Narty - skionline.pl
Skocz do zawartości

marboru

VIP
  • Liczba zawartości

    7 177
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    590

Wpisy na blogu dodane przez marboru

  1. marboru
    Ostatni dzień z karnetem SkiHit, to koniec narciarskiego świata. Ukryty gdzieś przy granicy Austrii i Włoch, mały, kameralny ośrodek - Golzentipp Obertillach.
    Wypasiona gondola 8 od firmy na L, 4 orczyki i kilka tras, to miejsce w sam raz na jazdę na nartach do południa, bądź na luźniejszy, nieśpieszny dzień na deskach.
    Dlatego zawitaliśmy tu, w drodze do domu. Jazda do 12.
    Byliśmy jedynymi turystami… oprócz nas sami lokalni emeryci i trochę dzieciaków.
    No i szukałem czegoś innego… i znalazłem, miejsce gdzie w butach narciarskich można iść na mszę i nawet na spowiedź 😉🙏😀 Podobnie jak w Zieleńcu zresztą 👍
    Zapraszam na fotorelację!
    Na parkingu 4 auta… dolna stacja wygląda tak:

    Kasa i wejście do wagonów:

    Koniec trasy i sztruksik:

    Wypas pachnący nowością.

    Przepięknie położona miejscowość Obertillach!

    Główna trasa zjazdowa:

    Mapka piesza na lato:

    Mapka ośrodka:

    Punkt do foteczki:
     
     

    Skrzyżowanie tras 1 i 9. Niestety ta druga zamknięta  

    Mercedes!
     

    Pierwsza pod nartę idzie trasa 1 do dołu. Kręta, wąska ale ciekawa.

    Po chwili dojeżdżamy do dolnego, niebieskiego fragmentu.
    Tutaj jest dwa orczyki i trasy 1 oraz 11. Szeroko i super dla początkujących.
    Wiekowy wyciąg:

    Trasa była podzielona na dwie części. Po lewej okoliczne dzieci ćwiczyły gigant, prawa strona była dla reszty:

    Oj można tu fajnie pokręcić!

    Trasa 11 mega szeroka i fajnie nachylona. Można trenować body carving.

    Tu dojeżdżamy bezpośrednio do zabudowań tej tyrolskiej wioski.

    Fajnie!

    Podciągamy się w górę i wracamy do 1ki - jeszcze jeden kadr na długą 11:

    1ka:

    No i przerwa na mszę 😀

    Jedziemy zwiedzać górę. Szczytowe dwa orczyki i kilka tutejszych wariantów zjazdu.
    Nim jednak to, próba zjazdu 9…

    Niestety nieczynna, choć śniegowo u góry wygląda dobrze.

    Orczyk przy czarnej 6:

    Jedyna tutejsza knajpka:

    Góra:

    Trasy 3, 4, 5:

    Łagodna czerwona i niebieskie. Super do ćwiczenia krawędzi:



    Ładnie:



    Widok na 3 fragment łączący z gondolą i tamtejszymi zjazdami 1, 9.

    Sporo terenów na Tury i freeridy - tereny łagodne dla początkujących poza trasowców (Golzentipp 2317 m):

    Widoki w ośrodku są oszałamiające - w ostatniej linii, małe czubeczki, to Dolomity włoskie:

    Cudo - jeden z Dolomitów Lienzkich:

    Jakaś kolorowa turystka  

     

    I na koniec widok na jedyną tutaj trasę czarną:

    TikTok… wkrótce.
    Świetne popołudnie na nartach… no i niestety, po 7 dniach jazdy z karnetem SkiHit powrót do domu.
    Duma, bo? Nawet @JC
    …tutaj nie jeździł na nartach 😉⛷️
    Pozdrawiam
    Mariusz, marboru, nogi_bolo - nieustannie zachęcam do mojego kanału na TikToku, gdzie jest sporo więcej, filmowych treści 👌
  2. marboru
    Austriacka bieda przejęta przez chytrych Słowaków… ciśnie się by to napisać.
    Dobra - plusy. Mała frekwencja (jak oni nie splajtują jak dzisiaj jeździło na ośrodku max 30 narciarzy?). Widoki, położenie…
    Minusy - wszystko stare, niezadbane… dwie trasy do dołu bez śniegu (przecież jest tu wysoko)… Sillian mógł? Mógł.
    To niby ośrodek dla narciarzy Free… Niby jest ale na moje oko, średnio.
    Dość tego smęcenia, przecież wyjeździłem się po byku 😀💪
    Zapraszam do szybkiej fotorelacji.
    Na dole orczyki:

    Mapa tras:

    Czekamy na pierwszy wagon w górę:

    Wytopiony i zamknięty dół:

    Jesteśmy na górze:

    Trasy przygotowane bardzo dobrze.

    Cały teren narciarski przypomina mały lodowiec.

    Klimat Wysokich Taurów jest tu boski.
    Trasy…



    Niby dużo ale jednak mało.

    😀

    Górna stacja gondol:

    Katujemy 👍⛷️💪

    Orczyk górny:

    Pogoda się przetarła 😊

    Stacja pośrednia - do niej jeździliśmy.

    Klimacik:

    Trzy wagony w jednym?

    Schronisko cud, malina:

    Stówka pękła. Czy tu wrócimy… za własną kasę? …raczej nie.
    ON odhaczony i tyle.
    Na koniec - tradycyjnie TikTok 😀

    872fdd6550764853ad7ce4e281078e09.mov   Pozdrawiam serdecznie 
    Mariusz, marboru, nogi_bolo
    PS. Zostały dwa ośrodki do odwiedzenia w tym tripie 🙂
  3. marboru

    Moltek
    Wspaniały, słoneczny dzień na lodowcu, którego chyba tutaj wszyscy znają… Mölltaler, potocznie zwany Moltkiem.
    Zatem? Szybka fotorelacja i dokumentacja zdjęciowa dnia:

    Mapka tras:

    Jedziemy w górę pierwszym kretem, o 8 rano.

    A u góry?



    Jeździmy 🙂

    Trasy:

    Ankogel bieda… Moltek trzy wolne krzesła i jedno popsute… oby ubodzy Słowacy nie zarżnęli też tego miejsca.


    I kolejne fotki:

    Pięknie!

    🤩 

    Zapomniałem, że kiedyś już zdobyłem ten szczyt 😀

    NEXT:

    Zapomniałem drugie popuste krzesło? 

    Z Glockiem 😉

    Cel na lato? Kto wie…

    Tereny lodowcowe:

    Rupieć z bliska:

    I dalej…

    Kolejne:

    Moja ulubiona trasa tutaj:

    Klimatyczne schronisko:

    Górna stacja gondoli:

    Kosmos:

    Złom… na mapkach się chwalą, że będzie nowe krzesło zamiast tego…



    Kolejna fotka z trasy:

    I ostatnia 👍

    Do obejrzenia klipu z tego dnia, zapraszam na TikToka, kanał nogi_bolo.
    Pozdrawiam
    Mariusz, marboru.
  4. marboru

    Lienz Zettersfeld
    Kolejny z tych ośrodków, który do tej pory mijałem autem ze sto razy… nareszcie zaliczony!
    Lienz Bergbahnen Zettersfeld 🙂
    Po Sillian, to chyba już tradycja tego wyjazdu w zaliczaniu mijanych ON. 
    Na mapkach, w necie słabo to wyglądało a w rzeczywistości? Petarda! Głównie widokowo, trasowo? Łagodnie ale bardzo fajnie. Narciarze free i skiturowcy mają tutaj raj!
    Fotorelacja - start.

    Do terenu narciarskiego docieramy dwuosobową gondolą (trasy zjazdowej brak)… w sumie do wagoniku zmieściło by się więcej ludzi ale na narty chwytaków jest tylko dwa.
    U góry dwa szybkie krzesła, jedno wolne i dwa orczyki.
    Ranek…

    Górna stacja kabinówki:

    Cześć ośrodka ma drzewa:

    Strefa rozrywki jest.

    No to pierwszy widok…

    Drugi na szczyt Schleinitz 2904 m n.p.m. oraz na trasę 9 panorama.

    Dolomity Lienzkie:

    Czy jest tu szeroko? Jest.

    Przypadkowo spotkana jakaś tam…

    Oczy bolały od okoliczności przyrody… mi prawie pękły od tego piękna.

    Trasy…

    Górna stacja drugiego, szybkiego krzesła (po lewej stronie patrząc od dołu):

    Orczyk wyciągający na najwyższy punkt ON:

    Trasy tutaj po 50 metrów szerokości conajmniej.
    Kolejny view:

    Knajpa z dobrym kotletem na W:

    Mekka free i Goisele 2433 m n.p.m.

    Beautiful…

    Czerwona 5:

    Przy niej niebieska 6:

    13 to trasa dla freeriderów:

    Dolomity raz jeszcze:

    Mapka tras - jest ich nie mało. Cały dzień było co robić.

    Trasy 3 i 4…

    Te same z bliska:

    Warunki cały dzień super.
    Ludzi zero.

    Knajpa z dobrym spagetti 🙂

    Druga część Lienzu stopniała… a była w planach na sobotę. Zagadka, co w zamian? Jak myślicie?

    Trasa 2 jedyna czarna:

    😀 Panorama - trasa 9:

    Wyjeżdżeni po buku. Stówka pękła, tradycyjnie.
    Krótki TikTok:

    86e1e6b3805e46e086954c62e1310a02.mov Żegnamy Lienz…
    …wspaniały ON. 
    Pozdrawiam
    Marboru, nogi_bolo, Mariusz 👍 - do jutra. A jutro gdzie? Kolejny ON z karnetu SkiHit.
  5. marboru

    Gross Glockner Resort
    Skiporn? Jak ma się doczynienia z doskonałym ośrodkiem narciarskim, to należy używać słowa Skiporn 😄
    @JC a jak czarne trasy są szerokie i długie… to zwyczajnie, to są lochy 😉
    Taki jest Kals-Matrei Gross Glockner Resort.
    Nie ma litości. Trasy są długie, szybkie i fajnie nachylone. Zdecydowanie to ośrodek dla zaawansowanych narciarzy.
    Jak dzisiaj było? Wspaniale!
    Zapraszam do fotorelacji.

    😊

    I szybkie krzesełko…

    W ośrodku można się doczepić jedynie do dwóch strasznie wolnych, starych czwórek z Kals. Tam na moje oko pasowała by gondola 🙏
    Jest i on - Dzwonnik:

    No to jedziemy…

    Widoki w dwie strony są nieziemskie!

    Czarna 13 góra:

    …i dół:

    Niby nartostrada 15a, a bystro. Gondola z Kals:

    Jedyne tereny dla początkujących - dół w Kals. Dwa orczyki i końcówka dojazdu do kabiny.

    Dalej tylko ostro… albo czarno, albo bordowo 😉

    Jedna z uroczych knajpek przy Blauspitze.

    Czerwona 19:

    Czarna 20:

    Mapa ośrodka:

    I w górę…

    Byczyć się nie można… a jednak 😀

    Szybkie krzesło od Matrei… szkoda, bo końcówka tras 5 i 1, wytopione. Do dołu zjechać się nie da.

    Trasa czerwona 3:

    Czarna 6:

    Papu z knajpy Adler Lounge:

    I dzień minął szybko…
    …pojeżdżone po byku! Stówka tradycyjnie pękła.
    Na koniec TikTok z tego dnia - zapraszam na kanał nogi bolo, właśnie tam 👉 

    57f63c09636743ff85885a894f99daf3.mov   Pozdrawiam serdecznie
    Mariusz, narboru vel nogi bolo 😄👍💪
  6. marboru
    St. Jakob… mały ale wariat 🙂
    Kolejny dzień w Tyrolu Wschodnim - rewelacja!
    Warunki petarda, trasy? Zajefajne. Co tu dużo pisać… zapraszam na fotorelację i na końcu film (duża prośba o wsparcie mojego kanału nogi_bolo na TikTok - obserwacje, serduszka i polecanie innym… dzięki). 
    Jesteśmy tradycyjnie pierwsi.

    Mapka tras:

    Trasy T oraz Ta w różnych wariantach z samej góry, na sam dół - kosa!
    W zależności od urozmaicenia zjazdu trasami pośrednimi z góry lecimy na nartach od 9 do 7 km.

    Z samego dołu gondola… potem, wolne krzesło - to duży minus ośrodka. 
    Pozostałe dwa krzesła są szybkie.
    Czarna T:

    Wolne krzesło i czerwona boska 1:

    Knajp jest kilka… my jedliśmy w poniższej… nie polecam  

    Początek T:

    Czerwona 1a:

    …generalnie, co tu pisać? Trasy lochy i lotniska. 

