Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 14.04.2014 w Odpowiedzi
-
Każdy kto był w Morskim Oku i stanął na werandzie schroniska, tak jak ja, po raz pierwszy mając 7 lat, doznał tego porażającego widoku majestatu gór. Na wprost, powyżej tafli Morskiego Oka wzbijają się najwyższe polskie szczyty. To tam wspinają się taternicy wzbudzając od dziecka mój przeogromny podziw. [video=vimeo;90454621] Wiele lat minęło i dowiedziałem się, że oto są śmiałkowie co potrafią zjechać pomiędzy tymi skałami na nartach. To tam pomiędzy Mięguszowieckim Szczytem (2438m), a Cubryną (2376m) jest Hińczowa Przełęcz 2323m n.p.m., z której w labiryncie skalnych ścian jest linia umożliwiająca zjazd na nartach. Przewodnik skiturowy wycenia ten zjazd na 5, czyli jeden z najtrudniejszych w Polskich Tatrach. Ekspozycja, podcięte przepaściami pola śnieżne i żleby, nachylenie dochodzące do 50 stopni sprawia, że jakikolwiek błąd i przewrotka w tym miejscu, a nie daj boże zejście lawiny, które schodzą tam nadzwyczaj często, oznacza śmierć śmiałka tam zjeżdżającego. Filmy ze zjazdów i opowieści osób, które tam były pokazywały jedno: późnowiosenne, mokre firny i walka na zjeździe z ogromnymi nierównościami, pozostałymi po częstych lawinach schodzących z hukiem, aż po taflę jeziora - Nie, to nie dla mnie! - mówiłem przez wiele lat, ale gdzieś w zakamarkach głowy chodził mi szalony plan, którego nie śmiałem nawet głośno zdradzić. - Czy nie dałoby się zjechać tego w puchu? - Co?!!! Szaleństwo, niemożliwe, to nie Alaska i film Jeremiego Jones'a!!! - takie miałem czasem myśli... Wybieranie się tam na puch to ogromne ryzyko i niewielu chyba je podejmuje. Latami zdobywana wiedza i doświadczenie freeridowe pozwalało mi jednak sądzić, że jest to możliwe. Potrzeba tylko idealnego zgrania książkowych warunków pogodowych, przy których następuje opad śniegu. Wiem, taki dzień zdarza się niezwykle rzadko. Jak wiecie zimą, my freeriderzy pogodę sprawdzamy ok 20 razy na dobę. Wiemy gdzie spada każdy płatek śniegu i w jakich warunkach... Tak i tej rzekomo "słabej" zimy te obserwacje nasiliły się do granic absurdu. Ale to dobrze. Od kilku dni wiedziałem, że w naszych górach dzieje się coś dziwnego jak na tą porę roku. Coś co pozwoliło w końcu uwierzyć, że oto nadchodzi czas spełnienia się Wielkiego, Szalonego i Niemożliwego Marzenia: zjazd Hińczową na wprost w puchu! - zjazd marzenie każdego freeridera. Może to być teraz, ten jedyny raz w życiu! Wszystkie znaki na niebie wskazywały, że siadł tam opad w warunkach mogących zapewnić bezpieczeństwo wejścia i zjazdu. Tyle mówi teoria z książki, a góry i lawiny to żywioł jak trzęsienia ziemi - nieprzewidywalny. Telefony do znajomych - każdy odmawia, podając prozaiczne powody. Nie róbcie mi tego, czekałem wiele lat na ten dzień... Cóż, sam nie pójdę. Okazja "dobrych" warunków przemija bezpowrotnie, aby za kilka dni powtórzyć się w podobny sposób - spada opad wg książkowej teorii - bezpieczny dla aktywności ludzkiej w wysokich górach. Info z weekendu od instruktorów kursu lawinowego pod Mokiem jest dobre: stare śniegi stabilne. Nowe opady będziemy musieli ocenić sami. Znów gorączkowe poszukiwania śmiałka, co podejmie ze mną wyzwanie. Jedyny możliwy dzień to środa - wiadomo nikt