Narty - skionline.pl
Skocz do zawartości

marboru

VIP
  • Liczba zawartości

    7 223
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    599

Zawartość dodana przez marboru

  1. Dzięki Piotrze. Wybrać się koniecznie trzeba raz jeszcze... ...ja planuję to zrobić już niebawem - w zimę. Trzeba wyporzyczyć narty skiturowe i powtórzyć szlak na Tarnicę. Przy dobrych warunkach śniegowych spokojnie szlakiem przez Przełęcz Goprowców, potem Krzemień, Halicz, Rozsypaniec i Przełęcz Bukowską po wejściu da się zjechać praktycznie do samego Wołosatego. Oczywiście miejscami trzeba będzie podchodzić - no i trzeba będzie uważać, by poza szlak nie wyjeżdżać, bo to przecież Park Narodowy. Taki jest pomysł.
  2. marboru

    Rowerowe eskapady - relacje

    Źródło Sanu Trzy częściowa foto relacja rowerowa z wyprawy do "Źródła Sanu" oraz z Tarnicy w wątku pod linkiem: http://www.skionline.pl/forum/showthread.php/19356-Bieszczadzka-przygoda?p=200915#post200915 Zapraszam do lektury i obejrzenia zdjęć. pozdrawiam marboru
  3. Źródło Sanu część 3 Dwieście metrów dalej „Źródło rzeki San” i cel naszej podróży. Maluteńki ciek a potem taka spora rzeka… Poniżej fotka z okolic grobu hrabiny. Jeszcze kilkaset metrów i kilka dołączających cieków wodnych i San wygląda tak: Przepłynąć kajakiem z całą pewnością by się nie dało, ale szerokość i prędkość płynącej wody jest spora. Kolejne przeszkody dla rowerów i kolejny dopływ. [/url W okolice Bukowca docieramy inną drogą, drogą omijającą Beniową. Dzień powoli się kończy a my mamy jeszcze kilka kilometrów do przejechania. Na początku znowu szutrem… …a potem w stronę Tarnawy Wyżnej asfaltem. Zachód Słońca w Biesach: Mijamy stadninę koni i ścieżki dla jeżdżących konno. Na jeszcze zielonych łąkach piękne zwierzę: Kolory od błękitów, przez brązy, pomarańcze, do zieleni – cudowne barwy, widoki, miejsce! Mijamy składającą się z kilku zabudowań i kościoła Tarnawę. Robimy krótką przerwę przy barze i dostajemy ostrzeżenie by wracając uważać na grasującego w okolicy misia. Miś niestety, a może stety – nam się nie pokazał. Dzień kończymy super obiadem i piwkiem regionalnym w bardzo fajnej karczmie w Mucznem. Bieszczadzka przygoda dobiegła końca. 55 kilometrów rowerowego, górskiego szlaku zaliczone. pozdrawiam marboru
  4. Źródło Sanu część 2 Kierujemy się w stronę granicy i po przejechaniu około kilometra możemy z bliska podziwiać olbrzymie snopy oraz zagraniczny odcinek Bieszczad. Jesteśmy w pozostałościach Beniowa… Nazwa wsi pochodzi od imienia Benedykt, pierwszego osadźcy. Wieś lokowana na prawie wołoskim ok. roku 1537 przez ród Kmitów. Piotr Kmita Sobieński do 1553 r. dziedziczy Beniową, a po jego śmierci bezdzietna wdowa Barbara Kmita z Herburtów. Po jej śmierci w 1580 r. brat Stanisław Herburt. W roku 1709 wioska została spalona przez cofających się Szwedów (III wojna północna). Do 1772 województwo ruskie, ziemia sanocka. W okresie od 1772-1914 powiat sanocki, powiat podatkowy Lutowiska w Prowincji Galicja. Od roku 1905 przez miejscowość prowadzi linia kolejowa łączącą Użhorod z Samborem. W roku 1921 osada liczyła 582 mieszkańców, głównie greckokatolickich Rusinów należących do dekanatu turczańskiego. Do roku 1939 we wsi znajdował się dwór, którego właścicielem był Hipolit Frommer. W 1945 r. miejscowi Rusini zostali przesiedleni na mocy polsko-ukraińskiego porozumienia na Ukrainę w ramach wymiany ludności, a wieś została całkowicie spalona w czasie tzw. "akcji żniwnej" przeprowadzonej przez oddziały UPA. Byli mieszkańcy Beniowej mieszkają obecnie w okolicach Stryja oraz na Wołyniu. Od jesieni 1939 roku przez wieś przebiegała granica między Niemcami a ZSRR. Po roku 1951 wieś została formalnie podzielona między Polskę a Związek Radziecki. W latach siedemdziesiątych próbowano jeszcze na terenie Beniowej prowadzić gospodarke rolną. Obecnie w ukraińskiej Beniowej znajduje się kilkanaście domów, w których mieszka ok. 60 osób. W połowie sierpnia 2006 odbyło się tam spotkanie blisko 500 dawnych mieszkańców wsi oraz ich rodzin z Sianek i Dźwiniacza. Rozmawiano m.in. o pojednaniu polsko-ukraińskim. W polskiej części wsi znajduje się cerkwisko oraz pozostałości cmentarza. Ciekawostką jest kamień z rysunkiem ryby, będący prawdopodobnie elementem dawnej chrzcielnicy, znajdującej się w cerkwi. Na terenie dawnej wsi rośnie ponad 100 letnia lipa, stanowiąca pomnik przyrody. Źródło: wikipedia.pl Poniżej fotka z pamiętającą niejedno lipą: Pustka po miejscowości…łąki, zieleń, widoki i samotne drzewo… Kamień z rybą: Jedziemy w górę. Szlak się zwęża do malutkiej ścieżki ale mimo trudów da się jechać. Po chwili kolejna „sadzawka” utworzona przez tutejsze bobry. Docieramy do lasu, a tutaj zaczyna się robić powoli hardkorowo dla rowerów. Dajemy radę. Jesteśmy już w Siankach…a raczej w pozostałościach tej niegdyś bardzo tętniącej życiem narciarskiej miejscowości. Wieś lokowana na prawie wołoskim w 1560 roku przez ród Kmitów. Właścicielami oprócz Piotra Kmity od 1553 r. była Barbara Kmita, w 1580 r. – rodzina Tarłów. W 1589 r. – Jadwiga Tarło, a w 1663 r. – własność wspólna Zatwarnickich, Czarnieckich, Grochowskich. Od początku XVIII w. do 1939 r. – rodzina Stroińskich. Od roku 1905 przez miejscowość prowadzi linia kolejowa łączącą Użhorod z Samborem, jest tu dworzec kolejowy. W latach 1772-1918 pod zaborem austriackim, położona w powiecie turczańskim w austriackiej prowincji Galicja, 14 km od miejscowości Borynia, na granicy węgierskiej. Graniczyła z wsiami Beniowa, Sokoliki, Tarnawa Wyżna, Tureczki Wyżne, Butelka Wyżna, Jaworów i Użok. W roku 1880 wieś liczyła 355 mieszkańców, oraz 50 domów, zamieszkana była przez Polaków, Rusinów, Żydów i Niemców. W Siankach znajdował się także kościół i dwie drewniane cerkwie, obydwie pod wezwaniem św. Stefana. Parafia katolicka znajdowała się w Turce, unicka w Beniowej. W końcu lat dwudziestych Sianki odwiedził Józef Piłsudski wędrując także z dziećmi na Opołonek, do Skały Dobosza. Przed II wojną światową wieś była znanym ośrodkiem narciarskim. Działały tu trzy schroniska turystyczne, kilka domów letniskowych, liczne pensjonaty i restauracje. Znajdowała się tu również skocznia narciarska oraz tor saneczkowy. Pod koniec lat trzydziestych Sianki liczyły 1500 mieszkańców. Po 17 września 1939 roku przez wieś przebiegała granica między Niemcami a ZSRR. Po roku 1951 wieś została formalnie podzielona między Polskę a radziecką Ukrainę. W polskich Siankach obok fundamentów cerkwi pw. św. Stefana zachowały się do dnia dzisiejszego nagrobki Klary z Kalinowskich (zm. 1867) i Franciszka Stroińskich (zm 1893)– przedwojennych właścicieli tych dóbr. Miejsce to zwane jest "Grobem Hrabiny". W 1993 r. obok zrekonstruowano mury kaplicy cmentarnej. W pobliżu, tuż za Sanem i współczesną granicą polsko-ukraińską znajdowała się neogotycka kaplica pw. św. Jana będąca kaplicą grobową ostatnich pokoleń rodu Stroińskich. Jej ruinę ostatecznie zniszczono w latach siedemdziesiątych XX wieku. Źródło: wikipedia.pl Ruiny dworu Stroińskich w Siankach obecnie to jedynie fundamenty oraz grożąca zawaleniem piwnica tuż przy słupku granicznym. W dużo lepszym stanie zachował się grób hrabiostwa Stroińskich znajdujący się jakiś kilometr dalej. Chwila przerwy na batona z bananem i dalej w drogę – na najtrudniejszy rowerowo fragment. Po błocie, po korzeniach drzew, ze schodami i niezwykle wąskim leśnym przejściem. Teraz musimy częściej prowadzić i przenosić nasz sprzęt. Kolejna przerwa to kolejny taras widokowy na funkcjonującą do dzisiaj ukraińską miejscowością Sianki. Jeszcze kilkaset metrów po łące, lesie i docieramy do celu położonego na samiutkiej granicy. Radość jest wielka, bo miejsce ciekawe, odludne i położone na najdalej wysuniętym cypelku Polski na południe.
