że lekarstwa przeciw astmie oczyszczają tylko drogi oddechowe i nie wpływają na wydolność organizmu. Po rezultatach eksperymentów przeprowadzonych na szczurach duńscy badacze zaczynają mieć jednak co do tego wątpliwości" - podkreślił Elers. "W efekcie podawania zwiększonych dawek szczurom, zaobserwowaliśmy nagły wzrost siły mięśni i zdolność do szybszej regeneracji ich organizmów. Podczas eksperymentów podawaliśmy im silne dawki lekarstw w formie tabletek przez dwa-trzy tygodnie. W przypadku ludzi jednak niekoniecznie musi być podobnie, więc czekają nas jeszcze długie badania" - uważa Elers. Wielu sportowców ma zaświadczenia lekarskie, że chorują na astmę, co pozwala im zażywać substancje będące na liście środków zabronionych. Wśród nich jest m.in. pięciokrotna medalistka igrzysk w Vancouver w biegach narciarskich Norweżka Marit Bjoergen. Zbigniew Kuczyński źródło informacji: INTERIA.PL/PAP
  23. Na początku kwietnia Marcin Jaskółka wyrusza w Himalaje z ambitnym projektem pod nazwą "Cho Oyu Snowboard Expedition 2010". Już samo wyrażenie "snowboardowa wyprawa" zdradza, że tym razem mamy do czynienia z dość nietypowym projektem, daleko wychodzącym poza wejście na wierzchołek ośmiotysięcznika Celem młodego snowboardzisty jest wspinaczka na Cho Oyu (8201 m n.p.m. ) oraz próba wyznaczenia ekstremalnej linii zjazdu ze szczytu na snowboardzie. Patronat nad projektem objął sam Jeremy Jones, jeden z najlepszych snowboardzistów świata. Marcin Jaskółka - utalentowany snowboardzista, który łączy swoją pasję do gór i snowboardu. Ma 23 lata, mieszka w Andrychowie. Ratownik Grupy Beskidzkiej GOPR. Duży nacisk kładzie na eksploracje nowych terenów m.in. realizując swoje projekty freeridowe w Alpach, Kaukazie, Antarktydzie czy Himalajach. Cho Oyu (8201 m n.p.m.) znajduje się 28 kilometrów na północ od Mount Everestu. Jest potężnym masywem wchodzącym w skład grupy górskiej Khumbu Himal. Oprócz głównego szczytu, w grani północno-wschodniej schodzącej do przełęczy 7755 m n.p.m., znajduje się nieznaczne wzniesienie o wysokości 8010 metrów. Pozostałe granie, północna i południowo-zachodnia, schodzą odpowiednio do przełęczy osiągających 6517 m n.p.m. (Palang La) i 7173 m n.p.m. Zboczami masywu spływają potężne cztery lodowce. I tak od strony północnej Palung Glacier, od północno-wschodniej Gyachung Glacier, od południowego wschodu Ngozumba Glacier i wreszcie od północnego zachodu Lungsamba Glacier, z którego wznosi się najpopularniejsza wśród alpinistów ściana. GÓRY-Magazyn sportowy
  24. Aldok63

    Kasprowy Wierch

    Wichura na Kasprowym zatrzymała wyciągi Dziś nad Zakopanem świeciło słońce. W Tatrach wiał jednak silny wiatr, który zatrzymał wyciągi w Kotle Gąsienicowym i Goryczkowym. W Zakopanem temperatura sięgała dziś 15 st. C. Śnieg szybko topniał. Zupełnie inna aura panowała wysoko w górach. Temperatura nie przekraczała zera. Nad graniami przelatywały chmury. W porywach wichura dochodziła do 70 km na godz. Zamieć utrudniała poruszanie. Rano kursowała kolejka linowa na Kasprowy, ale nie ruszyły wyciągi na Gąsienicowej i Goryczkowej. Trasy były i tak świetnie przygotowane, równe niczym stół. W górach miejscami pokrywa śniegu sięga dwóch metrów. Obowiązuje trzeci stopień zagrożenia lawinowego. Jutro ma świecić słońce, może pojawić sie jednak lekkie zachmurzenie. W górach będzie tez wiać, ale już nie z taką prędkością jak w piątek http://www.tygodnikpodhalanski.pl/www/index.php?mod=news&strona=1&kat=&id=&typ=&id=8119
  25. Zygmunt Łukaszczyk, wojewoda śląski, chce, by w regionie powstał tor Formuły 1. - W promieniu 100 kilometrów mieszka kilka milionów ludzi, to się opłaci - przekonuje Łukaszczyk. O inwestycji nie chce słyszeć marszałek, a znawcy F1 przypominają, że taki tor może kosztować nawet 200 mln euro. Formuła 1Tor wyścigowy to pomysł Łukaszczyka na zmianę wizerunku regionu i ożywienie turystyki. Wojewoda wie nawet, gdzie taki tor mógłby powstać. - Mamy skrzyżowanie dwóch ważnych autostrad, czyli A1 i A4 w Sośnicy, w pobliżu jest dużo miejsca, które można wykorzystać na taki tor - mówi Łukaszczyk. Wojewoda argumentuje, że skoro w promieniu 100 kilometrów od tego miejsca mieszka kilka milionów ludzi, to wyścigi na pewno będą się cieszyć ogromną popularnością i widzów nigdy nie zabraknie. - Mamy też motoryzacyjne tradycje. W końcu w regionie są fabryki Fiata czy Opla. To przemawia na naszą korzyść. Warto pomyśleć o takim torze - dodaje wojewoda. Zastrzega, że oczywiście państwo toru F1 nie wybuduje, ale jeśli byłaby to wspólna inwestycja z prywatnym inwestorem, to przecież wszystko jest możliwe. - Taki tor żyje nie tylko podczas wyścigów. Przez cały rok może służyć jako tor testowy lub być wynajmowany amatorom szybkiej jazdy - dodaje. http://wyborcza.pl/1,75248,7676799,Na_Slasku_powstanie_tor_Formuly_1__Tego_chce_wojewoda.html
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2026
×
×
  • Dodaj nową pozycję...