nie może. Ale oto jest telefon od Majki: - Mam, załatwiłam urlop, jedziemy! - Super, Maja jest świetną narciarką, wiele lat się wspina, a do tego jest instruktorką na kursach lawinowych. Jej wiedza przyda się jak nigdy. Idealny partner tej szalonej wycieczki. Nie śpię spokojnie przez najbliższą noc. Przecież możemy nie wrócić do domu żywi ... co my robimy..? Morskie Oko o poranku wita nas bezchmurnym niebem, lekkim mrozikiem i... 5cm opadem śniegu. Hmm, za mało na bezpieczny zjazd, jeśli tam będzie betonowe podłoże... - takie było info z ostatniego weekendu. Ruszamy, po przejściu pierwszego żlebu wchodzimy na Mięguszowiecki Kocioł. I tu zdziwienie, świeżego śniegu jest co najmniej 20-30cm. Kopiemy pierwszy profil, badamy warstwy i kolejne zdziwienie: wszystkie opady są stabilnie ze sobą powiązane. Czyżby książkowa teoria się sprawdzała? Pora wykonać decydujący krok: przekroczyć pole śnieżne w/w kotła. Jeśli ruszy jakakolwiek lawina, spadniemy kilkadziesiąt metrów z lodospadu na skały... Od tego miejsca wchodzimy w teren gdzie góry mogą zabrać nam wszystko. Głęboki oddech, kolejne przeanalizowanie wszystkich zmiennych i... ruszam. Serce w przełyku, brnę przez śnieg nie myśląc: - Tutaj jest jak na polu minowym - nie wiesz czy i gdzie czai się śmierć... Docieramy do kolejnego żlebu, w którym poschodziły już lawiny, widać urwane niewielkie deski przy skałach, ale prawa strona żlebu jest nieruszona. Im wyżej tym więcej śniegu. W kolejnym po pokonaniu szerokiego na 1,5m zwężenia między skałami, sypkiego śniegu jest już 50cm. Nachylenie 47 stopni - nie chcę myśleć jak to ruszy w dół... Kopiemy kolejny profil - warunki bez zmian. Stabilnie... Brniemy w górę. Na Galerii Cubryńskiej (wielkie pola śnieżne górujące tuż pod granią szczytów, nad Morskim Okiem) śniegu jest już 60-70cm. Ze strachu mierzymy nawet nachylenie (33 stopnie) - uff nachylenie w miarę bezpieczne, może te masy śniegu nie zjadą z nami na te największe urwiska? Śnieg jest sypki i puszysty jak na Alasce, zapadamy się po uda, siły ubywają szybko. Krótka przerwa na obiad w przepięknej scenerii wysokich Tatr i ruszamy dalej. Zaczyna się mglić, szczyty znikają w chmurach, ale oto po 5h ciężkiego brnięcia wychodzimy na przełęcz. Siadam i oddycham z wielką ulgą... uff na wpół już ocaleni. Jeszcze tylko zjazd... I w tym momencie cały kocioł Morskiego Oka znika w gęstej mgle. Siedzimy na przełęczy 2,5h czekając na rozejście się tej zasłony, podziwiając przepiękne tańce chmur nad graniami Tatr Słowackich. Maja cały czas milczy, ja gadam jak najęty od rzeczy - każdy inaczej reaguje na stres. Jak rzucić się w tą przepaść, jak zjechać, skoro nic nie widać? Szkoda też tego bajkowego śniegu, bo jazda byłaby boska...W pewnym momencie Maja zauważa widmo Brockenu. Hmm każdy wie, że jak zobaczy się je w górach to jest to zła wróżba... dopiero zobaczenie go po raz 3ci czyni nas w górach nieśmiertelnym. Wpatruję się w nie dłużej i... coś niemożliwego - widmo jest potrójne!!! Pora więc jechać! Słońce zachodzi za Cubryną, zapinamy się, czekany w dłoń, jakby miały coś pomóc, ale mgła nie ustępuje. Stoimy na grani czekając na jakąkolwiek widoczność... minuty mijają, godzina już prawie 17... Nagle mgła rozrzedza się i widać na 20m - nie ma