  5. Źródło Sanu część 1 Dzień drugi rozpoczynamy od pakowania i zwijania manatków. Idzie nam to dosyć wolno, więc na miejsce startu kolejnej przygody – tym razem rowerowej, do Mucznego docieramy przed dziesiątą. Szybko rozpakowujemy sprzęt… …i ruszamy do „Źródła Sanu” – jeden z najbardziej położonych punktów na południe na mapie Polski. Kiedyś, nie tak dawno temu, teren ten był zamknięty. Dostęp do niego mieli prominentni urzędnicy państwowi oraz najwyższe władze PRLu. To tutaj wczasowali się i polowali, nie tylko „przyjaciele” zza wschodniej granicy, ale również znani zachodni politycy. Dzisiaj, w XXI wieku mogą wszyscy odwiedzać to miejsce. Początek trasy jest łatwy. Podjazd łagodny a pod kołami asfalt. Gdzieś w oddali pedałuje Paula. Po chwili skręcamy w prawo i zaczyna się pierwszy szutrowy podjazd wzdłuż potoku Roztoki. Osiągając jego szczyt możemy napawać się przepięknym krajobrazem z tarasu widokowego. W trakcie zjazdów muszę uważać na większe kamienie i asekurować prędkość trzymając ręce na hamulcach. Pośród trzech naszych rowerów – mój nie jest przystosowany do takich warunków – to zwyczajny, raczej szosowy cross. W trakcie wspinaczki odczuwam również, że moje najniższe przełożenie jest dużo bardziej ciężkie niż w rowerach górskich. Mijamy kolejne wycinki drzew oraz ambony dla obserwatorów? W sumie nie wiem? Może i dla myśliwych…ale czy w Bieszczadzkim Parku Narodowym można polować? Chyba tylko z aparatem. Mieszkają tutaj przecież zarówno sarny, jelenie, ale również żubry, dziki, rysie, wilki i niedźwiedzie. Gnając na złamanie karku obniżamy znacznie wysokość i docieramy do potoku Halicz. Zapewne wypływa on u podnóża odwiedzonego dzień wcześniej szczytu o tej samej nazwie. Pokonując mostek… …przedostajemy się do pozostałości z dawnych lat. Fundamentów zniszczonej cerkwi i dwóch cmentarzy z XIX wieku oraz 12 zbiorowych mogił z czasów I Wojny Światowej. Wracamy na szlak i kierujemy się w okolice Bukowca gdzie znajduje się wejście na teren szlaku „Źródło Sanu”. Kupujemy bilety wstępu do parku po 6 złotych od osoby i zaczynamy główną część naszego dnia. Zaraz za kasami, po prawej stronie – mokradło. Chwilę potem przydrożny ukraiński, prawosławny krzyż z jakimś pisanym cyrylicą tekstem.
  6. Tarnica cześć 2 Kilkanaście minut marszu w górę i można chwilkę odpocząć na ławeczce na szczycie. Bułeczka, kabanosik i kontemplacja przyrody. Idziemy dalej a kolory bombardują nas na szlaku – niesamowicie bombardują! Ścieżka się zwęża i dalsza droga przebiega tuż przy ostrym zboczu Krzemienia. Sam Krzemień i jego skały z szatą roślinną robi na nas fantastyczne wrażenie. W połowie drogi na Przełęcz Goprowską 1160 m możemy zaobserwować Halicz z drugiej strony w całej okazałości. Przyroda czaruje nas coraz bardziej. Tutaj pomarańczowy wydaje się bardziej pomarańczowy a czerwony bardziej czerwony… Zbocze Krzemienia, Halicz a na dole wielobarwny las – magiczna kraina. Jeszcze chwila i ostrawe podejście z Przełęczy Goprowskiej w stronę Tarnicy i docieramy do skrzyżowania szlaków. Tutaj pojawia się masa turystów, którzy przybyli z krótszych i łatwiejszych do przejścia stron. Po chwili zdobywamy szczyt idąc niestety w tłoku. Robimy kilka fotek na najwyższym bieszczadzkim szczycie – 1346 m i opuszczamy Tarnicę udając się szlakiem w stronę Wołosatego, czyli miejsca w którym zostawiliśmy auto. Moja druga połowa na szczycie: Jeszcze tylko kilka fotek, ujęcie w stronę Ustrzyk Górnych… …i uciekamy w dół równie malowniczą ścieżką. Chwila wytchnienia od słońca w lesie – poniżej fotka Expata. Kończymy powoli nasz Bieszczadzki szlak z pierwszego dnia… …w zieleni łąk, wielobarwnym lesie i błękicie nieba. Ostatnie spojrzenie na Tarnicę… Chwila zadumy i kończymy naszą przeszło 23 kilometrową przygodę. Jesteśmy oczarowani Bieszczadami.
  7. Przyznam się, że nigdy wcześniej nie byłem w bieszczadzkich górach. W samych Biesach tak – ale były to, pobyty typowo wędkarskie albo żeglarskie nad Soliną. Postanowiłem w tym roku nadrobić straty i korzystając z pięknej pogody wyprawiliśmy się – ja z moją drugą połową i kumplem Piotrem weekendowo do Ustrzyk Górnych. Wyjechaliśmy w piątek popołudniu i do celu dotarliśmy na 22. Przed samą miejscowością – zaskoczenie i kontrola straży granicznej – coś takiego to również był dla mnie debiut. Noclegi w prymitywnych domkach ośrodka PTTK, na jeden dzień przed wyprawą tylko to było wolne – zdecydowanie nie polecam. Ale cóż „wygody”, zimna woda – najważniejsza jest przygoda. Wieczorem przy kartach obmyślamy plan na te dwa dni. Ponieważ mamy rowery i chcemy zaliczyć dzień pieszy oraz rowerowy wyboru dokonuje Kumpel (expat), który bywa w Bieszczadach kilka razy w roku i ma w tym względzie doświadczenie. Dzień pierwszy (sobota) – Tarnica. Wybór tego miejsca przeforsowałem ja, chociaż były inne ciekawe propozycje. Po zaliczeniu w tym roku najwyższych Górek Gór Świętokrzyskich i Gorców chciałem zwyczajnie mieć na koncie również najwyższy, bo liczący 1346 m npm szczyt Bieszczadów – Tarnicę. Wybór szlaku: Wołosate, Przełęcz Bukowska, Tarnica…a po drodze zaliczony również Rozsypaniec 1280 m npm oraz Halicz 1333 m npm. W Wołosatych na samym początku drogi odwiedzamy starodawny cmentarzyk oraz pozostałości (fundamenty) po tutejszej Cerkwi. Kierujemy się w stronę Przełęczy Bukowskiej na wysokość 1107 metrów. Na początku idziemy po asfalcie, a potem przechodzimy na wijącą się wśród drzew szutrową drogę. Mijamy malowniczy potok. I po jakimś czasie docieramy do przełęczy i granicy polsko – ukraińskiej. Mimo porannej słabej przejrzystości powietrza zaczyna nam się bardzo podobać. Widok za granicę: Po krótkiej przerwie w drewnianej wiacie ruszamy wąską ścieżką w górę. Na Rozsypaniec iść – to czysta przyjemność. Po minięciu linii lasu odsłaniają się nam tutejsze krajobrazy. Zmienia się również roślinność. Dominują trawy i drobne krzewy i krzewinki. Na pierwszym ze szczytów zaczyna wiać i mimo słonecznej pogody jest dosyć chłodno – dobrze, że wzięliśmy lekkie polary. Na wysokości 1280 m widok na dalszy nasz szlak – Krzemień i Tarnicę jest niesamowity w barwach jesieni. Jeszcze jedno ujęcie Królowej Bieszczad Tarnicy: Po zejściu z Rozsypańca – kolejnym szczytem do zdobycia staje się Halicz 1333 m. Po drodze widoki na ukraińską stronę.
  8. Piotrze z okazji Twoich "osiemnastych" urodzin, życzę Ci... ...przede wszystkim zdrówka... ...a zaraz potem tego, by Ci los sprzyjał, spełnienia marzeń, osiągnięcia założonych celów. Wielu, wielu dni na nartach w zbliżającym się sezonie, zawsze metra białego pod nartą. Samych dobrych rzeczy!