    Rano na sztruksie warstwa 5 cm puchu.
    Widoki?

    Trasy 😀

    I te tłumy…

    Początek czerwonej 3:

    cd

    Naprawdę było trudno ludzi mijać 😉
    Jedziemy na samą górę - widok na czarną 11:

    Trochę wiało na 2680 m n.p.m.

    Widoki:



    Wyszło słonko i błękitne niebo okrasiło ten dzień.

    Na samym dole dwa orczyki i trasy niebieskie 15 oraz 16. Poniżej ta pierwsza - szerokość chyba ze 200 metrów. Pusta.

    Pół wieży kościoła w miasteczku

    I na koniec obiecany klip - na nim widać dokładnie jak było…

    aa1b31b06db94af285c4b52ee57dea90.mov   Pozdrawiam serdecznie
    Mariusz, marboru, nogi_bolo 😀
    PS. Jutro gdzie? Ciekawe, czy ktoś zgadnie bo sam jeszcze nie wiem 😉
  7. marboru
    Zawsze przejazdem w Dolomity, zawsze korciło… nooo, a jak korciło, to trzeba było w końcu zaliczyć - Sillian.
    Początek naszej przygody z Tyrolem Wschodnim i karnetem SkiHit - start!
    Parking darmowy… trasa do gondoli, mimo, że dookoła trawa - jest.

    Kasy czynne od 8:15 i byliśmy dzisiaj pierwsi. Prawda, że niespodzianka 😀

    7 dniowy skipass kosztuje 339 EUR, sezon średni.

    Mapa ośrodka:

    Trochę podjechaliśmy w górę i śniegu jest dość sporo:

    Zwiedzamy…

    Oprócz gondolki jest tu wolne krzesło 4, szybkie krzesło 4 bez osłony, jest też 6 szybka, podgrzewana z bubliną, taśma dla dzieci i orczyk dla uczących się.

    Jest również mega malowniczy zamek 😊

    I z bliska…

    Trasy przeważają czerwone… lekko czerwone w środkowej części ośrodka, w skrajnych ciemno czerwone. Kilka tras niebieskich i na siłę oznaczona kolorem czarnym, tak naprawdę czerwona, 1a.

    Najwyższy punkt, to Thurntaler o wysokości 2407 m n.p.m.
    Ilość narciarzy? Dzisiaj niedziela… w co czwartej gondoli ktoś, na co czwartym krześle, też ktoś.
    Pustki.

    Do 11 bez opadów ale z płaskim światłem, od 11 do 14 fajna pogoda i przebijające się słońce, po 14 intensywne opady śniegu u góry, na dole deszcz.

    ⛷️

    Widok na centralną część ON:

    Frekwencja…

    Fajnie 👍

    Strategiczne krzesło:

    Trasa w dół na przeciwleglą część od Sillian:

    Pięknie:

    Jeździmy i cieszymy się nartami 😊

    Zima tak szybko odchodzi…

    Tereny dla początkujących:

    Jedna z trzech knajp:

    Dzień minął niewiadomo kiedy…
    Super fajny dzień, w fajnym, kameralnym i pustym ośrodku 😮👍

    Warunki: u góry twardo cały dzień, środek fajny, puszczający twardy, dół - cukier od rana.

    Pozdrawiam serdecznie
    Mariusz „marboru” nogi bolo 😀
  8. marboru

    TikTok
    Pierwszą moją kamerą było GoPro 3 Silver... potem była 8semka Black... i co? Sprzedałem kamery. Dlaczego? Poniekąd dlatego, że będąc na nartach, w górach ilość przewożonego sprzętu zaczęła mi mocno przeszkadzać. W jednej kieszeni aparat, w drugiej kamera, w trzeciej statyw, w czwartej różne końcówki do mocowania sprzętu... zwyczajnie jeździłem obładowany.
    By coś nakręcić, zrobić zdjęcie trzeba było szukać, grzebać, zmieniać... wszystko też było czasochłonne. Nie tylko odbierało czas na stoku, ale również w domu podczas montażu. Korzystałem ze specjalnego oprogramowania, godzinami zastanawiałem się nad doborem muzyki, sprawdzaniu czy You Tube nie zablokuje mi filmu ze względu na prawa autorskie.
    W efekcie powstało sporo produkcji, które do dzisiaj są pamiątką nie tylko narciarskiego życia.
    Jak był efekt mojego montowania klipów? Oczywiście do dzisiaj możecie to sprawdzić pod linkiem: marboru100 - YouTube
    ...chyba się starzeję, bo w pewnym momencie powiedziałem sobie dość. Za dużo sprzętu, zachodu, czasu itd. Czy zarzuciłem do końca projekt w YT... nie.
    Zacząłem się zastanawiać jak usprawnić proces, oszczędzić czas i coś zmienić by z powrotem odzyskać motywację.
    Zacząłem od sprzętu - kamery sprzedałem, a nowego aparatu nie kupiłem, bo stwierdziłem, że nie będę już go więcej targał ze sobą - szkoda inwestować. Stwierdziłem, że idealny będzie dla mnie telefon, który robi dobre zdjęcia, ma choć mały zoom optyczny... kręci filmy w dobrej jakości ze stabilizacją. Czyli co? Iphone 14 pro.
    Obróbka zdjęć a zwłaszcza filmów? Oczywiście w telefonie są dedykowane aplikacje...ale po krótkim ich testowaniu okazało się, że z muzyką musiałbym znowu kombinować. Zacząłem szukać...
    Przetestowałem Instagram i TikToka.
    Ostatecznie wybrałem tego drugiego. Dlaczego?
    Po pierwsze dlatego, że istnieje tu duża swoboda w muzyce. Po drugie istnieje tryb automatyczny, że sam TikTok, po odznaczeniu z jakiego materiału chcemy zrobić klip - sam go robi (uuu zajechało leniem - fakt) - dobiera muzykę, dodaje efekty itd.
    Co z tego wychodzi? Krótkie, pamiątkowe klipy w dobrej jakości, którym poświęca się dosłownie chwilę (nawet montując samodzielnie od a do z taki filmik).
    Efekty?
    Samodzielny montaż klipu z Val di Sole:
    Krótki, automatyczny, zmontowany przez TikToka klip z lodowca Presena:
    Coś co lubię i może to znak naszych czasów, to krótkie formy i kilkusekundowe "rzuty okiem" z danego miejsca... takie zamykanie chwili w chwilowym klipie. Mi to pasuje...bo w pełni oddaje klimat, jest wspomnieniem wspaniałej chwili.
    Przykład...
    No i co? Zostałem TikTokerem  
    Trochę eksperymentów i powstało już 11 krótkich produkcji  
    W związku z powyższym zachęcam Was do obserwowania mojego kanału... no i jak to @JC często w swoich Vlogach mówi - zachęcam do dawania serduszek, komentowania i przekazywania dalej  
    Link, to mojego profilu:
    marboru (@marboru100) | TikTok
    Z góry dziękuję i dajcie proszę znać, co o tym wszystkim sądzicie  
    Mariusz
  9. marboru
    Kasprowy Wierch Dolomitów? Tak, to Piz Boe o wysokości 3152 m n.p.m. - najwyższy szczyt masywu Selli przy narciarskiej Sella Rondzie.
    Żeby było pięknie, widokowo i ciekawie postanowiliśmy wejść na ten szczyt od drugiej strony przez ferratę Tridentinę Klettersteig - trudność C.
    Auto parkujemy na parkingu pomiędzy Colfosco, a Passo Gardena.
    Kilkaset metrów od samochodu dochodzimy do pionowej ścianki i pniemy się w górę.
    Żelazna lina + masa klamr na nogi bardzo mocno ułatwiają wejście... za nami wycieczka szkolna, włoska - dzieciaki z pewnością poniżej 10 roku życia śmigają w górę pod opieką dwóch opiekunów. Stadko ośmiu sztuk... zwijamy się szybko by być samemu w górach, w ciszy.
    Droga, którą wybraliśmy to bardzo uczęszczany szlak i nawet skoro świt można napotkać tutaj sporą ilość ludzi.
    Po początkowej, pionowej, ściance dochodzimy do zwykłej ścieżki, którą dochodzimy do głównej ściany żelaznej drogi.
    Jest przepięknie!
    Widokowo? bomba!

    Humory nam dopisują i metr, po metrze zbliżamy się do jakiejś grupki ludzi, która weszła na szlak przed nami.

    Aż szkoda, że tak szybko nam idzie, bo piękno znika z każdym metrem... mamy świadomość, że niebawem skończy się ferrata. Nim jednak przyjdzie koniec wspinania - trochę pionu  

    ...i jeszcze bardziej pionowo  Fajnie, coraz fajniej!
    Ekspozycja robi się znaczna - ktoś, kto nie ma obycia z wysokością, z pewnością na skórze będzie miał gęsią skórkę.
    Gdyby nie klamry i drabinki, to byłoby miejscami D...albo i lepiej 😮 

    Na końcówce - kultowe miejsce, drabinka nad przepaścią.

    I smuteczek  END ferraty. 
    Dochodzimy do schroniska Pisciadu.

    Robimy krótką przerwę, bo do właściwego celu jeszcze daleko.
    Cudowne miejsce.

    Idziemy ścieżką po lewej stronie. Teren łagodny później przechodzi w krótką ferratę A/B.
    Okolica? To są kloce, porządne kloce!

    Idziemy, idziemy - w górę, w dół... tak jakbyśmy doszli po drodze do kolejnego szczytu... jak później się okaże, po szczegółowych mapach - niechcąco weszliśmy na dwie góry  L'Antersass 2908 m n.p.m. oraz Sas de Mesdi 2980 m n.p.m. Świadomie na powrocie zaliczymy jeszcze jeden Piza Pisciadu 2985 m n.p.m.
    Te dwie, "niechcące" góry... to tak naprawdę niewielkie podejścia w całym masywie, w zasadzie stanowiące masyw Selli - niewielkie "pagórki".

    Ciepło  
    Mega przyjemny trekking.

    Z dołu, z narciarskiego szlaku SR cały masyw robi wrażenie...ale u góry, na górze? Jest zjawiskowo! Kosmicznie!

    Mijamy kolejne schronisko, tuż przed ostatnim, piarżystym podejściem na szczyt Piz Boe (w drodze powrotnej jemy sobie w schronisku lunch).
    W górę, w górę i jesteśmy!

    Kolejny trzytysięcznik zdobyty.
    I ponieważ na szczycie jest masa turystów (schronisko) - szybko uciekamy z tego miejsca po zrobieniu fotek.

    Widok w stronę Marmolady przesłaniają chmury... tak trafiliśmy - szkoda. Na fotki przyjdzie jeszcze czas... może innym razem.
    Za niedługi czas widoki wrócą, chmury znikną.
    Schodzimy.

    Uśmiechy na twarzach  
    Trawersujemy nieświadomie zdobyty w drodze na Piz Boe - szczyt. Tutaj mała ferratka, a w zasadzie kilkanaście metrów ubezpieczenia przed sporą ekspozycją.

    Po minięciu skrzyżowania szlaków kierujemy się w górę, i w prawo... podchodzimy nieświadomie zdobywając kolejną górę  
    Tutaj robimy dłuższą przerwę na jedzonko i wygrzewanie w słońcu.

    Widoki są nieziemskie!

     

    Patrzymy w dół - w stronę doliny, którą później przyjdzie nam schodzić.

    Nagromadzenie "kloców" jest oszałamiające!

    Po przerwie idziemy drogą powrotną w dół... 
    ...aż do skrzyżowania (przełęczka) na Piza Pisciadu 2985 m n.p.m.
    Idziemy go zdobyć! 
    40 minut pionowego, fajnego szlaku i jesteśmy na szczycie. Jest krzyż, wiadomo, że jest góra  Odhaczamy! 

    Widok w dół:

    Już tylko zejście do schroniska o tej samej nazwie...
    ...skręt w prawo i zejście łatwą ferratką do dolinki. Bardzo długi trawers na dole masywu - i żegnamy się ze szlakiem.