wyjścia. Zaciągam ręczny hamulec - przy tej widoczności nie można tutaj pozwolić sobie na brawurę. Rzucam się w czeluść pierwszy, licząc, że już na Galerii Cubryńskiej mgła się rozstąpi i bezpiecznie dojadę do pierwszego żlebu, nie gubiąc się w labiryncie skał... Nic takiego, mgła na Galerii gęstnieje, jest jak mleko, widoczność na parę metrów, trochę błądzę, błędnik szaleje, staram się nie zgubić śladów podejścia, to jedyny bezpieczny drogowskaz do domu... Po drodze skaczę upatrzoną wcześniej skałkę, ale za wolno najechałem i wpadłem na lądowaniu po pas w puch, który mnie prawie zatrzymał. Po chwili, jadąc po śladach podejścia wpadam do żlebu, podcinam kontrolnie pierwszym wjazdem śnieg pod kątem 45 stopni i widząc, że nie zsuwa się kontynuuję zjazd. Jazda jak w raju, mój freeridowy NS Raptor niesie jak poduszkowiec, po bokach mijają mnie pionowe, skaliste ściany, jest jak w Mordorze. Doganiają mnie zsuwy mas śniegu – myślę będę szybszy... nic z tego, są jak pendolino, uciekam pod skały, żeby ze sobą mnie nie zabrały. Nachylenie prawie 50 stopni... Docieram do sławnego przewężenia, pod deską słyszę lód i skały ledwie przykryte przez resztki zsuwającego się śniegu. Można pokonać je tylko na krechę. Nachylenie nie jest duże, ale to tu trzeba uważać najbardziej - stromizna kolejnego żlebu, w połowie odkrytego do żywego lodu, po którym zjechały ostatnie opady, może przy upadku nie pozwolić na bezpieczne zatrzymanie się i człowiek spada w przepaść... Zaciskam zęby, nie ma na co czekać, skok, krecha i już jestem w tym "śmiercionośnym" kuluarze – tutaj czekam na Majkę, która szaleje w każdym skrawku puchu - jej też jedzie się bajecznie, aż musiałem ją troszkę przystopować z tą brawurą Bezpiecznie docieramy na Mięguszowiecki Kocioł, mgła się rozstępuje - widząc, że przeżyliśmy "strefę śmierci" popuszczamy ręczny i w bajecznym puchu śmigamy wprost do tafli Morskiego Oka... Uff żyjemy, padamy ze zmęczenia, ręce drżą... i rośnie wiara, że nawet niebotyczne marzenia się spełniają. Hińcza poszła w Powder'ze przez duże „P”. Zjazd był bajkowy i ze względu na „alaskański” warun i towarzyszące mu emocje na pewno będzie w moich top 3 zjazdów życia. Drugiego dnia serwując sobie dla relaksu zjazd z Rysów stwierdziliśmy, że Matka Natura wie co robi - opasała Mięguszowieckie Szczyty mgłą, aby nas nie poniosła brawura na zjeździe, bo mogłoby to skończyć się źle... a przecież spełnione Wielkie Marzenia muszą się dobrze kończyć... tylko trzeba cierpliwie czekać [video=youtube;NCiPUQaFGw8] Relacja i filmiki: Mariusz "Vasya" Gaweł http://www.trzymetrypuchu.pl/4 punkty
-
Po powrocie. No to wróciłem cało i zdrowo. No z tym zdrowo to nie do końca bo się ostatniego dnia kręgosłup odezwał, ale wytrzymałem jakoś do końca. O Livigno nie będę za dużo pisał bo kiedyś już to miejsce opisałem. Od mojego ostatniego pobytu tam minęły cztery lata. Co się zmieniło: Ukończona gondola Tagliede na Costacię. Nowe krzesło i gondola Cassana. Takie trochę krótkie, ale poprawiły komunikację od strony jeziora. Mieszkanie: http://toilain.com/index_pol.html Warunki rewelacja. Położenie również. Na narty co prawda lepiej jechać skibusem, ale powrót to niemal pod drzwi na nartach jak jest śnieg oczywiście -a było go sporo. Do centrum