  9. marboru

    Rowerowe eskapady - relacje

    Umknęły mi Twoje posty Maćku - ogarnięte. Fotki super! Do Szczyrku wybierałem się już w zeszłym roku - ale niestety śniegu nie dowieźli... Ciekawe jak będzie w zbliżającym się sezonie? Mamy zatem podobne plany... ...z małą różnicą - planuję w ciągu dwóch lat spływ Wisłą od Goczałkowic do Gdańska kajakiem (ok 1050km). Co do rowerowych planów... ...marzy mi się przejazd jednośladem dookoła Polski, wzdłuż granic...no ale na początek przygoda na wodzie :smile: Może się dołączysz do projektów? Zapraszam - razem łatwiej się zmobilizować - numer telefonu w razie czego znasz :cheerful:
  10. Andrzejku myślałem, by do Ciebie się odezwać ale byłem z kumplem, któremu się śpieszyło i musieliśmy być z powrotem w Radomiu przed 15stą. Wyjazd spontaniczny mający na celu zademonstrowanie sprzętu znajomemu. Łyknął bakcyla :-)
  11. Jesienne Brody i Kamienna Kolejny mój pobyt na Zbiorniku Brody, utworzonym na rzece Kamiennej zaczęliśmy wcześnie rano. Pierwsze pół godziny uderzeń wiosłami było w totalnej mgle. Tym razem w planach było przepłynąć całość wody „stojącej” + dopstrągowanie do delikatnego progu wodnego na przedmieściach Starachowic. Własnoręczna próba sterowania żaglem. Na początku, gdy zdecydowanie poprawiła się widoczność podpłynęliśmy z kumplem pod zaporę, a następnie pod mostem drogowym i kolejowym wpłynęliśmy na niewielkie oczko. Zaczęło się wypogadzać. Widok pięknej, polskiej, złotej jesieni niekiedy zapierały dech w piersiach. Drzewa, różnokolorowe liście, błękitne niebo i delikatny wiaterek skłonił nas do kontemplowania przyrody…i drugiego śniadania. Po powrocie na „jezioro”, zaczęło delikatnie dmuchać… Gdy dmuchnęło nieco mocniej rozwinąłem żagiel. Kajak wyraźnie przyśpieszył sprawiając nam sporo frajdy. A ponieważ wiało nam w rufę, pokonaliśmy jeden most na „szmacie”… Potem drugi…i jeszcze spory kawałek udawało się nam żeglować pod prąd Kamienną. Okoliczni wędkarze byli pod wrażeniem poczynań naszego „jachtu”. Ponieważ trochę zdążyliśmy zgłodnieć – po złożeniu Triborda nadszedł czas na polskie hod dogi, które z braku czasu zostały spożyte na zimno. Dopłynęliśmy do zwałki… …a nad zwałką drewniany „most” z grzybami. Pomimo założonego skegu dmuchaniec przeszedł nad przeszkodą i spokojnie popłynęliśmy dalej pod prąd. Ten odcinek Kamiennej jest wyjątkowej urody. Kolega, który miał pneumatyczny debiut był zaskoczony urodą rzeki i jej krajobrazów. Kilkanaście minut wiosłowania, kilkadziesiąt zdjęć i udało nam się dotrzeć do celu. W tył zwrot i powrót z wyraźnym przyśpieszeniem na początku. Docieramy do napotkanej wcześniej przeszkody. Wygląda niczym brama do innego, magicznego świata. Wiosłujemy dzielnie i bardzo szybko, mimo przeciwnego wiatru dopływamy do Brodów. Robimy kółeczko wokół wyspy… …i kończymy pływanie. W cztery godziny udaje się nam pokonać dystans ponad 16km. To były niesamowicie malowniczy czas. pozdrawiam marboru
  12. Ponownie Domaniów Na Zalewie Domaniowskim już byliśmy w tym roku dwa razy. Ponieważ od niedawna posiadamy żagiel do kajaka oraz biorąc pod uwagę to, że mieliśmy wolne jedynie niedzielne popołudnie (28 wrzesień) - ponownie zjawiliśmy się nad ww akwenem. Wyjeżdżając z domu pogoda zapowiadała bardzo przyjemne chwile nad wodą. Słoneczko, temperatura +17 oraz delikatne podmuchy wiatru, dla kajako-żeglarstwa to idealne warunki. Pakowanie, półgodzinna jazda, 15minutowy czas rozłożenia sprzętu i jesteśmy już na tafli jeziora zostawiając nasze autko za rufą. Wieje nam prosto w twarz, więc by pożeglować musimy przepłynąć na wiosłach na drugą stronę zbiornika by nabrać wysokości i puścić się dziwnym, półwiatrowym halsem w stronę wpływającej do Domaniowa rzeki. Tribord łapie Beaufortowską jedyneczkę i Seawave wyraźnie przyśpiesza. Składamy jedno z wioseł, a drugim od czasu do czasu koryguję kurs. Już na samym początku wyprawy zauważamy, że poziom lustra wody wyraźnie spadł. Na środku zbiornika spokojnie można wysiąść z kajaka i zrobić sobie z oddali bardzo ciekawą fotkę: Dzika część zbiornika zamieniła się w jedną olbrzymią płyciznę. Na środku znaleźliśmy piaszczystą łachę, która jest rajem dla tutejszego ptactwa…nawet dla bocianów. Większość już odleciała do ciepłych krajów…ostał się tylko jeden: Przez to, że głębokości są tutaj niewielkie – zarówno żaglówki, motorówki, skutery wodne i łodzie wiosłowe mają tutaj ograniczenie w poruszaniu się. Zatopiona betonowa droga jest diabelnie niebezpieczna dla wszelkiego rodzaju większych jednostek pływających. W tym miejscu robimy sobie przerwę. Fotki, brodzenie po piasku i płytkiej nagrzanej wodzie ale przede wszystkim przez moment możemy poczuć się jak… Oprócz śladów bosych, ludzkich stóp możemy zaobserwować liczne tropy ptactwa oraz wędrujące małże, które pozostawiają wężowe ślady na dnie. Po kilkunastu wesoło spędzonych minutach Piętaszek wraz z Robinsonem odpływają kolejnym halsem w kierunku rzeki. Już na niej spotykamy płynącą przed nami rodzinkę łabędzi oraz pierwszych wędkarzy polujących z żywcem na szczupaki. Zbiornik Domaniowski zasilają cztery cieki wodne: Jabłonica, Szabasówka, Garlica i Radomka. W jednej z wcześniejszych relacji w wątku szukałem i nie znalazłem „źródeł” tej ostatniej – tym razem się udało. Za tabliczką oznaczającą początek zbiornika w Domaniowie, za drewnianą kładką, po prawej stronie brzegu (patrząc w czasie pstrągowania) jakieś ok 300 metrów dalej – jest ujście! Wpłynęliśmy jakieś 50 metrów i niestety więcej bez wychodzenia z wody i karkołomnej przenoski nie dało się przepłynąć – przeszkoda: mega krzaki. Szkoda, że nie udało się zobaczyć co dalej. Z mapy wynika, że dotarlibyśmy do stawów hodowlanych i lasu. Dziki i wąski fragment rzeki mógłby być bardzo ciekawy ze względu na swoją niedostępność. Sam moment połączenia nurtu Radomki z połączoną Garlicą, Szabasówką i Jabłonicą jest wczesną jesienią przepiękny. Płyniemy dalej pod prąd. Przy obecnym stanie wody jesteśmy w stanie zobaczyć przeszkody, których wcześniej – wiosną nie było nawet widać. Wędrujemy w górę mijając przyjaźnie tym razem nastawionych wędkarzy, którzy siedzą na brzegu, niestety bez efektów połowowych. Po lewej i prawej stronie kajaka widoczny żółciutki piasek dna. Mijamy pozostałości mostu i umiejscowioną przy brzegu, ale w wodzie ławeczkę. Przepływamy jeszcze kilka zakrętów w tunelu z zieleni i docieramy do połączenia Jabłonicy i Szabasówki. Ze względu na niski poziom wody, nurt jest zdecydowanie silniejszy niż wiosną. Ponieważ głębokość nie skłania do dalszego przedzierania się w głąb lądu, zawracamy docierając do widocznego powyżej punktu. Powrót na jezioro jest szybki i przyjemny. Tutaj ponownie nabieramy wysokości, po to by jeszcze raz rozłożyć żagiel i dopłynąć do auta z wiatrem. W niecałe trzy godziny na wodzie udaje się nam pożeglować, popstrągować i mknąć z nurtem niczym kajakarze górscy. Wodna przestrzeń jeziora, uroki nizinnej rzeki jesienią – to wszystko dzięki niesamowitemu wynalazkowi jakim jest kajak pneumatyczny. pozdrawiam marboru
  13. Festiwal Ziemniaka, to coroczna impreza kończąca sezon letni w Muzeum Wsi Radomskiej. Co wówczas się dzieje? Organizowany jest festyn folklorystyczny ze śpiewami i tańcami ludowymi, z pokazami twórców sztuki ludowej oraz zwyczajnie z wykopkami i pichceniem ziemniaczanych potraw. W tym roku, w zeszły weekend, w niedzielę miałem przyjemność na tej imprezie być. Poniżej kilka fotografii samego skansenu wraz z budynkami zrobionych w trakcie trwania festiwalu. Stragany wśród starych, gospodarskich zabudowań: Drewniany kościółek: Bajkowa chatka: Wiatraki: Dworek szlachecki: Sypialnia, a pod łóżkiem wc… Staw w Muzeum Wsi Radomskiej: Kładka prowadząca na mokradła: Zielone bagno: Wnętrzne starej chaty z Solca nad Wisłą: Festiwal Ziemniaka i ziemniaki sprężynki: Zachęcam do odwiedzin skansenu. Warto podróżując trasą numer 7 za Radomiem (w stronę Kielc) zboczyć 500m i zrobić sobie małą przerwę w podróży.
  14. marboru

    Rowerowe eskapady - relacje

    Niezły sierpień, piękny wrzesień, słoneczny październik a wątek rowerowy zamarł? Johnny śmiga (na Endomondo rekordy), nic nie pisze... Maćku gratulacje za trasę powyżej 120km dziennie! Taki wynik cieszy w kontekście Twojego kontuziowanego kolana. Do zimy będzie ok jak będziesz dalej prawie codziennie śmigał. Kmarcin zakupił kolarkę i pierwszy raz w życiu rozdziewiczył 100km jednego dnia (dane Endomondo). Również gratulacje! Kolego może byś skrobnął coś więcej o swoim sprzęcie w wątku? Expat - w tym sezonie śmignął już tysiączek... A ja? Cóż... Ćwiczę wieczorami, ćwiczę rankami. Regularna jazda, do max 50km dziennie. Wczorajszy zachód Słońca... ...i zmierzch: Pochwalę się również małym sukcesem i pobiciem swojego rekordu przejechanych kilometrów z zeszłego roku. Sezon nadal trwa, więc na razie nie ma co zdradzać szczegółów... Cel postawiłem sobie ambitny - ale o tym na podsumowanie 2014, rowerowego roku. Pozdrawiam cyklistów!