    Koniec niezwykłego, turystycznego dnia.
    Pogoda - sztos... z wyjątkiem pobytu na Piz Boe.
    Całość drogi (GPS) pod linkiem: Piz Boe + trzy inne kolosy 😉 | Hike | Strava
    Czas spędzony w górach 11:39:21
    Dla takich dni się żyje!
    Pozdrawiam
    Mariusz "marboru"
  10. marboru
    Różowa, piękna Tofana... moim zdaniem z Tofan najładniejsza
    Czy rzeczywiście jest różowa? Tak... gdy pada na nią słońce właśnie ma taką barwę więc nie trudno zgadnąć, że nazwa Rozes pochodzi od specyficznego koloru tej góry.
    @sstar w innym wątku mojego bloga wywołał do tablicy tą górę. On zapamiętał ją jako... niezbyt urodziwą, niezbyt ciekawą do wchodzenia - chyba, że coś pomieszałem?  
    Dla mnie i dla Pauli Tofana di Rozes, to ślicznotka, a sama droga na nią niezwykle ciekawa. Podobnie jak Lagazoi przeorana historią, przeorana wojną.
    Na początku spójrzcie na nią (fotka wykonana w dniu kiedy wchodziliśmy na Tofanę di Mezzo) - czyż nie jest piękna?

    Początek szlaku, podobnie jak w przypadku wspomnianego wyżej, w nawiasie trekkingu, zaczynamy przy Schronisku Dibona.
    Następnie trawersujemy (widać na powyższym zdjęciu doskonale) ścianę różowej piękności ścieżką ciągnącą się w stronę przełęczy Falzarengo.
    W dniu podejścia nad szczytem zawisła chmura.

    Idziemy, idziemy, a z samego rana zero żywego ducha.
    Po ok godzinie dochodzimy do początku ferraty... mijamy go, bo wiem (wcześniej wyczytałem), że gdy pójdziemy odrobinę dalej i lekko w górę, spotkamy mega wojenną ciekawostkę.
    Kompletnie tego nie widać na zewnątrz, co w środku 😮 i jakich gabarytów.
    @JC może Lagazoi, Tofana... rys historyczny, wojenny, to byłby mega ciekawy temat na "Tajemnice Selli" ?
    Proszę... wejście wygląda tak:

    ...z zewnątrz niby jaskinia - ale to tylko ułuda.
    To tunele wydrążone w skale. W czasie I Wojny Światowej toczono tu niezwykle zacięte walki... jak myślicie, kto wygrał i jakie były strony konfliktu?
    Zaraz po wejściu tablica mówiąca nam, co tu się "odwalało"  

    Miejscówka ma naprawdę swój klimat.
    Czuć chłód, czuć specyficzny zapach historii.
    Widok przez "okno" strzelnicze w stronę ośrodka 5 Torri:

    Eksponat:

    Po zwiedzeniu korytarzy, wracamy na szlak. Cofamy się, by dojść do początku ferraty.
    Jest on niezwykły - wchodzimy w kolejny labirynt wojennych korytarzy.
    Na początek drabina podejściowa:

    Cywilizacja turystyczna:

    Otwory strzelnicze na początku dają światło i można normalnie iść.

    Później już nie ma tak łatwo. Trzeba zaświecić czołówkę, bo jest ciemno jak noc.
    Z sufitu kapie woda, jest mroczno i tajemniczo. Korytarze się zwężają i kluczą w skale... ile się tak idzie? Na moje oko co najmniej kilometr, dwa. Wyobraźcie sobie skalę prac, którą tu wykonali żołnierze... a pewnie to tylko niewielka część korytarzy w tej górze, niewielka udostępniona turystom.

    Wychodzimy na zewnątrz i idziemy piarżystym szlakiem trawersując dalej górę. Trzeba bardzo pilnować drogi ponieważ oznaczenia są bardzo sporadyczne i małe w formie niewielkich czerwonych kresek namalowanych farbą na większych kamieniach.

    Kosmiczny klimat...

    Trakt zamienia się powolutku w półkę skalną.
    Urokliwie!

    Gdzieniegdzie pojawiają się ułatwienia... moim zdaniem są one zbędne w wielu fragmentach.

    Dochodzimy do wodospadu - WOW, co za miejsce!

    Od tego punktu zaczyna się zabawa i prawdziwa ferrata  Dużo miejsc (na moje oko, na D).

    Fajnie!

    Po pokonaniu pierwszej, pionowej ścianki wchodzimy na kolejną półkę - trawersujemy ją, z fajną ekspozycją - w bok.
    Dochodzimy do drugiego wodospadu.
    Ten nas nieźle zmoczył. Sporo w nim wody - tuż przy nim nawet nie ma jak wyciągnąć aparatu. Przeciwdeszczówki się przydały.
    Mniej więcej to miejsce (trzeba się mocno przyjrzeć by zobaczyć wodę - ona jest i było jej sporo, na fotce to niewyraźnie wyszło):

    Widoczki się odsłaniają, a my jesteśmy coraz wyżej.

    Po pokonaniu trawersu, kolejny raz wchodzimy w pionową skałę.

    Sporo ułatwień i klamr. Idzie się przyjemnie, a nam towarzyszy duża ekspozycja.

    Chwila odpoczynku i dalej w górę!

    Przyjemnie  

    Uwielbiam spacery ponad chmurami  
    Po kolejnym pionie... trawersy - raz w lewo, raz w prawo...
    Za plecami, od czasu, do czasu - między chmurami, Marmolada.

    Dochodzimy do ostatniego poważnego, moim zdaniem najtrudniejszego fragmentu ferraty.
    Pionowa ścianka, z małą ilością punktów zaczepienia na nogi... z małą ilością dobrych chwytów.
    Było trochę zabawy i adrenalinki  

    Mega, mega fajny fragment z twarzą przytuloną nie raz do przepięknej barwy, skały.
    Ferrata Giovanni Lipella pokonana.
    Wychodzimy na piarżysko kopuły szczytowej. Pół godziny marszu w kamieniach i jest! Szczyt.
    Tofana di Rozes 3225 m n.p.m.

    Na szczycie tradycyjna nagroda - puszka zimnej Coca-Coli, drobne jedzenie, przebranie, kilka fotek i droga w dół.
    Widoczki ze szczytu, to może przesuwających się chmur... (wcześniej na szlaku załapał nas półgodzinny deszcz ze śniegiem):

    Widoki są zachwycające w takiej scenerii i kołderką...

    Jesteśmy między chmurami!

    Wracamy drogą normalną kierując się do schroniska Rifugio Camillo Giussani.
    Docieramy do niego klucząc w skałach i kamiennym piargu po mniej więcej 1,5 godziny.

    Tutaj robimy kolejną przerwę.
    Kawa i coś słodkiego w takich okolicznościach przyrody? Bezcenne.
    Zwiedzamy poniżej schroniska znajdujące się zabudowania i ruiny zabudowań... co tu było? Pewnie pozostałości wojenne, bądź pozostałości po jakiejś starej infrastrukturze turystycznej? Ktoś coś wie na ten temat?
    Dalszy szlak jest łatwy ale niezwykle widowiskowy widokowo.
    Co kilka kroków oglądamy się za siebie.

    Kończymy naszą wyprawę po 8 godzinach i 37 minutach niespiesznej wędrówki i wspinaczki.
    Ślad GPS: Tofana de Rozes 3225 m npm | Hike | Strava
    To był jeden z piękniejszych naszych dni w górach.
    @sstar namawiam do powtórki tego szlaku  my z pewnością kiedyś tu wrócimy.
    Pozdrawiam serdecznie
    Mariusz "marboru"
  11. marboru
    Conturines 3064 m n.p.m.
    Lavarella de Fora 3034 m n.p.m.
    Lavarella 3055 m n.p.m.
    Ferrata Tru - Dolomieu
    Powyższe cele i szczyty - doskonale widoczne dla wszystkich narciarzy jeżdżących po La Villi  
    Start pieszy do ich zaliczenia zaczyna się na końcu trasy narciarskiej Lagazoi w Sciare. Auto zostawiamy przy schronisku Capanna Alpina (parking 5 EUR) i na początku idziemy w górę trasą narciarską, by po kilkuset metrach skręcić w lewo, wzdłuż strumienia.
    Przebieg wędrówki na GPS: Trzy trzytysięczniki 😀 | Hike | Strava
    Początek, to dość strome podejście...

    ...później odpuszcza i idziemy dość płaską doliną L'Gran Pian.

    Jest przepięknie i malowniczo - z jednej strony zieleń łąk...a z drugiej kosmiczne krajobrazy Dolomitów.
    Po kilku kilometrach na rozwidleniu szlaków skręcamy ponownie w lewo (wyraźne oznaczenie na tabliczkach).
    Idziemy już kamienną dolinką mając z lewej strony masyw Conturines, a po prawej Lavarelle.

    Do wyboru mamy dwie ścieżki - po lewej (przez wyschnięte jezioro) w kierunku najwyższego celu wędrówki i z prawej - tą wykorzystaliśmy do zejścia z dwóch pozostałych, niższych trzytysięczników.

    Droga jest mocno piarżysta - uciążliwa. Dobre buty na osuwające się kamienie są wskazane. Przydadzą się kije... nasze zostały w Polsce  
    Rzut oka w dół, za plecy:

    Na przełęczy kierujemy się w lewo pod ścianę głównego wierzchołka.
    Tu rozpoczyna się krótka Ferrata Tru - Dolomiue (skala B). Pionowe drabinki, klamry i żelazna lina - wszystko dobrze ubezpieczone mimo sporej ekspozycji. Można zakładać uprzęż, ale bez, też spokojnie da się to przejść. "Szpej" niech wezmą osoby, które nie lubią pionowych przepaści.
    Nam, razem z Paulą przejście tej mini ferratki zajmuje 15 minut (w tle poniższej fotki widać wyraźnie - po lewej - wierzchołek Lavarella de Fora):

    Jesteśmy na szczycie... a tu... zamiast krzyża figurka afrykańskiego wojownika z kołczanem i strzałami? 😮 
    Mega fajne!

    A może to jakiś Laudyjczyk z Południowego Tyrolu?
    Wie może ktoś, co oznacza nazwa Conturines? Może ta figurka ma coś z tym wspólnego?
    @JC myślę, że to jedna z tajemnic Sella Rondy i okolic Lagazoi. Może coś wiesz na ten temat?
    Conturines 3064 m n.p.m. zdobyty!  

    Widok ze szczytu  

    Chwila odpoczynku, po dość wymagającym trekkingu...

     ...i schodzimy do przełęczy.

    Tutaj foteczka w stronę tras narciarskich La Villi  

    I ponownie, żmudnie wspinamy się po bardzo ostrym piarżysku.
    Teraz mamy piękny widok na zdobyty, przed chwilą, pierwszy cel naszej wędrówki:

    Conturines w całej swojej okazałości:

    Ok 40 minut zajmuje nam wejście na Lavarella de Fora 3034 m n.p.m.
    Jesteśmy! Druga góra zaliczona!
    Tutaj już tradycyjny krzyż. Dość pokaźny:

    Widoczek:

    Kolejne 20 minut najpierw graniówką...a potem kilkusetmetrowym podejściem (znika poniżej, na zdjęciu po lewej stronie)...

    I jesteśmy na Lavarella 3055 m n.p.m.
    Krzyż też jest... mniej pokaźny, ale za to wyglądający jak ze sklepu jubilerskiego  

    Dzwonimy dzwonkiem... jemy kanapki. Robimy dłuższą przerwę na kontemplowanie przyrody i schodzimy.
    Widoczek ze szczytu:

    Droga powrotna okropnie się nam dłuży.
    Mimo posiadania ze sobą po 3,5 litra wody na głowę - w upalną pogodę, kończą się zasoby.
    Uzupełniamy butelki przy małym wodospadzie, przy ostatnim stromym zejściu do Sciare i trasy narciarskiej z Lagazoi.
    Woda jest ultra zimna i smaczna! Pycha.
    Kawa w schronisku Capanna Alpina? Boska! ...pijemy ją wspominając ostatni pobyt na nartach i wyciąg konny z tego miejsca, z zimy.
    Kończymy kolejną przygodę w Dolomitach  
    Mariusz "marboru"
  12. marboru
    Pitztal, to miejsce szczególnie mi bliskie. To tutaj dokładnie 10 kwietnia 2010 roku rozpocząłem swoją alpejską przygodę z nartami. Tym bardziej, że po drodze, gdzieś blisko Salzburga dobiegła nas informacja, bardzo niedobra informacja...
    ...zostawmy to.
    Lodowiec Pitztal odwiedziłem również będąc w podróży, razem z @JC, gdy odwiedzaliśmy pięć tyrolskich lodowców.
    Jesienią 2022, to był bardzo burzliwy czas w moim życiu... i? W ferworze walki, z problemami dnia codziennego, trafił mi się darmowy, 4 dniowy pobyt w niemieckim hotelu w GaPa. Grzechem byłoby nie wykorzystać narciarsko tej okazji. Najbliższy ośrodek czynny w listopadzie? W sumie była do wyboru cała wielka, lodowcowa piątka z Tyrolu.
    Wybór padł na Pitztal - raz, że sentyment, dwa, że Paula nigdy nie była na tym terenie narciarskim.
    Spakowaliśmy narty do bagażnika i w drogę  
    W zasadzie, można powiedzieć, że był to polski długi weekend listopadowy (trzy dni nartowania od 11 do 13).
    Dojazdy z GaPa - ok godzinki jazdy autem w pięknych, górskich okolicznościach przyrody.
    Trochę baliśmy się o dużą frekwencję, a jak się okazało nie było tak źle. Parking był w zasadzie pełen, ale jak człowiek się nie spóźnił i był na otwarciu, to nie musiał stać długo w kolejce - zalecam być kilka minut przed startem ON.

