To już 100 lat! A pomyśleć, że znałam (z obozów żeglarskich w Jastarni) kapitana Karola Zielińskiego, który był jeszcze uczniem samego Zaruskiego. Kiedy byłam młodą kursantką, nie był nawet jeszcze staruszkiem. Szkolił młodzież i był niezrównanym mistrzem manewrówki, dużymi jachtami manewrował tak precyzyjnie, jakby to były małe żaglóweczki...
Zaruski, jak pewnie wielu (ale nie wszyscy) wiedzą, był nie tylko pionierem narciarstwa, założycielem TOPR-u, ale i wychowawcą polskich żeglarzy. Ośrodek szkoleniowy w Jastarni przetrwał jakoś lata komuny, ale poszedł w rozsypkę w nowych czasach... I żeglarstwo, i narciarstwo są, owszem, domeną zapaleńców, ale też są dostępne dla ludzi powyżej pewnego progu majątkowego. Porządne szkolenia słono kosztują, i roi się od ludzi łamiących wszelkie reguły sztuki - wszystko jest (zaje)fajnie, dopóki nie zdarzy się groźny wypadek - wtedy tylko załamuje się ręce. Od czasów Zaruskiego i Karłowicza nastąpił postęp w rozwoju, ale i regres w rozumieniu sportu (choć dla nich narciarstwo było czymś więcej niż sportem).
Jednak w jesieni byłam na pewnym spotkaniu żeglarzy. Opowiadano o rejsach, wspominało się dawne czasy. Ktoś grał na gitarze stareńkie piosenki. Padły słowa: Tutaj wszystko jest dalej jak trzeba, jak za Zaruskiego... Może pamięć, że i góry, i morze są tłem, na którym można zmierzyć się z własnymi słabościami, poznać siebie i wyjść z tego doświadczenia silniejszym i bogatszym, jest jeszcze żywa? Oby.