  15. W miniony weekend, w czasie pięknej pogody udało się nieco pospacerować po Sandomierzu. Miasto to, leży niedaleko Radomia więc miałem przyjemność już wielokrotnie w nim bywać – niestety zawsze człowiek pędzi, śpieszy się i nigdy nie miał czasu na to by spokojnie po nim pospacerować i pozwiedzać. Teraz postanowiłem zajrzeć, to tu, to tam. Kilka słów z Wikipedii: Ślady pierwszego osadnictwa na tych terenach, znalezione w wykopaliskach archeologicznych, pochodzą z neolitu. Osada – w X w. na terenie wzgórza zamkowego, od XI wieku gród, siedziba książęca oraz miasto wojewódzkie. Obok zbudowanego później Domu Długosza powstał w sąsiedztwie drugi gród, który dał początek miastu. Dzięki położeniu nad Wisłą, w miejscu przeprawy szlaku handlowego z Europy Zachodniej na Ruś, Sandomierz szybko zyskiwał na znaczeniu. „ Boleslausvero, in Wratislaw, et in Cracovia, et in Sandomir, sedesregniprincipalesobtinuat. ” — Gall Anonim, Kronika polska, II, 7–8. W czasach Bolesława Chrobrego miasto pełniło bardzo ważną rolę. W średniowiecznej Polsce obok Wrocławia oraz Krakowa zaliczone zostało przez Galla Anonima do jednej z trzech głównych siedzib Królestwa Polskiego. W okresie rozbicia dzielnicowego był stolicą Księstwa Sandomierskiego, a przez około 700 lat również miastem wojewódzkim (pierwszy wojewoda Pakosław, ur. 1182, zm. 1203; ostatni wojewoda Rafał Amor Tarnowski). Pierwszym władcą (w okresie od 1146 do 1166) był Henryk Sandomierski, syn Bolesława Krzywoustego. Pierwsza inicjatywa lokacyjna na prawie niemieckim dotycząca Sandomierza miała miejsce przed rokiem 1243. Miasto zostało zdobyte przez Tatarów w 1259 za czasów Piotra z Krępy, o czym wspominają Pieśni Sandomierzanina. Za namową Wasylka Romanowicza w 1260 miasto poddało się TataromBurundaja. Po zniszczeniach w czasie najazdów tatarskich, ponowna lokacja w 1286 nadana przez Leszka Czarnego. Ponownie handel odegrał ważną rolę w rozwoju miasta w XV wieku (Sandomierz leżał na trasie drogi wiślanej związanej z handlem zbożem). XV – XVII wiek to okres częstych pobytów dworu i króla w Sandomierzu, czas zjazdów szlacheckich. Od 1437 roku do 1441 roku w Sandomierzu przebywała cesarzowa Barbara Cylejska, wdowa po cesarzu Zygmuncie Luksemburczyku, wygnana z Węgier przez swojego zięcia Albrechta II Habsburga. Bywał tu m.in. król Zygmunt II August zapraszany przez starostę sandomierskiego i hetmana wielkiego koronnegoJana Amora Tarnowskiego. W 1570 r. miał miejsce zjazd reprezentantów działających w Polsce nurtów reformacji, w wyniku którego doszło do podpisania tzw. zgody sandomierskiej – porozumienia w obronie przed kontrreformacją. Okres wojen szwedzkich to ponowny upadek miasta spowodowany zniszczeniami. W 1613 r. otwarto Kolegium Jezuickie w Sandomierzu. W 1623 r. Jakub Bobola (zm. 1636) – podczaszy sandomierski, prawdopodobnie stryjeczny brat św. Andrzeja Boboli, założył przy kolegium konwikt dla 12 młodych, należących do zubożałych rodzin, szlachciców i zapisał na ten cel 15500 zł. na dobrach swych Wilczyce. W 1635 przeznaczył na pomieszczenie konwiktorów swą kamienicę, stojącą do dziś dnia w Rynku miasta Sandomierza. Ta „FundatioBoboliana” z 27 lipca 1623 przetrwała aż do kasaty zakonu jezuitów. W 1865 roku po zdaniu egzaminu kwalifikacyjnego, Karolina Kraczkiewicz została pierwszą świecką nauczycielką w Sandomierzu. W okresie zaborów Sandomierz stał się miastem pogranicznym między Królestwem Polskim a Galicją i stracił swoje znaczenie administracyjne, a także gospodarcze. Dodatkowo został dość poważnie zniszczony przez I wojnę światową. Po odzyskaniu niepodległości przez Polskę miasto wyrwało się ze stagnacji i zaczęło się prężnie rozwijać. Według planów Eugeniusza Kwiatkowskiego z 1935 roku miało wkrótce stać się stolicą Centralnego Okręgu Przemysłowego z ponad 100 tys. mieszkańców. W 1939 roku miał stać się stolicą nowego województwa, czyli województwa sandomierskiego. Plany te zniweczyła II wojna światowa. Wojska radzieckie wkroczyły do Sandomierza 18 sierpnia 1944 roku. Miastu oszczędzono zniszczeń wojennych. W latach 1975-1998 miasto administracyjnie należało do województwa tarnobrzeskiego. Od 1999 jest miastem powiatowym średniej wielkości w województwie świętokrzyskim i ważnym ośrodkiem turystycznym. Nadmienię, że w tutejszym Parku Piszczele znajduje się prowizoryczny wyciąg narciarski. Pierwszym miejscem, które odwiedziłem była XIV w. Brama Opatowska. Przy niej spotkałem śmierć… Kupując bilet za parę złotych można wejść na tę budowlę i stąd podziwiać panoramę całego miasta oraz królową polskich rzek – Wisłę. Na przepięknym rynku znajduje się ratusz, a w pobliskich sklepikach można kupić przepyszne lody. Miasto Sandomierz, to jedno z miast królewskich Korony Królestwa Polskiego – kiedyś, kiedyś to była w naszym kraju jedna z najważniejszych aglomeracji i ostoi polskości. Pod całym starym miastem i zabudowaniami znajdują się piwniczki, tunele z dawnych lat. Obecnie, dla turystów udostępniona jest podziemna trasa turystyczna. W trakcie jej zwiedzania można się sporo dowiedzieć o historii miasta oraz o legendach z nim związanych. Jedna z komór wygląda tak: Kolejnym z odwiedzanych miejsc był Zamek królewski w Sandomierzu: http://pl.wikipedia.org/wiki/Zamek_w_Sandomierzu W jego wnętrzach można obejrzeć sporo ciekawych wystaw. Ekspozycję etnograficzną, nawiązującą do historii rybactwa, salę Jarosława Iwaszkiewicza, dwunastowieczne piękne szachy z rogu jelenia, piękny miecz wyłowiony z dna Wisły, kolekcję monet rzymskich, obrazy Cezarego Łutowicza oraz piękną kolekcję biżuterii z krzemienia pasiastego. Po wyjściu z Muzeum warto udać się do wąwozu lessowego Królowej Jadwigi. 500 metrów pięknej przyrody: Z dotacji Unijnych w Sandomierzu powstała piękna mini marina wraz z infrastrukturą. Po zasięgnięciu informacji dowiedziałem się, że spokojnie można niewielki namiot rozbić na jej terenie, skorzystać z bezpłatnych pryszniców i nieźle zjeść w tutejszej restauracji. Cóż? Brać tylko kajak i spływać kajaczkiem po Wiśle. Na sam koniec wycieczki odwiedziłem Katedrę, tutejszą XIV w Bazylikę narodzenia NMP. Wnętrze jest po prostu przepiękne… Niby kilka miejsc, a zleciał cały dzień… …plan spaceru po Górach Pieprzowych został odłożony do innej okazji – może jesienią gdy liście na drzewach będą miały bardziej wyraziste kolory? Kto wie? pozdrawiam marboru
  16. Test żagla Tribord w kajaku pneumatycznym W dniu wczorajszym miałem przyjemność przetestować wreszcie mój nowy nabytek – Dekathlonowski żagiel do kajaka Tribord. Koszt tej zabaweczki to niecałe 2 stówki. Model ten, jest składany i mocowany na dziobie kajaka w eleganckim etui – wygląda to tak: Przeznaczony jest do pływania z wiatrami pełnymi. W czasie gdy nic nie dmucha – można jedynie się trochę powygłupiać i pośmiać walcząc z niesfornym przedmiotem. …ale gdy choć ciutkę przywieje i załogant jest sprawny – łapie wiatr, to prędkość pływadła nie jest wcale mniejsza niż w czasie wiosłowania. Żaglem steruje się poprzez dwie linki na krótko, przy minimalnych ruchach powietrza… …lub po zamocowaniu linek rzepami do kokpitu po prawej stronie: i lewej: …w czasie większych podmuchów: Spokojnie linki można puścić i kajaczek zasówa jak ta lala po wodzie z wypełnionym mini „spinakerem”. Mocowanie z przodu – czterema paskami z rzepami w sposób bardzo prosty. Dwa do uchwytu do przenoszenia na dziobie… …oraz dwa do plastikowych kółeczek, do których są przymocowane linki pokładowe na dziobie przy pierwszym miejscu w kajaku. Test wypadł wyśmienicie. Składanie, rozkładanie na wodzie bezproblemowe i wygodne. Składanie – poprzez pociągnięcie widocznej „tasiemik” na środku żagla w kolorze czarnym w dół – żagiel łamie się w ósemkę – na bokach podkleja się rzepami by zminimalizować kształt przedmiotu – następnie całość wkładamy do pokrowca, oczywiście wówczas gdy nie chcemy dłużej go używać. Rozkładanie – odlepienie trzech rzepów – żagiel rozkłada się sam, siłą sprężystości obszytego tkaniną cienkiego „pałąka” stanowiącego konstrukcję i kształt całego żagla. Prędkość przy wietrze ok. 1,5 w skali Buforta (żagiel ok. 2m kwadratowych) dawała już niesamowitą frajdę i zabawę – …i już nie mogę się doczekać mocniejszych wiatrów. Sterowanie wiosłem z tyłu, to czysta przyjemność. Jedyny minus – to trochę gimnastyki przy półwiatrach. Mała rzecz – a tyle radości. Mała rzecz a zbiorniki inne niż rzeki zdecydowanie zyskują na atrakcyjności w turystyce kajakowej. Po kolejnych testach na wodzie z większymi wiatrami wrzucę, kolejne fotki i ocenę.
