Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 13 Październik 2026
-
Rok
13 Październik 2025 - 13 Październik 2026
-
Miesiąc
13 Wrzesień 2026 - 13 Październik 2026
-
Tydzień
6 Październik 2026 - 13 Październik 2026
-
Dzisiaj
13 Październik 2026
-
Wprowadź datę
22.08.2016 - 22.08.2016
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 22.08.2016 uwzględniając wszystkie działy
-
Witam , Sezon się zbliża a wy nadal się ośmieszacie takimi wiadomościami ...... [TABLE=cellpadding: 0] [TR] [TD] [TABLE=cellpadding: 0] [TR] [TD] [h=3]skionline.pl - najstarsze forum narciarskie w Polsce [/h] [/TD] [/TR] [/TABLE] [/TD] [TD]00:45[/TD] [/TR] [/TABLE] Witaj $thread[username], Subskrybujesz temat "$thread[prefix_plain]$thread[title]" autorstwa $thread[postusername]. Temat zawiera $thread[newposts] nowy(ch) post(ów). Ostatni post napisał $thread[lastposter]. OdwiedĽ temat: $vboptions[bburl]/showthread.php?t=$thread[threadid] Nowe posty w temacie: $postbits Pozdrawiamy, $vboptions[bbtitle] ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ Aby zrezygnować z subskrypcji tego tematu po prostu kliknij poniższy link: $vboptions[bburl]/subscription.php?do=removesubscription&type=thread&subscriptionid=$thread[subscribethreadid]&auth=$thread[auth] proponuję zamiast dokładać tylko kolejne banery reklamowe by doić więcej kasy , wydać pieniądze na solidne forum - bo tak się nie da...... wstyd !!!!1 punkt
-
Kolejna dłuższa wyprawa,a właściwie moja najdłuższa. Celem było zrobienie 300 km i swego rodzaju sprawdzian formy przed innym wyzwaniem. Pogoda w tym roku nie rozpieszcza kolarzy,ale udało się znaleźć czas w odpowiednim dniu. Właściwie dla mnie to była jedyna szansa na taką próbę w tym roku,ze względu na róże okoliczności. Dostałem więcej wolnego,więc szybko zaplanowałem trasę, przemyślałem ekwipunek,nasmarowałem napęd i nastawiłem budzik gdzieś na 3 rano... Pogoda zapowiadała się dobrze - ok. 20 stopni na plusie i dużo słońca. Dość optymistycznie założyłem,że mogę wystartować w krótkich spodenkach i podkoszulku. Kiedy wstałem rano,a właściwie jeszcze w nocy, temperatura na zewnątrz wynosiła ledwie +8 st. Postanowiłem więc wziąć dodatkową bluzę z długim rękawem i nic więcej. Przecież tylko z rana chwilę będzie chłodno,więc nie warto się zbytnio obciążać... Wciągnąłem rower,spakowałem kilka batonów i dwa 7daysy,aparat,parę niezbędnych drobiazgów i w drogę! Niestety jest jeszcze ciemno,słońce wstanie dopiero za ok. godzinę. Włączyłem mój mega szperacz i po problemie. Niestety,chyba z zimna nie chciał mi się uruchomić licznik rowerowy - tego nie przewidziałem. W razie problemów z GPS miałbym zapasowy zapis. Może później się obudzi, trzeba jechać i być dobrej myśli. Skierowałem się w stronę Bielan nad Sołą i dalej Oświęcimia. Główne drogi omijam,jeśli jest tylko taka możliwość. Po ok. 10 km. miła niespodzianka: ruszył licznik. Dziwnie zbiegło się to z wyłączeniem lampy. Może to ona temu winna? A może odtajał? Najważniejsze,że idzie. Dzięki temu mam np. odczyt temperatury,a ta nie nastraja optymizmem. Przy domu miałem 8 stopni na plusie, teraz jest już 7, a kawałek dalej jeszcze spadnie do sześciu. Ale to jeszcze nic - kiedy wjechałem do Oświęcimia,licznik pokazał +5 st. i wjechałem w gęstą mgłę. Da się wytrzymać,kiedy człowiek w ruchu,ale do czasu. Skierowałem się w stronę Chrzanowa i zaraz po przejechaniu mostu na Wiśle, wjechałem na znaną mi już wcześnie nowiusieńką, asfaltową drogę na wałach. Niestety jazda obok rzeki przy dzisiejszych