    Narciarze, to przede wszystkim miejscowi, a potem nacją dominującym Polacy oraz Czesi.
    Jak ja lubię to miejsce! Jak ja lubię, jak to nazywa @JC lotniska... moja nazwa, jest nieco bardziej brutalna: trasy - lochy!

    O tej porze roku, jak widać na powyższym zdjęciu - niektóre trasy są jednak ograniczone przez rozstawione tyczki i trenujących.
    Debiutantka na najwyższym lodowcu w Austrii:

    Trzy dni katowania tak małego ośrodka, to przede wszystkim czas na to, by szlifować technikę jazdy i upajać się wysokimi górami i zimą.

    No i oczywiście taras widokowy  Musieliśmy się tu pojawić na sesji zdjęciowej.

    Widok w stronę zjazdu do tras narciarskich:

    No i smaczna knajpka niemalże na szczycie  

    Poniżej, druga góra Austrii - ktoś pamięta nazwę i wysokość?

    Tutaj lodowiec jest imponujący...

    Z bliska:

    Widok z góry na drugą część ośrodka i mega fajną trasę czerwoną:

    Jak to mówi Paula: jak nie ma w górach "kloców" (w domyśle Dolomity), to muszą być szpice... są szpice - Pani zadowolona!

    Pogoda trafiła nam się wspaniała. Słoneczko, fajna przejrzystość i lekki mróz.
    Kapitalna jazda na nartach - stoki trzymały cały dzień, twardo, równo i szybko.
    To była druga moja jesień na nartach i powiem Wam, że koniecznie temat jest do powtórki!

    Pauli też się podobało - zarówno jesienne nartowanie jak i sam ośrodek.

    Coś w sam raz dla narciarskich zakochanych  

    Trzy dni minęły niesamowicie szybko i jak ktoś by mi wówczas powiedział, że to będą niemalże wszystkie moje narciarskie dni z sezonu 2022/23, to bym nie uwierzył... No ale cóż? Niezbadane są wyroki losu.
    Grunt, że wszystko się ułożyło, zdrowie wróciło i można od nowa tępić krawędzie!  
    Czy kiedyś jeszcze wrócimy na Pitztal?

    Również życie pokaże  
    Z narciarskim pozdrowieniem
    Mariusz "marboru"
    PS. Pierwsza wizyta na Pitztal - relacja:
    PS2. Druga wizyta na Pitztal - wpis na blogu:
    Krótkie video:
     
  13. marboru
    Pechowa przełęcz. Dlaczego?
    ...bo dopiero zrobiona rowerem za trzecim podejściem.
    Pierwsza próba - odpuszczona ze względu na upały +37... drugim razem odpuszczona ze względu na burzę i chłód.
    Jak to mówią - do trzech razy sztuka.
    Ruszamy z naszej kwatery i robimy krótką przerwę w Alleghe.

    Pogoda tego dnia jest również bardzo niepewna.
    Chmury przetaczają się nad szczytami i u góry wieje spory wiatr. Kieszenie mamy wypchane ciuchami - na dole jest dość ciepło i przyjemnie, później gdy nabierzemy wysokości będzie zimno.

    Na ścianie Civetty, powyżej miasteczka stoi chmura.

    Po krótkiej przerwie ruszamy w stronę Caprile. Mijamy most... i niestety nie ma tak pięknego widoku jak przy próbie numer 2 (foto), gdzie na dole kompletnie nie zapowiadało się na burzę.
    Z mostu - widok na Monte Civettę jest zachwycający  

    Odbijamy w lewo i zaczyna się podjazd.
    Początek jest stosunkowo łagodny. Trzyma 5 do 7% i jedzie się bardzo przyjemnie.
    Mijamy kolejne serpentyny, krótkie tunele i docieramy pod dolną stację gondoli na Marmoladę. Od tego miejsca (obok mamy trasę narciarską) zaczynają się główne trudności.
    Na początek bardzo długa prosta z nachyleniem ponad 10%... ojjj jest tu trudno.
    Przydałby się elektryk @JC  Eeee my jesteśmy twardzi!  

    Główna zabawa zaczyna się później - przy górnej stacji orczyka. Serpentyny, doskonale widoczne z trasy narciarskiej, czy wyciągu krzesełkowego ciągnącego się w stronę Arabby, dają naprawdę w kość. Trzyma od 12% po 17... i tylko na zakrętach nieco odpuszcza...ale tylko tak, by mięśnie złapały nieco powietrza. Z góry wygląda, to tak:

    Można powiedzieć, że jesteśmy już prawie w domu...
    ...jeszcze trochę i jesteśmy.

    Mijamy znak wskazujący przełęcz i schronisko... jednak szosa, jeszcze kilkaset metrów, ciągnie się w górę - jedziemy dalej i dopiero przy jeziorze jest kulminacja podjazdu i można powiedzieć, że "szczyt" przełęczy. Nieco dalej się zatrzymujemy na zdjęcia.

    U góry Marmoladowy lodowiec...
    ...a tuż przy nas - cudne, turkusowe jezioro.

    Jedziemy dalej do tamy.
    Tutaj nagromadzenie turystów, motocyklistów i rowerzystów.
    Robimy fotkę całej paczki  

    No i obowiązkowa fotka przy znaku, który jest tak oblepiony naklejkami, że go prawie nie widać.

    By zaliczyć najwyższy asfaltowy punkt, jedziemy tamą do końca, skręcamy w prawo, pokonujemy jeszcze dwie serpentyny o pochyłości ponad 12% i docieramy do najwyżej położonego schroniska przy szosie, restauracji i parkingu dla trakersów. Dalej już tylko szuter i szlak trekkingowy.
    Lodowiec z bliska:

    Zjeżdżamy, by przy początku tamy zrobić sobie przerwę kawową i naradzić się co dalej? 

    Ponieważ pogoda jest bardzo niepewna - dzielimy się na dwie grupy.
    Grupa bez ryzyka - ja, Michał i Jacek.
    Grupa ryzyka - Grzesiek i Paula.
    Pierwsza jedzie w dół tą samą trasą, którą tu dotarła (liczymy, że zdążymy uciec zapowiadanej burzy), druga zjeżdża w stronę Campitello, by później wrócić na kwaterę od strony Passo San Pellegrino - liczą, że nie będzie padać.
    Imponująca tama:

    I ostatni rzut oka na jezioro przed zjazdem:

    Rozdzielamy się...
    ...gnamy na dół, a hamulce chronią od nadmiernej prędkości.
    Segment przy wyciągu orczykowym, wspomniana długa prosta, zjazd tutaj, to KOM z prędkością ponad 115 km/h rowerem 😮 
    Ja się rozpędzam do 76 i widzę śmierć w oczach  
    Na szczęście cali i zdrowi docieramy we trójkę na sam dół.
    Zerkamy za siebie i już wiemy, że musimy się śpieszyć, bo burza nas goni... a grupę numer 2 na bank złapała.
    W Alleghe niestety nas dopada - chronimy się pod zadaszeniem, a potem gdy deszcz traci nieco na intensywności - ruszamy w trasę i ostatnie kilka kilometrów z podjazdem do kwatery pedałujemy w lekkim już deszczu.
    Grzegorz z Paulą jeszcze w Canazei bez opadu...
    ...za to ze świetną fotką, z rzeźbą przedstawiającą główną nagrodę z Giro

    Ale już ok 5 kilometrów dalej, w Campestrin - deszcz i burza.

    Początkowo chowają się w jakimś hotelu i restauracji licząc na to, że przejdzie...
    ...dzwonią do nas - my akurat uwięzieni w Alleghe.
    Umawiamy się tak, że (jesteśmy zdecydowanie bliżej mety) gdy dotrzemy na kwaterę - biorę auto i pojadę po nich.
    Trochę to trwało, a grupa numer dwa straciła cierpliwość - ruszyli. Po minięciu Moeny i rozpoczęciu podjazdu - rezygnują z dalszej jazdy. Są przemoczeni do ostatniej nitki i zziębnięci. Temperatura spada do jakichś 12 stopni.
    Moena z góry - początek podjazdu:

    W między czasie, biorę szybki prysznic, zakładam suche ciuchy i ruszam z misją ratowniczą.
    Dygoczących z zimna pakuję do auta przy dolnej stacji gondoli przy Alpe Lusia...
    ...teraz w "domku" już tylko ciepła herbata, jedzonko, serwis i czyszczenie rowerów - lulu  
    Jak widzicie Passo Fedaia, przy trzeciej próbie uległo, ale tanio skóry nie sprzedało.
    Ślad GPS: Passo Fedaia 🗻 | Ride | Strava
    Pozdrawiam serdecznie
    Mariusz "marboru"
  14. marboru
    Po dwóch akcjach górskich w tygodniu (Monte Civetta, Stella Alpina), kolejnym celem miała być Cima della Vezzana 3192 m n.p.m. przez ferratę Bolver Lugi - C.
    San Martino di Castrozza, to przepiękny środek narciarski, z którego jeżdżąc na nartach obserwujemy Pale di San Martino - przepiękny masyw Dolomitów... widać również prawie na wprost ferratę, którą zaplanowaliśmy.
    Ponieważ w nogach mieliśmy nie tylko dwie długie wędrówki w tygodniu, ale również kilka przełęczy na rowerze, tego dnia postanowiliśmy sobie nieco odpocząć na stosunkowo łatwym szlaku, wspomagając się dodatkowo kolejką.
    Z samego rana pojawiamy się przy dolnej stacji gondoli Colverde w San Martino di Castrozza. I tutaj popełniliśmy pierwszy błąd, bo kupiliśmy bilety na sam szczyt - czyli dodatkowo na kolejkę Rosetta co nas oddaliło od ferraty, a w finale na tyle nam zmąciło drogę, że dojścia do ferraty nie znaleźliśmy... ale o tym za chwilę.
    By w prosty sposób dotrzeć do ferraty - należy przejechać jedną kolejką, wyjść na szlak, po chwili odnajdując oznaczenia szlaku prowadzącego na ferratę.
    Docieramy drugą kolejką na ok 2600 metrów.

    A tu? Przepiękny płaskowyż  ze schroniskiem w środkowej jego części.

    Kierujemy się do schroniska by odnaleźć wskazówki co do naszej drogi.
    Okazuje się, że musimy zejść i to ok 400 metrów w dół...
    Widoki są niesamowite! Oglądając masyw od strony ON wygląda zupełnie inaczej, będąc tu na miejscu odnosi się wrażenie, że jest się w jakimś księżycowym, kosmicznym miejscu. Cudownie!

    Nasza ferrata jest gdzieś na wprost (poniższe zdjęcie) - wiemy o tym, więc schodzimy w dół, krętą ścieżką, wzdłuż gondoli Rosetta.