  17. Świętokrzyskie Wióry i Świślina część II Piękniejsza część załogi Seawava na tym etapie podróży, śmiało może powiedzieć, że żagiel kajakowy opanowała. Wiaterek dmuchnął troszeczkę i pomknęliśmy dosyć szybko w kierunku rzeki. Świślina, to dopływ rzeki Kamiennej. Jej wody są mocno zakwitnięte, ale obfitują w ryby sądząc po ilości wędkarzy oraz infrastrukturze. Pstrągujemy a za rufą pozostają takie oto widoki. W pobliżu zbiornika Wióry, rzeka nie jest ciekawa i niestety nieco zaśmiecona – płynąc dalej (za mostem drogowym Kałków – Pawłów) jej charakter się zmienia. Robi się wąska, nurt wyraźnie przyśpiesza – płyniemy głębokim wąwozem a sam charakter jest już podobno górski: Drzew coraz więcej… …jedno z nich, jego gałęzie zabierają mi okulary słoneczne – lądują na dnie. Płyniemy do pierwszej nieprzepływalnej przeszkody – płytkiego bystrza. Nakręcamy i ponieważ robi się już późno, wracamy. Płynąc z nurtem łatwiej robić mi zdjęcia. Poniższe huby w rzeczywistości dużo, dużo piękniejsze. Jest po 17stej. Ponownie mijamy most: Tutaj wyładowuje mi się telefon i niestety endomondo się wyłącza – ehhh te smark fony. Mijamy jeden z wpływający do Świśliny strumyków. Odczepiamy i podajemy jednemu z wędkarzy urwany i zaczepiony na środku rzeczki spławik, pokonujemy kilka zakrętów i ponownie wiosłujemy na jeziorze. Tutaj obserwujemy wyraźną zmianę… …mistyczną zmianę: Po spokojnej wodzie płynie jedynie nasz kajak, powierzchnia jest niezmącona nawet najmniejszą falką, mkniemy do auta myśląc o pysznym obiedzie w domu. Żegnamy się z Wiórami… …i już wiemy, że tu wrócimy, bo niesamowicie nam się tu podoba i do pstrągowej eksploracji pozostała nam druga część zbiornika z drugą rzeczką Pokrzywianką. Pozdrowienia dla wszystkich Forumowiczów marboru
  18. Świętokrzyskie Wióry i Świślina część I Już jakiś czas temu zakupiłem żagiel do kajaka a dopiero dzisiaj postanowiłem go wypróbować, niestety w ostatnim czasie miałem brak możliwości jakichś dalszych wyjazdów – wreszcie udało się. Po przemyśleniach, postanowiłem pojechać tam gdzie byłem tylko raz (na rybach) na Zbiorniku Zaporowym Wióry położonym przy miejscowości Kałków w Województwie Świętokrzyskim. Piękny kolor wody, spowite polami górki plus wpływające do niego dwie rzeki były kolejnymi argumentami. Pobudka z samego rana, pakowanie sprzętu i jazda. Będąc po raz pierwszy na Wiórach kilka lat temu, był to bardzo młody zbiornik wodny, powstał w 2005r zbyt wielu ryb nie złapałem. Wodowanie pneumatyka miało się odbyć po przejechaniu Kałkowa i zapory – niestety, to się nie udało ze względu na zniszczoną drogę i brak możliwości wjazdu na tamę. Kierując się na południowy zachód, otaczamy sztuczne jezioro trafiając do miejscowości Pawłów. Tu skręcamy w lewo przed cmentarzem, jedziemy kilka kilometrów i docieramy do miejsca gdzie kończy się droga, a zaczyna brzeg. Elektryczna pompka wypełnia komory kajaka powietrzem, kilka pchnięć manualną by podnieść ciśnienie i sztywność pływadła… …i jesteśmy, wraz z moją drugą połówką na zielonkawej tafli. Pogoda jest piękna, a okolica niezwykle malownicza. Dookoła przyroda, kilku wędkarzy oraz tajemnicza budowla – czyżby jacyś Egipcjanie tu przywędrowali? Plan jest taki, by dopłynąć na wiosłach do zapory, a potem wypróbować żagiel oraz wpłynąć na „pstrąga” na rzekę Świślinę. Pierwszy punkt programu zaliczamy dosyć szybko. Na stromych skarpach pierwsze oznaki jesieni oraz pierwsze kolorowe liście. W powietrzu, na tle lasu i tutejszego najwyższego wzniesienia stada ptaków. Tama jest podpisana. Robimy kółeczko i kierujemy dziób kajaka wzdłuż lasu. Na brzegach mnóstwo pogryzionych przez bobry drzew, jest dziko i pięknie. Na suchym drzewie przysiada na chwilkę jakieś duże ptaszysko – niestety na fotce ledwie co widoczne. Wiatru jak na lekarstwo. Rozkładamy żagiel i eksperymentujemy. Dosyć szybko trafiamy na drugi brzeg gdzie obserwujemy kilka niezwykle malowniczych, piaszczystych skarp. Ciekawostką tutejszego miejsca jest to, że w czasie jego budowy odsłonięto triasowy poziom paleontologiczny z okresu w przedziale 250-240 mln lat. W osadach pstrego piaskowca znajdują się liczne ślady gadów naczelnych z okresu wczesnego triasu – archozaurów, wyeksponowane w specjalnie odsłoniętych w tym celu formacjach skalnych (Wikipedia.pl). W oddali, za linią wysokiego napięcia widać iglicę telewizyjną oraz sanktuarium na Świętym Krzyżu. Halsujemy przy półwietrze. Do brzegu… …na żaglu, później zwijamy sprzęt i wiosłujemy by nabrać wysokości – powtarzamy te manewry.