warunkach, oznacza jazdę we mgle i jeszcze ta temperatura... Po kilku kilometrach zaczyna mi kapać z kasku i wcale nie był to pot. Mgła się skraplała na mnie i nie tylko na głowie. Jestem dosłownie cały mokry! Nogi,koszulka,ręce - wszystko! Po dwóch godzinach jazdy w chłodzie,a teraz jeszcze przemoczony, zaczynam mieć wątpliwości, czy był to dobry pomysł. Niby słońce zaczyna się przebijać,ale ciągle widzę tylko +5 st. Zaczyna mi być baaardzo zimno. Z powodu drgawek mam problem z utrzymaniem toru jazdy. Oj,przydałoby się zagrzać! Ale gdzie? Tu totalna pustka. Jedynie tłum Saren... Po kolejnej godzinie wreszcie mgła zaczyna się rozchodzić i rośnie temperatura. Niemal natychmiast z 5 robi się +11 stopni. Dodając do tego coraz mocniej operujące słońce, mogę odetchnąć. Po ponad trzech godzinach marznięcia, zakończona została walka o przetrwanie,a zaczęła przyjemna wyprawa.. Ów pięknie wyasfaltowany wał kończy się niestety po 20 km. Na dalszym odcinku trwają aktualnie pracę,więc pewnie wkrótce będzie jeszcze ciekawiej. Postanawiam ruszyć od tego miejsca w kierunku znanej mi już trasy. Może 3 kilometry i już rozpoznaję miejsce. Dalszą część trasy opisywałem w zeszłym roku - trochę po wałach,trochę obok,a czasem przez pola. Malowniczo i przyjemnie. Nurt na rzece dość mocy po ostatnich opadach,to też niektóre promy nieczynne. Mi to w niczym nie przeszkadza,bo ja przeprawiać się już nie muszę. Ale pewnie właściciele przepraw zachwycenia nie są. Niby tu taka jeszcze niewielka ta rzeka,a ostatnie opady potrafiły namieszać. Po drodze dostrzegam nowość - specjalny przystanek dla rowerzystów. Jest stoliczek,ławeczka, zadaszenie, parking na rowery i mapka pokazująca gdzie jesteśmy i jak biegną szalki. Zauważyłem też,że w niektórych miejscach trwają prace na wałach wiślanych. Nie mam wiele czasu na odpoczynek,więc jadę dalej. Nawet jak mam małego głoda, jem podczas jazdy. Zgłodniałem - batonik. Tak dotarłem na przedmieścia,gdzie wita piękny asfalcik i tor dla kajakarzy. teraz już lekko do samego centrum Krakowa.1 punkt
-
Tyle to ja potrzebuję,żeby się rozgrzać,a dokładniej to złapać odpowiedni rytm... :wink: Trasa na Kraków jest piękna i malownicza. Nigdy się tu nie nudzę,a to "z automatu" jest grubo ponad 200 km tam i z powrotem. Co do restauracji na "M" - nie jest to najzdrowsze jedzenie,ale też jest nadmiernie demonizowane. Skład nie jest taki sam na całym świecie! Czytałem o tym ostatnio. Najgorszy jest w... USA! Wynika to z przyzwyczajeń do smaków.W Europie nie stosuję się wielu ich dodatków,bo My nie oczekujemy np. żeby bułka była słodka... Co właściwie jest niezdrowego w Big Macku? Cebula? Sałata? Wołowina? Pieczywo? Sos? Żywię się tam raz na miesiąc,albo rzadziej, więc nie zaprzątam sobie głowy takimi pierdołami. Wystarczy obejrzeć jeden odcinek "Kuchenne Rewolucje" ,żeby zrazić się do innych,niby lepszych... :tongue: Co do relacji,to na razie bawię się tak:1 punkt
-
1 punkt
-
Andi,masz dwie opcje: 1. Bezpośrednio z kompa do postu 2. Z dowolnego miejsca z sieci,np. z Facebooka, czy portali typu "fotosik" U mnie pierwsza opcja w ogóle nie działała, więc znowu wrzucam foty z fejsa. Ale one mogą być niewidoczne po kilku miesiącach.1 punkt
-
1 punkt
-