    Idziemy, idziemy i w pewnym momencie mijamy znak wyraźnie pokazujący nam kierunek ferraty i skręt w prawo... Wg GPS wydaj mi się jednak, że to nie tutaj, że musimy iść dalej. Idziemy jeszcze spory kawałek i zasiana wątpliwość w naszych głowach nie daje spokoju. Robimy naradę gdzie cała grupa postanawia kierować się znakiem, a nie GPS. Nawracamy. Podchodzimy do skał i okazuje się, że jest tu początek jakiejś żelaznej drogi. Idziemy w górę... Po kilkuset metrach kończą się sztuczne ułatwienia, jest szlak ale łatwy... Znowu narada. Wracamy, czy idziemy dalej? Mój GPS pokazuje, że jesteśmy na szlaku na przełęcz Bettega. Zapada decyzja - ponieważ jesteśmy w wyraźnym niedoczasie idziemy dalej w górę, postanawiając zrobić ferratę na zejściu.
    Teren jest piarżysty i wymagający dużej kondycji fizycznej... tuż przed przełęczą na skrzyżowaniu szlaków - jeden z kolegów postanawia iść w stronę schroniska. Wyraźnie źle się czuje - jego organizm źle reaguje na wysokość, wysokie tempo marszu (na Civettcie był też kryzys, na Stellę Alpinę nie poszedł). Robimy dłuższą przerwę, po posiłku odzyskuje wigor, na szlaku widać turystów, schronisko jest bardzo blisko. Odprowadzamy kolegów wzrokiem (zapewniał nas, że już wszystko jest ok) - drugi z nich dla bezpieczeństwa postanawia doprowadzić "kontuzjowanego" w bezpieczne miejsce i nawrócić do nas. Razem z Paulą czekamy aż wróci i dopiero kontynuujemy trasę dalej, we trójkę. Grzegorz przyjechał z nami w Dolomity tylko na rower, więc go dzisiaj też nie ma.
    Passo Bettega:

    Schodzimy w dół i trawersujemy Croda della Pala. 
    Szlak skręca w dolinkę i po chwili znowu wchodzimy pod górę.

    Jest epicko!
    Jest też śnieg... żywego ducha. Pustka, cisza i krajobraz nie z tej ziemi.

    Dochodzimy do przełęczy Passo del Travignolo na wysokość 2925 m n.p.m.
    Widok na dół:

    Po krótkiej przerwie kontynuujemy mozolny marsz pionowym piargiem do kolejnej przełęczki.
    Na jej szczycie drugi kolega ma kryzys fizyczny. Tak w kość dał mu ten piarg, że zwyczajnie nie ma siły. Mówi, że nie da rady pójść z nami na Cima della Vezzana  

    Ok. Chwilę dyskutujemy co dalej?... Jacek mówi, że potrzebuje odpocząć z pół godziny i zjeść. Ponieważ jesteśmy pod szczytem II Nuvolo 3075 m n.p.m., to my z Paulą postanawiamy wejść na ten szczyt, odpuszczamy główny cel tego dnia  
    Zdobywamy go po 15 minutach. Kolejny trzytysięcznik na koncie - nagroda pocieszenia.

     

    Jest przepięknie  

    Nie jesteśmy długo na szczycie, może 5 minut?
    Wracamy do Jacka. Na szczęście odzyskał wigor i siłę. Schodzimy w dół kontrolując co z kolegą chwila, za chwilą. Na szczęście z każdym metrem w dół jest wyraźnie lepiej.
    Ponownie znajdujemy się na Passo del Travignolo.
    Krótka dyskusja - schodzimy Via Normala, tak jak podchodziliśmy, czy skręcamy z przełęczy pod zejście do ferraty? Jesteśmy w wyraźnym niedoczasie i okrężna droga spowodowałaby to, że nie zdążylibyśmy na zjazd gondolą. Ostatnia rusza w dół 16:30. Główny temat - kondycja fizyczna Jacka. Zapewnia nas, że spokojnie da radę i woli schodzić krótszą drogą.
    Idziemy.

    Jest pięknie... tylko nie ma widoczności - na ścianie stoi chmura.

    Ferrata jest widowiskowa ale łatwa. Metry w dół znikają szybko - Jacek daje radę i wytrzymuje dość szybkie tempo schodzenia.
    Bardzo mi się podoba. Duża ekspozycja, piękne formacje skalne.

    Czas zejścia liczony na ok 3 godziny skracamy do 1,5 h.
    Kończymy żelazną drogę odnajdując kluczowe miejsce, które było sporo jeszcze przed nami gdy go szukaliśmy rano.
    GPS naszej wędrówki: II Nuvolo 3075 m npm | Hike | Strava
    Początek ferraty jest pięknie oznaczony i nie sposób go przegapić jak się trafi we właściwe miejsce:

    Ostatnie kilometry szlaku do kolejki Colverde pokonujemy biegnąc. Jesteśmy na stacji o 16:28... jedziemy w dół.
    W San Martino di Castrozza spotykamy się z Michałem, który postanowił zwiedzić miasteczko, wsiadamy do auta i jedziemy na kwaterę. 
    Po drodze, gdzieś na styku przełęczy zatrzymujemy się przy potoku górskim gdzie wszyscy chłodzimy stopy  
    Kolejny dzień w górach, z przygodami - kończymy bezpiecznie, to najważniejsze.

    Samą ferratę i Cima della Vezzana 3192 m n.p.m. jeszcze kiedyś zdobędziemy... Może tak się miało zadziać, byśmy tu wrócili? Z przyjemnością to zrobimy  
    Na koniec widok, panorama ze szczytu II Nuvolo.
     
    Pozdrawiam
    Mariusz "marboru"
  15. marboru
    Muszę sam siebie pochwalić  Uzupełnianie bloga, w ostatnim czasie, idzie mi dość sprawnie  Były narty w Val di Sole, były zaliczone szczyty i ferraty... i by treść bloga nie była zbyt nudna, pora na wpis z Dolomitów, ale tym razem rowerowy.
    Zacznę prawie od końca, czyli przedostatniej przejażdżki w tych pięknych, górskich okolicach.
    Letni pobyt w Italii, to baza w Celat - małej osadzie niedaleko Alleghe. Wszystkie wyprawy rowerowe zaczynamy zatem z górki a kończymy podjazdem.
    Generalnie okolice Alleghe, to świetna baza wypadowa zarówno w góry jak i na rowerowe, najbardziej znane z wyścigów Giro di Italia, przełęcze.
    Z przełęczami w naszym narciarskim życiu mamy również wiele styczności. I pewnie większość z Was je zna... ale może nie wszystkie. 
    Trasa "Tour de Monte Civetta", to dwie z nich: Staulanza znajdująca się przy ośrodku narciarskim i ta może być znana oraz Passo Duran, które z kolei może być mniej znane...a jest zdecydowanie bardziej widowiskowe.
    Tak! by objechać cały masyw Monte Civetty, wystarczy pokonać tylko dwie przełęcze.
    Mapa naszej wyprawy: Tour de Monte Civetta | Ride | Strava
    Skład naszej rowerowej paczki: Paula, Michał, Grzegorz, Jacek i ja - całkiem niezły peletonik  
    Jak już nadmieniłem startujemy z okolic Celat (bardzo dobra pizza przy rynku) i rozpoczynamy zjazdem do Sot Colaru, potem podjazd pod Alleghe i kierunek lodowiec Marmolada (najbardziej płaski odcinek trasy), w Caprile skręcamy w prawo do Selva di Cadore... i to już jest treściwy podjazd.
    Ostatni fragment jest niezwykle piękny. Droga wije się przy potoku Torrente Florentina.

    Jak patrzę za okno, jak jest szaro i buro dzisiaj, a zaraz potem zerkam na zdjęcia z niniejszej relacji, to chętnie przeniósłbym się w środek lata, wziął rower i... ehhh
    Zielono, błękitne niebo... po prostu pięknie.
    Rano było jednak dość chłodno - na rękach rękawki... a dodatkowo na zjazdy w kieszonkach nogawki i kurtka, wiatrówka.
    Paula na tle rzeczki i Monte Pelmo.

    Po drodze mijamy kilka tuneli. Na końcu podjazdu jest tutaj kilka serpentyn gdzie garmin pokazuje miejscami ponad 10%.

    Fajnie!
    Do Selva di Cadore docieramy dość szybko.
    Kiedyś w tej miejscowości mieszkaliśmy w zimę, gdzie mieliśmy być razem z @mifilim... ale dopadła go wredna kontuzja, i dosłownie na noc przed wyjazdem, musiał zrezygnować  Generalnie - ta miejscowość jest niezwykle malownicza i też jest doskonałym miejscem bazowym do uprawiania zimowego Skisafari.

    Jest pięknie  
    Podjeżdżamy i po chwili mamy lekki zjazd do Pescul, gdzie kiedyś zaczynaliśmy swój pierwszy pobyt w ośrodku narciarskim z "sówką". Jest tutaj dolna stacja krzesła i świetna, kręta, czerwona trasa narciarska.

    Zanim rozpoczniemy podjazd pod Passo Staulanza pijemy kawkę i jemy włoskie ciacho. W sumie to coffe ride i nigdzie nam się nie śpieszy.
    Coś cudnego być na rowerze w takich pięknych okolicznościach przyrody.
    Wjazd na przełęcz nie jest trudny - jest to jeden z łatwiejszych podjazdów w Dolomitach od tej strony oczywiście - z drugiej (nasz zjazd) nie jest tak kolorowo (ostatnio Giro podjeżdżało właśnie z przeciwległego kierunku). Pescul - przełęcz, to odcinek ok 5,5 kilometra ze średnim nachyleniem 6,5%. Szosa jest szeroka, asfalt bajka...a widok przed kolarzem?
    Taki...

    Monte Pelmo 3169 m n.p.m., mega kloc - jest piękny! Szkoda, że tutaj nie ma ferraty - chętnie bym na niego wszedł. Podobno jest jakiś szlak by na niego wejść, nie do końca oznaczony, wspinaczkowy... ale podobno również nie do końca jest to szlak? @sstar może coś wiesz na ten temat? W necie, w przewodnikach nigdzie nie mogłem znaleźć jakichś wiążących informacji na ten temat.
    Szczyt przełęczy nie jest widowiskowy. Poza znakiem z jej nazwą, dookoła jest las, przysłonięty widok na góry i hotel z restauracją. Nie zatrzymujemy się na długo. Grupa się porwała i musimy gonić na zjeździe.
    Sam zjazd jest nieziemski! Super szosa wyremontowana na najbardziej znany włoski wyścig. Rozpędzamy się w mgnieniu oka... po prawej stronie odkrywa się powoli sylwetka Monte Civetty. Uczta dla oczu!
    Mijamy kolejne trasy narciarskie i wyciągi. Mijamy nasz start na Monte Civettę - Pecol.
    Zjeżdżamy praktycznie jednym ciągiem do Dont (odcinek ponad 12 kilometrów ze spadkiem -6,3%). Tutaj robimy krótką przerwę na banana i batona, jesteśmy bowiem przed podjazdem na Passo Duran.
    Rozpoczynamy i od razu walczymy ze stromizną sięgającą miejscami 20%. Generalnie podjazd pod naszą drugą przełęcz tego dnia jest dużo trudniejszy. Mimo tego, że w środkowej jego części jest jakieś ok 1 km płaskiego terenu... to całość podjazdu 8,23 km jest ze średnim nachyleniem 8,8%... trzyma praktycznie cały czas ponad 10... a na środku w sumie, to dobrze że jest ta chwila oddechu na płaskim. Taki widok na masyw Civetty z tego fragmentu:

    Po opuszczeniu Chiesa wjeżdżamy w las, a sama droga się zwęża i przeradza w wijącego, w tym lesie, węża.
    Jest trudno, jest walka, pot, krew i łzy  
    Tuż przed szczytem przełęczy - wypłaszczenie:

    I jesteśmy! Kolejny cel zdobyty!

    Widoczek na drugą stronę:

    Pora na obiad w tutejszej mega fajnej i klimatycznej knajpce.
    Cała grupa znowu razem... bo na podjeździe każdy walczył ze swoimi słabościami w samotności.

    Jedzonko za 7 EUR:

    Po dłuższej przerwie przyszła pora na zjazd.
    Przed nami ok 12 kilometrów z nachyleniem ok -7,9% do miejscowości Agordo.
    Ponieważ na wysokości 1600 m jest chłodnawo, to do drogi ubrałem się  ze Staulanzy jak cięliśmy w dół, do Dont, strasznie zmarzłem bez dodatkowych ciuchów.
    Zakładam rękawki, nogawki i wiatrówkę.

    Mega fajnie się jedzie. Droga szersza, dobrej jakości, ruch samochodowy praktycznie żaden. Tniemy na dół, co chwila wyhamowując - okolica zachwyca, my wpadamy w zachwyt.

    Mega fajnie i przyjemnie. Tutaj z szosą nie ma szans nawet elektryk @JC  
    Z każdym kilometrem gdy tracimy wysokość robi się przyjemnie i ciepło.
    Widoki po drodze, oszałamiające. Mijane zabudowania i wioski niezwykle malownicze.
    Na dole ponownie przebieranka - bardzo ciepło.