siedem minut na nogach. Warunki na trasach i pogoda. Przez najbliższy czas mam nadzieję, że nie będzie u nas zbyt słonecznie bo mam dosyć tej wielkiej, żółtej żarówy co mi spaliła pysk a zwłaszcza nos pomimo stosowania zabezpieczań. Warunki na trasach: Po stronie Carosello tak do 11-12 fajnie twardo później robiła się kasza zwłaszcza w niższych partiach i na zjazdach do miasta. Wyjątek stanowi trasa i wyciąg Federia. któren jest od strony północnej. Motolino: jeździliśmy tam jeden dzień. Beton taki, że pomimo dużej ilości ludzi o 15 to sztruks było widać. Ludzi trochę było z racji osławionego Freeski. Oczywiście w przeważającej części goście z Polski. Pierwszego i drugiego dnia naprawdę sporo. Później się wiara wykruszała a coraz więcej na ulicach było widać ludzi z różnego rodzaju przyrządami rehabilitacyjnymi pomagającymi się poruszać czyli kule, temblaki, gipsy, usztywnienia itd. Nie ma co się dziwić jak większość taki wyjazd traktuje jako urlop. A na koniec dnia zjechać na nartach do miasta to naprawdę nie lada wyzwanie. Ogólnie to muszę powiedzieć, że to miejsce ma swój niepowtarzalny klimat i wcale nie dziwię się tym, którzy jeżdżą tam rokrocznie. Dla samej pizzy w knajpie pod rycerzem warto chociaż raz odwiedzić ten kurort - lepszej w życiu nie jadłem. A potwierdzeniem tego są kolejki oczekujących na wejście do lokalu. Moi współlokatorzy poszli raz nie na obiad a na kolację, stali ok 40 minut. W czasie oczekiwania szef sali oferuje wszystkim oczekującym dowolną ilość różnorakich trunków ognistych i co jakiś czas serwują za darmo pizzę. Także jak kto cwany to postoi sobie trochę w kolejce i napije się i na je za darmochę lub na krzywy ryj jak kto woli to nazywać:biggrin: Szkolenie. Właśnie dlatego trafiłem do Livigno bo się zaciągnąłem na szkolenie. Instruktorem prowadzącym był Michał Niedziela. Z jakiej szkoły to sobie poszukajcie. Ew. pytania na PW, żeby administracja się nie czepiała:tongue:. Co do oceny prowadzącego to mogę go wam polecić z czystym sumieniem. Pełen profesjonalizm i zaangażowanie, żadnego upraszczania i ułatwiania. Pełen program KK zrealizowany, do tego jeszcze dodatkowe elementy w ramach rozrywki. Cztery godziny orki na stoku bez odpuszczania nawet ostatniego dnia. Wieczorami analiza materiałów i zajęcia teoretyczne. Egzamin też bez żadnej taryfy ulgowej. Rzetelna ocena kursanta bez cukrowania i owijania. Dwa razy rozstawiliśmy tyczki - to mi się najbardziej podobało. Na egzaminie końcowym są trzy elementy: jazda łukiem płużnym, skręt NW, śmig. Spróbujcie zgadnąć co jest najtrudniejsze do wykonania prawidłowo. Kurs zaliczyłem, ale trzeba się jeszcze dużo uczyć. Myślę, że takie tygodniowe szkolenia to najlepszy sposób na szybki progres w rozwijaniu umiejętności. To chyba na tyle. Podsumowując wyjazd bardzo udany pod względem przede wszystkim narciarskim a i wypoczynkowo również niczego sobie. Dziękuję za wypowiedź. Pozdrawiam.4 punkty
-
Kirgiska, mega przygoda na nartach w super fajnym filmiku :smile: Cieszy oczy, cieszy... [video=youtube;k5d4LVGQ2ok]2 punkty
-
2 punkty
-
Trasy i ośrodek prezentował się mniej więcej tak W dole St.Moritz Taka kolejka też się trafiła I takie COŚ1 punkt
-