No i jestem. Kraków na rowerze po raz kolejny. Najpierw skierowałem się do centrum,od tak dla formalności,ale tam straszne tłumy! Ciężko gdziekolwiek przejechać. Szybko się ewakuuję i wolę pojeździć przy Wiśle. Szeroki asfalt i brak tłumów. Objeździłem co nieco i czas na powrót. Dziś celem nie był Kraków,ale zaliczenie odpowiednio długiej trasy. Nieco zmartwił mnie nasilający się wiatr,bo jego kierunek nie był mi przychylny. Czyżby 100 km jazdy "pod prąd"? Najpierw fotki z centrum. Centrum piękne,ale ja tam wolałem nabrzeże. Tam rundka po jednej i drugiej stronie Wisły. Ciekawe co mieli na myśli twórcy z tą świnią na stosie? Trochu objechałem i skierowałem się w drogę powrotną. Wymyślona trasa była super,więc powrót po swoich śladach. Tym razem tor dla kajakarzy górskich już otwarty i nurt odpowiedni. Tym razem dobrze przemyślałem strategię odnośnie posiłków i regularnie pochłaniałem kaloryczne batony. To wyraźnie pomagało. Forma się trzymała,jedynie tylna część ciała zaczynała protestować,mimo założenia typowych, kolarskich spodenek z tzw. pampersem. Ale znalazłem na to sposób. Swego czasu kupiłem jakąś żelową nakładkę na siodełko,więc ją zabrałem ze sobą. Ale nie założyłem ją od razu,tylko po przejechaniu ok. 170 km. Co by nie zrobić,każde siodełka wcześniej czy później da o sobie znać. Więc najlepiej je zmienić. Siodełka nie zabiorę ze sobą,ale nakładka nie jest ciężka i można ją odpowiednio zagospodarować. Tak więc założyłem ową nakładkę i jakbym miał nowe, wygodniejsze siodełko. To zdecydowanie pomogło! Dalej jechało się wygodniej. Po drodzę śluza. Pon ok. 230 km dotarłem ponownie do Oświęcimia i tu postanowiłem zrobić jedyną dłuższą przerwę na jedzonko. Trochę niezdrowe,ale brałem pod uwagę tylko restaurację,w których nie musiałem zsiadać z roweru. Po za tym co znaczy zdrowe-niezdrowe? Najważniejsze było wchłonąć trochu kalorii,bo już trochę ich straciłem i najlepiej w formie mi smakującej... Niewielka strata czasowa i znowu jestem w drodze. Ale brzuszek pełny. Sił nadal nie brakuję. Skierowałem się najpierw nad Sołę,później nad j.Goczałkowickie,żeby na końcu pokręcić się w moich okolicach. Chyba największym przeciwnikiem w tej nierównej walce to... nuda. Od pewnego momentu człowiek ma dość tej wiecznej jazdy. Dopóki coś się dzieje,to jeszcze nie ma problemu,ale kiedy zalicza się znane miejsca,zwyczajnie to już nie cieszy. No ale plan trzeba wykonać. Najważniejsze,że do samego końca noga podawała,jak mówią kolarze i ani przez chwilę nie miałem jakiegoś kryzysu formy, czy słabszych momentów. Jakby tego było mało,po przekroczeniu liczy 300 km jakbym dostał drugi oddech. Tempo jeszcze wzrosło. Jedynie nieco czułem już ból w kolanach. Kręciłem tak,aż zbliżyła się godzina 21.00, czyli czas odebrać żonę z pracy. No cóż, nie można wiecznie się bawić,są też obowiązki. Ostatecznie zakończyłem jazdę wynikiem 324 km,ale to nie kres możliwości. Jak najbardziej mógłbym jechać dalej i to był najważniejszy wniosek po dzisiejszej próbie. Co dalej? W tym roku już pewnie nic ważnego,ale w przyszłym sezonie letnim będzie jasne... Pozdrawiam, Johnny1 punkt
-
Na przodzie ktoś wypatrzył chatkę. Niestety zamkniętą. Za to widoki cudowne! Gdy zebraliśmy siły przed atakiem szczytowym, ruszyliśmy do góry. Prawa, lewa, prawa, lewa, KAMIEŃ, prawa, STRUMYK, lewa... Po drodze mijamy bajecznie położone jeziorka. Pot, zmęczenie, chęć zdobycia celu, pragnienie, niebiańskie górskie uczucie mieszały się ze sobą, dając spodziewany efekt - jezioro Seekarsee (2232m n.p.m.) zdobyte! Powyżej śnieg i majestatyczne góry. Wydawało się, że plamy Białego są na wyciągnięcie ręki... Jeeeest! W sam raz na ochłodę. Jak się okazało, śnieg (albo lód) będzie nam towarzyszyć przez cały pobyt w Austrii. Miodzio! Jeszcze tylko napić się świeżej wody