    Samo Agordo jest cudowne! Zatrzymujemy się by na nie popatrzeć i wypić kolejną, szybką kawę.

     

    W naszej grupie zdecydowana przewaga Speca  

    Po przerwie, krótka narada...

    ...i w drogę - mamy do pokonania kilka ostatnich kilometrów oraz finalny podjazd pod kwaterę.

    Kolejne kolarskie cele zaliczone  
    Na samo wspomnienie tego lata, klimatu, pogody... przeniósłby się człowiek w czasie i miejscu.

    Z kolarskim pozdrowieniem
    Mariusz "marboru"
  16. marboru
    Po słoweńskiej przygodzie w Alpach julijskich nadszedł czas na pierwszą górę z trójką z przodu - trzytysięcznik.
    Narciarsko, od pierwszego wejrzenia, zakochaliśmy się w stokach Cortiny d'Ampezzo, a trasy przy pionowych ścianach tamtejszych Dolomitów robiły na nas, robią piorunujące wrażenie. Kto nie był, niech wpisze na krótką listę narciarskich celów.
    Tofana di Mezzo... to ona została wybrana na szczyt z trójką z przodu w naszej trekkingowej historii życia.
    Dotychczas najwyższą górą jaką zdobyliśmy był Triglav 2864 m n.p.m. 
    Doświadczenie na ferratach z literką D również mieliśmy... więc wybór był prosty - idziemy na Tofanę di Mezzo 3244 m (do dzisiaj, to najwyższy nasz szczyt) najtrudniejszą drogą - komplikacją ferrat: Punta Anna, Giani Aglio, Alla Tofana di Mezzo. Całość tej trasy nazywana jest również ferratą Giuseppe Olivieri.
    Punta Anna wyceniana jest na C/D... trudności D na moje oko, to może dwa krótkie odcinki.
    Giani Aglio i Alla Tofana di Mezzo - to ferraty A/B.
    Powrót - zjazd z pod szczytu TdM do ośrodka narciarskiego, podejście w górę jakichś ok 100 metrów w pionie i zejście łatwą Ferratą A/B nazywaną Giovanni Lipella.
    Podsumowując krótko powyższą trasę? Cud natury!
    Na mapie wyglądało to tak: Tofana di Mezzo - pierwszy 3 tysięcznik 😀 | Hike | Strava
    Start, to parking pod schroniskiem Dibona. Bardzo obszerny i wygodny - sam dojazd jest bardzo stromy i autem z małym prześwitem raczej bym się tam nie wybrał. Mimo tego, że droga jest utwardzona, szutrowa i najstromsze jej fragmenty (to trasa narciarska) są wybetonowane, to auto z niskim prześwitem może tu zostawić przedni spojler - nie polecam. Można pojazd zostawić gdzieś w obrębie końca drogi asfaltowej i podejść z buta.
    Świeci słoneczko! Idziemy  
    Wygląda to cudownie... widać ciemniejsze fragmenty z warstwowym osadzaniem się w czasie skałami.
    Gdzieś tam u góry jest nasz cel... 

    Tuż obok, druga z Tofan - di Roses. Przepiękna! Jeżdżąc na nartach w ośrodku 5 Torri, macie ją przed oczami cały czas. Cudowna jest, a sam ośrodek narciarski chodź bardzo mały, to kameralny i jeden z tych najlepszych, widokowych w Dolomitach.

    Nabieramy wysokości.
    Dochodzimy do górnej stacji krzesła przy tutejszej, pucharowej trasie narciarskiej. I podchodzimy do początku ferraty.
    Jest tak ładnie, że co chwila robimy jakieś zdjęcia...
    ...jest ich potem cała masa. Ferraty przechodzą jedna w drugą, i do samego szczytu jesteśmy zachwyceni tym miejscem.

     

    Niesamowitości...

    ...przyjrzyjcie się na poniższym zdjęciu widać krzesło i trasę narciarską. Ach jak tu się jeździ zimą!

    Trawers z klamrami, jeden z dwóch najtrudniejszych tutejszych fragmentów:

    Szlak...

    Widoki są tak piękne, że aż nierealne! Pucharówka z góry! 

    Graniowe fragmenty:

    Ułatwienia:

    Ktoś zrobił dziurę w skale 😮 

    Drugi fragment na D, ułatwień sporo:

    W dole Cortina...

    I mamy to!
    Jesteśmy na szczycie  

    Widoki są oszałamiające!

    Pijemy chłodną Colę (nasza nagroda za zdobycie szczytu)...i spadamy w dół.
    Najpierw do kolejki - szybki zjazd. Podejście pod Ferratę Lipelli...ostatnie chwile w skale i jesteśmy na dole pod schroniskiem Dibona.
    Całość czasu podejścia i zejścia z postojami 9:28:46.
    Cudowny dzień z pierwszym trzytysięcznikiem na koncie.

    Na koniec krótki klip z tego dnia  
     
    Pozdrawiam serdecznie
    marboru
  17. marboru
    Jak miło jest wspominać piękne chwile, które pozostaną w człowieku na całe życie  ...takich momentów w ostatnich trzech latach miałem wiele, może nie aż tak dużo na nartach, ale również związanych z Alpami. Dzisiaj Was zabiorę na mój 14 trzytysięcznik - tak, tak... na koncie mam już ich 15. Dlaczego akurat zaczynam pisać od 14go? Bo to, Monte Civetta, która jest bardzo mocno związana z narciarstwem (ośrodek narciarski z "sówką" u podnóża)... a ponad to? To moja wymarzona i przepiękna góra! Dlaczego jeszcze? Bo to trochę polski szczyt...
    W 1972 roku Jerzy Kukuczka po raz pierwszy pokonał tutaj jedną z kultowych wspinaczkowych ścian na Torre Trieste wytyczając Direttissimę dei Polacchi. Do dzisiaj wśród alpejskich wspinaczy, to jedno z trudniejszych wyzwań.
    Północna ściana robi już z oddali piorunujące wrażenie! Fascynuje i cieszy oczy... mógłbym na Civettę patrzeć godzinami.

    Mieszkamy w Alleghe... ostatnie moje dwa pobyty w Dolomitach związane są z tym miasteczkiem. Jest to świetna baza wypadowa latem, ale również dla narciarzy - zimą.
    Naprawdę, to doskonale położona miejscowość nie tylko dla trakersów ale również dla kolarzy. Oczywiście w ostatnie letnie wakacje mamy ze sobą nie tylko uprzęże, ale również rowery szosowe...ale opowieści rowerowe z tutejszych przełęczy, to zupełnie inna historia, którą postaram się Wam przybliżyć niebawem, w innych wpisach na blogu.
    Do naszego trekingu startujemy o świcie. Nasza ekipa: Michał, Jacek, Paula i ja. Jedziemy autem z Alleghe przez Selva di Cadore w pobliże (kilka kilometrów przed) miejscowości Pecol. Nasz wehikuł zostawiamy na parkingu narciarskim przy wyciągach krzesełkowych Pioda i Palafavera.
    Zakładamy na plecy plecaki i idziemy praktycznie po trasach narciarskich tutejszego ośrodka narciarskiego. Pniemy się w górę by z narciarskiej trasy Roa Bianca skręcić w pewnym momencie w stronę schroniska Coldai.
    Czas się dłuży i do Rifugio szlak jest ani ciekawy, ani trudny - mozolny. Powyżej schroniska jest już znacznie fajniej! Wchodzimy w teren "księżycowy" z nieziemskimi widokami - na tabliczkach już wyznaczony jest kierunek naszej ferraty.
    Trawersujemy i trawersujemy w stronę początku żelaznej drogi. Po kilku godzinach dochodzimy wreszcie na jej właściwy start. Zakładamy uprzęże.
    Tutejszy szlak w skali ferratowej wyceniany jest na D. Ktoś, kto nie ma obycia z ekspozycją, nie ma doświadczenia w trudnawej wspinaczce zdecydowanie powinien najpierw potrenować na drogach A, B i C.
    Oprócz wszędobylskich stalowych linek masę tu klamr i sztucznych ułatwień. Zdarzają się miejsca gdzie trzeba się trochę bardziej wysilić i powspinać bez ułatwień, w czystej skale.
    Uwielbiam to, a na fotkach wygląda to tak:

    Oczywiście obowiązkowe rękawiczki... bez tego na ferratach można szybko nabawić się kontuzji dłoni.

    Widoki?
    Proszę...

    Jest niesamowicie i magicznie! Poziom adrenaliny miesza się z serduszkami w oczach i w człowieku rodzi się miliony motylków... zupełnie jak przy zakochaniu.

    Obcowanie w górach, skałach... gdzie cisza i pustka, to przeżycie niemal mistyczne. Poza nami nie spotykamy zbyt wielu turystów.

    Człowiek jest malutki, tyciutki w bezkresie tej kosmicznej krainy...

    Ferrata Alleghesi jest naprawdę trudna i wymagająca nie tylko kondycyjnie ale również siłowo. Ręce równie ciężko pracują co nogi.

    Góra często również oszukuje...gdy już jesteś mega zmęczony i myślisz, że to szczyt, że już dochodzisz... ona płata figle, bo to nie jest jej zwieńczenie...to tylko tak wygląda, złudzenie. Iść trzeba dalej!
    Od zmęczenia jednakże ważniejsze jest to, co się dzieje w człowieku. Radość z pokonywania kolejnych metrów jest olbrzymia.

    W drodze oczywiście ważne jest by mieć odpowiedni zapas wody i jedzenia.
    W skład naszego, każdego plecaka wchodzą (prowiant):
    - 3 litry wody (uzupełniana woda w każdym napotkanym schronisku),
    - 4 hamburgery własnej roboty (ze schabowym i dodatkami w środku),
    - 3 batony energetyczne,
    - paczka kabanosów,
    - puszka Coca-Coli (naszym rytuałem jest jej wypicie na szczycie góry),
    Ferratomaniaczka  

    Sprzęt na sobie:
    - dobre buty trekkingowe (z rekomendacją na ferraty) wraz ze skarpetkami trekkingowymi,
    - bielizna i spodnie turystyczne (moje z rozsuwanymi nogawkami - można z nich zrobić spodenki krótkie),
    - koszulka termiczna, bluza termiczna,
    - uprzęż, kask, rękawiczki, okulary przeciwsłoneczne.
    Dochodzimy do szczytu...

    Pozostałości w plecaku:
    - lekki polar, koszulka termiczna na zmianę oraz kurtka przeciwdeszczowa, przeciwwiatrowa, czapeczka,
    - nóż, telefon, powerbank z latarką, czołówka,
    - dokumenty oraz ubezpieczenie, kasa  
    Mamy to!!! Szczyt zdobyty! Można napić się zimnej Coli  

    3220 metrów... niby niedużo, a jednak ktoś, kto nigdy nie był na takiej wysokości (mimo olbrzymiego doświadczenia w Tatrach) na tej wysokości może mieć kryzys.
    Jeden z kolegów taki ma... no i niestety zejście jest utrudnione. Brak siły, lekkie zaburzenia równowagi i trzeba być ostrożnym. Asekurujemy kumpla i robimy częste postoje.
    Schodzimy Via Normala mimo tego, że w planach było zejście ferratą Rif. Torrani.
    Na szczęście wraz z utratą wysokości kolega odzyskuje siły i zdecydowanie przyśpieszamy.
    Po tej stronie góry mamy sporo (na wymienionej drugiej ferracie) śniegu. Nie mając raków, tak, czy inaczej musielibyśmy zawrócić z tej drogi.
    Widoczek ze szczytu w stronę Alleghe - miejscowości, nieopodal której mieszkamy.