  19. Łysa Góra i Św. Krzyż Druga część zwiedzania Gór świętokrzyskich zaczęła się nam w Nowej Słupi. Tutaj w centralnej części miasteczka, zostawiliśmy auta na bezpłatnym parkingu i skierowaliśmy się w stronę Łysej Góry i świętego Krzyża. Po przejściu ok kilometra trafiliśmy na glinianą wioskę „praojców” tego terenu. Bilet wstępu kupiliśmy u mobilnego biletera – cena 8zł. Zwiedzanie zaczęliśmy od chaty wytwórców naczyń glinianych, potem była zielarka, hutnik, wikliniarz, kowal i na końcu rzymianin. Przy każdym stanowisku znajdowała się osoba ubrana w zrekonstruowane szaty z dawnych lat – każda z nich pokazywała jak to się robiło, opowiadała, jak to się żyło przed laty. Świetna zabawa, tym bardziej, że miałem możliwość przebrać się w strój rzymskiego żołnierza. Po godzince udaliśmy się w stronę szlaku. Już w miasteczku można zaobserwować piękne, drewniane stacje drogi krzyżowej – stacja XII jest tuż przy sanktuarium. Na początku przywitał nas św. Emeryk. Legenda głosi, że kamienna rzeźba przesuwa się w stronę klasztoru o jedno ziarnko piachu w roku – po dotarciu posągu na szczyt nastąpi koniec świata. Wstęp do Puszczy Jodłowej i do Parku Narodowego, to kolejny wydatek 8zł. Już po paru krokach można zobaczyć, że wchodzimy do naturalnie egzystującego lasu. Po ok 2km lekkiego spacerku pod górę dochodzimy do Świętego Krzyża. Data założenia opactwabenedyktynów na Łysej Górze nie jest znana. Tradycja benedyktyńska przypisuje fundację Bolesławowi Chrobremu w 1006 roku. Pewnym jest, że klasztor założony został w I poł. XII wieku przez Bolesława Krzywoustego, początkowo pw. Świętej Trójcy, od XV wieku pw. Świętego Krzyża. Od 1306 r. przechowywano tam fragmenty relikwii Krzyża Świętego. W kaplicy Oleśnickich przechowywana jest znaczna cząstka relikwii Krzyża Świętego podarowana przez Emeryka, królewicza z Węgier. Dnia 22 marca 1661 roku jak podawała najstarsza polska gazeta Merkuriusz Polski Ordynaryjny król polski Jan II Kazimierz Waza wraz z małżonką oraz dworem zmierzając do Warszawy wstąpił do sanktuarium. Od 1936 mieści się tu klasztor i nowicjat Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. Obecnie jest udostępniony do zwiedzania. 16 czerwca2013 sanktuarium podniesiono do godności bazyliki mniejszej. Źródło: Wikipedia.pl Odwiedzamy, za kolejne 2zł, katakumby, w których znajduje się miejsce pochówku tutejszych mnichów jak również sarkofag z Księciem Jeremim Wiśniowieckim – zwycięzcą spod Beresteczka oraz ojca późniejszego Króla Polski Michała. Kolejnym etapem wycieczki jest wnętrze Kościoła, gdzie jest zakaz fotografowania. Wchodzimy na chwilę się pomodlić, w trakcie mszy, do środka, a potem zwiedzamy tutejsze muzeum misyjne oraz starą aptekę. Udajemy się do sąsiedniego budynku – w którym w czasie rozbiorów i II Wojny Światowej znajdował się obóz jeniecki a obecnie znajduje się Muzeum Przyrodnicze. Po zakupieniu biletów 8zł + 2zł (część więzienna) przez kolejne sale oprowadza nas Krystyna Czubówna. Najpierw wyświetlany jest film a potem jej głos opowiada w skrócie o historii powstania Gór Świętokrzyskich oraz Parku Narodowego. Doskonały pokaz multimedialny i eksponaty. Część więzienna, to lochy, karcer, kajdany i inscenizacja z więźniami. Na zewnątrz muzeum krótki reportaż zdjęciowy z polskiej wyprawy do Wielkiego Kanionu…ehhh popłynęło by się na taki spływ. Przechodzimy obok wieży telewizyjnej… RTCN Święty Krzyż (Radiowo-Telewizyjne Centrum NadawczeŚwięty Krzyż) – wieża o wysokości 157 metrów, zbudowana w 1966 roku. Zlokalizowana jest na Łysej Górze (zwaną także Świętym Krzyżem), ok. 100 metrów od klasztoru. Sygnał radiowy oraz telewizyjny emitowany z wieży swoim zasięgiem pokrywa całe województwo świętokrzyskie i spore fragmenty województw ościennych. Dzięki lokalizacji nadajnika na Łysej Górze w zasięgu ośrodka znalazło się blisko 2,5 miliona osób. Odbiór stacji radiowych i telewizyjnych jest możliwy w promieniu ok. 150 km lub większym. Jest to jeden z najlepszych, pod względem powierzchni pokrycia sygnałem, obiektów nadawczych w Polsce i Europie Środkowej. Źródło: Wikipedia.pl …i trafiamy na największe Gołoborze Gór Świętokrzyskich. Głównym czynnikiem powstania gołoborzy były procesy mrozowe (zmiany temperatury – zamarzanie i rozmarzanie podłoża; zamarzanie wody w szczelinach i spękaniach ciosowych) powodujące rozpad blokowy skał. Większość istniejących obecnie gołoborzy, zarówno na półkuli północnej jak i południowej, powstała w plejstocenie, w czasie kolejnych zlodowaceń. Dla ich powstania potrzebna była odpowiednia litologia oraz ukształtowanie terenu. Gołoborza świętokrzyskie powstały w wyniku wietrzenia późnokambryjskichpiaskowców kwarcytowych. Źródło: Wikipedia.pl Nie tak dawno, by oglądać ten fenomen natury, w miejscu którym mógłby powstać super ośrodek narciarski wybudowany jest taras widokowy. Schodzimy z Łysej Góry szlakiem w stronę Trzcianki. Wąski, dziki i całkowicie bez ludzi – polecam na odwrócenie kolejności wchodzenia na Św. Krzyż:Trzcianka – Nowa Słupia – na jego końcu nie ma kasy biletowej. Pod sam koniec szlaku – oznaka, że sezon grzybobrania się zbliża: czerwony kozak. Po przejściu ok 2km docieramy do Świętokrzyskiego Dworu, tuż przed Nową Słupią gdzie jemy pyszny obiad. Wracamy do auta i kierujemy się do innej świętokrzyskiej atrakcji: Rezerwatu Piekiełko pod Niekłaniem. http://www.skionline.pl/forum/showthread.php/19258-Piek%B3o-czy-Teksas?p=199214#post199214 Główne szlaki Gór świętokrzyskich odhaczamy w tym roku.
  20. Rezerwat przyrody Skałki Piekło pod Niekłaniem – rezerwat przyrody nieożywionej na terenie Konecko-Łopuszańskiego Obszaru Chronionego Krajobrazu w gminie Stąporków, w powiecie koneckim, w północnej części województwa świętokrzyskiego, w pobliżu miejscowości Niekłań Wielki. Skałki ciągną się na długość około 1 kilometra, ich wysokość dochodzi do 8 metrów. • Powierzchnia: 6,3 ha • Rok utworzenia: 1959 • Charakter rezerwatu: częściowy • Przedmiot ochrony: osobliwe formy skalne powstałe w wyniku erozji eolicznej oraz zachowanie żyjącej w szczelinach skalnych zanokcicy północnej Źródło: Wikipedia.pl No właśnie? Piekło, czy Teksas? Sami ocenicie… Atrakcji turystycznych w świętokrzyskim jest wiele – ale tak osobliwych skał nie widziałem jeszcze. Jadąc drogą Skarżysko Kam. – Konin w miejscowości Stąporków skręcamy w prawo i kierujemy się na Niekłań Wielki. Tutaj, tuż przed znakiem oznaczającym koniec miejscowości, po prawej stronie znajduje się parking. Zostawiamy samochód i kierujemy się w głąb lasu, po to by trafić do Rezerwatu. Po kilku krokach, po lewej stronie napotykamy źródełko wody mineralnej. Miejscowi, i nie tylko podjeżdżają tu i nabierają wodę w różne naczynia w celach konsumpcyjnych. Woda w smaku bardzo dobra i miękka. Idziemy na wprost i po ok 1,5km skręcamy zgodnie ze wskazówkami na znakach w lewo i następnie w prawo. Po drodze do skałek – ławeczki i stoliki dla turystów oraz ścieżka dydaktyczna na temat lasu. Pierwsze „kamienie” nie robią wrażenia, ale pięknie komponują się z otaczającą zielenią. Kierujemy się na lewo i ukazuje się nam główny obiekt „Piekła”. Na pierwszy rzut oka – Teksas! Trochę tylko za zielono jak na ten amerykański stan. Piękne piaskowe „grzybki”. Widok góry „masywu” skalnego. Przyglądając się z bliska – piękna barwa, niesamowity, „dziurawy” kształt…niestety również mnóstwo wydrapanych napisów itd. Cóż te piękne skałki komuś przeszkadzały? Barwy – od żółtego, przez pomarańczowy do zieleni. Poukładane warstwy robią wrażenie. Fragmentami – cała skała, to jedna wielka warstwa. Znajduje się tutaj robiąca wrażenie „bramka”: Skałki ciągną się w obrębie ok kilometra. Ostatni ich fragment, to dwa „zielone” kolosy – na poniższej fotce, jeden z nich: Cała wizyta w rezerwacie zajmuje nam ok godziny – Endomondo pokazało, że przebyliśmy łącznie będąc tu 4,23km na pieszo. Oglądając zdjęcia, ktoś odpowie na zadane na początku relacji pytanie: Piekło, czy Teksas? Ponieważ tego dnia mieliśmy napięty plan i po wizycie na Świętym Krzyżu i Piekle, do zmroku pozostawało kilka godzin… …postanowiliśmy odwiedzić jeszcze jedno miejsce – kosmiczne. http://www.skionline.pl/forum/showthread.php/19257-Kosmiczny-rezerwat?p=199213#post199213