i możemy schodzić. Niestety tą samą drogą Chociaż dzięki temu jeszcze raz zatrzymaliśmy się przy chatce. Potem szybko w dół. Przy schronisku skręciliśmy w górę do górnej części wodospadów. Tłum jak przy Morskim Oku, a dorożki zastąpiły taksówki. Podczas podchodzenia zaczął padać w deszcz. Cali przemoczeni doszliśmy do początku wodospadu. Z powrotem też zrobiłem kilka fotek. Pod koniec podeszliśmy pod wodospad. Jak na pierwszy dzień starczy - przeszliśmy 17km, 1300m w górę i tyle samo w dół. Z powrotem jeszcze raz minęliśmy ośrodki narciarskie i alpejską przyrodę, których zdjęcia dodam... no właśnie nie wiem kiedy. Może jutro, może pojutrze albo dopiero za ponad tydzień. Podobnie z resztą relacji - co prawda mam już prawie całą napisaną, ale zdjęć jeszcze nie obrobiłem. Przez najbliższe półtora tygodnia będę (starał się) pokonywać różne trudności i niedogodności (z małą przerwą na Beskid Extreme Festiwal). Ale z tego relacji nie będzie :wink: Między innymi dlatego reszta relacji dopiero po powrocie (czyli 14-15.08). No nic, 300km samo się nie przejdzie. Pozdrawiam1 punkt
-
Dzień drugi - Poznaj nieznane Poniedziałek rano. Trzeba wstać. Ale jak tu wstawać skoro za oknem są niebiańskie widoki? Śniadanie? Co za przyziemna, prosta rzecz! Masywne góry, zieleń, potoczek, kwiaty... Mała cząstka duszy artystycznej zaczyna ożywać. Jednak aby nie skończyć jak niektórzy artyści, schodzimy na śniadanko. Po nim godzinna przejażdżka busem do Krimml. Po drodze widoki zapierające dech w piersiach - znane ośrodki narciarskie pokazują swoje letnie oblicze. Kaprun, Zell am See i inne... Może przyjechać tu zimą...? Do Krimml dojeżdżamy ok 9. Już z daleka widać wodospad. Jednak my idziemy wyżej. Na początku podchodzimy prawie cały czas drogą szutrową, czasami schodząc na bok, żeby podziwiać piękno górskiego potoku. Takim sposobem docieramy do schroniska. Wszyscy przepoceni, zmęczeni i z nadzieją, że będzie lepiej. Jednak czy już tutaj nie jest dobrze? Po krótkiej przerwie idziemy asfaltówką nieco w dół aż do momentu, w którym zaczyna się prawdziwa górska ścieżka. Wchodzimy do lasu. Po pewnym czasie wychodzimy w zieleń - to lubię najbardziej. A do tego te widoki... Po chwili robimy przerwę przy małym korytku, by zebrać siły i napić się źródlanej wody. Gorąc, który przedzierał się przez ubranie potęgował i tak duże zmęczenie. No nic. Trzeba ruszać - do celu jeszcze daleko. Las powoli się przerzedza na rzecz wysokiej roślinności. Mijamy urokliwe potoki i kolorowe alpejskie kwiaty.1 punkt
-
StromÄ i wÄskÄ drogÄ zaczÄliĹmy zjeĹźdĹźaÄ w dóŠdo autostrady. Busem dojechaliĹmy do Fusch, mijajÄc po drodze znane Zell am See, a wczeĹniej skoczniÄ w Bischofshofen. PĂłnym popoĹudniem wybraliĹmy siÄ jeszcze do okolicznych wodospadĂłw. Fusch to maĹe miasteczko oddalone od Kaprun ok.13km. ZimÄ kursuje stÄd darmowy skibus dowoĹźÄcy narciarzy pod zbocza Kitzsteinhornu. Owe zbocza znajdujÄ siÄ tuĹź za pasmem gĂłrskim, na ktĂłrego zboczu mieszkamy. MaĹy hotelik prowadzony przez PolakĂłw (w ktĂłrym nocowaliĹmy) znajduje siÄ obok koĹcioĹa, w ktĂłrym na oĹtarzu jest rysunek Rumcajsa, a na ambonie szopka betlejemska. Dolina piÄkna - Ĺźywa intensywna zieleĹ i monumentalne gĂłry z zagubionymi biaĹymi nimfami na samej gĂłrze. ZauwaĹźyĹem, Ĺźe austriacy majÄ piÄkny zwyczaj (przynajmniej w gĂłrach) intensywnie okwiecaÄ kaĹźdy kÄt. Pierwszy dzieĹ zakoĹczony. Ciekawe, co przyniesie jutro? PS W pierwszym poĹcie czÄĹÄ zdjÄÄ mi uciÄĹo. SprĂłbujÄ jutro to poprawiÄ.1 punkt