Mieszkaliśmy w hotelu Laudinella http://www.laudinella.ch/en/ Jak zwykle zarezerwowany dzień przed wyjazdem,tym razem przez biuro podróży bo wyszło najtaniej-520 euro za tydzień HB Może niepozornie wygląda na zdjęciu,ale nawet najwięksi malkontenci powinni być zadowoleni. Leży w centrum St. Moritz Bad;blisko skibus,jezioro i supermarket Coop. Dużym bonusem mieszkania w tym hotelu jest możliwość kupna skipasu za 25 CHF na dzień,(Normalna cena za skipas wynosi 365 CHF za 6 dni:eek:) Jest fajna sauna na 5 piętrze i genialny pokój relaksacyjny z widokiem na jezioro i góry. Ale...restauracje przebijają wszystko,mimo ogólnej pustki w hotelu i całym St.Moritz;Tętnią życiem...bardzo dużo ludzi przychodzi tutaj wieczorem na kolację. Do wyboru w tej chwili są 4 knajpy; Pizzeria Caruso-z rewelacyjną pizzą z pieca wypalanego drewnem. Kura-japońska restauracja. Le Carnozet-serwująca lokalne przysmaki;fondue,i raclette. Stuva-bufet z sałatkami,krewetkami,łososiem ,tradycyjną deską serów szwajcarskich i deserów Oraz;nasza ulubiona Siam Wind serwująca rewelacyjną tajską kuchnię,zresztą robiona przez rodowitych mieszkańców Tajlandii; Nie spodziewałem się że będąc na nartach w Szwajcarii będę spożywał takie przysmaki,jak grilowane krewetki :biggrin: Kaczka..znowu krewetki,tym razem w curry... No i deser;Creme Brulee...i mus czekoladowy.1 punkt
-
Ale jaja...ale jaja... :biggrin::tongue:1 punkt
-
W stronę Zakopanego jeżdżę co tydzień/dwa ale tam tylko parkuję ponieważ piękne są Tatry, a samo Zakopane niestety nie wykorzystało swojej szansy... brud, smród, kicz, jaka to przepaść jak patrzy się na piękne Tatry a u podnóża taka skrajność. Chociaż liczę cały czas na to, że się to zmieni . A i też polecam Rusinową! a szczegolnie jak idzie się na Krzyżne i zejście do D5S!1 punkt
-
Chyba kojarzę. Pamiętam, ze jest tam gdzieś takie miejsce, gdzie ulica się bardzo zwęża, a w dodatku dużo ludzi stoi przed taką przeszkloną knajpą w starym, drewnianym budynku, po prawej stronie. Trochę mnie to dziwiło dlaczego oni tam stoją, teraz już rozumiem PS: Znalazłem, nazywa sie Bait Dal Ghet! Tak, to jest ten lokal, o którym myślałem: I jeszcze takie recenzje: http://pl.tripadvisor.com/Restaurant_Review-g194799-d1426166-Reviews-Bait_Dal_Ghet-Livigno_Province_of_Sondrio_Lombardy.html1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Boss-owi wszystkiego dobrego:smile: Coby skionline rosło w siłę a userom się żyło dostatnio. Pozdrawiam1 punkt
-
1 punkt
-
Jacku! Wszystkiego najlepszego, cobyś nie tracił zapału do tego co robisz, a to co robisz zawsze sprawiało Ci przyjemność:smile:1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Jacku, życzę Ci w dniu Twoich 18 urodzin - wszystkiego co najlepsze! Przede wszystkim zdrówka...ale również kasiory, niesamowitych narciarskich przygód, spełnienia ski marzeń. STO lat!!!1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Przyjmij również ode mnie życzenia. Wszelkiej pomyślności oby wszystko w Twoim życiu układało się jak najlepiej i szło po Twojej myśli. Tradycyjnie dużo zdrówka i samych radości.1 punkt
-
A ja życzę zdrowego rozsądku w walce z konkurencją i "konkurencją". Na to nigdy nie jest za późno Pozdrawiam,1 punkt
-
Lekko spóźnione, ale szczere: przede wszystkim zdrówka, a wszystko inne samo przyjdzie:smile:1 punkt