  21. Rezerwat przyrody Gagaty Sołtykowskie – rezerwat przyrody nieożywionej w gminie Stąporków, w powiecie koneckim, w województwie świętokrzyskim o powierzchni 13,33 ha. Utworzony 25 lipca1997 roku. Chroni odsłonięcia skał dolnojurajskich zawierających interesujące minerały i skamieniałości, a także różnorodne formy występowania syderytu. Do 1977 roku wydobywano na terenie rezerwatu glinę ceramiczną. Pozostało po tym wyrobisko z odsłonięciami dolnojurajskich iłów i mułków poprzetykanych warstwami piaskowca. Można tam znaleźć jeszcze teraz gagaty (odmianę węgla brunatnego używaną w jubilerstwie) oraz różnorodne formy syderytów. Obok wyrobiska znajdują się odkryte w 1999 r. wyraźne tropy dwóch gatunków dinozaurów. Obecnie tworzony jest tzw. „Środkowoeuropejski Dinopark”. Źródło: Wikipedia.pl Jadąc drogą Końskie – Skarżysko Kam. za miejscowością Odrowąż, dwieście metrów za zielonym znakiem oznaczającym koniec miejscowości skręcamy w nieoznaczoną i nieutwardzoną drogę leśną. Po ok 400m znajduje się parking leśny i tu zostawiamy auto. Kierujemy się do kosmicznego rezerwatu. Po kilku minutach (cała wycieczka piesza to ok 4,4km) dochodzimy do rozwidlenia dróg. Kierując się na lewo zaczyna się drewniany pomost prowadzący do wiaty i śladów dinozaurów. Dookoła bagno i teren podmokły. Po lewej stronie woda, a w wodzie bardzo ciekawe rośliny. Przed budowlą chroniącą piaskowiec – tablica informacyjna na temat eksponowanych tu śladów. Same tropy, gdyby nie były opisane – kompletnie zostałyby przeze mnie niezauważone. Może to zmierzch przytępił mój wzrok? Stąd zaczynają się kosmiczne widoki. Wyrobisko po wydobyciu glinki wygląda niczym z Marsa. Wracamy do punktu wyjścia i kierujemy się w prawo – na zbocze i pojedyncze ślady prehistorii na głazach znajdujących się na środku wyrobiska. Na drodze błoto i płynący potok - cóż nieziemskie widoki wymagają poświęcenia. Ponieważ bardziej interesuje nas tutejszy krajobraz niż pojedyncze kamienie z mało widocznymi odciskami stóp gadów udajemy się na skarpę. Idziemy jej „granią” – na dole, porośnięta zielenią, woda. Widoki są kapitalne, a sam szczyt skarpy – robi niesamowity klimat. Żeby nie brnąć w drodze powrotnej w szlamie, postanowiliśmy okrążyć całe miejsce i wrócić po drewnianych platformach. Po drodze „czerwone” źródełka, czyżby ruda żelaza? Cały teren rezerwatu robi na nas olbrzymie wrażenie, tym bardziej, że mieliśmy okazję go obserwować w ciągu zachodzącego słońca. Oprócz resztek skał i śladów dinozaurów, sama aura tego miejsca jest wręcz nieziemska. Znajdują się tutaj nie tylko kosmiczne przestrzenie, ale również takaż roślinność, źródełka i kolorowe kałuże. Na koniec pozostałości po wydobyciu czarnego Gagatu (bursztyn czarny). Ciekawostką tego minerału jest to, że jego poszukiwaczy nazywano Gagatkami… …taka jest etymologia tego słowa. Ponieważ Słońce już prawie całe zaszło – pora była na powrót. Jeden dzień, trzy ciekawe miejsca: Łyska Góra ze Św. Krzyżem, Piekło oraz Gagaty Sołtykowskie - ponad 20km na pieszo. Świetna świętokrzyska przygoda! – polecam każdemu. pozdrawiam marboru
  22. marboru

    Rowerowe eskapady - relacje

    Z wizytą u Gombrowicza i nie tylko... Po wczorajszym Biegu Katorżnika: http://www.skionline.pl/forum/showthread.php/19253-X-Bieg-Kator%BFnika?p=199054#post199054 nadszedł kolejny treningowy dzień. Założenie było jedno - robimy ok 50km i po drodze odwiedzamy jakieś ciekawe miejsca z okolic Radomia, w których jeszcze nie byliśmy. Ponieważ po stronie północno zachodniej nie bywaliśmy - to tam postanowiliśmy popedałować. Suma, sumarum wyszło zgodnie z założeniami - trasa wyglądała tak: ...na koniec do założonego do przejechania dystansu brakło 2km. Start, miejsce w którym spotkaliśmy się z wczorajszym uczestnikiem biegu - Expatem - fontanny z radomskiego deptaka, centrum miasta, ulica Żeromskiego. Do Wsoli jedziemy bocznymi drogami. To w tym miejscu mieszkał i tworzył Witold Gombrowicz - autor Ferdydurke. Jego pałacyk znajduje się tuż przy trasie krajowej numer 7 Radom - Warszawa. W ogrodzie, na przystrzyżonym trawniku znajdują się wielkie szachy... ...można zagrać. Wejście do Pałacyku i tamtejszego, bardzo zadbanego muzeum jest bezpłatne. Wiele tu eksponatów, obrazów, piękny fortepian oraz mnóstwo rodzinnych pamiątek i fotografii rodziny pisarza. Po krótkiej przerwie obraliśmy kierunek na lotnisko Aeroklubu radomskiego w Piastowie (tutaj niedawno zginął Mistrz Świata i wielokrotny Mistrz Polski w Paralotniarstwie: Grzegorz Krzyżanowski - mój kolega, w pobliżu tego lotniska niedawno również doszło do zderzenia dwóch szkolnych samolotów). Pech prześladuje to miejsce... Na niebie dzisiaj latają szybowce i małe awionetki. Na rowerze wjeżdżamy do hangaru gdzie możemy się przyjrzeć bezsilnikowym machinom. Do startu akurat zbiera się mały samolot akrobacyjny. Wracamy powoli do domu. Tutejsze drogi są nieskażone dziurami, a ruch samochodowy jest minimalny. Jak nie wadliwy asfalt, to absurdy drogowców montujących znaki. Nic tylko się śmiać, albo załamywać ręce na co wydawane są publiczne pieniądze. Docieramy do Radomia...a tutaj można zobaczyć: Radiostacja Fal Długich, która powstała przed II Wojną Światową z zasięgiem transatlantyckim. Dzisiaj... ...podobno przygotowywana do demontażu - cóż idzie nowe. W niedalekiej odległości od powyższego 150 metrowego masztu znajduje się niewielki obelisk z 1942 roku. To przy ulicy kieleckiej, hitlerowcy postawili w tym miejscu, szubienicę, gdzie powieszono dziesięciu mieszkańców walczących o wolną Polskę. Jeszcze kilka zakrętów i zbliżamy się coraz bardziej do domu. Śpieszymy się, bo na horyzoncie ciemne chmury i możliwe, że zacznie padać. Wjeżdżamy na małą, nieutwardzoną ulicę... Poghalańską. Trochę "Gór" w nizinnym mieście. Czyżby to znak nadchodzącej jesieni a potem zimy - że znaleźliśmy się na tej, trochę narciarskiej ulicy? Chyba jeszcze nie? Dopóki ciepło, a liście nie opadły z drzew trzeba korzystać i jeździć, pływać i aktywnie spędzać czas. Docieramy do domu. pozdrawiam marboru
  23. W tym roku jeszcze sobie darowałem ze względu na kontuzję kolana... ...ale miałem olbrzymią przyjemność w tym, że udało mi się zebrać drużynę do jednego z ekstremalnych biegów organizowanych w Polsce - Biegu Katorżnika. O godzinie 13 wystartował "Galernik Team" w składzie: Piotrek (forumowy Expat), Jacek (półmaratończyk), Rafał (atleta) i komandos - Ernest. Zapisy odbyły się na jesieni ubiegłego roku...i skończyły się zamknięciem miejsc po 8 minutach. Impreza odbyła się 16 sierpnia w miejscowości Lubliniec - a w zasadzie w jego okolicach, lesie i przepięknym jeziorku. Dystans 10km, po wodzie, bagnie, kanałach melioracyjnych, lesie... ...po przeszkodach i nie zawsze na dwóch nogach. By nie zgubić butów w bagnie, chłopaki zabezpieczyli się przed biegiem. Start i meta usytuowane są tutaj na brzegu jeziora. By osiągnąć dobry wynik należy ustawić się na starcie blisko taśmy, a potem szybciej jest płynąć kraulem niż brodzić w wodzie po pas. Technik pokonywania wody jest wiele... ...najważniejsze - dobrze się bawić: część radomsko-bielskiego teamu "Predatores" w środku stawki z podniesionymi rękoma! Za pomostem biegacze ustawili się na płytszej wodzie - tam gdzie jest płyciej. Nagroda Fair Play powinna należeć się Ernestowi, który zauważył, że jedna z uczestniczek wpadła na zbyt głęboką wodę i zaczęła się topić po zachłyśnięciu wodą. Ten wrócił się i pomógł dziewczynie przedostać się na płytszą wodę - tracąc niestety czas... Na początku plan był taki, że ja jadę wzdłuż wyścigu i wspomagam znajomych Twardzieli. W plecaku miałem wodę i aparat... ...rower MTB niestety nawet nie wystartował ponieważ, po ostatnich opadach deszczy niemożliwością było odnaleźć trasę biegu w środku lasu. Pięć minut po starcie zaczęła się ulewa... Dopiero tuż przed metą trasa wyłania się z gęstwiny... Pierwszy z teamu, po zdublowaniu kilkudziesięciu Dziewczyn wyłonił się Jacek (bieg Pań "Księżniczek" wystartował godzinę przed "Galernik Team") - na poniższej fotce wychodzący z zasiek... Czołganych przeszkód na finiszu było sporo. Jacek i Rafał przybiegli na finisz jako pierwsi... ...a ponieważ na trasie bardzo łatwo się zaprzyjaźnić, to nim Piotr i Ernest przybyli - Ci po kąpieli w jeziorze uwiecznili biegowe znajomości. Zajęte miejsca: 111. Jacek z czasem 2:17:52 117. Rafał z czasem 2:18:46 141. Piotr z czasem 2:34:37 158. Ernest z czasem 2:41:45 Ale to nie czasy i miejsca są najważniejsze - najważniejsze było to, by wszyscy skończyli bieg, w miarę bez dużych urazów i kontuzji. Na mecie - wszyscy szczęśliwi z charakterystycznymi medalami ważącymi coś ok 2kg. Po wyrzuceniu butów, kąpieli w wojskowych kabinach prysznicowych ruszyliśmy do domu. Za rok nie ma takiej możliwości bym nie wystartował. Super impreza, super męska przygoda!!!