    Godziny mijają, a przed nami jeszcze szmat drogi. Na szczęście bez niemiłych przygód, a z pozytywnymi emocjami.
    Do aut dochodzimy tuż przed zmrokiem.
    Szczęśliwi z naszej zdobyczy i przygody!!!  
    GPS tego dnia pokazał:
    - przebyta odległość 28,66 kilometra
    - przewyższenie 2413 metrów
    - czas w ruchu 12:12:54
    - całkowity czas 14:50:14
    Ślad i mapa trasy (plus dodatkowe zdjęcia) pod linkiem ze Strava: Monte Civetta 3220 m npm | Hike | Strava
     
    Jesteście ciekawi innych trzytysięczników, na których byliśmy? Dajcie znać w komentarzach  
    Pozdrawiam
    Mariusz "marboru"
  18. marboru

    Stella Alpina
    Gwiazda alpejska, alpejska gwiazda... Stella Alpina, czyż nie jest to piękna i kusząca nazwa? Jest!
    Nie tylko słowa składające się na jej tytuł kusiły od lat, ale również sława ferraty, która ma miano najtrudniejszej w Dolomitach, bądź jednej z najtrudniejszych. Większość tych najbardziej znanych żelaznych dróg w Dolomitach za nami i wg naszej opinii, to jest najtrudniejsza z nich.
    Wycena i skala trudności to rzecz, która zawsze budzi emocje i jest kontrowersyjna... dlaczego? Bywa bowiem tak, że ta wycena jest podejmowana przez ludzi (w domyśle), którzy tam nie byli i dokonywana na podstawie ukształtowania terenu, z map. Dlatego opinie tych, którzy byli, mają skalę porównawczą jest niezwykle cenna. W internecie wbrew pozorom jest niewiele informacji co do poszczególnych ferratowych dróg...a w języku polskim? - można na ten temat znaleźć, dosłownie licząc na palcach jednej z rąk, bardzo małą ilość publikacji.
    Prawidłowa wycena Stelli Alpiny wg nas, po przejściu jej zarówno w górę jak i w dół, to D/E - bardzo trudna.
    Dlaczego aż tak? Tutaj mamy w zasadzie czyste wspinanie w skale. Żelazna lina służy głównie do asekuracji. Na całej trasie jest może dwie, bądź trzy ułatwiające wspinanie, klamry. Tutaj musimy mocno pracować zarówno szukając chwytów na ręce, rękoma jak i szukając punktów podparcia dla nóg. Obydwóch nóg i chwytów dla obydwóch rąk. To co znajdujemy często jest małą półcentymetrową rysą...albo nawet mniejszą. Dobre buty trzymające skałę, dedykowane na ferraty są wskazane. Bez rękawiczek na dłoniach można bardzo szybko uszkodzić sobie opuszki palców, co zdecydowanie może spowodować znaczące utrudnienie dalszej drogi, bądź nawet wycof.
    Mamy tutaj bardzo mocną ekspozycję pionową, trafiają się lekkie przewieszenia i czasami zwyczajnie nim człowiek pójdzie do przodu, to musi kilka chwil pogłówkować jak "to", dany fragment przejść. Moja opinia jest również taka, że zejście jest dużo trudniejsze niż wejście. Tu nie ma miękkiej gry, gdy znajdziemy się już w skale, jest walka.
    Dlaczego wchodziliśmy i schodziliśmy tą bardzo trudną ferratą? Odpowiedź znajdziecie poniżej.
    By dotrzeć do Gwiazdy Alpejskiej jedziemy autem do miejscowości Frassene, my jechaliśmy od Agordo. W tej alpejskiej osadzie kierujemy się na ulicę Via Domadore - mijamy dolną stację krzesła i dalej, praktycznie tą ulicą do końca drogi asfaltowej. Gdy pojawi się szuter, szukamy miejsca do zaparkowania auta. Polecam przyjechać bardzo wcześnie rano ponieważ tych miejsc parkingowych jest bardzo mało, max 6 pojazdów na moje oko.
    Początek szlaku, to komfortowa droga wzdłuż nieistniejącego już wyciągu krzesełkowego - kierujemy się na schronisko Scarpa.
    Swoją drogą szkoda, że ON, który tu istniał został zamknięty  Musiało tu być narciarsko bardzo fajnie, kameralnie. W necie też to umarło, nie wiadomo, czy w ogóle zaistniało? - trudno znaleźć cokolwiek na temat tutejszych tras narciarskich itp. Ciekawe, czy @JC tu jeździł? Jedyne co znalazłem, to mapka:

    Szlak do Rifugio jest mozolny, pokonujemy jakieś ok 600 m w pionie.
    By trafić pod żelazną drogę, gdy dojdziemy do znaku z poniższego zdjęcia, kierujemy się już bezpośrednio pod skalną ścianę, w prawo. Idziemy kilka kilometrów wijącą się ścieżką w górę. Trzeba się mocno pilnować, bo w wielu miejscach jest ona zwyczajnie zarośnięta i źle oznaczona. Można się pogubić - my się w pewnym momencie pogubiliśmy (to będzie widać na naszym śladzie GPS, który opublikuję niżej).

    Helikopter, który wyżej widać non stop pracował... co robił? O tym się dowiemy dużo, dużo wyżej...
    Dochodzimy do początku ferraty. Tutaj pokonujemy krótki fragment pionowej ścianki, przechodzimy kilkaset metrów w górę i dopiero zaczyna się zabawa.
    Nasza trasa z dołu wygląda tak:

    Początek, to jeszcze nie tak duża ekspozycja...

    ...później się zaczyna  

    Ujęcia pionowo w dół robią wrażenie.

    Teraz, we właściwej ferracie, w ścianie, jest hardkorowo.

    Zła pogoda, deszcz, burza, w tych okolicznościach przyrody dopiero by utrudniły poruszanie się...
    ...nie wyobrażam sobie tego za bardzo.

    Szkoda tylko, że stojąca chmura przysłania widoki.
    Miejscami nawet plecak na plecach przeszkadza.

    Jest mocno i niewiele jest miejsc, w których można odetchnąć.

    Czas ucieka, mięśnie zaczynają boleć, a końca nie widać.

    Kończymy ścianę po kilku godzinach. Wychodzimy na stromą łąkę i pniemy się w kierunku Monte Agner. Sama ferrata nie była celem naszej podróży. Celem była klasyka - zaliczenie Gwiazdy Alpejskiej, wejście na Monte Agner i zejście normalną drogą Via Normala.
    Po jakichś 3 kilometrach zbliżamy się powoli do schronu pod szczytem góry. Wraca teren skalisty, który trawersuje jakby wokół wierzchołka.
    Mimo, że jest ekspozycja...nie ma żadnych zabezpieczeń a tylko ślady po zabezpieczeniach, które były i ich nie ma... 

    Po kilku minutach na jednej z półek skalnych widzimy olbrzymią płachtę, potem drugą, a w nich nowe liny...
    ...później zaczynamy słyszeć głosy. To dwóch Włochów pracujących w skale i wymieniających żelazne zabezpieczenia tuż przed szczytem Agnera.
    Od nich dowiadujemy się, że szlak nie jest czynny w sezonie 2023 i musimy zawrócić 😮 Wcześniej kursujący helikopter dowoził na miejsce materiały budowlane.
    Dlaczego takiej informacji nie było przed Stella Alpiną? Włoska masakra piłą mechaniczną 😮 Symptomatyczne.
    ...wiedząc jakie trudności napotkaliśmy na wejściu, zejście wydaje nam się niemalże nie do zrobienia.
    Cóż? Mus, to mus.
    Zawracamy i po pokonaniu "łąkowego" szlaku docieramy pod ścianę. Tu się posilamy i lecimy w dół.
    Jest trudniej niż na wejściu ale powoli, w skupieniu, tracimy wysokość.

    Mięśnie palą żywym ogniem.
    Widać już schronisko i koniec naszej walki.

    Kończymy ferratę zaliczając ją w obie strony...a plan był na Monte Agner i normalne zejście, łatwą drogą. Może tu jeszcze kiedyś wrócimy i zaliczymy niespełniony plan. Kto wie?
    Przygoda zakończona sukcesem, mimo wszystko!
    Schodzimy szczęśliwi po 10 i pół godzinie z powrotem do samochodu.
    Podsumowując: Gwiazda Alpejska jest niezwykła, piękna i trudna. Nie byliśmy jeszcze tak blisko kamienia. Blisko tak, że niemalże poczuliśmy swymi duszami serce skał (ale poezja  ).
    Adrenalina, zmęczenie ale także satysfakcja i spełnienie. Ten dzień dał nam wiele poczuć i przeżyć. Zapamiętam ten dzień jako niezwykły i będę go pamiętał do końca życia.
    Ostatni rzut oka w stronę gór...

    Mariusz "marboru"
    PS. Ślad GPS: Ferrata Stella Alpina - Gwiazda Alpejska (wejście i zejście) 🗻 | Hike | Strava
  19. marboru

    Val di Sole
    Pierwszy raz w Val di Sole byliśmy równo dziesięć lat temu. Zrobiliśmy tę dolinę tylko w części, wypadało więc wpaść i uzupełnić naszą mapkę narciarską o Tonale, Ponte di Legno, Presenę i Pejo 3000.
    Dolomity di Brenta kusiły w sumie od dawna...
    Relację z przed lat znajdziecie pod linkiem: 
    Kierunek tego wyjazdu nie był tak oczywisty - w styczniu istotna w życiu narciarza jest pogoda... a w planach mieliśmy na początku Austrię. Prognozy nas zwiodły bo pokazywały dużo gorszą aurę po północnej części Alp, a po zabukowaniu kwatery w Italii, i potem w rzeczywistości, odwróciło się o 180 stopni.
    W efekcie - pierwszy dzień naszego wyjazdu i jazda w Folgaridzie i Marillevie odbyła się w śnieżycy. Chodź warunki nie były fotogeniczne, to trasy mocno czerwone, a zwłaszcza czarne były świetnie przygotowane i jak na dzień rozgrzewkowy super pojeździliśmy.
    Kilka zdjęć i gdzie jeździliśmy pod linkiem: Folgarida & Marilleva ⛷️ | Alpine Ski | Strava
    Wrócę do naszego, z @Paula wyboru kierunku - nie tylko prognoza nas skusiła do wyjazdu "w stronę doliny Słońca", również kwatera i jej cena. Udało nam się znaleźć, na kilka dni przed wyjazdem apartament 4 osobowy w cenie 2100 PLN (w opcji dla dwóch osób) w Crovianie (świetna lokalizacja do zwiedzenia całej Doliny Słońca). Trzecim elementem był karnet SuperSkirama w tańszym wariancie - niski sezon.
    Dzień drugi - nadal chmury (bez opadów), to jazda w Madonnie di Campiglio. Ważna zmiana w porównaniu do pierwszych odwiedzin - nowa gondola, zamiast krzesła, Fortini. Duża, wygodna i startująca po drugiej stronie ulicy (przy kolejce na Groste).
    Po kolei odhaczamy wszystkie trasy. Sporo repet robimy na czarnych - tutaj warunki narciarskie są najlepsze, i jest praktycznie pusto. Kultowa Spinale Direttissima zaliczona jest 3 razy.
    Mapka zjazdów i fotki: Madonna di Campiglio 🏔️🎿⛷️ | Alpine Ski | Strava

    Niestety aura trzeciego dnia trafia nam się najgorsza. Nie pada ale bardzo nisko zawieszone są chmury. Postanawiamy kontynuować jazdę w Madonnie oraz odwiedzamy Pinzolo. W tym drugim niestety spory zawód - nieczynne są zapamiętane przeze mnie jako doskonałe: czarna 100 oraz 117. Bez zjazdu do samego dołu - ten ośrodek jest zwyczajnie średni.
    Nawet w lesie mgła, chmura i jazda jest praktycznie po omacku.
    W Pinzolo mimo nowej gondoli i nowego budynku restauracji z knajpą jest trudno również o to, by dobrze zjeść. Po prostu jest tu za mało gastronomii (czynne trzy miejsca), przy niesprzyjających warunkach pogodowych wszędzie tłumy ludzi i nie ma gdzie usiąść. Na jedzenie uciekamy do Madonny.
    Tego dnia zmieniłem narty na długie i mega fajnie pojeździliśmy na powrocie w Madonnie - głównie opcje tras z gondoli 5 Laghi... zwłaszcza z pucharową Miramonti - było bosko!
    Nasze wyczyny z obrazami tego dnia: Madonna di Campiglio & Pinzolo | Alpine Ski | Strava

    Pogoda się poprawiła - na włoską  
    Czwarty dzień - kierunek Passo Tonale i pierwszy dzień eksploracji: Tonale, Preseny i Ponte di Legno.
    Robimy wszystko, co jest otwarte, zaliczamy praktycznie każdą trasę: Skiarea Pontedilegno-Tonale | Alpine Ski | Strava
    Ponieważ jesteśmy tu pierwszy raz, to chłoniemy każdy kilometr trasy.

    Oczywiście długie narty  
    Warunki są doskonałe. Mróz, słoneczko, pod nartą twardo i szybko! To lubimy.

