Kolejna dłuższa wyprawa,a właściwie moja najdłuższa. Celem było zrobienie 300 km i swego rodzaju sprawdzian formy przed innym wyzwaniem. Pogoda w tym roku nie rozpieszcza kolarzy,ale udało się znaleźć czas w odpowiednim dniu. Właściwie dla mnie to była jedyna szansa na taką próbę w tym roku,ze względu na róże okoliczności. Dostałem więcej wolnego,więc szybko zaplanowałem trasę, przemyślałem ekwipunek,nasmarowałem napęd i nastawiłem budzik gdzieś na 3 rano...
Pogoda zapowiadała się dobrze - ok. 20 stopni na plusie i dużo słońca. Dość optymistycznie założyłem,że mogę wystartować w krótkich spodenkach i podkoszulku. Kiedy wstałem rano,a właściwie jeszcze w nocy, temperatura na zewnątrz wynosiła ledwie +8 st. Postanowiłem więc wziąć dodatkową bluzę z długim rękawem i nic więcej. Przecież tylko z rana chwilę będzie chłodno,więc nie warto się zbytnio obciążać... Wciągnąłem rower,spakowałem kilka batonów i dwa 7daysy,aparat,parę niezbędnych drobiazgów i w drogę! Niestety jest jeszcze ciemno,słońce wstanie dopiero za ok. godzinę. Włączyłem mój mega szperacz i po problemie. Niestety,chyba z zimna nie chciał mi się uruchomić licznik rowerowy - tego nie przewidziałem. W razie problemów z GPS miałbym zapasowy zapis. Może później się obudzi, trzeba jechać i być dobrej myśli. Skierowałem się w stronę Bielan nad Sołą i dalej Oświęcimia. Główne drogi omijam,jeśli jest tylko taka możliwość. Po ok. 10 km. miła niespodzianka: ruszył licznik. Dziwnie zbiegło się to z wyłączeniem lampy. Może to ona temu winna? A może odtajał? Najważniejsze,że idzie. Dzięki temu mam np. odczyt temperatury,a ta nie nastraja optymizmem. Przy domu miałem 8 stopni na plusie, teraz jest już 7, a kawałek dalej jeszcze spadnie do sześciu. Ale to jeszcze nic - kiedy wjechałem do Oświęcimia,licznik pokazał +5 st. i wjechałem w gęstą mgłę. Da się wytrzymać,kiedy człowiek w ruchu,ale do czasu. Skierowałem się w stronę Chrzanowa i zaraz po przejechaniu mostu na Wiśle, wjechałem na znaną mi już wcześnie nowiusieńką, asfaltową drogę na wałach. Niestety jazda obok rzeki przy dzisiejszych warunkach, oznacza jazdę we mgle i jeszcze ta temperatura... Po kilku kilometrach zaczyna mi kapać z kasku i wcale nie był to pot. Mgła się skraplała na mnie i nie tylko na głowie. Jestem dosłownie cały mokry! Nogi,koszulka,ręce - wszystko! Po dwóch godzinach jazdy w chłodzie,a teraz jeszcze przemoczony, zaczynam mieć wątpliwości, czy był to dobry pomysł. Niby słońce zaczyna się przebijać,ale ciągle widzę tylko +5 st. Zaczyna mi być baaardzo zimno. Z powodu drgawek mam problem z utrzymaniem toru jazdy. Oj,przydałoby się zagrzać! Ale gdzie? Tu totalna pustka. Jedynie tłum Saren...
Po kolejnej godzinie wreszcie mgła zaczyna się rozchodzić i rośnie temperatura. Niemal natychmiast z 5 robi się +11 stopni. Dodając do tego coraz mocniej operujące słońce, mogę odetchnąć. Po ponad trzech godzinach marznięcia, zakończona została walka o przetrwanie,a zaczęła przyjemna wyprawa.. Ów pięknie wyasfaltowany wał kończy się niestety po 20 km. Na dalszym odcinku trwają aktualnie pracę,więc pewnie wkrótce będzie jeszcze ciekawiej. Postanawiam ruszyć od tego miejsca w kierunku znanej mi już trasy. Może 3 kilometry i już rozpoznaję miejsce. Dalszą część trasy opisywałem w zeszłym roku - trochę po wałach,trochę obok,a czasem przez pola. Malowniczo i przyjemnie.
Nurt na rzece dość mocy po ostatnich opadach,to też niektóre promy nieczynne. Mi to w niczym nie przeszkadza,bo ja przeprawiać się już nie muszę. Ale pewnie właściciele przepraw zachwycenia nie są. Niby tu taka jeszcze niewielka ta rzeka,a ostatnie opady potrafiły namieszać.
Po drodze dostrzegam nowość - specjalny przystanek dla rowerzystów. Jest stoliczek,ławeczka, zadaszenie, parking na rowery i mapka pokazująca gdzie jesteśmy i jak biegną szalki. Zauważyłem też,że w niektórych miejscach trwają prace na wałach wiślanych.
Nie mam wiele czasu na odpoczynek,więc jadę dalej. Nawet jak mam małego głoda, jem podczas jazdy. Zgłodniałem - batonik. Tak dotarłem na przedmieścia,gdzie wita piękny asfalcik i tor dla kajakarzy. teraz już lekko do samego centrum Krakowa.