  24. Kajak z III Rzeszą w tle Po powrocie z Grecji: http://www.skionline.pl/forum/showthread.php/19250-Samos-tam-gdzie-narodzi%C5%82a-si%C4%99-bogini?p=198998#post198998 Został nam jeszcze tydzień urlopu. Wstępnie na początku wakacji marzyły się nam Mazury, piękna pogoda, kajaczek, wędeczka i pełen relaks. I co? Udało się. Szybkie dwa telefony do przyjaciół w Kietlicach i mamy rezerwację na fajną kwaterkę w tamtejszym porcie.Usytuowany jest on jeziorze Mamry. Ponieważ miał być to wypad czysto relaksacyjny, to plan każdego dnia składał się z krótkich wypadów kajakowych a potem sjest z dobrą książką, obiadokolacji z rybką w którymś z tamtejszych kurortów (udało się odwiedzić: Giżycko, Węgorzewo, Sztynort, Ryn i Mikołajki). Wodowanie sprzętu nastąpiło na drugi dzień po przyjeździe. Kajaczek nocował w zamykanej stodole. Pogoda fantastyczna a w planach – „na wiośle” przez Mamerki, jezioro Przystań na Kanał Mazurski. Nasz porcik widziany z wody: Cudownie czysta woda, pod kajakiem głębokość 47m, piękna, upalna pogoda a człowiek na wodzie – czego chcieć więcej? Kiedyś, kiedyś dawno znajdująca się na środku Mamr wyspa Upałty była połączona z lądem wąskim przesmykiem. Ówcześni, niemieccy właściciele mieli na niej letnią rezydencję – w chwili obecnej jest zakaz wchodzenia na ten teren (rezerwat). Szkoda, bo było by, co oglądać – ruiny posiadłości i stary rodowy cmentarz rodziny Lehndorffów. Dzisiaj Mamerki są połączone z jeziorem Przystań wąskim przesmykiem. Po minięciu malutkiej wyspy Sosnówki (od brzegu, za trzcinami doskonała woda do kąpieli – łagodny spadek i żółciutki piasek), po chwili jesteśmy już przy wejściu do nieukończonego Kanału Mazurskiego. Kanał Mazurski– nieukończona droga wodna łącząca Wielkie Jeziora Mazurskie z Bałtykiem poprzez rzeki Łynę i Pregołę. Obecnie Kanał Mazurski przebiega przez terytorium dwóch państw: Polski i Federacji Rosyjskiej. Nie jest on udostępniony dla żeglugi. Długość kanału (od jez. Mamry do rzeki Łyny) wynosi 50,4 km (w tym 20,5 km przypada na teren Polski[2], a 29,9 km na teren Federacji Rosyjskiej). Po wliczeniu w jego trasę rzek Łyny (22 km) i Pregoły (65 km) oraz Zalewu Wiślanego (33 km), sumaryczna długość drogi wodnej wyniesie ponad 170 km. Maksymalna głębokość kanału w jego osi wynosi 2 m w wykopie i 3 m na odcinkach prowadzonych w nasypie. Dno i skarpa kanału zostały zabezpieczone kilkucentymetrową warstwą tłucznia. Głębokość przy przejściu z dna w skarpę zawiera się w przedziale od 1,5 do 2,5 m. Szerokość kanału na poziomie wody średniej sięga 25 m, maksymalna szerokość dna wynosi 13 m. Najmniejszy dopuszczalny promień łuku na jego trasie to 400 m. Projekt Kanału Mazurskiego przewidywał przepływ statków o wyporności do 250 ton i zanurzeniu nie większym niż 1,5 m. W celu zminimalizowania ryzyka powodziowego, na trasie Kanału Mazurskiego zaprojektowano trzy bramy bezpieczeństwa w postaci jazów walcowo-ruchowych: w rejonie śluz Leśniewo Górne, Piaski i Ozierki (dwa jazy zlokalizowane są na terenie Polski, pozostałości trzeciego obiektu tego typu znajdują się na terytorium Rosji, w okolicach nieistniejącej dziś miejscowości Wickerau). Ponadto przy ujściu kanału z jez. Mamry dodano dodatkową bramę o szer. 8 metrów, której zadaniem jest bezpośrednia ochrona zasobów jeziora. Kanał Mazurski na niektórych odcinkach – zamiast w typowym wykopie – poprowadzony został w kilkumetrowej wysokości nasypach. Umożliwiło to zmniejszenie różnicy poziomów pomiędzy poszczególnymi stopniami wodnymi i tym samym redukcję ich liczby do niezbędnego minimum. Po obu stronach kanału zaprojektowano też ścieżki holownicze o szerokości 3 m, a także miejsca mijania dla jednostek pływających i porty zimowe. Źródło: Wikipedia.pl Po minięciu mostu drogowego i zaraz mostu kolejowego ruiny starej przeprawy przez kanał. Mimo bardzo słonecznej pogody płynąc nie odczuwamy skwaru. Drzewa zarówno z lewej jak i prawej strony robią kojący cień. Brzegi są dzikie, nie spotykamy po drodze żywego ducha. Rybki biorą piękne: leszcze, płocie, krąpie. Po przepłynięciu jakichś 4km niestety kończy się droga wodna – dwie groble i odcinek ponad 2 kilometrów przenoski – to nie dla nas i nie w wakacje. Do Śluzy Leśniewo Górne docieramy samochodem. Budowla jest imponująca! W chwili obecnej znajduje się tutaj park linowy, a zwieńczeniem jest widoczny symbol III Rzeszy. Przy zabudowaniach widzimy ogłoszenia o organizacji spływów kajakowych po Kanale. Z informacji uzyskanych ustnie dowiadujemy się, że taki spływ można zorganizować od jeziora Rydzówka do samej granicy z Rosją – ciekawa impreza zważywszy na ilość śluz i zabudowań hydrologicznych po drodze. Pływając w kolejnych dniach uprawiamy z moją Drugą Połową typowy wypoczyn…bez spinki, bez przemęczania się. Odnajdujemy zarośnięty kanalik i wpływamy z Mamerek na jezioro Pniewskie gdzie odkrywamy świetny pomościk, z którego łowię małe rybki. Kolejny dzień to rajd między tutejszymi wyspami Upałty, Gniłe, Sosnówka. Tego dnia wiatr i fala powodują, że czujemy się niczym na Morzu. W ostatnie kajakowanie jest flauta - wyprawiamy się poprzez jezioro Kirsajty na Dargin. W drodze powrotnej spinningowanie z brzegu i zabawa z niewielkimi okoniami. Czas szybko mija. O zaletach posiadania własnego sprzętu pływającego na Mazurach nie będę nikogo przekonywał – bo to rzecz oczywista. Piękny czas kajakowy we dwoje się kończy – zbliża się weekend – przyjeżdżają przyjaciele i rozpoczynamy żeglarską odsłonę pobytu na Mazurach. Znajdziecie ją tu: http://www.skionline.pl/forum/showthread.php/19252-W-obj%EAciach-Syren?p=199009#post199009 pozdrawiam marboru
  25. Wspomnienie Grecji i tamtejszych jachtów, żaglowców nie dawało mi spokoju… …Wilk Morski odezwałsię we mnie, jeszcze bardziej, gdy w porcie w Mikołajkach spotkaliśmy piękny polski jacht „Chopin”: W chwili obecnej jest to największa jednostka z żaglami na Wielkich Jeziorach Mazurskich. Kajak jest fantastyczny… ale pod bielą wiatru pływać? – to coś równie fantastycznego. Przyjaciele nie zawiedli! Przyjechali w piątek i jachtowanie stało się realne. „Portowa” pomieściła wszystkich i od rana byliśmy na wodzie. Wiatr dopisywał. Jakież moje zdziwienie było na spotkanie z mazurskimi Syrenami… Ehhh piękniejszego rejsu nie miałem nigdy! Kręciliśmy się, to tu, to tam, przerywając czas relaksu kąpielami w czystych wodach jeziora Mamry. Pod wieczór wpłynęliśmy w Węgorapę i potem kanałem węgorzewskim dotarliśmy do portu. Po pysznym obiedzie udaliśmy się na odbywający się akurat w tym czasie, w Węgorzewie XXXVII Międzynarodowy Jarmark Folkloru 2014. Koncerty, stragany, przepyszne nalewki, wyroby regionalne i ludowe – coś niesamowitego! Piękny dzień, pięknie się skończył… …zachód Słońca na Mamrach? Popatrzcie: Wieczorek i noc w żeglarskim stylu: piwko + szanty…czas minął w oka mgnieniu. Pobudka, śniadanko i z powrotem na wodę – kierunek Święcajty. A tu: jak zwykle, na tym jeziorze – mimo upału, wiatr pięknie gra na wantach, łódka ostrzydostarczając w nasze żyły moc adrenaliny. Dopływamy do Ogonek i najpiękniejszej tawerny jaką widziałem… Znajduje się ona przy ośrodku „Ognisty ptak”. Bar stylizowany na starodawny szkuner, kominek na latarnię morską, fortepian ozdobiony rafą koralową niczym z „Piratów z Karaibów” – nawet w podłodze szyba, a za szybą, na dole skarb. Mnóstwo pięknych modeli żaglowców, a na jednej ze ścian – niesamowity drewniany kajak. Świetne miejsce! Nie wiem jak to jest skonstruowane, że w doborowym towarzystwie, w pięknych okolicznościach przyrody – czas, ten niezwykły czas mija tak nieubłaganie szybko? Mazury urzekają… …jak ktoś się raz zakocha – to na zabój! „Biegnąca po falach” żegna w pełnej krasie… …a my wracamy do rzeczywistości bogatsi o nowe wspomnienia. Wakacje jeszcze trwają… …minie kilka miesięcy i inny zew się odezwie w człowieku, ten górski, narciarski – już się nie mogę doczekać! pozdrawiam marboru
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2026
×
×
  • Dodaj nową pozycję...