    Zwiedzamy każdy zakątek.
    Mamy spory zawód, bo w Tonale po skrajnej części (od strony Ponte di Legno) jedna z tras czerwonych (dłuższa) jest zamknięta  Dlaczego? Trudno powiedzieć, bo z daleka jej początek i koniec jest doskonale przygotowany i wyratrakowany. Nie było żadnych treningów... może za mało śniegu w środkowej części? Po opadach z kilku wcześniejszych dni, trudno uwierzyć w taką opcję.
    Generalnie Tonale (przeciwna strona od lodowca), to konglomerat na miarę Białki. Bez wspomnianych tras czerwonych - skrajnych z obydwóch stron, to mega nudny ośrodek dla zaawansowanych narciarzy (chyba, że ktoś trenuje tyczki). Środkowa jego część, to wyciąg przy wyciągu, trasa, na trasie. Super miejsce dla uczących się narciarzy i z naszej perspektywy straszna nuda.
    Trasy skrajne? Super!
    Pani jest zadowolona...

    Lodowiec Presena?
    Wysoko, z pięknymi widokami i jedną trasą (w środkowej części tylko dwie płaskie opcje).

    Szczyt Preseny:

    Szybkie gondole i? 

    Świetna Paradiso  
    Cóż za jazda Panie i Panowie! Jedna z lepszych tras jakimi jeździłem.
    I gdyby nie Presena...to Tonale byłoby marne...
    Zjazd z samego szczytu lodowca do krzesła, którym przedostajemy się do Ponte di Legno, to bajka!
    Zwiedzamy Ponte di Legno. Bardzo nam się podoba! Wszystkie trasy w lesie, kręte, ostre i do wyjeżdżenia na maksa.
    Wariant czarny od orczyka do samego dołu? Boski!

    Generalnie ten ośrodek bardzo mocno przypomina Pinzolo...ale w odróżnieniu do niego, czynne trasy (jedna strona ośrodka) są do samego dołu. Druga, skrajna część ON - zjazd czarną do miasteczka - nieczynny  
    Nam się podoba, bo praktycznie nie ma tutaj żywego ducha. Jeździmy sami. Piec od góry, do dołu i warunki narciarskie doskonałe!
    Kończymy dzień czwarty - link do przebiegu naszej jazdy, tras, większa ilość zdjęć: Skiarea Pontedilegno-Tonale | Alpine Ski | Strava
    Dzień piąty, to dla nas powtórka tego co najlepsze na terenie Skiarea Pontedilegno-Tonale.
    W końcówce katujemy trasę czerwoną przy Passo dei Contrabbandieri... 8, czy 9 razy góra - dół!
    Niedaleko dolnej stacji krzesła - schronisko z pyszną pizzą - polecam!
    Mapka i więcej zdjęć na Strava... zwróćcie uwagę na segment z samej góry lodowca Presena do dolnej stacji krzesła, o którym wspomniałem wyżej - nazwa segmentu "Longest SKI ride in Presena"... najdłuższa trasa i GPS pokazuje tutaj: długość zjazdu 9,67 kilometra i przewyższenie 1665 metrów - WOW!!!
    Skiarea Pontedilegno-Tonale ⛷️ | Alpine Ski | Strava
    Ostatni dzień - Pejo 3000.

    Cudowny dzień na nartach!
    Ośrodek praktycznie również z jednym mega długim zjazdem (kilka wariantów) i przyczepionymi obok 3 krzesłami i krótkimi wariantami tras. Krzesło skrajne i trasy tam się znajdujące były nieczynne - treningi giganta (trochę to słabe, że w tak małych ośrodkach zamyka się wyciąg i trasę...choć nikt tam nie trenował cały dzień: stały bramki a zawodników ni widu, ni słychu 😮 Kto tym zarządza i jak?).
    Nie narzekamy! To nie jest główny cel tego miejsca. Głównym jest wysokość 3000 metrów i zjazd na sam dół.
    Dwie mega szybkie gondole, świetnie skomunikowane (najdłuższy czas oczekiwania na dużego "zwierza" max 3 minuty) i można jeździć...

    ...początek dnia, to trzy zjazdy na SL...potem wizyta w aucie i zmiana nart na GS - jazda w opór!
    Widoki na szczyty powyżej 3500 m npm... robią wrażenie!
    Początek trasy z 3 kilometrów npm:

    Cudnie i cudną panoramą sięgającą Marmolady w "drugich" Dolomitach.
    Zadowoleni  

    Można grzać...

    Twardo, równo cały dzień  

    Świetne narciarsko miejsce na cały dzień i bicie rekordów przebiegu na nartach.
    Nie wiem ile pełnych razy...ale coś ok 13 - zjazd z samej góry na sam dół bez chwili przerwy  

     

    Zbiornik na wodę do produkcji śniegu nawet ma kształt serca  

    Alpejski klimacik...

    Dzień kończymy rekordowym przebiegiem (wraz z wyciągami) 146,80 km z przewyższeniem 18070 m.
    Pejo 3000 ⛷️🇮🇹🌞 | Alpine Ski | Strava
    ...no i co się szybko zaczyna, szybko się też kończy.
    Val di Sole może trochę zawiodła pod względem pogody, ale dała nam kupę radości i świetnych przeżyć narciarskich.
    Zabrakło może ciepłych kąpieli na Presenie i lodowego noclegu... no ale przecież to już było we Vlogu @JC  
    Pozdrawiam serdecznie
    marboru
  20. marboru

    tyrolskie lodowce
    Po dziesięciu latach ponownie dzisiaj odwiedziłem Pitztal, najwyższy lodowiec w Austrii - 3440 m npm. 
    Moje wrażenia? To miejsce pozytywnie i górsko przytłacza! Ogrom gór, trasy lotniska, masa śniegu i lodu - to coś niesamowitego!
    Co się zmieniło? Została wymieniona główna gondola, która wozi narciarzy na najwyższy punkt ośrodka. Kiedyś to był, żółty, potrójny i posiadający stację pośrednią, "stojący" wyciąg. Teraz jest nowoczesna, szybka 8ka, w której można sobie swobodnie usiąść  
    Mam wrażenie, że u góry wytyczono jeden, bądź dwa nowe warianty zjazdu...mogę się mylić.
    marboru come back to Pitztal  

    Pogoda jaką dzisiaj trafiliśmy z @JC? Kosa!!!
    Delikatny mróz, piękne słońce, białego dostatek - mimo niedzieli niewielu narciarzy 😮 Trasy puste, kolejek do infrastruktury brak, pod nartą równo i masa naturalnego śniegu!
    Cudownie i bajecznie!

    Najwyższy szczyt Tyrolu i drugi szczyt Austrii, Wildspitze 3768 m npm... i dzisiaj było tam kilku skiturowców  Takie tury, to ja rozumiem! 😮 
    Widok w stronę szczytu, z kosmiczną restauracją po lewej, która również pojawiła się w między czasie, kiedy gościłem na Pitztalu pierwszy raz.

    I zbliżenie na obydwa wierzchołki - ten wyższy, właściwy z krzyżem.

    Gdy przybyłem na lodowiec po raz pierwszy, w kwietniu 2010, to pokochałem poniższy wyciąg i trasy biegnące po wschodniej części ON.
    To tutaj w zasadzie nauczyłem się w miarę przyzwoicie jeździć na nartach  
    Mam duży sentyment do tych czerwonych wagoników:

    Najdłuższy z orczyków od zachodniej strony niestety nie zostanie zastąpiony czymś innym - lód nie pozwala.

    Jaka szkoda, że moje GS zostały w domu  Dzisiaj był idealny dzień na długą nartę - zabrać mogłem jedną parę. SL dzisiaj też fajnie się jeździło - było kręcone i było też szybko jeżdżone - GPS pokazał maksymalną prędkość nieco ponad 76 km/h. Aż strach pomyśleć, co by było na moich czerwonych strzałach 😮 

    Niestety świetne, szybkie trasy, to też wypadki  
    Bez ubezpieczenia nawet drobny uraz może sporo kosztować, jeśli człowiek się nie zabezpieczy odpowiednio.

    Drugi dzień, drugi lodowiec odwiedzony
    W tej chwili jesteśmy z Jackiem już w dolinie Otztal - jutro będziemy sprawdzać, czy ktoś ze startujących w PŚ nie zgubił narty.
    ...ehhh szkoda, że nie było dzisiaj ze mną Pauli  Muszę ją koniecznie tu zabrać  ...i może dobrze! Będę miał kolejny powód do odwiedzin Pitztalu.

    Kończę ten wpis jak zwykle zapraszając Was do obejrzenia wszystkich zdjęć z tego dnia, które są zamieszczone w galerii forumowej, do której link niżej:
    Pozdrawiam serdecznie i już teraz zapraszam do mojego bloga jutro, na kolejny wpis i kolejny tyrolski lodowiec... a w zasadzie dwa  
    marboru
  21. marboru
    Świetny, kameralny i wysoki... Taki jest Sportgastein!
    Niesamowite trasy, cudowne widoki - co więcej dodać? Byłem zachwycony tym miejscem!

    Relację znajdziecie pod poniższym linkiem:

    Tutejsze czarne trasy robią wrażenie!

    Lotniska:

    No i tutejszy szczyt został również zdobyty  

    marboru
  22. marboru
    Umarła Slalomka, niech żyje Slalomka!
    W SkiAmade swoje ostatnie chwile, w pełnej sprawności przeżyły moje stare slalomki - Salomony XRace Ti 2014. Dzielnie służyły mi 6 lat i były świetne! Tą nartę do dzisiaj darzę olbrzymim sentymentem. To na nich doskonaliłem jazdę i to na nich jeździłem w kilkudziesięciu ośrodkach narciarskich w Alpach na niezliczonej ilości tras. Dziura w ślizgu została pokryta wklejką... drobne pęknięcie krawędzi dzielnie jeździło nie pękając do końca jeszcze...aż? Rozwarstwiła się jedna z nart Długo walczyły...oj długo i wiele kilometrów pokonały. Cóż? Będą to teraz moje szrotówki  
    Przyszło nowe!
    Błękitne strzały - STOCKLI Laser SL SRT12 Carbon.

    Dlaczego akurat te deski?
    Jeździłem na nich kilka razy. Ostatni raz na roczniku 2020/2021 na WorldSkiteście... Oczarowały mnie!
    Czym?
    Świetnym trzymaniem krawędzi, bardzo dobrym prowadzeniem w krótkim ale i w dłuższym skręcie. Dynamiką jazdy i energią.

    Długość pozostała bez zmian. Moje nowe SL mają 165 cm oraz promień skrętu 13,6 (XRace miał 13).

    Numer seryjny mojego nowego zakupu  
    Wykończenie tyłów nart - metalowe. Może nie rozwarstwią się tak jak Salomony?

    Wiązania SRT12:

    Tyły wiązań są takie:

    Przód wraz z karbonową najbardziej sztywną płytą:

    Podobno ta płyta zbliża tę nartę i to bardzo do charakterystyki nart komórkowych...
    Cóż? Niebawem się przekonam, czy dzięki płycie narta jest bardziej sztywna od dwóch innych płyt: Speed i MC? Na tych jeździłem.

    No to mam szwajcarski komplet  
    GS i SL Stockli.
    Niebawem dogłębne testy z jazdy, o których w niniejszym wątku na blogu napiszę.
    Pozdrawiam
    marboru
    PS. @Piotr_67 pamiętasz tą nartkę?  
  23. marboru
    Jak zwykle coś...
    ...co? Tym razem złośliwość przedmiotów martwych i awaria komputera.
    Miał być pisany blog "online" i niestety nie wyszło. Relację z podróży z @JC pisałem na telefonie - ehhh jak ja nie lubię tego robić, a ile pewnie błędów z tego pisania powstało. Wolę do tego samemu nie wracać, bo przecież edycji postów nie ma po takim czasie  
    By zachować kontynuację bloga zamieszczę po kilka zdjęć z odwiedzonych miejsc oraz powstawiam linki dla osób, które relacji nie czytały, a zaglądają do mojego kącika na forum.

    Pierwsze trzy dni, to ośrodek Hochkonig.
    Geneza wyjazdu, hotel oraz skitury znajdziecie pod linkiem:

    Tak, tak... zdarzył mi się kolejny epizod skiturowy!  

    Później było już narciarstwo trasowe i swoista tortura...

    Sztruksik  

    O tym przeczytacie, tu:
    Kolejny dzień "na tronie:":

    I przenosiny do Gastein.
    W królewskim ośrodku jak widać było królewsko iiii? Cudnie było się tu zjawić ponownie  

    marboru
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2021
×
×
  • Dodaj nową pozycję...